Pokazywanie postów oznaczonych etykietą awans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą awans. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Szkolenia.


Jak to jest ze szkoleniami u tej cudownej braci nauczycielskiej? Ano z pewnością bywa różnie. Napiszę co  nieco ze swojego poletka, bo najlepiej pisać o czymś, na czym człowiek się zna.
Otóż chodzę na dwojakiego rodzaju szkolenia. Typ pierwszy to szkolenia wydawnicze. Typ drugi to takie, które organizowane są przez różne ośrodki szkolenia nauczycieli. Na przykład Wrocławskie Centrum Doskonalenia Nauczycieli, Dolnośląskie Centrum Szkolenia Nauczycieli, Okręgowa Komisja Egzaminacyjna (to te dotyczące egzaminów), etc. Można by wymieniać, ale to są chyba te najważniejsze w moim rejonie.
Te pierwsze to doprawdy śmiech na sali. Można posiedzieć, napić się kawy, zjeść kilka ciasteczek i dostać gratisy. Bo prawda jest taka, że po to nauczyciele przychodzą na takie szkolenia. Najczęściej są one po prostu reklamą podręczników danego wydawnictwa (no ale czego innego można się spodziewać). Dostać można podręcznik, plakat, długopis itp. (ale bez szleństw, nic kosztownego, żadnych wycieczek na Bahamy nam nie dają). I tak sobie dogadzamy. Oni czują się spełnieni i zareklamowani, a my mamy nowe książki albo plakaty, a przy okazji niejednokrotnie jesteśmy zwalniani z zajęć, bo te szkolenia najczęściej są w trakcie lekcji.
Typ drugi to już nieco bardziej skomplikowany mechanizm. Ośrodek organizuje szkolenia, które teoretycznie (z nazwy) powinny być pomocne. I niektóre z nich są. Naprawdę. Tylko że nigdy nie wiadomo, na co się trafi. Rekordy pobiło szkolenie, które dotyczyło radzenia sobie z agresją i na  którym pani nie potrafiła dać nam konkretnych rozwiązań (po przedstawieniu konkretnej sytuacji stwierdził, że ona „nie wie, jak sobie z tym poradzić”) i z problemem zostaliśmy sami.
Niektóre są po prostu sztuką dla sztuki i z takimi niestety stykam się najczęściej. Prowadzący powtarza jakieś schematy, które są mi doskonale znane ze studiów i, co najważniejsze, zupełnie nie przekładają się na dzisiejsze czasy. Albo okazuje się, że dla naszego problemu nie ma rozwiązania, bo prawo w naszym kraju takowego nie przewiduje. Albo przepisy zmieniają się tak często, że właściwie po jednym kursie trzeba iść na kolejny, żeby odświeżyć swoją wiedzę. Ogólnie rzecz biorąc – kicha.
Zdarzają się jednak i takie, które naprawdę się przydają. Są konkretne, merytoryczne, trudne, ale i przydatne. Właśnie ostatnio na taki trafiłam i bardzo się z tego cieszę. To znaczy jestem absolutnie załamana, co widać było tutaj, ale jednocześnie bardzo się cieszę, że nie uczestniczę po raz nie wiadomo który w kolejnej hucpie.

wtorek, 17 stycznia 2012

Dobre chęci.


Jak wiadomo już od jakiegoś czasu, robię awans. W teorii ma być bardzo mądrze i pięknie, w praktyce jest jak zawsze, czyli tony niepotrzebnych nikomu papierków i na końcu wielki egzamin z teorii. Ale ja nie o tym. Chciałam się jakoś wykazać. Nie tylko na moim poletku, jakim jest angielski, ale też na forum szkoły. Bo tak. No to dostałam w dupę tak skutecznie, że już raczej więcej z żadną propozycją nie wyskoczę.
Otóż chciałam pisać bloga. Nie takiego, jak teraz, bo ten jest anonimowy i w ogóle. Chciałam promować szkołę. Wiadomo, że jak nie ma cię w sieci to nie istniejesz. A nasz szkoła stronę ma słabą. Co chwila coś tam szwankuje, wiadomości aktualnych nie ma, no ogólnie bida z nędzą. Nie interesuje mnie, czyja to wina i z jakiego powodu tak się dzieje. Byłam gotowa iść na kurs i się tym zająć, okazało się jednak, że nie ma takiej potrzeby, bo ktoś już się tm zajmuje. Ok., nie ma sprawy. Pół roku regularnie wchodziłam na stronę, a dupa jak była, tak jest.
No i w końcu pomyślałam sobie, że jak nie z jednej strony, to może z drugiej. Blogi piszę, wiem, jak to jest, więc może tutaj zabłysnę. Pani dyrektor nieco zaniepokojona, że uczniowie będą sobie poczynać, że głupie komentarze wstawiać… Uspokoiłam ją, że postów pisać bez mojej zgody nie będą, bo od tego jest hasło, a komentarze można moderować. Wiem, że wszędzie można się włamać, ale to temat na inną bajkę. Pozostało uzyskać zgodę Rady Pedagogicznej. I tu zaczęły się schody. Nie, nie do końca z Radą.
Ponieważ na ostatniej Radzie (dość intensywnej zresztą i męczącej) padł temat promocji szkoły (bo mają otwierać się nowe oddziały) pomyślałam, że można w tym miejscu wspomnieć o blogu. Bo ulotki, lekcje pokazowe, spotkania z rodzicami są dobre, ale internet to potęga. Usłyszałam dwa zdania:
„No wiesz przecież, jaki rodzaj ludzi pisze blogi.”
oraz
„Nikt już blogów nie czyta, Facebook to potęga.”
Dowiedziałam się więc dwóch rzeczy. 1) Jestem jakimś tam rodzajem człowieka (zboczeńcem? małolatem? nienormalnym? nie zdążyłam sprecyzować). 2) Jestem przestarzała, bo z Facebookiem nie potrafię się zaprzyjaźnić, a pisanie bloga sprawia mi przyjemność (ale ja zawsze dość wolno do wszystkiego dojrzewam, więc jak Facebook przestanie być modny to możecie mnie tam szukać).
Oczywiście pani dyrektor dość szybko zareagowała, stwierdziwszy, że nie mamy na dyskusje czasu. Powiedziała, żebym założyła sobie bloga o sobie (ale nie takiego anonimowego, tylko z nazwą szkoły, etc.) i pisała tylko o swoich osiągnięciach, a inni zastanowią się, co o tym myślą przez ferie i po powrocie zdecydują.
Dlaczego jestem taka wkurzona? Przecież na pierwszy rzut oka wszystko gra. Nie ma zgody, ale nie ma też jej braku. Otóż niezupełnie. Nauczyciele są negatywnie nastawieni dokładnie z tego samego powodu, co pani dyrektor (bo uczniowie). Nie miałam czasu wyjaśnić, jak to działa (bo z pewnością mało kto pisze u nas blogi). Swojego bloga nie założę (i powiedziałam to na głos), bo zainteresowanie będzie nikłe. Przecież nawet zdjęć nie będę mogła dodawać, nawet nazwisk uczestników konkursów nie będę mogła wpisywać, bo nie ma zgody Rady. To kompletny bezsens.
Tak, przemawia przeze mnie ŻAL. Bo można było to załatwić inaczej. Bo można było całą dyskusję przenieść na później. Bo można było dać mi się wypowiedzieć. Można było zrobić wiele rzeczy, które nie zostały zrobione, a żal pozostał. Dlatego też podjęłam decyzję, że nie będę się już udzielać publicznie. Wszystko będzie się odbywać w czterech ścianach mojej sali, a inicjatywy szkolne dusić będę w zarodku wlasnego mózgu. I tyle.

niedziela, 27 listopada 2011

Awans na mianowanego.

W tym roku, po kilku latach zawodowego migania się, postanowiłam zacząc w końcu staż na kolejny stopień w awansie zawodowym nauczyciela. Migałam się, ponieważ 304 złote brutto nie są dla mnie wystarczającą rekompensatą za trzy lata wyjęte z życia i stresy egzaminacyjne. Przez te trzy lata zabijam setki biednych drzewek, bo papierologia przewyższa średnią około 10000000 kopii miesięcznie do około zyliona kopii miesięcznie. Innymi słowy – skoro czegoś nie ma na papierze, to jakby w ogóle się nie zdarzyło. I nie jest istotne to, że podobno już nie wymagają teczki stażu per se, istotny jest fakt, że aby coś udowodnić, muszę mieć to na piśmie, a więc w teczce stażu.
No i te genialne pytania… O pracy z dziećmi mogłabym opowiadać godzinami. Jakie metody stosuję, co z nimi robię, co robię dla nich, bo to dla mnie chleb powszedni. Jednak od zawsze wiedziałam, że to nie może być takie proste. I w końcu wpadł mi w ręce taki spis, który ktoś nazwał 100 pytań do… znaczy na mianowanego. I tu zacytuję kilka pytań:

Kto powołuje komisję na egzamin dla nauczycieli ubiegających się o stopień nauczyciela mianowanego?
Wymień organy szkoły i powiedz, które z nich są organami społecznymi?
Co sądzisz o reformie edukacji?

Na to ostatnie pytanie Państwo egzaminatorzy z pewnością nie chcą znać mojej szczerej odpowiedzi, bo mogłoby paść zbyt dużo bluzgów, a to z pewnością nie jest mile widziane na egzaminie. Co do pozostałych pytań… No cóż, posiadam internet, umiem nawet czytać, więc dobranie się do książki bądź źródła internetowego nie stanowi dla mnie problemu. Dlaczego więc zadaje mi się pytania, które do niczego nie są mi potrzebne i w żaden sposób nie wpływają na jakość mojej pracy? Jeśli zaś będą mi potrzebne, wystarczy pogrzebać w internecie i odpowiedź zawsze się znajdzie.
Właśnie dlatego unikałam tego awansu jak ognia – bo gromadzenie papierków i odpowiadanie na głupie pytania nigdy nie było moim hobby. Uważam że swoją pracę wykonuję dobrze, a weryfikacja tego powinna następować nie w formie dziwnego egzaminu, najeżonego dziwnymi pytaniami. Jaka więc forma by mnie satysfakcjonowała? Otóż świetnie sprawdziłaby się opinia pani dyrektor oraz opiekuna stażu. Dodatkowo można zostawić prezentację swoich działań (bo taka część egzaminu również obowiązuje). Powołując się na moje odpowiedzi Państwo egzaminatorzy naprawdę będą mieli problemy z rzetelną oceną mojej pracy, bo ja po prostu nie lubię i nie umiem lać wody aż tak, żeby ich to zadowoliło.
Swoją pracę wykonuję najlepiej jak umiem, w warunkach, w których przyszło mi ją wykonywać. Staram się dać tym uczniom wszystko, co najlepsze, wykorzystując wszelkie możliwe źródła. Nie jestem i nie czuję się odpowiedzialna za ich wyniki, bo poza tym, co ja daję z siebie w szkole, ich obowiązkiem jest uczyć się w domu i tylko wtedy moja praca może przynieść jakieś efekty. Jeśli tego nie robią, czuję się zwolniona z odpowiedzialności za cokolwiek. Jednak zawsze, naprawdę ZAWSZE, staram się dać dzieciakom wszystko, co najlepsze.