czwartek, 6 września 2012

O podręcznikach.


Ostatnio po raz kolejny stało się modne narzekanie na złych nauczycieli. Tym razem jednak powodem nie są zarobki czy ilość wolnego, ale podręczniki. Temat powtarza się co jakiś czas, wraca jak bumerang i oczywiście winni jesteśmy my. Tymczasem nie zawsze tak jest. Nie mówię, że nigdy. Czasami rzeczywiście nauczyciele (zwłaszcza ci od angielskiego) często zmieniają podręczniki. Głównie przez to, że często się zmieniają, a każdy następny ma inne zdanie co do przydatności podręcznika niż ten poprzedni. Jednak najczęstszym powodem zmian podręcznika są albo sami uczniowie (i zaraz przejdę do szczegółów), albo reformy. Siłą rzeczy ograniczę się do podręczników z angielskiego, bo po pierwsze będę wiedziała, o czym piszę, a po drugie to właśnie ich ceny przyprawiają rodziców o największe palpitacje.
Jak wiadomo, rynek pełen jest w dzisiejszych czasach podręczników. Do wyboru, do koloru, milion wydawnictw prześciga się w ciekawszej ofercie. A jeśli chodzi o książki do angielskiego to już natura obrodziła przewybornie. Jedno wydawnictwo potrafi mieć w ofercie trzy pozycje na tym samym poziomie. Z jednej strony to dobrze, bo nauczyciele mają wybór i mogą dobrać podręcznik do ucznia. Z drugiej strony żadna pozycja nie jest doskonała dla każdego i nadmiar przyprawia nawet nauczycieli o ból głowy. Jednak nie da się ukryć, że wybór podręcznika zależy tylko i wyłącznie od nauczyciela i na nas spoczywa odpowiedzialność za jego właściwe dobranie.
Na początek (bo temat rozwlekły) opowiem, jak to było przed reformą. Bo wtedy nie było większych zmian w podręcznikach, a jedyną przesłanką do zmiany było... No właśnie, co takiego mogło być tak ważne, że trzeba było zmieniać podręcznik? Dwie rzeczy mogły o tym decydować. Zmieniający się nauczyciele oraz zmieniający się uczniowie. O co chodzi? Otóż swego czasu rotacja nauczycieli angielskiego w szkołach była wielkości epickiej. Co roku (a bywało, że i częściej) przychodził ktoś nowy. I ten ktoś nowy miał już inną wizję. Nie lubił podręcznika X jak zarazy, za to podręcznik Y uważał za cudo objawione. Rok później przychodził nowy nauczyciel i cała szopka zaczynała się od nowa. A rodzice bulili, bo nie mogli odkupić podręczników od starszych roczników.
Uczniowie zmieniają się co roku, każdy głupi to wie (oczywiście jeśli chodzi o pierwsze klasy). I zdarza się, że w jednym roku trafią nam się lotni, a w innym nieco mniej. Jakim cudem ja w takim razie mam tak samo tych uczniow traktować? W ich własnym interesie jest, żeby grupa słabsza miała inne podręczniki niż ta mocna, bo inaczej będzie się z nimi katowała, a i tak niczego się nie nauczy (wiem z doświadczenia). Dlatego zmiana podręcznika nie zawsze jest taka zła.
A teraz sytuacja po reformie. Właściwie reformach, bo one nadal trwają i zmienia się coś co chwila. Otóż po reformia nagle okazało się, że podręcznik, którego do tej pory używałam, nie jest wystarczająco dobry. W związku z tym musiały zostać naniesione zmiany. Co z tego, że zmiany są kosmetyczne. Stary był be, a nowy jest cacy. Pewnie myślicie, że wydawnictwa były zachwycone zmianami i tym, że muszą wszystko zatwierdzać od nowa. Otóż wcale nie. Dla nich to jest taki sam problem, jak dla nas. Trzeba wszystko przeanalizować, pozmieniać, dać do zatwierdzenia, a w końcu wydrukować nową partię. Stara oczywiście (jeśli jakieś egzemplarze się ostały) idzie na przemiał. Czyli straty. Rok później cała szopka zaczyna się od nowa, bo znowu zarządzili w ministerstwie jakieś zmiany i stary podręcznik nieważny. 
I tak w koło Macieju. Wydawnictwa mają dwa razy więcej pracy i zamieszania, my z szaleństwem w oczach sprawdzamy, czy nowy podręcznik dostał zatwierdzenie czy nie, a w efekcie uczeń musi kupić nową książkę w zwariowanej cenie, bo wersja od starszych uczniów nieaktualna. Zanim więc winą obarczymy wydawnictwa czy nauczycieli, zastanówmy się, kto tak naprawdę decyduje o reformach, zmianach w edukacji czy zatwierdzeniach podręczników. Nie nauczyciele, nie wydawnictwa, a ministerstwo. I do nich proszę zgłaszać zażalenia. 
Oczywiście każda zmiana podręcznika niesie za sobą potężne koszta. Zdaję sobie z tego sprawę. I ciężko mi powiedzieć, z jakiego powodu te koszta są takie duże. Wiadomo, że książki wydane na ładnym papierze, pełne rysunków i zdjęć (akurat też nie za bardzo to lubię, ale uczniowie niby narzekają, a jak dostaną książkę bez obrazków to patrzą na mnie jak na marsjankę), najczęściej wydawane w Anglii, ale czy to jest wystarczający powód? Nie wiem. Mnie też te ceny przyprawiają o zawrót głowy, ale jeśli mam wybrać książkę tanią w zamian książki dobrej (niestety zazwyczaj jedno idzie w opozycji do drugiego) to wybieram jednak dobrą.
I ostatnia rzecz (naprawdę, ostatnia) to sól w oku większości osób. Łapówki, które nauczyciele dostają od wydawnictw. Te wszystkie Seszele, drinki z parasolką i weekendy w SPA. Otóż NAJDROŻSZYM gadżetem, który dostałam była torba na ramię. Z nadrukiem wydawnictwa. Poza tym dostajemy jedynie zestaw książek dla nauczyciela, czasem jakiś długopis czy dodatkową książkę z ćwiczeniami i kalendarz. Doprawdy, mdleję z zachwytu. Poza tymi gadżetami „dla nas” są jeszcze gadżety dla szkoły i te o wiele bardziej mnie ineteresują. Tabele do powieszenia w klasie, plakaty, dodatkowe materiały. Czy to naprawdę aż tak wielka łapówka, żeby wybrać akurat tę konkretną książkę zamiast jakiejś innej?

1 komentarz:

  1. O łapówkach dla nauczycieli od wydawnictw krążą mity i legendy, narosłe od lat. Niestety. Bo dostanie od wydawnictwa materiałów pomocniczych (wizualnych czy audiowizualnych) powinno być absolutnym standardem, jako że te materiały umożliwiają realizację programu. Nie jest to gadżet, nie jest to dla nauczyciela - jest to pomoc naukowa dla ucznia. Kalendarz i długopis natomiast usprawnią pracę z uczniem, a dla wydawnictwa nie są łapówką, a reklamą, bo na nich logo widnieje przecież. Szlag mnie trafia, jak słyszę o kierowaniu się zyskami przy dokonywaniu wyborów - szczególnie jak to słyszę po poświęceniu kilku popołudni i weekendów na wnikliwe poznanie rynkowych propozycji i wybranie tej najlepszej (i mającej najmniej błędów).
    W klasach 1-3 "odpada" problem z odkupywaniem książek, bo są one z ćwiczeniami i nie nadają się do ponownego wykorzystania, ale problem jak najbardziej rozumiem.

    OdpowiedzUsuń