sobota, 31 grudnia 2011

Życzenia noworoczne.

Jako rasowa ateistka, nie składałam życzeń bożonarodzeniowych (tak naprawdę nie miałam czasu i zapomniałam:)). Owszem, spotykam się z rodziną na Wigilię, nawet życzymy sobie wesołych świąt i znajdujemy prezenty pod choinką (która zresztą jest mega pogańskim zwyczajem), ale ogólnie rzecz biorąc nie przywiązuję do świąt aż takiej wagi. Dla mnie to nie jest celebracja katolicka, a tylko spotkanie w rodzinnym gronie z okazji kilku wolnych dni. Nie mam trzynastu dań, chociaż króluje karp (jest absolutnie pyszny, ale tylko w tym okresie roku). Jemy mięso, nie idziemy na pasterkę, w ogóle nie chodzimy do kościoła. No ale Sylwester to już całkiem co innego :)
To już trzeci Sylwester, którego spędzam wśród blogującej braci. Nie powiem, że w końcu po trzech latach ciężkiej pracy mam po milion wejść każdego pięknego dnia, bo nie mam. Nie mam nawet dwustu wejść przy nowym poście, a co dopiero na co dzień. Jednak piszę tego bloga, bo robi mi to dobrze. Mogę się wywnętrznić, ponarzekać albo się pochwalić. I na razie tyle mi wystarczy.
Dlatego w ten wyjątkowy dzień życzę wszystkim spełnienia marzeń. I tylko tyle.

Angielski jest najważniejszy.

Nigdy nie myślałam, że powiem to moim uczniom. Zwłaszcza że sama nienawidziłam, kiedy jakiś nauczyciel (zwłaszcza z przedmiotu, w którym nie widziałam swojej przyszłości, jak biologia czy fizyka) mówił, że jego przedmiot jest najważniejszy i inne go nie interesują. I starałam się, naprawdę się starałam, żeby moi uczniowie nie usłyszeli tych słów z moich ust. Jednak okazało się, że tak się nie da.
Kiedy nie było egzaminów z języka, można było jeszcze tego uniknąć. Dzieci albo widziały sens w uczeniu się języka, albo nie i to był ich własny wybór. Oceniałam ich według wiedzy, ale także częściowo według chęci, bo nie każdy ma zdolności do języka. W pewnym momencie jednak i ja zaczęłam być oceniana. Oceny wystawiane przeze mnie zaczęły być weryfikowane przez egzamin zewnętrzny. A egzamin zewnętrzny bierze pod uwagę tylko i wyłącznie wiedzę. I tu zaczął się problem. Już nie mogę oceniać dobrych chęci. Już muszę oceniać tylko i wyłącznie wiedzę. Są tego plusy – bo w końcu o to chodzi, żeby się porządnie nauczyć, ale są też minusy – bo naprawdę nie każdy ma talent do języków i ja to mogę zrozumieć.
Dlatego właśnie w tym roku moi uczniowie po raz pierwszy usłyszeli te okropne słowa : „Angielski jest najważniejszy. Nie interesuje mnie, ile sprawdzianów macie ani z jakiego przedmiotu. Dla mnie liczy się tylko mój przedmiot.” I koniec. Nie powiem, że lubię siebie za te słowa. I wiem, że język jest ważny i z pewnością wcześniej czy później oni też się o tym przekonają i będą musieli wziąć prywatne lekcje, bo przecież ta głupia pani w szkole niczego ich nie nauczyła. Jednak chciałabym, żeby moi uczniowie nie przekonali się o tym w ten sposób. Żebym nie musiała używać takich słów, których obiecałam sobie nie używać. Tyle że inaczej się już nie da.

wtorek, 27 grudnia 2011

Cztery miesiące.

Dokładnie tyle mnie nie było. Znaczy byłam, ale tylko fizycznie, bo mentalnie pływałam po morzach i oceanach zupełnie innych niż mój dom i życie. Najpierw była operacja i dochodzenie do siebie. Potem była intensywna praca, konkursy, szkolenia, spotkania, przygotowywanie się do lekcji, sprawdziany i inne takie. Nie było mnie. Wróciłam.
Ciężko było rozmawiać z mężem po tylu miesiącach stłamszonych żalów. I wiem już, że – choć brzmi to tandetnie – nie można przestać ze sobą rozmawiać. Trzeba mówić, nie milczeć, nawet jeśli ta druga osoba nie od razu usłyszy, zrozumie. Bo można stracić to, co budowało się w pocie czoła, przez lata, w ciągu zaledwie paru miesięcy.
Wiem, że piszę niczym autorka bestsellerowych powieści miłosnych, ale olśniło mnie, że nasze życie nie jest niczym innym niż właśnie taką powieścią. Może bez tych wzlotów i upadków, może nam pisany jest większy constans, większa nuda, ale idea jest ta sama.
Także powoli wracam do żywych.

niedziela, 27 listopada 2011

Te nieszczęsne korepetycje.

W zawodzie nauczyciela można spotkać się z czymś, co szumnie nazywab się korepetycjami. Oczywiście niektórzy nie chcą, by sugerować im brak wiedzy i korepetycje nazywają lekcjami – taka poprawność polityczna. Jakby nie było, korepetycje można podzielić na dwie kategorie: desperackie i dodatkowe. Krótkie rozwinięcie – desperackie to takie, które mają na celu gwałtowne i w miarę szybkie podniesienie poziomu wiedzy, a dodatkowe to takie, które służą faktycznemu podniesieniu swojej wiedzy.
W swojej pracy zbyt często spotykam się z tą pierwszą opcją. Nauczyciel jest głupi, nie potrafi niczego nauczyć, opierdala się na lekcjach, więc żeby pociecha zdała egzaminy, pozostaje tylko zatrudnienie korepetytora za ciężkie pieniądze. I bardzo często są to faktycznie ciężkie pieniądze, bo wydanie 40-100 złotych za godzinę kilka razy w tygodniu to wydatek szaleńczy. No ale czego nie robi się dla swojego dziecka, żeby mu ten nierób nie zmarnował życia i możliwości poznania języka. Największy dramat zaczyna się, gdy również korepetytor, pomimo ładowania w jego kieszeń dukatów, nie jest w stanie poprawić wyników dziecka. Wtedy zaczyna się szukanie kolejnego i kolejnego, i kolejnego…
A czasami wystarczyłoby zapędzenie dzieciaka do pracy. Bo czasami naprawdę do tego się to wszystko sprowadza. Dziecko nie uczy się, bo mu się nie chce, rodzice nijak nad tym nie panują, sypią się jedynki, a po jakimś czasie dziecko ma takie braki, że nie sposób nadrobić ich w kilka tygodni. Jeśli dziecko nadal uparcie się nie uczy, nadrobienie zaległości jest po prostu niemożliwe. Dziecko zwala wszystko na głupiego nauczyciela, który się na niego uparł, rodzice wyzywają korepetytora od najgorszych, bo jak to – on nie potrafi nauczyć ich dziecka w 60 minut tego, czego powinno uczyć się i powtarzać w domu przez wiele godzin? Kolejny jakiś nieudacznik! Ostatnio moja znajoma powiedziała, że zrezygnowała z korepetycji, bo dziewczyna się nie uczyła. „Odważna jesteś” – powiedziałam. A ona na to: „Nie zawsze tak było. Jak się potrzebuje pieniędzy, to się tkwi w takim układzie miesiącami albo latami. Ale teraz mam więcej kasy i nie potrzebuję tracić swojego czasu i nerwów ani szarpać swojej reputacji dla jakiegoś lenia.” I to była święta prawda.
Czasami korepetytor nie potrafi powiedzieć rodzicom, że ich dziecko jest pie… noooooooo, leniem i żadne lekcje nic nie dadzą. Nie potrafi tego zrobić, bo to niechybna utrata zarobku. Nie jestem bez winy, sama trwałam po wielokroć w takim bagnie (na szczęście w większości byli to dorośli, którzy wiecznie mieli co innego do roboty, mimo że sami wzięli lekcje na własny rachunek). A rodzice, zamiast posłuchać nauczyciela, który chce naprawdę dobrze, wywalają go z pracy i biorą sobie takiego, co się nie wychyli, ale dziecku też nie pomoże.
Kolejne rzecz, która mnie dziwi, to fakt, dlaczego dzieci nie korzystają z innych możliwości nauki. Wynaleziono coś takiego, jak konsultacje nauczycieli (są już w większości szkół). I, co ciekawe, przychodzi na nie bardzo mało uczniów. A czym są konsultacje, jeśli nie prywatnymi lekcjami? Rozumiem, jeśli nauczyciel jest rzeczywiście do kitu (czy ja mówiłam kiedykolwiek, że my jesteśmy bez winy?) albo konsultacje nakładają się na inne lekcje, ale najczęściej (mówię tu z doświadczenia) jest to efekt lenistwa, a nie warunków zewnętrznych. Dlatego zanim wyda się kupę kasy na korepetycje warto sprawdzić, czy one są rzeczywiście potrzebne.
Dochodzimy w końcu do drugiej grupy, ukochanej przez wszelkiej maści nauczycieli i korepetytorów. Ktoś płaci ciężką kasę za lekcje i naprawdę z nich korzysta. Uczy się pilnie i regularnie (no, może okazjonalnie coś tam zawali, ale każdemu się zdarzy). Widać, że mu zależy i naprawdę próbuje, a co za tym idzie, ma efekty. I tu powiem coś, co jest bardzo niepopularne wśród nauczycieli – to nie jest nasza zasługa. To znaczy nie bezpośrednio. Bo oczywiście jesteśmy po to, by wytłumaczyć, rozwiać wątpliwości i niejasności, ale nauczyć każdy się musi sam. Nikomu nie wbiję do głowy słownictwa czy czasowników nieregularnych, a bez tego ani rusz. I dlatego za sukcesy swoich uczniow nie przypisuję sobie wyłącznej zasługi. Na sukcesy pracujemy wszyscy razem, dając z siebie wszystko, ale jeśli coś nie wychodzi to oznacza, że ktoś w tej machinie nawala. Czasem jest to nauczyciel, ale w dzisiejszych czasach o wiele częściej uczeń. I to, że przyszło mi pracować w takich czasach, smuci mnie niezmiernie.

Awans na mianowanego.

W tym roku, po kilku latach zawodowego migania się, postanowiłam zacząc w końcu staż na kolejny stopień w awansie zawodowym nauczyciela. Migałam się, ponieważ 304 złote brutto nie są dla mnie wystarczającą rekompensatą za trzy lata wyjęte z życia i stresy egzaminacyjne. Przez te trzy lata zabijam setki biednych drzewek, bo papierologia przewyższa średnią około 10000000 kopii miesięcznie do około zyliona kopii miesięcznie. Innymi słowy – skoro czegoś nie ma na papierze, to jakby w ogóle się nie zdarzyło. I nie jest istotne to, że podobno już nie wymagają teczki stażu per se, istotny jest fakt, że aby coś udowodnić, muszę mieć to na piśmie, a więc w teczce stażu.
No i te genialne pytania… O pracy z dziećmi mogłabym opowiadać godzinami. Jakie metody stosuję, co z nimi robię, co robię dla nich, bo to dla mnie chleb powszedni. Jednak od zawsze wiedziałam, że to nie może być takie proste. I w końcu wpadł mi w ręce taki spis, który ktoś nazwał 100 pytań do… znaczy na mianowanego. I tu zacytuję kilka pytań:

Kto powołuje komisję na egzamin dla nauczycieli ubiegających się o stopień nauczyciela mianowanego?
Wymień organy szkoły i powiedz, które z nich są organami społecznymi?
Co sądzisz o reformie edukacji?

Na to ostatnie pytanie Państwo egzaminatorzy z pewnością nie chcą znać mojej szczerej odpowiedzi, bo mogłoby paść zbyt dużo bluzgów, a to z pewnością nie jest mile widziane na egzaminie. Co do pozostałych pytań… No cóż, posiadam internet, umiem nawet czytać, więc dobranie się do książki bądź źródła internetowego nie stanowi dla mnie problemu. Dlaczego więc zadaje mi się pytania, które do niczego nie są mi potrzebne i w żaden sposób nie wpływają na jakość mojej pracy? Jeśli zaś będą mi potrzebne, wystarczy pogrzebać w internecie i odpowiedź zawsze się znajdzie.
Właśnie dlatego unikałam tego awansu jak ognia – bo gromadzenie papierków i odpowiadanie na głupie pytania nigdy nie było moim hobby. Uważam że swoją pracę wykonuję dobrze, a weryfikacja tego powinna następować nie w formie dziwnego egzaminu, najeżonego dziwnymi pytaniami. Jaka więc forma by mnie satysfakcjonowała? Otóż świetnie sprawdziłaby się opinia pani dyrektor oraz opiekuna stażu. Dodatkowo można zostawić prezentację swoich działań (bo taka część egzaminu również obowiązuje). Powołując się na moje odpowiedzi Państwo egzaminatorzy naprawdę będą mieli problemy z rzetelną oceną mojej pracy, bo ja po prostu nie lubię i nie umiem lać wody aż tak, żeby ich to zadowoliło.
Swoją pracę wykonuję najlepiej jak umiem, w warunkach, w których przyszło mi ją wykonywać. Staram się dać tym uczniom wszystko, co najlepsze, wykorzystując wszelkie możliwe źródła. Nie jestem i nie czuję się odpowiedzialna za ich wyniki, bo poza tym, co ja daję z siebie w szkole, ich obowiązkiem jest uczyć się w domu i tylko wtedy moja praca może przynieść jakieś efekty. Jeśli tego nie robią, czuję się zwolniona z odpowiedzialności za cokolwiek. Jednak zawsze, naprawdę ZAWSZE, staram się dać dzieciakom wszystko, co najlepsze.

środa, 2 listopada 2011

Zajęcia opiekuńczo - wychowawcze.

W szkole wynaleziono coś, co nazywa się zajęciami opiekuńczo – wychowawczymi. Na czym to polega? Otóż jeśli uczeń nie przyniesie kartki, że ma się nim kto zająć w dni wolne (albo ustalone przez szkołę jako wolne, jak na przykład w poniedziałek), to ma obowiązek stawić się w szkole. Nie ma lekcji (dni wolne od zajęć dydaktycznych), a jedynie nauczyciele mają nad nim sprawować opiekę, żeby sobie krzywdy nie zrobił. Oczywiście w praktyce wygląda to nieco inaczej.
Podam przykład naszej szkoły. W piątek pojawił się plan lekcji sklecony dla osób, które kartek nie przyniosły. Ku mojemu zdziwieniu pojawił się tam napis „język angielski”. Tylko co ja mam z tymi dziećmi robić, skoro nie mogę robić angielskiego, bo nie ma zajęć dydaktycznych (poza tym połowa klasy została zwolniona przez rodziców, więc i tak musiałabym robić ten sam temat dwa razy). Oczywiście efekt końcowy jest taki, że w szkole pustki, nikt nie przyszedł, a zgraja nauczycieli siedzi w pokoju nauczycielskim. Po uporządkowaniu i uzupełnieniu papierków pozostaje nam siedzieć i patrzeć się na siebie nawzajem. Nikt nie wziął żadnych sprawdzianów ani kartkówek do sprawdzania, bo przecież miały być zajęcia.
No i siedzimy sobie w pokoju nauczycielskim i gadamy o dupie Maryni. Jedni siedzą na necie, inni (moi) piszą posty na blogi, jeszcze inni grają na telefonie. Nie rozumiem tej idei. Mamy teraz siedzieć do 11, bo taka jest zasada. Siedzieć kompletnie bezproduktywnie.

czwartek, 29 września 2011

Moja praca.

Jestem świeżo po lekturze wywiadu z pewnym panem, który znalazłam w pewnym brukowcu. Nie będę podawała ani nazwiska owego pana, ani tym bardziej nazwy pisemka, wspomnę tylko o wniosku, jaki wyciągnęłam z tego całkiem niezłego zresztą wywiadu. Otóż pan ten czuje się spełniony i szczęśliwy, bo jego praca daje mu satysfakcję, a życie prywatne dostarcza wielu radości. I tak sobie w związku z tym pomyślałam, że mnie też praca dostarcza wiele satysfakcji. Właściwie na równi z frustracją, niestety, ale zdałam sobie bardzo mocno sprawę z tego, że ja lubię uczyć.
Ile już razy obiecywałam sobie, że rzucę tą robotę i najmę się do jakiejś korporacji do prowadzenia szkoleń z języka albo na tłumacza. Przynajmniej zarobię normalne pieniądze i nie będę musiała kombinować od pierwszego do pierwszego. I za każdym razem na czczych pogróżkach się kończyło. A czemuż to? Bo kocham to, co robię. Wśród tych wszystkich żalów, które wylewam wartkim strumieniem, wśród tej papierkowej roboty, której nienawidzę, kryje się coś, co uwielbiam, co jest moim motorem, napędza mnie i pozwala cieszyć się życiem – uczeń.
Kocham te dzieciaki. Czy ten lepszy, czy ten gorszy, każdy jest w jakimś stopniu mój. Każdego w jakimś stopniu kształtuję. Czy robię to dobrze, czy źle, policzone mi zostanie nieco później. Nie jestem w stanie tego zweryfikować, bo rzadko kiedy mam okazję usłyszeć kilka słów prawdy od swoich uczniów. Kiedy dorastają, nie bawią się w odwiedzanie starych nauczycieli. A jeśli nawet odwiedzają, to nie wychodzi się poza zwyczajowe ramy (co tam w nowej szkole, jak Ci wyszło życie, co teraz robisz?). Nikt nie mówi: „wiele Pani zawdzięczam, chcę podziękować”, czy „strasznie Pani nie lubiłam, była Pani zbyt ostra” (dementuję przekonanie, że ostrych nauczycieli pamięta się najmilej – do dziś wspominam swoją ostrą nauczycielkę ze szczerą nienawiścią). 
Natomiast na pewno kocham to, co robię. Kiedyś, gdy szłam na kolejny kurs czy inne szkolenie, usłyszałam od męża: „Ty chyba to lubisz. Tak latać z kursu na kurs czy na inne głupie rady pedagogiczne”. Wtedy zaparłam się tego, jak żaba błota. Teraz odpowiedziałabym inaczej. Tak, lubię to. Nie dlatego, że mogę się czegoś nowego nauczyć, ale dlatego, że to jest część pracy nauczyciela, a ja kocham być nauczycielką. Pomimo wielu problemów, trudności, kłód rzucanych nam pod nogi.
Przygotowuję każdą lekcję najstaranniej jak się da. To nieprawda, że po kilku latach nauczyciel ma system i już nic nie musi robić. Dobry nauczyciel uczy się każdej klasy z osobna i do dzieci dostosowuje prowadzone lekcje. Czasem można zrobić więcej, czasem mniej, zawsze trzeba być na bieżąco. Można wymyślać nowe lekcje, chodzić z dziećmi do kina, na wycieczki, pracować z tablicą multimedialną, wchodzić na strony internetowe. To wszystko zajmuje czas, wymaga mojego poświęcenia, czasem kosztem dziecka i rodziny. Tyle że, jak już napisałam, tam też są „moje” dzieci, które mniej lub bardziej świadomie, ale jednak na mnie liczą. Czasem cierpi rodzina, czasem szkoła. Nie można mieć wszystkiego.
Najważniejsze jednak, że daję z siebie wszystko, a czasem nawet więcej. Dlatego właśnie czuję się spełniona. Bo wiem, że nie odwalam fuszerki i jestem w porządku w stosunku do samej siebie. Ostatnio pewien dyrektor z pewnej szkoły powiedział kilka bardzo mądrych zdań. Brzmiało to mniej więcej tak:
„Jako nauczyciele jesteśmy odpowiedzialni tylko i wyłącznie za to, co robimy, jak nauczamy, czy robimy to dobrze. Nie jesteśmy jednak w najmniejszym stopniu odpowiedzialni za wyniki uczniów. Co oni robią z tą wiedzą, zależy od nich. My mamy ich uczyć, ale nauczyć muszą się sami.”
I niech te słowa, które stały się moim mottem, będą tu puentą.

One Lovely Blog Award.

Chociaż największy bum na One Lovely Blog Award już się skończył, ja właśnie teraz zebrałam się do skończenia tego posta. Jego część powstała już jakiś czas temu, ale nie miałam jakoś serca go opublikować. Dlatego jakiekolwiek nieścisłości proszę złożyć na karb rozciągnięcia w czasie :)

Szczerze nienawidzę wszelkiego rodzaju łańcuszków szczęścia, idiotycznych maili w stylu „przedstawiamy ofertę SPECJALNIE DLA PANI”, czy tym podobnych rzeczy. Nie mogę patrzeć, gdy nagle milion osób ma te same znaczki, bransoletki, łańcuszki czy inne ozdóbki. Rozumiem łączenie się w bólu czy też ogólną solidarność narodu, a mimo wszystko tego nie lubię. Ok., moje prawo :).
Jednak kiedy dostałam nominację do One Lovely Blog Award od racjoo pomyślałam, że głupio byłoby nie skorzystać i olać. W końcu była ona tak miła, że uznała między innymi mój blog za warty uwagi i nominacji. Jakże mogłabym zrobić jej taki afront i olać dziewczynę, no jak? Zwłaszcza że jej nominacja, jak i sam fakt, że mojego bloga czyta, był dla mnie nie lada zaskoczeniem :). Dlatego też zacznę od faktu, że dziękuję za nominację i w końcu piszę tego posta.



Zasady są takie:
1. Trzeba umieścić u siebie link do bloga osoby, która przesłała nominację.
2. Należy wkleić logo na swoim blogu.
3. Napisać 7 rzeczy o sobie.
4. A na końcu nominować 16 osób i poinformować je o tym, pisząc odpowiedni komentarz.

Dwa pierwsze punkty to pan pikuś, dwa ostatnie już mi nieco doskwierają. Niby wiem, że te siedem rzeczy to nie musi być grom z jasnego nieba ani żaden wielki sekret, który do tej pory pozostawał ukryty, ale jednak mam wrażenie, że czytający chętnie poznaliby kilka ciekawych szczegółów na temat mojej skromnej osoby. Zaś nominowanie 16 blogów to już doprawdy wyzwanie. Owszem, czytam tyle blogów albo i więcej, ale komu tu wysłać nominację??? Są tacy, co już zostali nominowani, tacy, którzy prawdopodobnie nie są zainteresowani i tacy, którzy pewnie by się ucieszyli, ale pewności nie ma.

A ponieważ zabawa już nikogo nie rajcuje, jak jeszcze kilka miesięcy temu, postanowiłam nie nominować nikogo konkretnego. Jeśli kogoś tym uraziłam, przepraszam.

Także pozwólcie, droga gawiedzi, że poniżej rozprawię się z ostatnim punktem.

SIEDEM RZECZY O MNIE:
  1. Kocham swoją pracę. Nie ważne, jak bardzo narzekam, jak mało dostaję pieniędzy i jak wiele mam w niej problemów – nie mogłabym pracować niegdzie indziej. Znaczy moglabym, ale nie chcę.
  2. Zaczynam lubić siebie. Nie swój charakter, ale wygląd. Jednak chudnięcie pomaga. Nie czułam się dobrze w rozmiarze 48. Wczoraj spojrzałam w lustro (tak naprawdę spojrzałam, a nie rzuciłam okiem na świeżo ułożone włosy) i spodobało mi się to, co tam zobaczyłam. Teraz muszę tylko zmienić oprawki okularów, żeby lepiej było widać moje piękne, duże oczy ze zmysłowo długimi rzęsami.
  3. Jestem złą matką. Często denerwuję się na syna, czasem krzyczę, kilka razy zdarzyło  mi się przeklnąć, a niejednokrotnie (o zgrozo!) dostał po łapach. Kwalifikuję się właściwie do patologii. I mam to w nosie. Wierzę i widzę, że mój syn jest szczęśliwy. I mam nadzieję, że jednak nauczę się mniej denerwować.
  4. Tak samo często denerwuję się na dzieciaki w szkole. Nie przeklinam ani nie walę po łapach, ale ciśnienie skacze mi, jak po dobrym espresso. Staram się mniej przejmować, ale zależy mi na tych dzieciakach. Co począć?
  5. Jestem leniwa. Jak nie wiem co. Mogłabym spać całą dobę. Czasami tylko dostaję jakiegoś kopa od losu i wtedy moglabym góry przenosić. Na co dzień wolę spać.
  6. Jestem głupia i nie mam hobby. Nie chodzi o taką „prawdziwą” głupotę, ale raczej o ignorancję. Jeśli coś mnie nie interesuje, nie zajmuję się tym. Nie czytam na ten temat, nie wgłębiam się w problem, olewam innymi słowy. Moim hobby jest język i praca w szkole, ale nie wiem, czy to można tak do końca nazwać hobby. Nie zbieram znaczków, nie śmigam po falach, nie chodzę po górach, w ogóle jestem mało mobilna.
  7. Kocham swoje życie. Już pisałam o tym obszerniej tu, więc proponuję się przenieść, jeśli kogoś to interesuje. Tyle że odkrywam to co jakiś czas na nowo. Jestem spełniona, a mam dopiero 31 lat :).

wtorek, 20 września 2011

Egzaminy poprawkowe.

Jestem, żyję i mam się całkiem dobrze. Okazało się, że nie takie kłopoty straszne, jak wyobraźnia je maluje. Dlatego też wyszłam z tych kłopotów dość szybko. Wtedy jednak na horyzoncie pojawił się pan woreczek żółciowy, który postanowił zejść z tego padołu na skutek posiadania kamieni. O pobycie w szpitalu, a właściwie klinice, pisać nie będę, gdyż był on nudny jak flaki z olejem (czyt. wszyscy byli mili i kochani, ufałam im bezgranicznie i nie mam się na co skarżyć :)). A jak już pan woreczek zszedł to wszystko w środku zaczęło jakby bardziej dawać o sobie znać, czyli prozaicznie boleć. I dlatego właśnie, pomimo posiadania, pardon, sraczki umysłowej, nie poradziłam sobie z zamieszczaniem tejże na blogu. Niniejszym poprawiam się i zarzekam, że kolejny tydzień będzie obfitował w notki.
Na pierwszy ogień pójdą egzaminy poprawkowe. W tym roku było pomieszanie z poplątaniem, gdyż z powodu chwilowej nieobecności jednej z pań dyrektor, nad wszystkimi egzaminami czuwała druga pani dyrektor. Egzaminów było dużo, więc żeby nie było mega zamieszania, pani dyrektor zarządziła egzaminy łączone. Czyli pisemny wszyscy piszą w jednej sali, a na ustne wchodzi się wahadłowo, czyli po jednej osobie na każdy przedmiot. W mojej sali ustne zdawał angielski (nic dziwnego) i historia.
Z historii za dobra nie jestem, więc stwierdziłam, że może się  nieco poduczę, słuchając kwiatu młodzieży. I do dziś nie wiem, czy to kwiat młodzieży okazał się istnym chwastem, czy też Bozia mózgu nie dała, bo stało się w kolejce po urodę. Dialog, który pojawi się poniżej, nie ilustruje dokładnych słów ani nauczycielki, ani uczennicy, postaram się jednak być jak najbardziej dokładna (pamięć w końcu nie aż taka zła). Ponadto proszę sobie przed każdą odpowiedzią postawić pauzę, gdyż w tym czasie dziewoja myślała intensywnie, co widać było po wyrazie uroczej twarzyczki, chociaż na mój gust mogły tam zachodzić zgoła inne procesy (może fermentacja), sądząc po udzielanych odpowiedziach.
- Powiedz mi, jakich znasz bogów greckich.
- Nie znam żadnego.
- A jest taki jeden, najważniejszy, często na rycinach przedstawiany z piorunami.
- Nie wiem. 
- A może w takim razie znasz takie powiedzenie, że jak ktoś nie jest z czegoś dobry to jest to jego pięta…?
- Nie wiem.
- Ok., przejdźmy do następnego pytania. Wiesz, że w Polsce jest Sejm i Senat.
Nieśmiałe kiwnięcie głową na tak.
- A gdzie one się znajdują? W jakim mieście?
- Nie wiem.
- A oglądasz czasem jakieś wiadomości w telewizji?
- Nie. – prawie obrażona, jakby oglądanie wiadomości godziło w jej honor.
- No dobrze, to inaczej. Co jest stolicą Polski?
- Nie wiem.
W tym momencie stwierdziłam, że moje szare komórki wołają o natychmiastową pomoc i reanimację, bo większość z nich zeszła na zawał. Siedziałam na swoim miejscu (to jakże biedne dziecko siedziało tyłem do mnie) i stroiłam przedziwne miny osoby, która się dusi, dławi i ogólnie jest w agonii.
- To chyba nie mam co pytać cię o poprzednie stolice Polski?
- Nie wiem.
- A kto jest prezydentem w Polsce?
- Lech Kaczyński.
Panienka spóźniła się o rok i trochę, ale nic to, najważniejsze, że na ten temat miała jeszcze jakiekolwiek pojęcie. Pewnie nie ominął jej szał smoleński, choć podejrzewam, że bardzo się o to starała.
Ogólnie rzecz biorąc, padłam, słuchając jej odpowiedzi. Jakby ktoś pytał – nie zdała. Podobnie było z językiem angielskim i niemieckim, ale z powodów problemów językowych występujących w przekazie, napiszę o tym tylko na wyraźną prośbę czytelników :).

czwartek, 1 września 2011

Trudne decyzje.

Nasze życie pełne jest dokonanych wyborów. Tych dobrych i tych złych. Naszych. Czasem nawet te złe wychodzą nam na dobre. Jednak najtrudniejsze są wybory pomiędzy mniejszym złem. 
Zostawić dziecko dłużej w przedszkolu i iść do drugiej pracy, żeby mieć za co go ubrać, czy może jeść chleb z wodą i więcej czasu spędzać z Młodym. Rzucić pracę, w której zaczyna się mnie rolować czy lepiej trzymać się w miarę pewnej posady. Za te pieniądze robić w szkole coś więcej czy tylko chodzić na swoje godziny.
Takich wyborów czeka mnie w tym roku wiele i proszę los, żeby oszczędził mi błędów...

środa, 10 sierpnia 2011

Inni mają gorzej...

Post ten będzie napisany pod wpływem impulsu, który postanowił mnie dotknąć w czasie czytania innego bloga, którego jednakowoż nie zareklamuję, bo wkurzyłam się jak nie wiem co. Otóż autorka zrobiła, a raczej napisała coś, co wkurza mnie za każdym razem, kiedy taką teorię słyszę: kobiety nie powinny skarżyć się na ból i trud podczas porodu, tylko powinny być wdzięczne, że je to spotkało, bo wiele jest kobiet, które o tym marzą, a nie mają szans na dziecko. 
O żesz ty... Jak ja nienawidzę takich frazesów! Proponuję biczować się za każdym razem, kiedy postanowimy coś zjeść, bo przecież dzieci w Afryce w tym samym czasie głodują. Uśmiechajmy się, kiedy złamiemy nogę, bo inni nóg nie mają. Tnijmy się, kiedy nasze dziecko ma 40 stopni gorączki i wołamy pogotowie, bo przecież jakieś inne dziecko ma raka. 
Takie gadanie jest tak absurdalne, że aż przykre. Ja rozumiem, że poród to nie koniec świata ani ból nie do przeżycia, ale każdy ocenia rzeczywistość swoją miarą. Boli i tutaj nie ma żadnych wątpliwości. Pewnie gdyby cięto mi nogę na żywca, bolałoby bardziej, ale czy z tego powodu nie mam prawa krzyczeć i narzekać, że poród boli? W takim razie przestańmy się w ogóle skarżyć, bo zawsze ktoś będzie miał gorzej od nas... Jakoś wątpię, żeby autorka bloga nigdy nie narzekała i to z pewnością na rzeczy o wiele bardziej błahe od bóli porodowych. A jednak nie widzi w tym zapewne niczego niewłaściwego.
Dlatego narzekajmy na co tylko chcemy, bo każdy w każdej sytuacji ma jakieś tam swoje problemy. I nie chodzi wcale o to, że Polacy to naród malkontentów. Każdy człowiek - Polak, Grek, Rosjanin czy Amerykanin, lubią narzekać na swój los. Tak po prostu jest. Trzeba tylko pamiętać, żeby narzekać z umiarem i wszystko będzie dobrze. 

P.S. Zostałam nominowana do pewnej nagrody, ale o tym następnym razem (zbieram się w sobie).  

czwartek, 23 czerwca 2011

Karmienie piersią.

Nie rozumiem wielu rzeczy w mojej rzeczywistości. I dobrze, nie wszystko trzeba rozumieć, kilka rzeczy można wytłumaczyć, a kilka pozostanie niezrozumianych na zawsze. I jedna z takich rzeczy jest właśnie na topie. Karmienie piersią w miejscach publicznych. Oj tak, temat ten wywołuje wielką dyskusję i niejeden wielki flejmik powstał dzięki takim wymianom zdań, dlatego też postanowiłam wyrazić swoje zdanie. Zaznaczam, że piszę jako osoba doświadczona, a nie jako kobieta, która nigdy matką nie była, piersią nie karmiła i w ogóle nie wie, jak to jest.
Rozumiem, że kobieta chce karmić piersią. Też chciałam. Udało mi się krótko, bo przez trzy miesiące, ale nie w tym rzecz. Rozumiem też, że piersi służą do karmienia, a nie są zabawkami dla mężczyzn, jak niektórym się zdaje. Tak, karmienie młodych to ich pierwotna i jedyna w rozumieniu natury funkcja. Rozumiem też, że w niektórych plemionach afrykańskich całkiem normalnym jest chodzenie z wywalonym cycem, żeby dzieć mógł się w każdej chwili do tej piersi przyssać. I jest ok. Problem w tym, że chociaż niejednokrotnie słyszę i sama mówię, że jesteśmy sto lat za murzynami (powiedzenie takie, nie jestem rasistką), to jednak w tej kwestii uważamy się za o wiele bardziej rozwiniętych i z gołymi piersiami po ulicach nie paradujemy (chociaż myśląc o niektórych młodych dziewczynach, widzianych przeze mnie na ulicy waham się, pisząc te słowa).
Jednak karmienie piersią w miejscach publicznych budzi we mnie ogromny sprzeciw. Nie mam nic do karmiących mam. Nie mam nic do widoku karmiących mam na mieście czy na placach zabaw. Nie wzrusza mnie widok piersi, zasłoniętej czy też nie. Skoro ona sama tak chce i na to się decyduje, jej wybór. Dziwi mnie to tylko. Karmienie piersią to bardzo osobista sprawa i jakoś nie wyobrażam sobie, żebym mogła siedzieć z małym przyczepionym do piersi na środku supermarketu i jeszcze się z tego cieszyć, a jednocześnie wyglądać jak gradowa chmura, bo „nikt mi nie będzie zabraniał karmić dziecka w miejscu publicznym, będę wywalać cycka, gdzie mi się żywnie podoba i nikomu nic do tego, a w ogóle to wszyscy nie zgadzający się z tym są wrednymi paskudami i mogą mnie pocałować w rzyć”. 
Takie właśnie mam podejście do matek karmiących po przeczytaniu miliona wątków na forach i tysiąca blogów karmiących matek. Ja osobiście chowałam się po kątach w trakcie karmienia (w domu normalnie, ale na zewnątrz już nie), bo uważałam, że moje piersi, moja sprawa. Nie czułabym się komfortowo, gdyby ktoś obcy na mnie patrzył w trakcie karmienia. Nie wiem, może jestem dziwna, ale karmienie w miejscach publicznych wywołuje we mnie tylko niesmak. Nie widzę niczego „słodkiego” w tym, że dziecko wcina mleko z piersi. Normalne. Nie słodkie, nie rozczulające, ale też nie obrzydliwe czy wstrętne, jak to uważają niektórzy. Normalne. Tyle że prywatnie, w domu. Ciekawe dlaczego to samo dziecko może zimą wytrzymać dłużej (bo matki jakoś nie garną się do wystawiania cycka na mróz, tylko czekają na to z powrotem do domu), a latem można już spokojnie karmić je co 20 minut „na żądanie” przez obojętnie jak długi czas na dworze, bo „to jest takie piękne, naturalne i cudowne”.
No cóż, pewnie zbiorę za to baty, ale takie właśnie jest moje zdanie.

niedziela, 12 czerwca 2011

Jasiu.

Na wstępie pragnę przeprosić wszystkich, którzy czekali na moje odpowiedzi na komentarze. Próbowałam z tym walczyć, ale do tego trzeba kogoś mądrzejszego ode mnie, a nikogo takiego nie mam akurat aktualnie pod ręką. Nie mogę dodawać komentarzy zalogowana i już. Dlatego pod ostatnim postem dodałam się jako anonimowy. Jeśli nic się nie zmieni, nadal tak właśnie będę postępować. Tyle tytułem wstępu.
Tymczasem koniec roku przynosi nam coraz więcej ciekawostek, które nadają się chyba tylko do „Mamy Cię”. Czasem tak właśnie się czuję – jakbym była w ukrytej kamerze i za chwilę ktoś miałby do mnie wyskoczyć zza winkla i krzyknąć „Mamy Cię!”. Niestety, jak dotąd nikt tego nie uczynił, więc muszę mimo wszystko założyć, że to się dzieje naprawdę.
Tym razem historia Jasia, który tak samo jak Antoś, historię ma nieciekawą. Jednak na początek muszę poczynić pewien wstęp, który dla nie – nauczycieli może okazać się dość istotny.
Otóż w szkole obowiązują następujące zasady: miesiąc przed ostatecznym wystawieniem ocen należy poinformować uczniów i ich rodziców o przewidywanych cenzurkach. Jeśli uczeń ma za dużo ocen, które nie przypadają mu do gustu, może je poprawić właśnie w ciągu tego miesiąca. Jeśli tego nie zrobi, nadchodzi Armagedon. Miesiąc po przedstawieniu wszystkich ocen przychodzi czas na wstawianie tych ostatecznych. Stawia się je w dzienniku długopisem, nieodwołalnie. Tydzień po tym wystawieniu ocen przychodzi czas na Radę Pedagogiczną, która ustala, czy wszystko gra. Na tej Radzie ustala się również egzaminy poprawkowe, przy czym uczniowi należy się poprawka, jeśli nie zdaje z dwóch przedmiotów. W przypadku większej liczby, sensowność poprawki ustalaja nauczyciele (czyli czy da radę zdać 8, czy też nie ma sensu szarpać sobie nerwów i zostanie drugi raz w tej samej klasie). Tak to wygląda od strony formalnej.
Wróćmy do Jasia. Otóż z Jasiem mam lekcje cztery razy w tygodniu – poniedziałek, środa, czwartek i piątek. W poniedziałek Jasiu oznajmia mi, że on chce się poprawić. Przyjdzie we wtorek po lekcjach, jako że do środy jest wystawianie ocen. Widzimy się we czwartek i taki oto nawiązuje się dialog:
- Mogę się poprawić?
- Chyba żartujesz? Gdzie byłeś we wtorek?
- Byłem nieobecny cały dzień.
- A w środę?
- Uciekłem.
Jeśli liczył na to, że się nad nim zlituję za szczerość, to srogo się przeliczył, ale postanowiłam zagrać w tą jego gierkę.
- I czego ty oczekujesz, chłopcze?
- To nie mogę poprawić?
- Wystawiłam wczoraj wszystkie oceny.
- Ale ja się mogę poprawiać do rady. [???sic!]
- Nie do rady, Jasiu, a w wyjątkowych przypadkach do piątku.
- To mogę?
Dałam mu sprawdzian do poprawy, po pięciu minutach dostaję go z powrotem. Jak się można łatwo domyślić, farmazony rodem z Nibylandii. Dostaje 7 punktów na 25, co oczywiście w żaden sposób nie poprawia mu oceny. Patrzę w dziennik i co widzę? Otóż Jasiu ma siedem jedynek.
- I jak ty, chłopcze, masz zamiar to poprawić?
- No poprawię pięć jedynek do rady, a z dwóch przedmiotów będę miał poprawki.
- Po pierwsze, nie do rady, tylko do wczoraj (skąd on wziął ten termin – do rady???). Po drugie, zalicz, proszę, angielski do tych dwóch poprawkowych, bo dwójki z tego nie będzie.
Jasiu rozżalony usiadł i pracował na lekcji jak nigdy dotąd, zapewne w nadziei, że jednak jakoś tą dwóję uda mu się uzyskać. Nie udało się, a Jasiu z całą pewnością nie poprawi pozostałych pięciu przedmiotów.
Zdumiewa mnie tylko fakt, że Jasiu uparcie brał sobie terminy z sufitu i wprowadzał je do swojego mózgu niczym powszechnie znane fakty.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Koniec roku szkolnego.

W przeciwieństwie do uczniów, nienawidzę końca roku szkolnego. Nie cieszy mnie perspektywa wakacji, bo wiem, jaką harówą zostanie okupiona. Owszem, dwa miesiące spokoju nie w kij dmuchał i nie będę zaprzeczać, że dobrze mieć wakacje (jeden z niewielu plusów bycia nauczycielem), ale droga do tego końca jest kręta i wyboista. W tym roku jest gorzej niż wcześniej, a podejrzewam, że w przyszłym będzie jeszcze gorzej.
Około stycznia uczniowie dowiedzieli się, z jakich przedmiotów są zagrożeni i co powinni poprawiać. Oczywiście pytali mnie o plakaty, referaty, ale nie jestem naiwna – referaty napisze im ktoś inny, a plakat to ja mogłam zadawać, ale w trzeciej klasie podstawówki. Mają poprawiać kartkówki i sprawdziany, mają się nauczyć, bo w krótkim czasie czekają ich egzaminy i matury. Obiecałam sobie, że tym razem nie popuszczę. 
No i nie popuściłam. A uczniowie w nadziei na cudowne ocalenie postanowili wystawić mnie na próbę. No i dzisiaj (w środę ostateczne wpisanie ocen do dziennika) przyszedł do mnie jeden taki, nazwijmy go Antoś. Od razu dodam, że Antoś już jakiś czas temu doszedł do wniosku, że muszę go nie lubić. Skąd ten wniosek? Wkurzył mnie niesamowicie swoim olewactwem. Na początku roku szkolnego dowiedziałam się, że dzieciak z biednej rodziny, na książki go nie stać, więc postanowiłam go poratować i podarować mu podręcznik (miałam jeden dodatkowy na stanie). Może dlatego stwierdził, że go nie lubię…? Tymczasem Antoś z podręcznika nie korzystał i w ogóle do lekcji miał podejście nieco seksualne… czyli pier*** je po całości. Zwracałam mu niejednokrotnie uwagę, ale do mnie osobiście miał dokładnie takie samo podejście.
I ten właśnie Antoś, który wiedział o zagrożeniu od stycznia i nadal to olewał przyszedł dzisiaj do mnie i spytał, co może zrobić, żeby się poprawić. I takiż wyniknął dialożek między nami.
- Co ja mogę zrobić, żeby poprawić oceny?
- Od kiedy, drogi Antosiu, wiedziałeś o zagrożeniu?
- Od dawna, w zasadzie.
- A kiedy mam konsultacje?
- W zasadzie to nie wiem.
- To w zasadzie bardzo mi przykro.
Oczywiście Antoś nie ustaje w żebraniu o ocenę dopuszczającą, a ja nie ustaję w wysiłkach, żeby mu jej nie dać (nie muszę się jakoś wyjątkowo wysilać). Antoś się kaja, obiecuje złote góry na przyszły rok i przysięga, że będzie obecny na każdych konsultacjach i będzie pracował ciężko na każdej lekcji. Jakoś mu nie wierzę…
P.S. Jakby były jakieś wątpliwości, moja książka wygląda, jakby była przeżuta i połknięta przez wielkiego trolla, po czym przez tego samego trolla zwrócona.

sobota, 21 maja 2011

Matura ustna.

Dla potomnych. Kilka słów o maturze ustnej z języka angielskiego, która okazała się być szczęśliwa dla wszystkich zdających na mojej zmianie.
Wszystko było w porządku i naprawdę wszyscy zdali, postanowiłam jednak napisać krótki poradnik dla tych, którzy zdawać będą w przyszłym roku albo w sierpniu. Ponieważ egzaminator ma wiele spostrzeżeń, ja również zauważyłam kilka strachliwych spojrzeń, rzucanych w kierunku egzaminatorów i wyrażających nieme pytanie „Co pani tam pisze? / Naśmiewa się pani ze mnie? / Dlaczego znowu zadajecie mi to samo pytanie?” i kilka innych. Otóż śpieszę wyjaśnić wszelkie meandry matury ustnej (wiem, że w przyszłym roku będzie inna, ale zasady aż tak bardzo się nie zmieniają).
Na maturze rozszerzonej (a w przyszłym roku zapewne i na podstawowej) nauczyciele mają zadawać pytania wymyślone na poczekaniu. Niejednokrotnie nauczyciel egzaminujący nie ma pomysłu, o co tak naprawdę pytać, więc prosi swojego kolegę / koleżankę o podrzucanie mu pomysłów. Właśnie to tak namiętnie notujemy na karteczkach, które potem przekazujemy współpytającym. Nie rysujemy tam uśmiechniętych buziek, nie notujemy dowcipów tylko zapisujemy pytania (banalne, ale co mogę na to poradzić). Czasami również notujemy sobie błędy, popełniane przez uczniów, żeby potem lepiej ich ocenić, ale to zdarza się stosunkowo rzadko i nie ma formy prześmiewczej.
Po opisie rysunku w maturze podstawowej pojawiają się dwa pytania, które nauczyciel musi zadać. Tymczasem nagle okazuje się, że na jedno z tych pytań uczeń udzielił odpowiedzi w swoim opisie. Co mam wtedy robić? Nie zadawać tego pytania? Nie mogę. Muszę je zadać, bo uczeń ma usłyszeć dwa pytania. I kiedy już sformułuję swoje pytanie, widzę ten przestrach w oczach, że coś źle powiedział i dlatego pytamy go o to po raz kolejny, więc wymyśla różne farmazony, żeby było lepiej. Nie musi być lepiej, wystarczy powtórzyć to, co już zostało powiedziane. Pytamy o to samo, bo musimy, a nie możemy powiedzieć, że trzeba tylko powtórzyć raz już powiedzianą rzecz.
Kolejne sprawa – milczenie egzaminatorów. To nie jest tak, że jesteśmy wredni i nie chcemy wam pomóc. Nic by mnie bardziej nie uszczęśliwiło niż podpowiedzenie jednemu czy drugiemu kilku słówek, których mu brakuje, bo się zdenerwował. Jednak nie wolno nam. Tak po prostu i zwyczajnie nie wolno. Dlatego właśnie siedzimy w milczeniu i czekamy na dalszą wypowiedź, przez co uczeń jeszcze bardziej się denerwuje i zacina. Przykro mi, że tak musi być, bo my naprawdę te nerwy rozumiemy, ale takie są procedury. 
No i na końcu coś, co jest najtrudniejsze dla zdającego jakiegokolwiek egzamin. Pamiętam, jak miałam po raz trzeci zdawać egzamin licencjacki. Ktoś mógłby stwierdzić, że trzeci raz to już bułka z masłem i chleb powszedni, a ja denerwowałam się tak, jak nigdy w życiu. Uspokoiła mnie niemal cała buteleczka Neospasminy. Oczywiście użyta niezgodnie z instrukcją dała mi przy okazji niezłego kopa (byłam spokojna i wesoła jak rzadko, ale nie był to stan narkotycznego odurzenia), jednak w końcu wyluzowałam i zdałam ten licencjat. Ledwo ledwo, ale zdałam (z pewnością nie była to zasługa leku, ale przynajmniej nie mdlałam z nerwów na sali). Innymi słowy: „Tylko spokój może nas uratować”. Ja wiem, że nerwy są i nic nie da się na to poradzić (mojego sposobu nie polecam), ale  trzeba się opanować na tyle, na ile się da. Wmówić sobie, że jest ok., i na pewno jesteśmy dobrze przygotowani i powinno pójść nieźle.
I na koniec wszystkim jeszcze-tegorocznym oraz wszystkim przyszłym maturzystom – POWODZENIA.          

niedziela, 15 maja 2011

Sfrustrowana.

Robię się coraz bardziej sfrustrowana. Szkolnie sfrustrowana. Poważnie zastanawiam się nad zmianą zawodu, bo ciężko już wytrzymać w szkole takiej, jaką się stała po tych wszystkich przedziwnych reformach i zmianach. Coraz więcej pracy, coraz mniej czasu na cokolwiek, coraz większa bezsilność i nerwy. Ja naprawdę nie wiem, jak pokolenie moje i kilka przede mną dało radę wszystkiego się nauczyć, zdać i przejść bez tych wszystkich bajerów i udoskonaleń dostępnych dzisiejszej młodzieży.
Nauczyciele mają być nowocześni, interaktywni, motywujący, kreatywni, stymulujący i w ogóle mlekiem i miodem płynący. Nie do pomyślenia jest, żeby teraz tak po prostu uczyli. Uczniowie też nie mogą się tak po prostu uczyć, oni muszą być pozytywnie zmotywowani, nauczyciel musi być na ich usługi. A w sumie to nie muszą robić nic, bo przecież kiedyś i tak go z tej szkoły wypuszczą, bo nie będą go chcieli wiecznie trzymać, a poza tym klasy są za małe, bo niż demograficzny, więc przepuszczać trzeba wszystkich.
Tak, my to wiemy i oni to wiedzą, dlatego skutki są, jakie są i nie ma co spodziewać się cudów. Jeśli uczeń widzi, że każdy przechodzi pod koniec roku, jeśli tylko zrobi jeden plakat, to widzi również, że nie ma sensu się starać (mam tu na myśli uczniów, którym nie zależy na dobrej ocenie, a jedynie na przejściu z klasy do klasy).
Ostatnio pani dyrektor zwróciła się do nas z prośbą o wypełnienie kart, w których mieliśmy zapisać, co zrobiliśmy, żeby uczeń poprawił swoje oceny. My, jako wychowawcy. Mam nieprzepartą ochotę napisać, że już poprawiłam ocenę z biologii za pana X, a z chemii za panią Y. No bo co ja mam tam pisać??? Znaczy wiem, co mam tam pisać. Że rozmawiałam z uczniem, jego rodzicem, nauczycielem, u którego ma banię i każdy z  nich ma to potwierdzić swoim podpisem (żeby nie  było, że tak sobie wymyśliłam). Tylko że stąd już tylko krok do tego, żeby poprawiać za nich oceny. To podobno bat na tych rodziców, którzy awanturują się, że ich biedne dzieci nie wiedziały, co mają zrobić i dlatego się nie poprawiały, a w ogóle to my jesteśmy nierobami i dzieci nie miały w ogóle szansy się poprawić, bo nas nigdy w pracy nie ma. Tyle że ja bym takiego rodzica posłała na drzewo, a nie produkowała dla niego kartki z wyjaśnieniami.
Bo rodzice niejednokrotnie są o wiele gorsi od dzieci. Mają oczekiwania, wymagania, pretensje, a kiedy mówi im się, że ich dziecko nie jest tak genialne, jak im się wydaje, to pomstują na nauczyciela, wytykając mu brak kompetencji i chęci. No i oczywiście twierdzą, że jestem głupia (nie do mnie osobiście, ale do innych matek i do dzieci), że nie ma się co mną przejmować i że jestem wredna i uparłam się właśnie na ich dziecko. Ręce opadają.
Prawda jest taka, że nie chcę wcale zostawiać tych uczniów na kolejny rok. Problem polega jednak na tym, że oni nie dają mi szansy na to, żeby ich przepuścić. Nie chodzi nawet o to, że czegoś nie umieją, nie rozumieją, bo to bym jeszcze zniosła (angielski naprawdę nie jest najważniejszym przedmiotem na świecie), ale o to, że oni w ogóle nie pracują. Nie uczą się w domu, nie uważają na lekcjach, nie noszą książek ani zeszytów, nie notują, nie tłumaczą sobie słówek… Innymi słowy – nie robią nic. A potem pod koniec roku wydaje im się, że będą w stanie wszystko poprawić, choćby cały rok, bo przecież tu napiszą jakiś referat, a tam jakiś plakat i po sprawie. A ja w tym roku się zaparłam i powiedziałam – NIE. Jeśli chcesz się poprawić to napisz kartkówki i sprawdziany i tylko pod tym warunkiem będziesz mógł/mogła przejść do następnej klasy. Chwilowo nikt się nie kwapi, bo przecież jest dopiero połowa maja.
A dlaczego się zaparłam? Bo od przyszłego roku wynik egzaminu gimnazjalnego z języków będzie liczył się do rekrutacji. I ja potem nie mam zamiaru wysłuchiwać od dyrektorki połajań, dlaczego nasza szkoła jest w jakiejś tam staninie albo w takim a nie innym miejscu na wykresie czy w tabelce. Wszystko sprowadza się do tego, że mamy słabe wyniki. Dlaczego? Dlatego, że przepuszczamy z litości, jak leci, a potem oczekujemy wysokich wyników i tego, że oni na egzaminach wypadną dobrze. Cudów nie ma, pani dyrektor. Ktoś, kto raz poczuje, że można go przepuścić bez żadnego wkładu własnego, nie zacznie się nagle uczyć, bo wisi nad nim egzamin gimnazjalny. 
I tak wąż zjada własny ogon.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Książki.

Post zainspirowany tym tekstem (nieco chaotycznym) pana Damiana Gajdy, znalezionym na Onet.pl.

Książki towarzyszyły mi od zawsze. Najpierw czytała mi mama, potem, kiedy nauczyłam się czytać, obie siedziałyśmy wieczorem na fotelach z książką w dłoni. Czytał też mój dziadek. Niemal ciągle widziałam kogoś z książką w swoim otoczeniu. Nie sposób w takiej sytuacji nie lubić czytania. Książki połykam w każdej wolnej chwili (częściowo teraz książki zastąpiły mi blogi). Jedyna rzecz, która nie podoba mi się w rodzicielstwie to fakt, że już nie mogę sobie usiąść w dowolnej chwili i poczytać. Nie ma czasu, żeby porządnie skupić się na książce, bo trzeba się liczyć z obudzeniem Młodego. No ale nic, nastaną lepsze czasy. Nie znaczy to, że przestałam czytać w ogóle, po prostu czytam rzadziej, a więc mniej. Nie jest to jednak istotne.

Wychowałam się na książkach lekkich, łatwych i przyjemnych (jakie inne mogło czytać dziecko, a potem nastolatka). Nigdy nie widziałam nic złego w tym, że ktoś zamiast dzieł Joyce’a trzyma na kolanach książkę Grocholi. Wręcz przeciwnie. Śmiem twierdzić, że wiele osób sięgających po tak zwaną „literaturę ambitną” niewiele z niej rozumie i wynosi. Czytają, bo tak jest modnie, bo tak wypada, ale w rzeczywistości ich nudzi, męczy, katuje. Mało tego – zaryzykuję nawet stwierdzenie, że niektórzy krytycy, wychwalający jakieś dzieło pod niebiosa robią to tylko dlatego, że go nie rozumieją i boją się przyznać, że to zwykła szmira, żeby nie zostać posądzonym o brak inteligencji przez innego płytkiego krytyka (dla ścisłości, mam takie samo zdanie względem sztuki, poezji czy filmu). Czy nie lepiej w takiej sytuacji poczytać dla przyjemności Musierowicz?

Jestem jedną z tych osób, które z literatury lekkiej czerpią ogromną przyjemność. Nie wstydzę się przyznać, że czytałam Siesicką, a teraz zaczytuję się w Grocholi czy J.K. Rowling. Nie mam nic przeciwko tym pisarzom, którzy ubarwiają rzeczywistość, sprawiają, że jest dla ich bohaterów lżejsza do zniesienia (vide: Judyta buduje dom niemal własnymi rękoma – jakim cudem nie tonie w długach i jest spokojna o swój byt codzienny? „Nigdy w życiu” Grocholi), nawet jeśli ci pisarze robią to tylko dla pieniędzy (a Szekspir to pisał dla przyjemności? no nie rozśmieszajcie mnie).

Nie rozumiem tego pędu za tym, żeby książka MUSIAŁA być poważna, smutna, dołująca, a jednocześnie przekazująca jakieś tam wartości, których ja jako czytelnik mam się w bólach domyślać. Nie wiem dlaczego tak bardzo lubujemy się w literaturze, która pokazuje nam to samo bagno i ten sam bezsens, który mamy na co dzień, wystarczy poczytać gazety albo włączyć telewizję.

Są ludzie, którzy w książce szukają chwili zapomnienia, lepszego dzisiaj i jeszcze lepszego jutra. Chcą wierzyć, że istnieje rycerz na białym koniu i że kiedyś po pocałowaniu żaby zobaczą pięknego księcia. Czy to jest złe? Przecież i tak potem wracają do tego świata pełnego głupich ludzi, beznadziejnej rzeczywistości, niepoważnych przepisów. A może po tej lekturze łatwiej jest żyć?

Oczywiście jest jeden warunek: należy pamiętać i zdawać sobie sprawę z tego, że fikcja jest tylko fikcją.

sobota, 16 kwietnia 2011

O egzaminie gimnazjalnym.

Mogłabym napisać, jaki to debilny pomysł, żeby katować uczniów egzaminami już od podstawówki (sprawdzian szóstoklasisty). Mogłabym podać jeszcze kilka powodów, dlaczego całe gimnazjum, a wraz z nim egzamin gimnazjalny to poronione pomysły, ale dzisiaj chcę napisać o czymś innym. Chcę napisać o egzaminie gimnazjalnym z punktu widzenia nauczyciela.
A on wcale nie jest taki fajny, jak się wydaje, o nie. I nie chodzi tutaj o stres, którego nie ma, czy o wysiłek, którego też nie ma. Chodzi tu o problem zgoła odwrotny. Ponieważ nie ma  ani stresu, ani wysiłku, nauczyciel nie musi nic robić na takim egzaminie. Ma siedzieć i patrzeć. A kiedy tak siedzi i patrzy to po około piętnastu minutach zaczyna… zasypiać. Może nie  wszyscy nauczyciele tak mają. Pewnie są tacy, co cierpią na bezsenność i nawet we własnym łóżku mają problemy z zaśnięciem, ale ja do  nich nie należę. Śpię wszędzie i zawsze, jeśli tylko spełniony zostaje jeden tylko warunek, czyli konkretnie nic do roboty. Nie ma znaczenia, czy stoję, czy siedzę, jadę autobusem, czy czekam na coś. Jeśli tylko nic nie robię, natychmiast zasypiam (to nie narkolepsja tylko permanentne zmęczenie).
I tak też stało się tym razem. Pierwsze piętnaście minut było banalne. Patrzyłam na uczniów, jak są ubrani, jak wyglądają tacy wystrojeni, jakie mają buty, jakie fryzury, jak bardzo skupiają się na zadaniach, czy nie ściągają, nie odwracają się, etc. Jednak w piętnaście minut to wszystko zostało przyswojone i nie pozostało nic do roboty. Ponieważ zmiana pozycji siedzenia co około 30 sekund mogłaby wywołać zbyt wiele hałasu i poruszenia, nie mogłam się zbytnio wiercić. I w ten właśnie sposób przysnęłam. Oczywiście tylko na chwilę, ale potem była kolejna chwila i kolejna, i kolejna… W ciągu pierwszej godziny przysnęłam chyba z trzy albo cztery razy. Na szczęście po godzinie można było już wychodzić, a ponieważ nie wszyscy uczniowie są na tyle bystrzy, żeby rozwiązywać rzetelnie wszystkie zadania, zaczął się ruch. I tylko to mnie uratowało.
I tu pojawia się moje pytanie – co za półmózg wymyślił, że nauczyciele mają siedzieć bez ruchu? Ja rozumiem, że jedzenie kanapek i chodzenie po sali może uczniów rozpraszać, ale wystarczyłaby zwykła kawa albo książka. I domyślam się, że zaraz posypią się na mnie gromy, że jak to czytać książkę, skoro ma się pilnować uczniów. Ano wszystko pięknie ładnie, ale jak się śpi to też się nie pilnuje. Percepcja człowieka jest być może nawet bardziej zaburzona, kiedy ma cały czas wpatrywać się w jeden punkt niż kiedy ma co robić, a od czasu do czasu może się oderwać i przelecieć salę wzrokiem. Dlatego właśnie nie rozumiem, co komu to przeszkadza.

sobota, 9 kwietnia 2011

Przed i po, część 2.

Był rok 2000. Myślałam, że jestem gruba i brzydka i nigdy nie znajdę faceta. Dręczyło mnie ciągłe poczucie, że moja otyłość jest nie do zniesienia dla każdego normalnego człowieka. I była, ale tylko dla mnie. Przy wzroście 164 cm ważyłam 57 kilo. Śmieszne, wiem, ale niemal od zawsze czułam się gruba i nic nie mogłam na to poradzić. Z wiekiem to uczucie tylko się pogłębiało.
Teraz jest rok 2011. Nadal myślę, że jestem gruba, ale teraz przynajmniej tak faktycznie jest. Jedyne co się zmieniło to fakt, że lubię siebie. Taką, jaką jestem, ale nie taką, jak wyglądam. Nie patrzę już w lustro prawie wcale, poza momentami, kiedy muszę poprawić sobie włosy albo posmarować twarz kremem. Nie maluję się, więc problem pudrowania noska odpada. Nadal mam 164 cm, ale ważę już 80 kilo. Dopadł mnie pierwszy stopień otyłości (według podziału BMI).
Tak poza tym to jestem świetną aktorką. Ostatnio rozmawiałam ze znajomą, który zna mnnie tylko z okresu „po”, no i zeszło na kompleksy. Jakaś taka szczera ta rozmowa była, więc powiedziałam jej, że kompleksów to ja mam więcej niż włosów na głowie. Że jestem chorobliwie nieśmiała, nienawidzę swojego ciała, twarz też do najpiękniejszych nie należy i właściwie tylko charakter mi w miarę odpowiada. Okazało się, że świetnie się ukrywam, bo do tej pory ona (i wszyscy pozostali znajomi z pracy) myślała, że nic mnie nie rusza i nic mnie nie zabije. Wyśmiewam się z siebie i ze swojej tuszy, jestem wesoła i zabawna, zawsze w dobrym humorze i żartem na ustach.
No cóż. Tak to już bywa. Nauczyłam się tego, bo taki auto atak to skuteczna obrona przed atakiem z zewnątrz. Nikt nie może mnie skopać, jeśli sama skopię się najpierw. Nikt nie powie mi, że jestem gruba i brzydka, jeśli sama tak o sobie żartuję. Te żarty bolą czasami, ale bardziej bolały komentarze innych. Dlatego też tylko to mi pozostaje. Ja wiem, że nie jestem najgrubsza na świecie. Nie ważę ponad 100 kilo, ale i bez tego wyglądam jak ludzik Michelina. Wałki wychodzą mi z ubrań, baleronik welcome to, drugi podbródek obecny. Wiem też, że inni mają prawdziwe problemy, takie jak straszne choroby, śmierć najbliższych, głód na świecie… Jednak każdy ma takie problemy, jakie ma i są one dla niego najważniejsze. Nie będę czuła się winna, że ja martwię się swoją tuszą, podczas gdy dziecko w Afryce nie ma co jeść. Po prostu nie.
Taki nieco smutny ten post mi wyszedł, ale wspominanie siebie sprzed lat, kied byłam szczupła, zawsze tak na mnie działa. No i w końcu dochodzimy do sedna. Zdjęcia „przed” i „po” (przypominam tylko, że to przed jest chudsze, a po grubsze, a nie odwrotnie). Żeby nie było wątpliwości: zdjęć „przed” nie mam w domu dużo, więc wzięłam pierwsze lepsze, natomiast zdjęcie „po” zostało dokładnie wyselekcjonowane. Nie jest najgorsze, ale nie jest też najlepsze, niczego nie ukrywa, więc strzeżcie się, co wrażliwsi.

2000

2010
                                                                       

piątek, 8 kwietnia 2011

Przed i po oraz blog szafiarski.

Ten post będzie o tym, co ostatnio opanowuje mnie bez reszty. To znaczy kilka jest takich rzeczy i może dlatego nie mogę się pozbierać, ale niektóre z nich są bardziej zajmujące niż inne. I właśnie TA rzecz stała się moją obsesją, ogarnęła mnie bez reszty, przyczepiła się i nie chce puścić. DIETA!!! Chudnięcie, zmiana rozmiaru ciuchów, przejście na dietę, zredukowanie masy ciała z wieloryba na słonicę, a następnie na prosiaczka, a może nawet, jak los da, do średniej wielkości człowieka :) Nie mam silnej woli i to jest chyba jasne. Nie mam ochoty przez resztę życia katować się dietami, niesmacznym jedzeniem i odmawianiem sobie wszystkiego. W tym też nie jestem dobra. Jestem hedonistką do bólu. Problem w tym, że mój hedonizm jedzeniowy ma się nijak do hedonizmu życiowego, czyli cieszenia się życiem, bo jest się szczupłą, eteryczną dziewoją. Może i wcale tego nie chcę, a tylko wydaje mi się, że tego chcę, ale naprawdę wolałabym się o tym sama przekonać, a nie tylko gdybać. Dlatego właśnie walczą we mnie dwie różne osoby i każda z nich mówi co innego.
Jedna twierdzi, że należy to olać i żyć sobie spokojnie, nie przejmując się wagą aż tak bardzo. Druga natomiast cały czas mi powtarza z uporem maniaka, że wyglądam jak waleń i czas najwyższy zacząć przypominać człowieka. Jedna mówi, że i tak nie wytrzymam presji, więc po co próbować, skoro już tyle prób spaliło na panewce. Druga upiera się, że wyglądam jak waleń i czas zacząć przypominać człowieka. Ten argument zdecydowania do mnie przemawia, a jednak ta pierwsza też ma rację i tak walczą ze sobą dwie równoległe siły, a z żadną z nich nie daję rady dojść do ładu. Żeby lepiej zrozumieć swoje alter ego, przez które coraz częściej zdarza mi się płakać (to od wielkiego, morskiego ssaka), postanowiłam przejrzeć swoje stare zdjęcia. Może po to, żeby udowodnić sobie, że wcale nie byłam taka szczupła, jak to teraz idealizuję. W końcu wtedy wydawało mi się, że wagą zbliżam się raczej do dorodnego prosiątka niż do eterycznej nimfy. No cóż, zawiodłam się. Zobaczyłam kogoś z chudziutką szyjką, kościstymi nóżkami i bez drugiego podbródka. Obraz dzisiejszy to szyja jak u dorodnego buhaja (bynajmniej nie od ćwiczeń), nogi jak kolumny i kilka podbródków w nadmiarze. A żeby nie być gołosłowną, postanowiłam nawet się poświęcić i poskanować kilka zdjęć w celu ilustracji (ale to w następnym poście, żeby było więcej emocji i żeby ktoś mnie cyklicznie czytał :)). Także będą nietypowe zdjęcia "przed i po", bo "przed" będą szczupłe, a "po" grube :)
Kolejna rzecz, która męczy mnie od jakiegoś już czasu, to założenie bloga szafiarskiego. Nie żebym narzekała na brak odwiedzin, ale po prostu chcę podleczyć swoje kompleksy. Marchewkowa ostatnio uznała, że dobrze się ubieram i powinnam takowego bloga założyć, więc przychylam się do jej prośby i zakładam. Oczywiście sprawi to, że będę miała już cztery blogi do ogarnięcia, a w takich przypadkach zawsze któryś na tym cierpi, ale obiecuję, że nie będzie to ten. Tak że do boju!

Szybko, szybko...

Napiszę szybko, bo jakoś ostatnio czas nie ma dla mnie litości. I dosłownie, i w przenośni. A właściwie to nie do końca wina czasu. Gdyby mi się chciało, jak mi się nie chce, to nie byłoby problemu. Tyle że jak na razie to mi się nie chce. Nic mi się nie chce. Dlatego właśnie wszystko szwankuje. Praca szwankuje, mieszkanie szwankuje, ja szwankuję. Szaleństwo absolutne. Chodzę spać z kurami, a ciągle nie jestem wyspana. Muszę zrobić coś do pracy, ale odkładam to na czas bliżej nieokreślony. Mam posprzątać, ale nie mam siły. Stos papierów prosi się o przejrzenie (może jakąś kasę znajdę w tych czeluściach), tyle że nie chce mi się.
Największym poświęceniem ostatnich dni stało się napisanie dwóch protokołów i odwiedzenie US w celu wyspowiadania się ze swoich ogromnych dochodów, które według niektórych oscylują w okolicy 5000 miesięcznie. Buahahahaha. Za to zwrotem w tym roku nie pogardzę, bo ulga na dziecko wpadnie. W porównaniu do wydatków jednak jest to kropla w morzu. Nic to, lepsza kropla niż nic.
W weekend znowu mam wybór – albo ciężko pracować, albo odiwedzić centrum Wrocławia w celu wypicia kawy z przyjazną duszyczką i wygadania się, jaki ten świat jest okropny, a ja gruba. Ciekawe, co w efekcie wybiorę…

niedziela, 13 marca 2011

Ateiści prześladowani?

Wczoraj oglądałam „Uwagę” o żywych książkach. Było tam o schizofreniczce, transseksualiście i właśnie ateiście. I do tego ostatniego chciałabym nawiązać, jako do tematu mi najbliższego. Otóż tenże ateista skarżył się, jakoby ludzie go nie rozumieli i byli wobec niego bardzo nietolerancyjni. Nie sprecyzował, jak ta nietolerancja miałaby się manifestować, ale mniemam, że ktoś go wyzywał albo nie chciał dłużej znać, kiedy się dowiedział. Nie wiem. Doszłam jednak do wniosku, że albo ludzie w miejscu, w którym mieszkam są niebywale tolerancyjni, albo za słabo ogłaszam swój ateizm, skoro mnie nikt nie chce prześladować. 
A zadatki na prześladowania mam, bo przecież uczę w szkole, a tam praktycznie wszyscy wierzący i praktykujący. Musiałam się w końcu liczyć z pytaniem, dlaczego nie widać mnie w kościele. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że mi nie po drodze i że jestem ateistką. Pojawiły się od razu pytania, cóż to jest za twór. Spokojne tłumaczenie, uświadamianie dzieci, o co chodzi i dlaczego nie jestem sekciarą czy innym diabłem i na tym się skończyło. Rozniosło się szybko, tak więc nie tylko dzieci, ale też rodzice i nauczyciele wiedzieli. Przy czym księża z naszej szkoły zostali uświadomieni o wiele wcześniej niż uczniowie czy rodzice i do tej pory nie mają nic przeciwko. Rozmawiają ze mną, a nawet chyba trochę mnie lubią. Nie odsądzają od czci i wiary, nie żegnają się na mój widok ani nie odprawiają egzorcyzmów. Moi znajomi również nie mają nic przeciwko mojemu brakowi wiary. Nikt się ode mnie nie odwrócił. Na osiedlu nikt mnie nie wyzywa ani nie ucieka z krzykiem na mój widok. 
Nikt niczego do mnie nie ma. Skąd więc te prześladowania, którym jakoby jesteśmy na co dzień poddawani? Zgodzę się, że żyję w kraju wysoce religijnym i otaczają mnie symbole, które mi nie odpowiadają. W klasie na przykład mam krzyż, ale zegara brakuje. Uczniowie przez to zaglądają w telefon, bo przecież nikt nie pamięta, że kiedyś było coś takiego jak zegarki na rękę i wcale nie odeszły jeszcze do lamusa. W mojej klasie się nie modlę, ale krzyż mam. No cóż, nie będę się o to gryzła, zwłaszcza że czasami odbywa się tam lekcja religii. Nie podoba mi się ten krzyż i wolałabym, żeby w świeckiej z założenia szkole go nie było, ale kopii nie kruszę, nie zdejmuję go i nie wieszam do góry nogami. Trudno się mówi. 
Razi mnie też, że wiele decyzji w tym kraju podejmowanych jest pod wpływem kościoła, że instytucja ta bezprawnie zgarnia państwowe pieniądze, że wszędzie można zobaczyć tylko jej symbole, ale wiem, że z tym nie wygram. Choćbym chciała i bardzo się starała. Nie chcę walczyć z wiarą, chcę walczyć o świeckie państwo. Jednak politycy (nawet jeśli twierdzą inaczej) nie chcą walczyć ze mną, a sama niewiele zdziałam, więc odpuszczam. Jednak nie o to tu chodzi.
Chodziło o osobiste i jawne prześladowanie, a tego na pewno nie doświadczyłam, więc nie wiem, o czym ten pan mówił. Ponadto rozwaliło mnie stwierdzenie, że ludzie nienawidzą ateistów, bo nie rozumieją, a tym samym boją się ateizmu, a jak go pojmą, to będziemy żyć jak w raju, czyli w ogólnym poszanowaniu i miłości. Bzdura. Jeśli nienawidzę ludzi głupich to zrozumienie powodów ich głupoty nie sprawi, że zacznę ich kochać. Ja się ich nie boję, ja ich po prostu nie trawię. Nic nie sprawi, że zacznę z nimi żyć w zgodzie. Owszem, nie wyzywam ich, nie prześladuję, nie organizuję marszy przeciwko głupocie, ale ich nie lubię, nie szanuję i obawiam się, że się to  nie zmieni. Tak samo jest z ateistami. Jeśli ktoś nie lubi ateistów, nie mając pojęcia, na czym ateizm polega, to jego sprawa, ale jeśli ktoś po prostu nie akceptuje ateistów z przekonania to żadne rozumienie tego nie zmieni.  

Misz masz.

Czas najwyższy wziąć się do pracy i napisać co nieco o wszystkim, co się działo.
Przede wszystkim zaczęłam się rozwijać kulinarnie i nagle sklęsłam. Nie mam pomysłów, nie mam pieniędzy na eksperymenty, które chciałabym uskutecznić. Owszem, upiekłam chleb i wyszedł przedni. Owszem, pierogi również niczego sobie, ale jednak muszę je dopracować, żeby były bliskie doskonałości, jeśli już nie doskonałe. Jednak ogólnie rzecz biorąc kulinarnie bez zmian. Wcinamy potrawy mięsne, mało wyszukane, ostatnio tylko szukam podrobów, które tanie są i oboje je lubimy. Również będę eksperymentować. Wizualne efekty prób wszelakich zamieszczę być może w kolejnym poście, a dlaczego, to w akapicie poniżej.
Zdechł mi laptop. Nie tak całkiem i na amen, bo wtedy to bym pewnie z rozpaczy uschła, ale jednak na tyle skutecznie, że trzeba było kupić nowy. Tamtego bałam się naprawiać, bo jego gwarancja wygasła jakiś czas temu (jeśli mogę posłużyć się takim eufemizmem). Swoje odsłużył i powstało pewne podejrzenie, że jeśli się go naprawi, to wkrótce po raz kolejny zakończy żywot. Na podjęcie takiego ryzyka nie mogłam sobie pozwolić, więc udałam się do sklepu i z niejakim zdziwieniem zanotowałam, że owszem, dadzą mi laptopa na raty (przy kwocie 1300 za sztukę to w sumie nie powinnam być aż tak zdziwiona, nawet przy mojej pensji). Nieco czasu zajęło mi odzyskanie choć części rzeczy z tamtego komputera, bo włączał się i wyłączał jedynie kiedy on sam tak zdecydował. Było ciężko, ale po pokonaniu wszelkich trudności (jeszcze kilka jednak mi ich zostało, między innymi wydostanie zdjęć) piszę teraz na moim nowym, nieco już oswojonym laptopie.
Ponadto znowu przyplątała się nam kolejna choroba. Po zapaleniu płuc i tygodniu w żłobku Młody w zeszłą sobotę obudził się i zaprezentował nam Dartha Vadera bez hełmu i charakteryzacji. Pogotowie, szpital, nieprzespana noc, kolejny koszmar. Okazało się, że to w sumie niegroźne zapalenie krtani, ale wrażenia były niezapomniane. Wyszedł ze szpitala szybko, kuruje się w domu. Niestety, postanowiliśmy jednak zrezygnować ze żłobka, bo na takie luksusy nas jednak nie stać. Jeśli dziecko z 4 tygodni spędza 3 w domu, a płacić trzeba 650 zł to robi się mało różowo. Oczywiście nie obwiniam żłobka, jeszcze nie zwariowałam. Panie nadal są cudowne i strasznie mi szkoda, że Młody nie będzie już tam chodził, ale finanse nas zabiły. W obliczu wielkiego oszczędzania wydawanie pieniędzy na żłobek i na leki  nie wchodziło w rachubę. Także teraz z Młodym siedzi babcia, co daje sumę opłat równą zero. Jedyna obawa w tym, że mi babcia rozpuści dzieciaka daleko poza granice możliwości. Podobno od tego są babcie, ale chyba nie te na cały etat. Ale nic to, od września Młody wraca do żłobka, tyle że państwowego, gdzie opłata nie będzie połykać niemal połowy mojej pensji. A jednak tamtego żłobka żal…

piątek, 25 lutego 2011

Recenzja dokończona #3.

Poświęciłam się. Dokończyłam oglądanie „Turysty”. Proszę o oklaski. Dziękuję.
Nic się nie zmieniło. Drętwo, sztucznie, śmiesznie, anorektycznie, beznadziejnie. Jolie przechodzi ludzkie pojęcie, bo jest od niego chudsza. Depp wygląda jak zagubiony szczeniaczek, który swoim wzrokiem błaga o zabranie go do domu. Agent, który zajmuje się łapaniem oszustów finansowych zachowuje się jak dwulatek, któremu zabrali zabawkę. Jedyny aktor, który zagrał przekonująco to Timothy Dalton, który wprawdzie pojawia się chyba w około 3 minutach filmu, ale jest jego miłą odskocznią. To jednak stanowczo za mało. Cóż mogę dodać?
Pozostaje spuścić zasłonę milczenia.

Setny post.

Setny post. Pomyślałam, że trzeba by było napisać o czymś ważnym, epokowym, przełomowym, bo to przecież ważna granica. Problem w tym, że coś ważnego dla mnie wcale nie musi być ważne dla kogoś innego. Nie wspomnę nawet, że o epokowych wydarzeniach w rozmiarze politycznym nawet nie chce mi się wspominać. Trzeba jednak w końcu podjąć decyzję, bo na dokończenie czeka recenzja (a na pewno nie zmarnuję mojego setnego postu na to badziewie). Dlatego też postanowiłam, że ten post będzie w całości o mnie.
Nazywam się Agnieszka S. Całkiem jak w programie kryminalnym, ale ujawnienie nazwiska to pójście już o jeden krok za daleko. Urodziłam się trzydzieści wiosen temu w mieście Częstochowa i od momentu urodzenia pragnęłam stamtąd uciec. Udało się. Mieszkam we Wrocławiu, daleko od centrum, na uroczych przedmieściach. Mam męża Marcina i syna Adama. Uczę w zespole szkół, na który składa się gimnazjum i liceum profilowane. Bycie żoną i matką określa mój byt, ale bycie nauczycielką go dopełnia. Chyba nie nadaję się do innej pracy, chociaż na tą narzekam ile wlezie. To tyle, jeśli chodzi o formularz osobowy :).
Kocham Stinga. Jest dla mnie muzycznym geniuszem, jego głos towarzyszy mi w najważniejszych chwilach życia. Na jego koncercie byłam tylko raz i było to niezapomniane wrażenie. Poza tym słucham radiowej sieczki i od czasu do czasu wyławiam z niej coś miłego dla ucha, co natychmiast ląduje w mojej liście płyt do odsłuchania. Kiedyś byłam szaloną fanką Michaela Jacksona i wszyscy znajomi się ze mnie śmiali (wystarczy powiedzieć, że oni gustowali raczej w Kaziku) :). Nie wzruszało mnie to. Jacksona nadal lubię, a do Kazika dorosłam.
Oto moje motto życiowe: Do wszystkiego trzeba dorosnąć. Jednak z drugiej strony są rzeczy, do których nigdy nie dorosnę, bo mam kuku na muniu. Moją trzecią miłością (po mężu i synu) na przykład jest aktor Christian Slater. Mało kto wśród moich znajomych go zna, a ja za nim szaleję. Nadal mam nadzieję, że odpowie mi na meila, który wysmażyłam już jakiś czas temu (no co, pomarzyć nie wolno?). I właśnie takie małe dziwactwa sprawiają, że lubię siebie.
Bo ja naprawdę lubię siebie. Nie to, jak wyglądam, ale właśnie to, jaka jestem. Jestem nastolatką (ze wszystkimi wadami i zaletami, które charakteryzują ten okres życia człowieka). Zwariowana, nawiedzona, nieśmiała, zakompleksiona, optymistycznie patrząca na świat (nie zawsze, ale każdy ma swoje gorsze chwile). Nie zanadto wykształcona ani nadmiernie inteligentna, ale jakiś tam rozum mam. Wielu rzeczy nie rozumiem i chyba nigdy ich nie pojmę, a na wiele spraw mam nieco uproszczony punkt widzenia. Kocham mój słomiany zapał, bo to on daje mi kopa. Nie wszystko kończę, ale jak już trzeba to się spinam. Mam fioła na punkcie swoich włosów i paznokci, które przez naście lat obgryzałam (skórki nadal czasami cierpią). Wzruszam się, kiedy grają hymn, choć nie jestem zanadto przywiązana do tego chorego państwa. Uwielbiam słodycze i fast foody, gardzę zdrowym jedzeniem, które uważam za wstrętną sieczkę. Pewnie dlatego cały czas tkwię w rozmiarze 48.
Po zajściu w ciążę obiecałam sobie, że schudnę, żeby mój syn nie miał grubej mamy. Młody skończył rok, a ja porzuciłam swoją obietnicę. I właśnie teraz postanowiłam, że przyszedł czas na jej wypełnienie. Jestem tu, gdzie zawsze chciałam być. W takim momencie życia, że do szczęścia pozostaje mi jedynie osiągnięcie satysfakcjonującego statusu finansowego (a ponieważ uprawiam taki zawód, jaki uprawiam, porzuciłam nadzieje na jego osiągnięcie). Można więc powiedzieć, że mam wszystko. I właśnie dlatego czas chyba najwyższy zrobić to, czego boję się jak ognia i co spędza mi sen z oczu – schudnąć. Nie postanawiać, że schudnę, obiecywać sobie, że już od jutra, ale po prostu zacząć.
Trzymajcie za mnie kciuki…

wtorek, 22 lutego 2011

Penis w szkole.


Proszę mi wybaczyć, ale nie zdobyłam się jeszcze na tak wielki wysiłek psychiczny, jakim byłoby obejrzenie dalszej części pseudofilmu „Turysta”. Dzisiaj będzie więc o czymś innym.O czym? O seksie :)
Ostatnio jedna z uczennic przyniosła do sali kaktus w ramach upiększania otoczenia. Tak się złożyło, że kaktus był „pionowy”, prosty, z kolcami :). W pewnym momencie na dworze zaświeciło słońce, co poskutkowało natychmiastowym zaciągnięciem rolet. I tu naszym oczom ukazał się… kaktus, który do złudzenia przypominał kształtem cienia penisa. I co zrobili uczniowie? To samo, co ja, kiedy byłam jeszcze uczennicą. Zaczęli nerwowo chichotać. Spojrzałam w stronę, w którą kierowało się wiele ukradkowych spojrzeń i zobaczyłam to, co oni. 

- Co was tak śmieszy? – postanowiłam pozostać przy swojej niezawodnej roli pani nauczycielki.

Cisza. I dalej te ciche chichoty.

- Nie rozumiem, o co wam chodzi. – brnęłam dalej.

W końcu znalazł się jakiś odważny.

- Bo to wygląda, jak… no, jak…
- Jak co?
- Nie powiem, bo mi pani wstawi uwagę.
- Ależ skąd.
- No jak ku… (wszystkie niedomówienia oryginalne, czyli uczeń nie mówił tych wyrazów)
- Nadal nie rozumiem.
- Ale to jest przekleństwo.
- A możesz to powiedzieć tak, żeby nie było przekleństwem?
- No nie wiem… Fu… Tak nie. Chu… Też nie.
- A może penis?

Postanowiłam w końcu wybawić tego młodego człowieka z mąk piekielnych. Wszyscy wlepili we mnie te swoje ślepka, bo jak to tak, żeby pani nauczycielka używała takich słów. Już chyba lepiej, żeby użyła przekleństwa, bo do tego można się jakoś odnieść, oburzyć albo co. A jak powie penis, to nie wiadomo co z tym fantem zrobić. Niby nie obraźliwe, a zwyczajnie anatomiczne, a jednak ma w sobie posmak niedozwolonego.
I tu właśnie dochodzę do puenty. Dlaczego dzieci w szkole nie potrafią się wysłowić? Dlaczego jedyne słowa, które przychodzą im na myśl, to słowa niecenzuralne? Dlaczego wzbudzam wielką sensację, kiedy używam słowa „penis” na lekcji, podczas gdy jest to tylko poprawne określenie męskiego członka (na dodatek łacińskie, więc i kolejnego języka się nauczą)?
Otóż dopatruję się tutaj kilku powodów, nad którymi nie będę się rozwodzić, a jedynie je przytoczę. Po pierwsze – brak RZETELNEJ edukacji seksualnej w szkołach. Jeśli jest, to najczęściej omawia się tam po łebkach kwestię higieny, na sprawy seksualne brakuje już czasu (bo to przecież przygotowanie do życia w rodzinie, a w rodzinie ważniejsza jest higiena od jakiegoś tam brudnego seksu). Na dodatek jakże często okazuje się, że tego wychowania uczy katechetka, która z seksem miała tyle do czynienia co ja z zakonem, bądź też wstydliwa pani od biologii, która na sam widok słowa „penis” dostaje rumieńców. Jeśli już uczeń zgłębia tą wiedzę tajemną to najczęściej w praktyce albo wśród znajomych, którzy w domach słyszą tylko wulgaryzmy. I tu przechodzimy płynnie do punktu drugiego – dom. Czyli rodzice, dziadkowie, wujkowie, ciocie, bracia i siostry. Oni też nie przekazują dzieciom rzetelnej wiedzy w temacie seksu. Częstują ich półsłówkami albo w ogóle temat ignorują. Rzucają w przestrzeń „chu…” i „ku…”, kiedy się zdenerwują, a potem ich dzieci powtarzają te słowa, nie zastanawiając się, czy jest do tego w ogóle jakakolwiek alternatywa.
Skutki tych działań widzę w swoim gimnazjum. Przestałam już jakiś czas temu liczyć, ile uczennic zaszło w ciążę w drugiej albo trzeciej gimnazjum. Nie chcę nawet myśleć, ile jeszcze zajdzie w czasie mojej kariery zawodowej. I to nie jest już nic nienormalnego. Niektórzy jeszcze się burzą na widok piętnastolatki z brzuchem, bo taka głupia była i dała bez zabezpieczenia, ale w zaciszu miłosnym robią to samo w nadziei, że im się wpadka nie zdarzy. A potem doskwiera brak koleżanek i brak imprez, bo zamiast spotykać się po szkole, trzeba zająć się dzieckiem.
Nie potępiam młodych matek. Nie uważam, że każda dziewczyna w ciąży to puszczalska i każdej zdarzyła się wpadka, bo była głupia. Jednak boję się, że te dziewczyny nie wiedzą, na co się tak naprawdę porywają. I boję się, że tak naprawdę wcale się nie porywają, tylko liczą na łut szczęścia, zamiast iść do apteki i kupić paczkę prezerwatyw. Zresztą po co tam od razu do apteki… W niemal każdym sklepie można kupić prezerwatywy, to już nie jest takie tabu, jak kiedyś. A jednak w pewnym sensie jest, może nawet większe…

poniedziałek, 21 lutego 2011

Recenzja niedokończona #3.


„Anthony Zimmer”. Czy ktoś słyszał o takim filmie? Ja też nie. Zdarzyło mi się obejrzeć go przez przypadek, bo mój mąż lubi Sophie Marceau. I co? Warto. Niby zwykły film kryminalny, taki trochę thriller, trochę romans, ale bardzo dobrze zrobiony. Gra aktorska doskonała, wartka akcja, naprawdę świetny film na jesienne i zimowe wieczory (oczywiście treści nie zdradzę). Pozwolę sobie jeszcze dodać, że gra w  nim również Daniel Olbrychski (a jakże, Rosjanina).
Wczoraj zasiedliśmy z mężem do filmu „Turysta”. Nie przejmowałam się słabymi opiniami na jego temat, bo zwykle jest tak, że film wyszydzany przez krytyków bardzo mi się podoba, a ten wychwalany powoduje u mnie spazmy nienawiści. No cóż, wszystkiego powinno się spróbować na własnej skórze. Nawet jeśli ta próba kończy się… zaśnięciem.
Po pierwsze, czułam się, jakbym oglądał drugi raz ten sam film. Scena w scenę, minuta w minutę, czułam, że już to widziałam, tyle że w 1000000000000000000 razy lepszej wersji. Do momentu, kiedy zasnęłam (stąd recenzja niedokończona) znałam fabułę tego filmidełka na wylot. To było o tyle nie do zniesienia, że gra aktorska w obu wersjach drastycznie się różniła (na niekorzyść wersji amerykańskiej, jakby ktoś miał wątpliwości).
Po drugie właśnie aktorzy. Depp albo nie potrafi, albo nie chce grać już „normalnych” ludzi. Willy Wonka, Edward Nożycoręki czy Jack Sparrow to role dla niego. W roli Franka wypada drętwo, sztucznie, porażająco beznadziejnie i okazuje się całkowitym beztalenciem. Angelina Jolie dzielnie dotrzymuje mu kroku. O ile polubiłam tą aktorkę za role w „Oszukanej” czy „Pan i Pani Smith”, o tyle teraz poraziła mnie swoją lalkowatością. Próbuje być uwodzicielska, co w jej anorektycznym stanie samo w sobie jest dość trudne. Zamiast mnie uwodzić, wywołuje we mnie chęć zwymiotowania na ekran (nieporównywalna Sophie Marceau, gdzie jesteś?, moja ty muzo seksu). Porusza się, jakby nigdy nie miała na sobie szpilek, a jej spojrzenie błaga o kanapkę z szynką zamiast o pocałunek czy romans. Absolutny koszmar.
Wszystko tam było sztuczne, przerysowane, drętwe i nie do zniesienia. Zasnęłam w końcu po około pół godzinie, bo nie dało się tego oglądać. Mój mąż bohatersko dotrwał do końca, chociaż niejednokrotnie chciał już wyłączać telewizor. Jeśli tylko okaże się, że mam szansę , postaram się obejrzeć tą porażkę zwaną filmem do końca i zaserwować dalszy ciąg recenzji, ale robię to tylko z obywatelskiego obowiązku, żeby przestrzec tych, którzy chcą się porwać na tą szmirę.
P.S. Właśnie doczytałam, że "Turysta" to rzeczywiście remake "Anthonego Zimmera". Research miałam za słaby :) Ale za to podwójna porażka. Za badziewny film, ale przede wszystkim za tak wielkie schrzanienie oryginału.