Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reforma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reforma. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 lutego 2017

Każdy kij ma dwa końce.

Wiele już zostało powiedziane na temat reformy edukacji, to pomyślałam, że dorzucę swoje trzy grosze. Dziś nie napiszę o podstawach programowych czy siatce godzin, bo i tak większość ludzi nie wie, o co chodzi. Dziś napiszę o tych strasznych problemach, których nie było (taaaaa......), a teraz są, a jak wróci ośmioklasowa podstawówka to znowu ich nie będzie...
Wyobraźmy sobie... Żyrafa (mało prawdopodobne imię, choć podobno ktoś kiedyś, gdzieś tak swoje dziecko nazwał). Żyraf jest strasznie gnębiony, dokuczają mu w podstawówce na potęgę. Powód nie ważny, zawsze się jakiś znajdzie, grunt, że już nie ma siły, bardzo chce tą szkołę skończyć. Nie wyobraża sobie nawet, że ten koszmar mógłby potrwać dwa lata więcej. Trafia do gimnazjum. Nowa grupa, nowa sytuacja, nagle okazuje się, że ten Żyraf nie jest taki zły. Odżywa w nowym środowisku, lubi swoją nową szkołę (tak, tak, gimnazjum też można lubić). 
A teraz popatrzmy na Petronellę. Wzorowa uczennica, do tego miła i uczynna, uwielbiana przez nauczycieli i rówieśników. Cud, miód i orzeszki. No ale w końcu szkołę kończy i trafia do gimnazjum. A tam okazuje się, że Petronella sympatii nie zdobywa (nie ważne dlaczego, może ma krzywy uśmiech, powód się zawsze znajdzie) i czekają ją trzy lata koszmaru i gnębienia. Petronella tęskni i wylewa łzy za podstawówką, chciałaby tam zostać do końca swojej edukacji. No ale może w liceum będzie lepiej, jakoś te trzy lata przetrzyma...
Co miały pokazać te dwie równie durne historyjki? Ano to, że nie ma jednego dobrego wyjścia i jednej właściwej drogi. Ani wydłużona szkoła podstawowa ani pozostawienie gimnazjum absolutnie niczego nie gwarantują. Jednym jest lepiej tak, innym siak, a najcudowniej działają wspomnienia. One, jak nauczyłam się dawno temu, są strasznie wybiórcze. 
Jestem absolutnie pewna, że ani w podstawówce, ani w liceum nie byłam gnębiona aż tak, jak mi się to wtedy wydawało i jak mocno siedzi mi to we wspomnieniach. Pewnie gdyby zapytać o to moich rówieśników z klasy, dość mocno zdziwiliby się, że te czasy wspominam aż tak źle. Ale tak było. W życiu nie chciałabym (jak większość ludzi w pewnym wieku) powrócić do młodszych lat, bo wspominam je jako totalną porażkę. 
A przede wszystkim żadne wspomnienia nie przywrócą "tamtych" podstawówek, bo i ludzie inni, i system się zmienił. To, że ktoś dobrze wspomina swoje szkolne lata, a "teraz to tylko patologia w tych gimnazjach" nie przykryją tego, że ani podstawówki nie są doskonałe, ani gimnazja takie złe.
Chodzi o to, że powrót do ośmioklasowej podstawówki niczego nie zmieni, jeśli chodzi o dzieciaki. NICZEGO. To dość śmiała teza, bo niektórzy naprawdę są zadowoleni z przejścia do innej szkoły, ale zawsze też znajdą się tacy, co to w podstawówce chcieliby pozostać. Także pozostaję przy swoim: ta zmiana pod tym względem nie osiągnie niczego. Ani te "łobuzy" nie staną się grzeczniejsze, ani te "dobre" dzieci nic tu nie zyskają. Jedni się zmienią, inni nie i tyle.
Za to zmiana przeprowadzana tak, jak to się dzieje, zrobi wiele złego pod względem nauczania. Pleciona na szybko i byle jak podstawa programowa, pisana na kolanie ustawa, piękne hasła, których nie da się zrealizować (najbardziej podoba mi się to o "dążeniu do jednozmianowości w szkołach"), podręczniki robione na chybcika - to wszystko sprawi, że będziemy ten bałagan sprzątać przez co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście lat. Bo to się da naprawić, tak jak wszystko inne (bałagan po tworzeniu gimnazjów też w końcu udało się naprawić). Nauczyciele ze wszystkim sobie poradzą, bo jaki mają wybór. Kosztem własnym, kosztem uczniów, ale na to nikt nie patrzy. Tylko że to jest temat na inny post...
I tylko dzieciaków żal.

sobota, 1 czerwca 2013

Szkoła dla pięciolatków.


Oj, zbiera się, zbiera, i tylko czasu nie ma. A że tematy, które zamierzam poruszyć, poważne są, to i nie zamierzam zrobić ich na pół gwizdka. Idzie jak krew z nosa, bo tu matury, tu wystawianie ocen, tu problemy z moją klasą wychowawczą... Ale w końcu trzeba zacząć, bo trochę posucha.
Kopnął mnie artykuł, który przeczytałam dzięki mojej koleżance, wywiad z panią Krajewską. Kobiety nie znam, zupełnie nie kojarzę, ale ewidentnie jest spokrewniona z edukacją (taaaa, jakąś szkołę skończyła, bo jak widzę cytat „przez wiele lat była prezeską fundacji, która prowadzi szkołę społeczną” to aż mi łzy w oczach stoją, jaką ta pani jest specjalistką). Otóż wypowiada się ona w temacie reformy, czyli wprowadzenia sześciolatków do szkół. Pomijam fakt, że nie ufam pani na jotę, bo podejrzewam, że szkoły od wewnątrz (i nie mam tu na myśli budynku) to ta pani na oczy nie widziała, to mimo wszystko muszę się z nią w pewnych kwestiach zgodzić.
Jeśli chodzi o dzieci w szkołach, to jestem za wprowadzeniem obowiązku od 5 roku życia. Nie, nie pomyliły mi się cyferki. 5 lat to odpowiedni wiek, żeby zaczynać obowiązkową edukację. Bo przedszkola są nieobowiązkowe. Dyskusja jednak nie dotyczy tak naprawdę tego KIEDY, a raczej tego JAK. I tutaj mam już pewne uwagi. Bo od 5 do 8 roku życia dzieci powinny się uczyć życia. Jak po sobie sprzątać, jak współgrać w grupie, jak się ubierać, jak trzymać kredki w dłoni, jak jeść. I proszę mnie tu nie odsądzać od czci i wiary stwierdzeniami, że pięciolatek już dawno to umie.
Tak, moje dziecko umie (chociaż jak ostatnio dowiedziałam się, że trzylatek powinien umieć zawiązać sznurówki to chyba jednak moje też jest nieco do tyłu), ale jest mnóstwo dzieci, o których nie mamy pojęcia, a one są niedostosowane. Swego czasu uczyłam w podstawówce (była tam też zerówka, jak wiadomo obowiązkowa) i w zerówce chłopiec nie potrafił nawet samodzielnie trzymać łyżki. O rysowaniu nie było mowy, nie ubierał się ani nie rozbierał sam. W ogóle nie potrafił sam sobie z niczym poradzić. W ciągu roku nie miał szans tego nadgonić, bo pani miała w klasie inne dzieci, które też wymagały uwagi, a program nie przewidywał nauki samodzielnego siusiania, a raczej poznawanie literek. I wyobraźmy sobie, że takie dziecko idzie do szkoły. Jak ono poradzi sobie z pisaniem, czytaniem, liczeniem? Kiedy nadrobi te braki? Potem będzie tylko gorzej. 
O takich dzieciach się nie myśli, nie mówi, bo ci, co chcą posłać dzieci do szkoły później, ze swoimi dziećmi pracują i spędzają czas. Uczą swoje dzieci podstawowych czynności, więc co ich tam obchodzi jakiś dzieciak jeden z drugim, co to nie umie kredki w ręku trzymać. Stronnicze? Tak samo jak stronnicze są protesty rodziców przeciwko szkołom od 6 roku życia. I żeby nie było, ja te protesty rozumiem. Ba, nawet popieram je z całego serca. Bo dzisiejsza szkoła nie tylko jest niedostosowana (i wbrew pozorom nie chodzi o nauczycieli), w tej chwili może przynieść tylko szkodę. Bo taki pomysł, jaki zaroił się kilkorgu osobom w glowach nadal nie przewiduje tak naprawdę pracy z dzieckiem nad podstawowymi czynnościami, a naukę. 
A na typową naukę jest za wcześnie. Wiem, że takie dziecko chłonie jak gąbka, ale to nie powód, żeby go tą wiedzą napychać od najmłodszych lat. Niech sobie posiedzi w grupie, niech pouczy się, że „proszę, dziękuję, przepraszam” to naprawdę magiczne słowa i należy ich używać jak najczęściej, niech porysuje, poogląda książeczki, jedzie do teatru. Niech porobi to wszystko, na co rodzicom nie starcza czasu. Bo mnie nie starcza.
I na koniec jeszcze jeden cytat, który sprawił, że się we mnie zagotowało. „Żyjemy w świecie zapracowanych rodziców, szkoła musi ich wesprzeć, musi przyjąć na siebie więcej obowiązków opiekuńczych. Zmienia się rola nauczycieli, nie mogą już tylko prowadzić lekcji w ramach sztywnego pensum. Powinni wspierać uczniów również po lekcjach, więcej współpracować z rodzicami. Marzy mi się, że w końcu takie zmiany w szkole uda się wprowadzić, chociaż w wielu polskich szkołach to się zmienia oddolnie.” Oczywiście, że powinniśmy. Tylko że wtedy (tak jak choćby teraz, kiedy robię właśnie to, co sugeruje ta pani) nie mam czasu dla własnego dziecka. I będzie musiała je wychowywać szkoła. I to właśnie jest zupełnie pochrzanione. Inną sprawą jest to, że do współpracy z rodzicami potrzeba dwojga.
Ale to temat na całkiem inną opowieść...

czwartek, 6 września 2012

O podręcznikach.


Ostatnio po raz kolejny stało się modne narzekanie na złych nauczycieli. Tym razem jednak powodem nie są zarobki czy ilość wolnego, ale podręczniki. Temat powtarza się co jakiś czas, wraca jak bumerang i oczywiście winni jesteśmy my. Tymczasem nie zawsze tak jest. Nie mówię, że nigdy. Czasami rzeczywiście nauczyciele (zwłaszcza ci od angielskiego) często zmieniają podręczniki. Głównie przez to, że często się zmieniają, a każdy następny ma inne zdanie co do przydatności podręcznika niż ten poprzedni. Jednak najczęstszym powodem zmian podręcznika są albo sami uczniowie (i zaraz przejdę do szczegółów), albo reformy. Siłą rzeczy ograniczę się do podręczników z angielskiego, bo po pierwsze będę wiedziała, o czym piszę, a po drugie to właśnie ich ceny przyprawiają rodziców o największe palpitacje.
Jak wiadomo, rynek pełen jest w dzisiejszych czasach podręczników. Do wyboru, do koloru, milion wydawnictw prześciga się w ciekawszej ofercie. A jeśli chodzi o książki do angielskiego to już natura obrodziła przewybornie. Jedno wydawnictwo potrafi mieć w ofercie trzy pozycje na tym samym poziomie. Z jednej strony to dobrze, bo nauczyciele mają wybór i mogą dobrać podręcznik do ucznia. Z drugiej strony żadna pozycja nie jest doskonała dla każdego i nadmiar przyprawia nawet nauczycieli o ból głowy. Jednak nie da się ukryć, że wybór podręcznika zależy tylko i wyłącznie od nauczyciela i na nas spoczywa odpowiedzialność za jego właściwe dobranie.
Na początek (bo temat rozwlekły) opowiem, jak to było przed reformą. Bo wtedy nie było większych zmian w podręcznikach, a jedyną przesłanką do zmiany było... No właśnie, co takiego mogło być tak ważne, że trzeba było zmieniać podręcznik? Dwie rzeczy mogły o tym decydować. Zmieniający się nauczyciele oraz zmieniający się uczniowie. O co chodzi? Otóż swego czasu rotacja nauczycieli angielskiego w szkołach była wielkości epickiej. Co roku (a bywało, że i częściej) przychodził ktoś nowy. I ten ktoś nowy miał już inną wizję. Nie lubił podręcznika X jak zarazy, za to podręcznik Y uważał za cudo objawione. Rok później przychodził nowy nauczyciel i cała szopka zaczynała się od nowa. A rodzice bulili, bo nie mogli odkupić podręczników od starszych roczników.
Uczniowie zmieniają się co roku, każdy głupi to wie (oczywiście jeśli chodzi o pierwsze klasy). I zdarza się, że w jednym roku trafią nam się lotni, a w innym nieco mniej. Jakim cudem ja w takim razie mam tak samo tych uczniow traktować? W ich własnym interesie jest, żeby grupa słabsza miała inne podręczniki niż ta mocna, bo inaczej będzie się z nimi katowała, a i tak niczego się nie nauczy (wiem z doświadczenia). Dlatego zmiana podręcznika nie zawsze jest taka zła.
A teraz sytuacja po reformie. Właściwie reformach, bo one nadal trwają i zmienia się coś co chwila. Otóż po reformia nagle okazało się, że podręcznik, którego do tej pory używałam, nie jest wystarczająco dobry. W związku z tym musiały zostać naniesione zmiany. Co z tego, że zmiany są kosmetyczne. Stary był be, a nowy jest cacy. Pewnie myślicie, że wydawnictwa były zachwycone zmianami i tym, że muszą wszystko zatwierdzać od nowa. Otóż wcale nie. Dla nich to jest taki sam problem, jak dla nas. Trzeba wszystko przeanalizować, pozmieniać, dać do zatwierdzenia, a w końcu wydrukować nową partię. Stara oczywiście (jeśli jakieś egzemplarze się ostały) idzie na przemiał. Czyli straty. Rok później cała szopka zaczyna się od nowa, bo znowu zarządzili w ministerstwie jakieś zmiany i stary podręcznik nieważny. 
I tak w koło Macieju. Wydawnictwa mają dwa razy więcej pracy i zamieszania, my z szaleństwem w oczach sprawdzamy, czy nowy podręcznik dostał zatwierdzenie czy nie, a w efekcie uczeń musi kupić nową książkę w zwariowanej cenie, bo wersja od starszych uczniów nieaktualna. Zanim więc winą obarczymy wydawnictwa czy nauczycieli, zastanówmy się, kto tak naprawdę decyduje o reformach, zmianach w edukacji czy zatwierdzeniach podręczników. Nie nauczyciele, nie wydawnictwa, a ministerstwo. I do nich proszę zgłaszać zażalenia. 
Oczywiście każda zmiana podręcznika niesie za sobą potężne koszta. Zdaję sobie z tego sprawę. I ciężko mi powiedzieć, z jakiego powodu te koszta są takie duże. Wiadomo, że książki wydane na ładnym papierze, pełne rysunków i zdjęć (akurat też nie za bardzo to lubię, ale uczniowie niby narzekają, a jak dostaną książkę bez obrazków to patrzą na mnie jak na marsjankę), najczęściej wydawane w Anglii, ale czy to jest wystarczający powód? Nie wiem. Mnie też te ceny przyprawiają o zawrót głowy, ale jeśli mam wybrać książkę tanią w zamian książki dobrej (niestety zazwyczaj jedno idzie w opozycji do drugiego) to wybieram jednak dobrą.
I ostatnia rzecz (naprawdę, ostatnia) to sól w oku większości osób. Łapówki, które nauczyciele dostają od wydawnictw. Te wszystkie Seszele, drinki z parasolką i weekendy w SPA. Otóż NAJDROŻSZYM gadżetem, który dostałam była torba na ramię. Z nadrukiem wydawnictwa. Poza tym dostajemy jedynie zestaw książek dla nauczyciela, czasem jakiś długopis czy dodatkową książkę z ćwiczeniami i kalendarz. Doprawdy, mdleję z zachwytu. Poza tymi gadżetami „dla nas” są jeszcze gadżety dla szkoły i te o wiele bardziej mnie ineteresują. Tabele do powieszenia w klasie, plakaty, dodatkowe materiały. Czy to naprawdę aż tak wielka łapówka, żeby wybrać akurat tę konkretną książkę zamiast jakiejś innej?

niedziela, 20 maja 2012

Edukacja.


Długo zbierałam się z tym postem i długo nie mógł się w mojej głowie on ułożyć. Dlaczego? Bo to post określający moje pojęcie edukacji, poparty opiniami Ryszarda Legutko, a także kilku moich znajomych, którzy może profesorami nie są, ale myśleć logicznie potrafią. Do napisania tego posta skłonił mnie wywiad, który przeczytałam tylko i wyłącznie dzięki naszej wspaniałomyślnej pani dyrektor, która wyszukuje informacje z dziedziny szkolnej i zapodaje je w pokoju nauczycielskim. I tak w pewnym momencie, gdy nie miałam niczego innego do roboty, usiadłam i przeczytałam sobie ten wywiad. I oczywiście okazało się, że pan Legutko nie mówi niczego odkrywczego. Niczego, czego nie wiedziałby i nie mówił niemal każdy nauczyciel z każdej szkoły, tyle że on ma głos w gazecie, a my nie. Problem polega na tym, że jego też nie usłyszą i oleją, bo taka rola rządu.
Ale do rzeczy. Czytam słowa, które są niczym miód na moje serce:

(...) nie ma czegoś takiego jak umiejętność bez wiedzy. Żeby wytworzyć w sobie umiejętność, trzeba przebrnąć przez spory obszar wiedzy. Nie można nabrać umiejętności czytania i rozumienia tekstów literackich, jeżeli nie czyta się książek. Postulat ograniczenia się do samych umiejętności jest postulatem niemądrym. Dziś, żeby zdać maturę, nie trzeba wcale znać literatury polskiej, historii, a nawet posiadać orientacji w – przepraszam za wyrażenie – polskim kodzie kulturowym.

Jak się to ma do języka angielskiego? Ano nie za bardzo możemy uznać wypowiedź za „komunikatywną”, jeśli uczeń nie zna podstawowych zasad gramatyki i operuje bezokolicznikami. Tymczasem według mojej pani dyrektor (i, jestem przekonana, wielu innych osób również) przywiązuję za dużą wagę do gramatyki zamiast do „komunikatywności” wypowiedzi. Ponadto jakim cudem uczeń ma umieć cokolwiek, jeśli nawet tych słówek nieszczęsnych się nie nauczy? Żeby używać języka jako całości, trzeba znać słówka, umieć ich poprawnie użyć w zdaniu i umieć ułożyć to zdanie poprawnie, co gwarantuje znajomość i umiejętność używania gramatyki.
Dygresja: moja nauczycielka od francuskiego w liceum uważała, że kartkówki ze słówek są śmieszne i zupełnie niepotrzebne, bo na pamięć to każdy idiota potrafi się nauczyć. Takie kartkówki sprawiają jedynie, że można podciągnąć sobie ocenę zwykłą pamięciówką. Dlatego też dawała nam zawsze zdania do tłumaczenia na kartkówkach, bo dopiero ułożenie zdania oznaczało prawdziwe sprawdzenie umiejętności. Ogólnie rzecz biorąc się z nią zgadzam, ale z czasem odtajałam nieco i stwierdziłam, że niech chociaż sobie tymi słówkami oceny poprawią. Nie zadziałało, nie uczą się nadal.
Druga strona tego medalu to właśnie wiedza i odnoszący się do tego system oceniania. W naszej szkole obowiązuje zasada 30% na zaliczenie. Co znajduję, czytając Wewnątrzszkolny System Oceniania? Taki zapis, który mówi, że uczeń „z pomocą nauczyciela jest w stanie rozwiązywać zadania o niewielkim stopniu trudności”. Czyli jak uczeń wyjdzie ze szkoły i nie będzie przy nim nauczyciela, to już nie musi umieć rozwiązywać tych samych zadań. A zaznaczę, że chodzi o zadania o niewielkim stopniu trudności. Jak potem ten sam uczeń ma sobie poradzić w życiu, bez nauczyciela u boku, tego nie wiem.
Kolejny cytat dotyczy wychowania:

„Wychowania w szkole już nie ma, i to nie ma go nawet w wersji śladowej odnoszącej się do prostych odruchów „proszę” czy „dziękuję”. Nauczyciele są coraz bardziej zastraszeni – przez uczniów, przez rodziców, przez regulacje prawne. Zwykle w sporach między uczniem a nauczycielem przegrywa ten ostatni. Są prawa ucznia, rzecznicy do wszystkiego się wtrącający, a nauczyciel zostaje sam. Dyrektor nie stanie po jego stronie, koledzy nauczyciele prywatnie pewnie będą go pocieszać, ale publicznie nie będą się z nim solidaryzować, dziennikarze też w większości nie poprą, więc co ma robić? Można odnieść wrażenie, ze ogromna część Polaków zgłupiała, uważając, że najlepsze wychowanie to brak wychowania.”

Tym razem jednak nie do końca się zgadzam. Wychowanie na poziomie najwcześniejszym się jeszcze odbywa. Dzieci uczą się kultury w przedszkolu czy nauczaniu początkowym. Potem i tak jest już za późno, bo czego mogę oczekiwać (poza drwiącym spojrzeniem i powiedzeniem „spierdalaj”) od ucznia gimnazjum, którego może i w szkole próbowali nauczyć, ale on potem wracał do swojego domu, gdzie są takie a nie inne warunki? I kolejna rzecz: jeśli dyrektor jest dobry, stanie jednak po stronie nauczyciela. Oczywiście istnieje wiele malutkich szpileczek, bo niby stanie po stronie nauczyciela, ale potem na dywaniku ten sam nauczyciel usłyszy, że „może Pani nie powinna się tak zachować/zareagować/unieść, etc?” Ale jednak jakieś tam wsparcie ma. 
Nie jest natomiast wsparciem rzekome uznanie nauczyciela za funkcjonariusza państwowego. Niby w teorii miało pomóc, teraz generuje niesmaczne żarty, jak to nauczyciele nie potrafią poradzić sobie ze zwykłym dzieciaczkiem. Także nauczyciele bardzo rzadko sięgają po ten sposób radzenia sobie z „trudną, niesforną” młodzieżą. Inna sprawa, że nawet zwrócenie się do sądu nie da niczego, czego taki uczeń by już nie znał. Przecież do poprawczaka go nie dadzą, a kuratora to ma już od dawna. Oczywiście zdarzają się sytuacje, kiedy jednak trafi on do poprawczaka, ale to są jednostkowe przypadki. Te przybytki i tak są już przepełnione i nie ma miejsca na dzieciaki, które zastraszają nauczycieli i stanowią potencjalne zagrożenie (głównie dlatego, że poza słowami niczego innego nie zrobili). Dramat zaczyna się dopiero, kiedy stanie się coś naprawdę tragicznego i wtedy właśnie słyszymy „dlaczego nikt wcześniej nie zareagował?” A może reagował, tylko go nie słuchano...
Co do dziennikarzy – w tym upatruję największej odpowiedzialności. Oczywiście nie twierdzę, że gdyby nie dziennikarze, to wszystkie dzieci by były grzeczne i kochane, a nauczyciele poważani. Jednak manipulacja informacjami w przypadku dziennikarzy jest zadziwiająca. Mówią i piszą to, co akurat jest im na rękę, co ładnie wygląda w druku czy na ekranie, a nie stan faktyczny. Jeśli nauczyciele skarżą się na jakiegoś ucznia, to najpewniej się na niego uwzięli, a on biedny ma ADHD i próbuje sobie z tym poradzić. Szkoła jest tu na przegranej pozycji, bo dziennikarze ustawią się murem za płaczącą matką i biednie wyglądającym dzieckiem, które może nawet kilka łez uroni przed kamerą. A potem ten sam uczeń trafia do gimnazjum i matka stwierdza, że może lepiej, żeby on jednak trafił do ośrodka, to w domu spokój już będzie, bo ona nie ma już siły. Przykład z życia wzięty, z własnego podwórka.
Jednak największej odpowiedzialności upatruję tutaj w rodzicach. To oni są odpowiedzialni za wychowanie swojego dziecka od najmłodszych lat. Mój syn ma 2,5 roku i już dziś ma swoje obowiązki (sprząta swoje zabawki zarówno w domu, jak i w przedszkolu – odkłada na miejsce po zabawie), mówi „przepraszam, proszę i dziękuję” i wymagana jest od niego elementarna kultura, czyli wszelkie „dzień dobry, do widzenia” i brak awantur. Wie, że wszystko jest do załatwienia bez awantury, a żadne histerie nie pomogą mu dostać to, czego akurat chce. Oczywiście to wszystko jeszcze raczkuje, ale wymagane jest od niego konsekwentnie codziennie. Tymczasem mam do czynienia z dziećmi, które nie mówią nawet „dzień dobry”, a co dopiero wymagać od nich kultury wyższej. One zajmują się awanturowaniem się w każdej sytuacji, wymuszaniem, mają wciąż nowe roszczenia, jakbym była na ich rozkazy. I tutaj znowu cytat:

Rodzice w ogromnej większości uważają, że obowiązek wychowawczy przejmuje szkoła i że oni w związku z tym chcą mieć święty spokój. A święty spokój oznacza, że nie chcą być nękani, nie chcą słyszeć, że jest jakiś problem, że coś trzeba zrobić. Zrzucają odpowiedzialność na szkołę, lecz nie przyjmują do wiadomości skutków, jakie z tego przeniesienia odpowiedzialności wynikają. Nauczyciele mają wychowywać, ale jednocześnie maja się naszych dzieci nie czepiać. Tak się nie da, a podobna postawa rodziców dowodzi niestety zdziecinnienia.

No i nadchodzi pytanie, czy da się coś z tym zrobić? Czy jest jeszcze nadzieja na poprawę sytuacji w polskiej szkole? Profesor Legutko ma jeszcze szczątki nadziei. Ja nie. Za dużo zniszczyliśmy, za wygodnie jest w polskiej szkole, żeby ktokolwiek teraz pozwolił na „pogorszenie” sytuacji uczniów. Trzeba by wrócić do modelu 8+4, który dawał lepsze warunki, jeśli chodzi o wychowywanie (lepsza integracja przez dłuższy czas przebywania ze sobą), trzeba by przywrócić szkoły zawodowe, które miały na celu wypuszczać ludzi przyuczonych do zawodu, bo przecież nie każdy, do jasnej cholery, musi mieć maturę. Trzeba by podnieść z powrotem poziom nauczania na tak wielu poziomach - zarówno w szkołach podstawowych, gdzie teraz nie można zostawić dziecka w klasach I-III, jeśli zgody na to nie wyrażą rodzice (czyli dziecko może nie umieć czytać ani pisać, a i tak trafi do klasy IV, jako analfabeta), jak i w każdym kolejnym etapie, tak by uczniowie mieli świadomość, że tylko nauka pozwoli im przejść do kolejnej klasy (czyli podniesienie progu do przynajmniej 40% na ocenę dopuszczającą). Trzeba by zrobić jeszcze wiele, wiele rzeczy, do których opisania potrzebna by mi była książka. 
A chwilowo tkwimy w tym bagnie po samą szyję i próbujemy się nie udusić.

P.S. W poście korzystałam z wywiadu, który ukazał się w gazecie "Uważam rze". Data publikacji: niedziela, 12 luty 2012 autor: Marzena Nykiel

wtorek, 10 kwietnia 2012

Walka o historię.


Festiwal pod tytułem „przywróćmy historię do szkół” trwa w najlepsze. Wszyscy pławią się w rzucaniu kalumni na rząd, bo ten śmiał obciąć liczbę godzin historii w liceum. Ciekawi mnie tylko jedno – dlaczego ci sami ludzie nie bronią fizyki czy chemii, które to również zostaną obcięte (swoją drogą na poczet historii właśnie). Ja rozumiem, że historię swojego kraju trzeba znać i niedobrze jest wychowywać analfabetów, ale ludzie, obudźcie się!
Tu nie chodzi o historię, bo większość naszych wspaniałych dzieci już jest analfabetami, a my (jako rodzice) nic z tym nie robimy! Będę upierać się, że ktoś, kto nie przeznacza czasu na naukę w domu, nie ma szans na opanowanie materiału. I nieważne, jak bardzo rozbudowany czy okrojony on będzie, po prostu nie ma na to szans. Gdyby dzieciaki chciały uczyć się historii (czy jakiegokolwiek innego przedmiotu, jeśli mam być szczera) to wystarczyłby mu materiał szkolny, bo przy właściwej realizacji materiału można nauczyć się i o Katyniu, i o Popiełuszce, i o PRL. Problem w tym, że lekcje są „przedłużane”, czyli materiał, który powinien być realizowany na jednej czy dwóch lekcjach rozciąga się do pięciu czy więcej, bo dzieci nie uczą się w domu. A jak nie uczą się w domu, to całą wiedzę trzeba im wtłoczyć na lekcji. A tak się nie da.
Ponadto zastanawiam się, czy ktokolwiek, kto tak zajadle broni historii, przeczytał dokument, stanowiący o tej zmianie. W skrócie – robimy dwa profile w liceum. Jeden dotyczy przedmiotów ścisłych (i wtedy ilość godzin na te przedmioty jest powiększana kosztem przedmiotów humanistycznych – i o to właśnie biją się ludzie), a drugi to profil humanistyczny (i tutaj kosztem fizyki, chemii czy biologii wzrasta liczba godzin historii na przykład). Wychodzi więc na to, że ktoś zainteresowany historią może zgłębiać jej tajniki wzdłuż, wszerz i wspak. Na profilu humanistycznym. Dzięki temu przybędzie nam uczniów, którzy rzeczywiście CHCĄ się danego przedmiotu uczyć, bo go WYBRALI i można od nich wymagać więcej. O wiele więcej. 
Oczywiście nie chcę powiedzieć, że historia jest głupia i nie trzeba się jej uczyć. Problem w tym, że przymusowymi lekcjami historii niczego nie zdziałamy. Weźmy choćby mój własny przykład. Chodziłam do liceum ogólnokształcącego i historii miałam w brud. Czy nauczyłam się czegoś szczególnego? Nie. Nauczycielkę miałam wspaniałą i historię uwielbiałam, ale lubiłam tylko i wyłącznie słuchać nauczycielki, bo ona faktycznie mówiła z pasją. Tymczasem sama uczyłam się wymaganego minimum i po wyjściu ze szkoły prawie niczego już nie pamiętałam. Gdyby spytać mnie o powstanie styczniowe czy listopadowe, zamilkłabym haniebnie. Czy to dlatego, że nauczycielka nie miała czasu mnie tego nauczyć? Nie. To dlatego, że sama się tego nie nauczyłam i podejrzewam, że już raczej się nie nauczę. Historii zaczęłam „uczyć się” jako dorosła już kobieta, bo wtedy zaczęły mnie te wszystkie zależności między światem dzisiejszym a najnowszą historią interesować.
I nie mówię tu, że jestem tak wspaniała, że trzeba brać mnie za przykład i obcinać lekcje historii. Jestem przeciętna i uczyłam się pewnie tak samo, jak większość dzieciaków. Dlatego niech nikt mi nie wmawia, że większa ilość godzin zmieni stan rzeczy. Nie zmieni. I pisałam już o tym tu. Trzeba samemu do wielu rzeczy dorosnąć. Kto dorośnie, nauczy się sam. Kto nie dorośnie, pozostanie historycznym głąbem i ignorantem całe życie i żadna ilość godzin historii w szkole tego nie zmieni.

piątek, 10 lutego 2012

Kolejne reformy.


Ktoś gdzieś ostatnio pastwił się nad pomysłem ministerstwa w temacie specjalizacji w szkołach ponadgimnazjalnych.  Jak to ma wyglądać w praktyce? Ano znalazłam coś takiego:

  • kontynuacja kształcenia ogólnego w I klasie i wybór przedmiotów do wyboru w klasach II i III (możliwy również od klasy I), w tym obowiązkowa kontynuacja języka polskiego, języków obcych, matematyki, wychowania fizycznego i religii/etyki oraz realizacja 2-3 przedmiotów według programu rozszerzonego i przynajmniej jednego przedmiotu uzupełniającego;
  • możliwość wyboru trzeciego języka obcego;
  • możliwość odejścia od systemu klasowo-lekcyjnego i tworzenie z mniejszej liczby klas większej ilości grup, co w efekcie daje obniżenie liczebności uczniów w grupie i zwiększenie efektywności nauczania;
  • wprowadzenie dodatkowych zajęć uzupełniających do wyboru przez uczniów: zajęć artystycznych oraz ekonomii w praktyce;
  • wprowadzenie obowiązujących uczniów bloków uzupełniających edukację: historia i społeczeństwo – dla uczniów, którzy wybrali przedmioty przyrodnicze w zakresie rozszerzonym lub przyroda – dla tych, którzy w zakresie rozszerzonym uczą się przedmiotów humanistycznych;
  • nowa organizacja egzaminu maturalnego.
Z tych wszystkich punktów najbardziej zainteresowały mnie pierwszy i trzeci. Oznacza to, że przechodzimy na „system amerykański”, że tak to nazwę na potrzeby tego postu. I tu zaczyna się wojna. Oczywiście powstały dwie grupy. Jedna broni dotychczasowej „ogólnej” edukacji jak niepodległości, a druga zachwyca się, że w końcu nie trzeba będzie zakuwać wszystkiego, nie wynosząc z tego kucia niczego. I tutaj, jako nauczyciel, mam oczywiście swoje zdanie.
Chodziłam do liceum ogólnokształcącego. Nie wynikało to raczej z faktu, że byłam jakoś szczególnie zdolna czy też chciałam być wielce wykształcona w zakresie ogólnym, a z tego, że żadna inna szkoła nie miała mi do zaoferowania takiego profilu, jakim byłam zainteresowana, czyli nauki języka angielskiego po to, żeby w efekcie zostać nauczycielką. Za moich czasów nie było już szkół nauczycielskich, które na poziomie liceum przygotowywały uczniów do pracy.
Problem polega na tym, że nauka wszystkiego to był dla mnie koszmar. Fizyki, chemii i biologii nie rozumiałam WCALE. I to naprawdę nie jest przenośnia. Nie byłam w stanie nauczyć się choćby podstaw fizyki, nie byłam w stanie niczego zapamiętać. Biologia była chyba nawet gorsza niż fizyka. Z geografią i historią miałam mniejsze problemy, ale nie powiem, że jakoś szczególnie je sobie ukochałam (choć to w zasadzie przedmioty humanistyczne). Polskiego nienawidziłam (ale to z powodu mojej „ukochanej” pani, bo w podstawówce polski uwielbiałam), a resztę przedmiotów tolerowałam. Skupiałam się tylko i wyłącznie na angielskim, bo tu tkwiła moja pasja. I można sobie nazywać mnie ograniczoną, źle wyedukowaną ignorantką, ale taka jest prawda. Dopiero kiedy stałam się dorosła i byłam czegoś ciekawa, samodzielnie wyszukiwałam interesujące mnie informacje, bo ze szkoły nic nie pamiętałam, a uczyłam się nieźle (szkoła nie była może wybitna, ale to nie wina szkoły, że uczniowie nie do końca mają ochotę zdobywać wiedzę, kiedy mają ciekawsze rzeczy do roboty :)).
Kochałam, doprawdy uwielbiałam w czasie liceum „system amerykański” i gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że są plany wprowadzenia go w Polsce, pewnie bym się popłakała ze szczęścia. Co się zmieniło w moim postrzeganiu? Niewiele. Nadal jestem zdania, że ten system nie jest taki zły, jak się wszystkim wydaje. Owszem, kształci ludzi wybitnie uzdolnionych w jednym kierunku kosztem edukacji ogólnej, ale czy to naprawdę jest takie złe? I proszę darować sobie komentarze, które działają na mnie, jak płachta na byka, że przez tą edukację Amerykanie są idiotami i nie wiedzą, gdzie leży Polska. A czy my wiemy, gdzie dokładnie jest stan Ohio czy Utah? Czy znamy historię Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, że już nie wspomnę o RPA? Więc gdzie ta nasza ogólna wiedza, wynikająca z edukacji?
Dlatego właśnie uważam, że tamten system jest absolutnie wystarczający. Kształci ludzi, którzy staja się specjalistami w jednej konkretnej dziedzinie i (zakładam) w tej dziedzinie pracują. Rozwija zainteresowania i pasje i przekształca je w zawód. Problem z przeniesieniem tego systemu do Polski kryje się gdzie indziej. My po prostu nie mamy takiego zaplecza, jakie zobaczyć możemy w pierwszym lepszym amerykańskim filmie. I mam tu na myśli zwykłe szkoły ponadgimnazjalne, a nie te profilowane (bo takie jest założenie reformy). Nie mamy porządnych laboratoriów chemicznych, fizycznych, czy biologicznych, w których uczniowie mogliby ćwiczyć. Nie mamy porządnych pracowni artystycznych, żeby rozwijać talenty plastyczne czy muzyczne. Nie mamy porządnego zaplecza sportowego, żeby zająć się talentami sportowymi.
Dlatego właśnie uważam, że to jednocześnie dobry i zły pomysł. Dokładnie tak samo, jak posyłanie sześciolatków do szkoły (tak, tak, jestem za, ale nie na tych warunkach, jakie oferuje nam państwo). Zabieramy się do reformy od dupy strony już nie pierwszy raz. Zamiast przestudiować, dostosować i dopiero wtedy wprowadzać, państwo najpierw wprowadza, licząc, że jakoś to będzie i to „jakoś” zostaje już na stałe, bo nie stać nas na dostosowanie, a skoro działa bez dostosowania, to po co to zmieniać i się szarpać?