sobota, 28 stycznia 2012

Rodzice.


Wspaniale jest dostawać od Was, drodzy czytelnicy, komentarze, bo z nich rodzą się kolejne pomysły na posty. Czasem o czymś zapominam, czasem nie mam weny, a jak zobaczę jakiś komentarz, to nagle wszystko się odblokowuje i piszę, piszę i piszę… (dzięki, pewnakobieto).
Rodzice. Temat rzeka. Nie odfajkuję go jednym postem. Spróbuję przynajmniej dotknąć powierzchni.
Tak, jak jest kilka rodzajów uczniów, tak samo jest co najmniej kilka rodzajów rodziców. Są tacy, którzy mnie denerwują; tacy, których podziwiam; tacy, których najchętniej pozbawiłabym praw rodzicielskich; i tacy, którzy są w porządku. Cóż mogę powiedzieć – po uczniu widać, jakich ma rodziców i te przypuszczenia w 99% się sprawdzają. Jeśli dziecko jest miłe, grzeczne, spokojne na lekcji, okazuje drugiemu człowiekowi szacunek – z pewnością w domu jest dopilnowane. Jeśli ma wszystkich w dupie i na dodatek jest mega bezczelne – prawdopodobnie w domu jest źle. Niekoniecznie tak źle, że patologia, alkohol, narkotyki albo inne wynalazki. Wystarczy, że rodzice nie ogarniają swoich dzieci. 
Powtarzający się schemat to dzieci z rodzin wielodzietnych. Tu jest „na dwoje babka wróżyła”. Albo jest w miarę dopilnowany i spokojny, albo bezczelny, bo rodzice przestali zajmować się dzieciakami, a zaczęli je hodować (przykro mi, ale i tak bywa). Jak się trafi na typ pierwszy to ma się szczęście. Może i to dziecko nie będzie do końca dopilnowane, bo w końcu ciężko jest z siedmiorgiem dzieci odrabiać lekcje czy pomagać im w nauce, ale przynajmniej odpada nam chamstwo. Jeśli zaś przechodzimy do hodowli to zaczyna się rzeź. Rodzice sobie nie radzą z czeredą i wymagają od nauczycieli, żeby ci przejęli odpowiedzialność wychowania ich dzieci, bo oni muszą zająć się młodszymi. Nie przychodzą na wywiadówki, nie interweniują, bo nie mają siły ani czasu. A my się szarpiemy.
Inna grupa to na przykład eurosieroty. Nie, nie potępiam ludzi, że jadą za granicę za pracą, ale dlaczego oboje? I dlaczego najczęściej zdarza się, że są to rodzice „trudnego” dziecka? Bywało i tak. Bardzo ciężka sytuacja. Bardzo. Właściwie nie wiadomo, co robić. Można zgłosić do sądu, że nad dzieckiem nie ma opieki (zazwyczaj jest jakieś starsze rodzeństwo albo dalsza rodzina, która niekoniecznie ma ochotę NAPRAWDĘ zająć się dzieciakiem), ale to oznacza bardzo prawdopodobne wysłanie do jakiegoś ośrodka, a czy to pomoże? Najgorsze jest to, jeśli ci rodzice wracają i mają DO NAS pretensje, że nie zajęliśmy się odpowiednio ich dzieckiem. Koszmar.
Są i tacy rodzice, którzy gdzieś w rejonie końca podstawówki tracą kontrolę nad swoimi dziećmi. Niby przychodzą na wywiadówki, niby się interesują, ale jak to wygląda od strony domu – nie wiem, bo materacem nie jestem i wglądu do domu nie mam, ale nie może być dobrze, skoro dzieciak szaleje. Rodzic tego nie rozumie, bo przecież on/ona był takim wspaniałym dzieckiem, takim grzecznym, a nagle zszedł na manowce. Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak, nie wiadomo nic. Pozostaje rodzic, który staje się zupełnie bezradny i my, którzy próbujemy coś zrobić, ale zazwyczaj się nie udaje (trzy lata pracy z dzieckiem to jednak bardzo krótki okres czasu).
No i najgorszy typ: kochał dziecko miłością niekontrolowaną i tym samym szkodliwą, pozwalając mu na wszystko, a teraz dzieciak wymusza, terroryzuje, ma nad rodzicami pełną władzę. Po wielokroć miałam z takimi do czynienia i muszę bez bicia stwierdzić, że to absolutnie największy koszmar nauczyciela. Dzieciakowi brak szacunku do kogokolwiek (bo już nie wymagam szacunku do nauczyciela konkretnie). Póki widujemy się z samym rodzicem, wydaje się, że panuje on nad swoim dzieckiem. Opowiada, jakie to daje mu kary i jaki to on/ona jest w domu potulny. Cały cyrk zaczyna się, kiedy próbujemy to skonfrontować.
Na spotkaniach z rodzicem i dzieckiem jesteśmy świadkiem terroru, bo ono się zupełnie nie wstydzi swojej władzy nad „starymi”. Dyktuje im warunki, pyskuje, odzywa się chamsko i bynajmniej nie delikatnie. A rodzice siedzą jak trusie. Nie odezwą się mocniej, a już na pewno nie przywalą, bo to niepedagogiczne, no i jak tak w ogóle można, „przecież mój synuś/córeczka nie powiedział niczego złego, to tylko tak wygląda”. Na takich nie ma sposobu, bo oni doskonale wiedzą, że nic im nie możemy zrobić. Nawet jeśli dostaną kuratora – ten też nie może im nic zrobić. I wykorzystują to do końca.
I na koniec, dla odpoczynku – rodzice „idealni” (w cudzysłowiu, bo tak naprawdę to idealni nie istnieją). Przychodzą na każdą wywiadówkę, a jeśli akurat nie mogą to umawiają się od razu z nauczycielem na inny termin. Panują nad ocenami i zachowaniem dziecka. Panują nad jego frekwencją. Niewiele możemy im powiedzieć, poza tym, że z dzieckiem nie ma żadnych problemów. I to wcale nie muszą być dzieci piątkowe. Zdarza się, że dziecko ma trójki i czwórki, a czasem nawet dwóje, bo orłem nie jest (naprawdę nie wszyscy muszą być), ale daje z siebie wszystko i nie sprawia żadnych problemów. I wtedy też jest dobrze.

piątek, 27 stycznia 2012

Komu pomagać?

Wpis inspirowany tym postem.
Pomoc i wspieranie uczniów ma dwa oblicza – z jednej strony wspieramy i pomagamy uczniom słabym, żeby mieli szansę wyciągnąć się z jedynek, z drugiej strony pracujemy z uczniem zdolnym, który chce brać udział w konkursach i pracuje pilnie i z sercem.
Jak zauważa Psotkowa, na tych uczniów słabych przeznaczamy o wiele więcej czasu i energii. I rzeczywiście problem tkwi w tym, że oni najczęściej w ogóle z tej pomocy nie korzystają. Nie zależy im, nie starają się ani na lekcji, ani później. Co z tego, że zapraszam na swoje konsultacje imiennie, podaję milion terminów (żeby nie było, że akurat tego dnia to oni nie mogą), kiedy potem siedzę sobie w pustej sali. To jest mój czas, którego oni nie szanują, a co za tym idzie nie szanują również mojej pracy. A potem domagają się zaliczeń i mojej całkowitej dla nich dyspozycji, bo nagle 1 czerwca oni chcą się poprawiać, nie mając żadnej wiedzy, bo przez cały rok olewali mnie i moje zajęcia.
I to nie chodzi o osoby, które są słabe i nie przychodzą na konsultacje, bo się wstydzą, ale na lekcjach łapią dobre oceny, bo się starają, uważają i próbują coś zrozumieć. Chodzi o osoby, które są słabe (a czasem nawet nie) i do tego w nosie mają angielski (ewentualnie można wstawić każdy inny przedmiot). Nie pracują na lekcji, nie pracują w domu, na konsultacje nie przychodzą, bo po co, a potem wydaje im się, że na koniec roku wyżebrzą dwóję.
To frustruje, denerwuje. Sprawia, że mam ochotę krzyczeć. Bo muszę dać im możliwość poprawy, bo tak jest zapisane choćby w statucie szkoły. I całe godziny, które spędziłam bezowocnie, przestają się liczyć, bo on chce poprawiać się pod koniec semestru i już. A z każdej niemal oceny niedostatecznej muszę się przed panią dyrektor rozliczyć. I nikt nie zwraca uwagi na to, że to nie moja wina, że on nie umie, bo nie ma żadnych dowodów, że ja zapraszałam, siedziałam, czekałam, proponowałam. To ja mam się tłumaczyć, rozliczać, umożliwiać.
Z kolei praca z uczniem zdolnym wymaga wielkiego samozaparcia, bo… nie ma na nią czasu. Marnując czas na tych „poprawiających”, którzy tak naprawdę nie przychodzą na konsultacje, nie mam czasu dla tych uczniów, których mogłabym przygotowywać na przykład do konkursów. Większość pracy wykonują oni sami, w domu, a tak nie powinno być. Bo oni też potrzebują pomocy, pokierowania. Tymczasem całe moje siły przekierowywane są na uczniów „słabych” i ich potrzeby (celowo piszę „słabych” w cudzysłowiu, bo, jak już pisałam wcześniej, słabi i starający się zazwyczaj (przynajmniej u mnie) na jakąś dwóję wychodzą, choćby z pracy na lekcji).
Dlatego też uważam (i pisałam o tym kilkukrotnie), że powinien zmienić się system. Że powinniśmy większą odpowiedzialność złożyć na uczniów, jak to było kiedyś. Za moich czasów, jeśli ktoś czegoś nie umiał, to znaczyło, że nie pracował w domu i bez litości dostawał banie. Dzisiaj mówi się, że nauczyciel nie nauczył, nie wytłumaczył, źle wytłumaczył, etc. Tymczasem praca na lekcji to tylko maleńki ułamek tego, co powinien robić uczeń, żeby przyswoić wiedzę. I o tym się zapomina.
A najlepiej całą sytuację odzwierciedla ten rysunek (który swoją drogą, jak się zna rzeczywistość nauczycielską, przestaje być taki śmieszny). 

czwartek, 26 stycznia 2012

Oceny z zachowania.


W mojej szkole obowiązuje punktowy system oceniania. Uczniowie otrzymują punkty, które przelicza się na procenty, które z kolei przelicza się na ocenę. I tak na przykład, jeśli uczeń ze sprawdzianu dostanie 5 punktów na 20 możliwych oznacza to, że otrzymał 25 procent, co z kolei w praktyce oznacza ocenę niedostateczną (dopuszczająca jest od 30%). Nieco inaczej przelicza się oceny z zachowania (punkty na oceny, z ominięciem procentów, na przykład na koniec roku 500 punktów i więcej to wzorowa, a poniżej zera to naganna, średnią oceną jest ocena dobra). W związku z tym za każde przewinienie można zyskać punkty ujemne, a za każde działanie pozytywne punkty dodatnie. Punkty przyznawane są w zależności od przewinienia, tudzież zasługi. Na przykład za palenie jest -50 punktów, a za spóźnienie -1 punkt. Za udział w konkursie na etapie szkolnym jest +10 punktów, a za 100% frekwencję jest +40 punktów. Tyle przydługiego już wstępu, chyba każdy zrozumiał ideę.
No i dochodzimy do sedna sprawy, czyli do poprawiania ocen z zachowania. W końcu każdy uczeń ma prawo się poprawić i z diabełka stać się istnym aniołkiem. I tutaj na arenę wchodzi niejaki, powiedzmy, Henio. Wielkimi krokami nadchodzi koniec roku i Henio dowiaduje się, że grozi mu naganna, bo ma nieźle na minusie (nie jest rekordzistą, który miał bodajże -800, ale jednak naganna). Jako że Henio jest w ostatniej klasie, strasznie nie chce zanosić do nowej szkoły tak barbarzyńskiej oceny. Dodać należy, że Henio nie dostał tych minusów za spóźnianie się, a najczęściej za palenie, przeklinanie, używanie telefonu na lekcji, etc. Dlatego właśnie Henio postanowił się poprawić.
I tutaj wychodzi na jaw słabość systemu punktowego, bo Henio wcale nie stwierdził, że będzie aniołkiem. Henio postanowił pomagać w sprzątaniu terenów szkoły (za każdą godzinę +20 punktów). Niby się chłopina narobił, nie da się ukryć i złego słowa nie mogę na to powiedzieć, ale poza tym swojego zachowania nijak nie naprawił. Efekt – Henio wyszedł na nieodpowiednią. I zonk. Jak tu dać Heniowi nieodpowiednią, skoro on nawet na naganną nie zasługuje? Ostatnim ratunkiem Rada Pedagogiczna. Jeśli ona stwierdzi, że Henio nie zasługuje, to żadne godziny sprzątania mu nie pomogą. Rada uchwala naganną. 
Mam mieszane uczucia. Z jednej strony cieszę się, bo Henio naprawdę załaził nauczycielom za skórę przez trzy lata. Z drugiej strony sprzątał to boisko niemal dzień w dzień, z uporem godnym maniaka. I być może zlitowałabym się nad Heniem, gdyby nie jego reakcja na wiadomość, że Rada jednak zdecydowała na jego niekorzyść (mogłam wyżebrać u Rady nieodpowiednią, gdybym się postarała). Bluzgi, jakie niosły się po szkole trudno opisać. Żądał zapłaty za swoją ciężką pracę, skoro nie została ona wynagrodzona oceną, wyzywał nauczycieli, darł się w niebogłosy i nie dał sobie wytłumaczyć, że sprzątanie szkoły nie jest adekwatną poprawą w stosunku do jego przewinień.
Oczywiście można się oburzyć, że Henio jednak starał się, jak umiał, a jego starania nie zostały docenione. Jednak na swoją ocenę z zachowania (tak jak na każdą ocenę) pracuje się cały rok. Nie ostatni tydzień, łapiąc (bądź też wymuszając) punkty za każdą najmniejszą pierdółkę, a pracując na swój wizerunek w pocie czoła.

środa, 25 stycznia 2012

Dymek.


W mojej szkole, jak zapewne w wielu innych (nie mam złudzeń) istnieje problem palenia papierosów. Kilka lat temu, kiedy gimnazjum zamieniało się w zespół szkół (w połączeniu z liceum profilowanym), wszystko zwalano właśnie na starsze dzieciaki. Prawdy w tym było tyle, ile w mojej głowie fizyki kwantowej. Dzieciaki z gimnazjum paliły na długo zanim te z liceum przyszły je „deprawować”. No i oczywiście pozostaje problem zwalczania palenia. Nie można zostawić wszystkiego własnemu biegowi, bo wtedy dajemy znak, że można nam chodzić po głowie. Jednak sytuacje, które zaraz tu opiszę pokazują tylko tyle, że można nam chodzić nie tylko po głowie i nie ponosić żadnych konsekwencji.
Zróbmy taką małą symulację. Powiedzmy, że jest uczennica (co się będę tylko nad facetami pastwić). Dajmy jej na imię Jenny. No i ta Jenny zostaje przyłapana na paleniu. Proszona zostaje o zgaszenie papierosa, ale jedyną reakcją jest puszczenie dymka nauczycielowi prosto w twarz. Tak więc Jenny dostaje uwagę, której efektem są ujemne punkty z zachowania. Dużo punktów. Czy Jenny przeprasza, obiecuje poprawę i poprawia ujemne punkty? Ależ skąd. Jenny albo lepiej się kryje, albo już drugiego dnia zostaje ponownie złapana, bo jej nie zależy.
Można oczywiście zadzwonić do rodziców. Najczęściej reakcja jest zupełnie przewidywalna – oni wiedzą, że córka pali, ale nic nie mogą na to poradzić. Groźba nagannego zachowania na smarkulę nie działa, to co oni mogą zrobić? Wychodzi więc od nas groźba, że skończy się mandatem, ale to ich nie przekonuje, bo nie słyszeli jeszcze, żeby jakiś rodzic płacił.
No właśnie, pozostaje kwestia prawna. Przecież nie wolno palić w budynkach użyteczności publicznej. To podchodzi pod jakiś paragraf, a przynajmniej mandat. Otóż wielokrotne telefony do straży miejskiej i policji z prośbą o wysłanie patroli nic nie dały. Oni nie mają ludzi, za to mają dużo pracy, więc nie mogą wysyłać patroli do jakiejś tam gównażerii (to nie cytat, a jedynie moja własna interpretacja ich słów). I tak koło się zamyka.
Jest jeszcze kolejna sprawa. Palenie w ubikacjach można by zwalczyć (przynajmniej częściowo, nie łudzę się, że całkiem). Można by zatem pomyśleć, że sprawa załatwiona i pozamiatane. Jednak przecież dzieci potrzebują powietrza, światła dziennego. Trzeba więc szkołę otworzyć i wypuścić tą łaknącą świeżego powietrza czeredę na dwór. ZAWSZE, jeśli tylko nie pada i temperatura nie spada poniżej zera. Taka jest decyzja pani dyrektor.
Ta sama pani dyrektor każe nam dyżurować i walczyć z paleniem wszelkimi dostępnymi środkami. Kwestia tego, że robimy z siebie pajaców, którym można nasrać na głowę i jeszcze przyklepać (bo przecież tymi punktami oni się nie przejmują, a poza tym nic nie możemy im zrobić) jakoś do niej nie przemawia. Za każdym razem słyszę słowa „to lepiej jest nic nie robić?”. I czasem mam ochotę zawyć „owszem, lepiej jest nic nie robić, niż udawać i robić z siebie pośmiewisko”. Ale mi nie wolno, więc grzecznie idę na dyżur i łapię palaczy, którzy dmuchają mi dymem w twarz.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Szkolenia.


Jak to jest ze szkoleniami u tej cudownej braci nauczycielskiej? Ano z pewnością bywa różnie. Napiszę co  nieco ze swojego poletka, bo najlepiej pisać o czymś, na czym człowiek się zna.
Otóż chodzę na dwojakiego rodzaju szkolenia. Typ pierwszy to szkolenia wydawnicze. Typ drugi to takie, które organizowane są przez różne ośrodki szkolenia nauczycieli. Na przykład Wrocławskie Centrum Doskonalenia Nauczycieli, Dolnośląskie Centrum Szkolenia Nauczycieli, Okręgowa Komisja Egzaminacyjna (to te dotyczące egzaminów), etc. Można by wymieniać, ale to są chyba te najważniejsze w moim rejonie.
Te pierwsze to doprawdy śmiech na sali. Można posiedzieć, napić się kawy, zjeść kilka ciasteczek i dostać gratisy. Bo prawda jest taka, że po to nauczyciele przychodzą na takie szkolenia. Najczęściej są one po prostu reklamą podręczników danego wydawnictwa (no ale czego innego można się spodziewać). Dostać można podręcznik, plakat, długopis itp. (ale bez szleństw, nic kosztownego, żadnych wycieczek na Bahamy nam nie dają). I tak sobie dogadzamy. Oni czują się spełnieni i zareklamowani, a my mamy nowe książki albo plakaty, a przy okazji niejednokrotnie jesteśmy zwalniani z zajęć, bo te szkolenia najczęściej są w trakcie lekcji.
Typ drugi to już nieco bardziej skomplikowany mechanizm. Ośrodek organizuje szkolenia, które teoretycznie (z nazwy) powinny być pomocne. I niektóre z nich są. Naprawdę. Tylko że nigdy nie wiadomo, na co się trafi. Rekordy pobiło szkolenie, które dotyczyło radzenia sobie z agresją i na  którym pani nie potrafiła dać nam konkretnych rozwiązań (po przedstawieniu konkretnej sytuacji stwierdził, że ona „nie wie, jak sobie z tym poradzić”) i z problemem zostaliśmy sami.
Niektóre są po prostu sztuką dla sztuki i z takimi niestety stykam się najczęściej. Prowadzący powtarza jakieś schematy, które są mi doskonale znane ze studiów i, co najważniejsze, zupełnie nie przekładają się na dzisiejsze czasy. Albo okazuje się, że dla naszego problemu nie ma rozwiązania, bo prawo w naszym kraju takowego nie przewiduje. Albo przepisy zmieniają się tak często, że właściwie po jednym kursie trzeba iść na kolejny, żeby odświeżyć swoją wiedzę. Ogólnie rzecz biorąc – kicha.
Zdarzają się jednak i takie, które naprawdę się przydają. Są konkretne, merytoryczne, trudne, ale i przydatne. Właśnie ostatnio na taki trafiłam i bardzo się z tego cieszę. To znaczy jestem absolutnie załamana, co widać było tutaj, ale jednocześnie bardzo się cieszę, że nie uczestniczę po raz nie wiadomo który w kolejnej hucpie.

środa, 18 stycznia 2012

Piękny język polski.

Było trochę angielskiego w polskim (o tu), a teraz będzie trochę polskiego w angielskim (i nie tylko).


wtorek, 17 stycznia 2012

Dobre chęci.


Jak wiadomo już od jakiegoś czasu, robię awans. W teorii ma być bardzo mądrze i pięknie, w praktyce jest jak zawsze, czyli tony niepotrzebnych nikomu papierków i na końcu wielki egzamin z teorii. Ale ja nie o tym. Chciałam się jakoś wykazać. Nie tylko na moim poletku, jakim jest angielski, ale też na forum szkoły. Bo tak. No to dostałam w dupę tak skutecznie, że już raczej więcej z żadną propozycją nie wyskoczę.
Otóż chciałam pisać bloga. Nie takiego, jak teraz, bo ten jest anonimowy i w ogóle. Chciałam promować szkołę. Wiadomo, że jak nie ma cię w sieci to nie istniejesz. A nasz szkoła stronę ma słabą. Co chwila coś tam szwankuje, wiadomości aktualnych nie ma, no ogólnie bida z nędzą. Nie interesuje mnie, czyja to wina i z jakiego powodu tak się dzieje. Byłam gotowa iść na kurs i się tym zająć, okazało się jednak, że nie ma takiej potrzeby, bo ktoś już się tm zajmuje. Ok., nie ma sprawy. Pół roku regularnie wchodziłam na stronę, a dupa jak była, tak jest.
No i w końcu pomyślałam sobie, że jak nie z jednej strony, to może z drugiej. Blogi piszę, wiem, jak to jest, więc może tutaj zabłysnę. Pani dyrektor nieco zaniepokojona, że uczniowie będą sobie poczynać, że głupie komentarze wstawiać… Uspokoiłam ją, że postów pisać bez mojej zgody nie będą, bo od tego jest hasło, a komentarze można moderować. Wiem, że wszędzie można się włamać, ale to temat na inną bajkę. Pozostało uzyskać zgodę Rady Pedagogicznej. I tu zaczęły się schody. Nie, nie do końca z Radą.
Ponieważ na ostatniej Radzie (dość intensywnej zresztą i męczącej) padł temat promocji szkoły (bo mają otwierać się nowe oddziały) pomyślałam, że można w tym miejscu wspomnieć o blogu. Bo ulotki, lekcje pokazowe, spotkania z rodzicami są dobre, ale internet to potęga. Usłyszałam dwa zdania:
„No wiesz przecież, jaki rodzaj ludzi pisze blogi.”
oraz
„Nikt już blogów nie czyta, Facebook to potęga.”
Dowiedziałam się więc dwóch rzeczy. 1) Jestem jakimś tam rodzajem człowieka (zboczeńcem? małolatem? nienormalnym? nie zdążyłam sprecyzować). 2) Jestem przestarzała, bo z Facebookiem nie potrafię się zaprzyjaźnić, a pisanie bloga sprawia mi przyjemność (ale ja zawsze dość wolno do wszystkiego dojrzewam, więc jak Facebook przestanie być modny to możecie mnie tam szukać).
Oczywiście pani dyrektor dość szybko zareagowała, stwierdziwszy, że nie mamy na dyskusje czasu. Powiedziała, żebym założyła sobie bloga o sobie (ale nie takiego anonimowego, tylko z nazwą szkoły, etc.) i pisała tylko o swoich osiągnięciach, a inni zastanowią się, co o tym myślą przez ferie i po powrocie zdecydują.
Dlaczego jestem taka wkurzona? Przecież na pierwszy rzut oka wszystko gra. Nie ma zgody, ale nie ma też jej braku. Otóż niezupełnie. Nauczyciele są negatywnie nastawieni dokładnie z tego samego powodu, co pani dyrektor (bo uczniowie). Nie miałam czasu wyjaśnić, jak to działa (bo z pewnością mało kto pisze u nas blogi). Swojego bloga nie założę (i powiedziałam to na głos), bo zainteresowanie będzie nikłe. Przecież nawet zdjęć nie będę mogła dodawać, nawet nazwisk uczestników konkursów nie będę mogła wpisywać, bo nie ma zgody Rady. To kompletny bezsens.
Tak, przemawia przeze mnie ŻAL. Bo można było to załatwić inaczej. Bo można było całą dyskusję przenieść na później. Bo można było dać mi się wypowiedzieć. Można było zrobić wiele rzeczy, które nie zostały zrobione, a żal pozostał. Dlatego też podjęłam decyzję, że nie będę się już udzielać publicznie. Wszystko będzie się odbywać w czterech ścianach mojej sali, a inicjatywy szkolne dusić będę w zarodku wlasnego mózgu. I tyle.