Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 lutego 2017

Każdy kij ma dwa końce.

Wiele już zostało powiedziane na temat reformy edukacji, to pomyślałam, że dorzucę swoje trzy grosze. Dziś nie napiszę o podstawach programowych czy siatce godzin, bo i tak większość ludzi nie wie, o co chodzi. Dziś napiszę o tych strasznych problemach, których nie było (taaaaa......), a teraz są, a jak wróci ośmioklasowa podstawówka to znowu ich nie będzie...
Wyobraźmy sobie... Żyrafa (mało prawdopodobne imię, choć podobno ktoś kiedyś, gdzieś tak swoje dziecko nazwał). Żyraf jest strasznie gnębiony, dokuczają mu w podstawówce na potęgę. Powód nie ważny, zawsze się jakiś znajdzie, grunt, że już nie ma siły, bardzo chce tą szkołę skończyć. Nie wyobraża sobie nawet, że ten koszmar mógłby potrwać dwa lata więcej. Trafia do gimnazjum. Nowa grupa, nowa sytuacja, nagle okazuje się, że ten Żyraf nie jest taki zły. Odżywa w nowym środowisku, lubi swoją nową szkołę (tak, tak, gimnazjum też można lubić). 
A teraz popatrzmy na Petronellę. Wzorowa uczennica, do tego miła i uczynna, uwielbiana przez nauczycieli i rówieśników. Cud, miód i orzeszki. No ale w końcu szkołę kończy i trafia do gimnazjum. A tam okazuje się, że Petronella sympatii nie zdobywa (nie ważne dlaczego, może ma krzywy uśmiech, powód się zawsze znajdzie) i czekają ją trzy lata koszmaru i gnębienia. Petronella tęskni i wylewa łzy za podstawówką, chciałaby tam zostać do końca swojej edukacji. No ale może w liceum będzie lepiej, jakoś te trzy lata przetrzyma...
Co miały pokazać te dwie równie durne historyjki? Ano to, że nie ma jednego dobrego wyjścia i jednej właściwej drogi. Ani wydłużona szkoła podstawowa ani pozostawienie gimnazjum absolutnie niczego nie gwarantują. Jednym jest lepiej tak, innym siak, a najcudowniej działają wspomnienia. One, jak nauczyłam się dawno temu, są strasznie wybiórcze. 
Jestem absolutnie pewna, że ani w podstawówce, ani w liceum nie byłam gnębiona aż tak, jak mi się to wtedy wydawało i jak mocno siedzi mi to we wspomnieniach. Pewnie gdyby zapytać o to moich rówieśników z klasy, dość mocno zdziwiliby się, że te czasy wspominam aż tak źle. Ale tak było. W życiu nie chciałabym (jak większość ludzi w pewnym wieku) powrócić do młodszych lat, bo wspominam je jako totalną porażkę. 
A przede wszystkim żadne wspomnienia nie przywrócą "tamtych" podstawówek, bo i ludzie inni, i system się zmienił. To, że ktoś dobrze wspomina swoje szkolne lata, a "teraz to tylko patologia w tych gimnazjach" nie przykryją tego, że ani podstawówki nie są doskonałe, ani gimnazja takie złe.
Chodzi o to, że powrót do ośmioklasowej podstawówki niczego nie zmieni, jeśli chodzi o dzieciaki. NICZEGO. To dość śmiała teza, bo niektórzy naprawdę są zadowoleni z przejścia do innej szkoły, ale zawsze też znajdą się tacy, co to w podstawówce chcieliby pozostać. Także pozostaję przy swoim: ta zmiana pod tym względem nie osiągnie niczego. Ani te "łobuzy" nie staną się grzeczniejsze, ani te "dobre" dzieci nic tu nie zyskają. Jedni się zmienią, inni nie i tyle.
Za to zmiana przeprowadzana tak, jak to się dzieje, zrobi wiele złego pod względem nauczania. Pleciona na szybko i byle jak podstawa programowa, pisana na kolanie ustawa, piękne hasła, których nie da się zrealizować (najbardziej podoba mi się to o "dążeniu do jednozmianowości w szkołach"), podręczniki robione na chybcika - to wszystko sprawi, że będziemy ten bałagan sprzątać przez co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście lat. Bo to się da naprawić, tak jak wszystko inne (bałagan po tworzeniu gimnazjów też w końcu udało się naprawić). Nauczyciele ze wszystkim sobie poradzą, bo jaki mają wybór. Kosztem własnym, kosztem uczniów, ale na to nikt nie patrzy. Tylko że to jest temat na inny post...
I tylko dzieciaków żal.

wtorek, 31 stycznia 2017

Ciekawe przykłady.

Szkoła i nauka nie muszą być mega nudne. Niestety, tak to już bywa, że i nauczyciel potrafi przecenić swoje umiejętności dotyczące kreatywnego przekazywania informacji. Weźmy taki pierwszy lepszy przykład: tłumaczę uczniom przedimki. Sprawa wagi państwowej, nie może być zignorowana, nawet jeśli sam nauczyciel za nimi nie przepada. Ale że zaczynamy od podstaw, to jest pięknie. Tłumaczę więc uczniom, że przy nieokreślonych mamy dwa do wyboru "a" lub "an". Pytam, kiedy jeden, a kiedy drug. Zapada magiczna cisza... No to wspinam się na wyżyny artyzmu, zdolności pedagogicznych i wyobraźni i podaję przykład, że gdyby chcieli powiedzieć "a elephant" to by brzmieli, jakby mieli problemy z pójściem do toalety (takie przykłady działają na wyobraźnię, wierzcie mi), a jak w to samo miejsce wstawią "an" to mają taką śliczną melodię jak ta lala.  A potem wysuwam argumenty w postaci spółgłosek i samogłosek.
Przychodzi kolejna lekcja i czas zebrać owoce swego trudu. Dumna i blada wkraczam na arenę zdarzeń, rzucam pytanie i czekam na las rąk. I słyszę:
- No tak, coś tam było, mówiła Pani o toalecie...
Nie o taki sukces walczyłam...

środa, 22 lipca 2015

Pomysły pani minister.


Gdybym nie została poniekąd poproszona o napisanie tego postu, pewnie nigdy bym się do niego nie zabrała. Przykro mi, ale treść tych tematów przekracza moje granice pojmowania i zupełnie nie wiem, jak się do tego wszystkiego odnieść. Jednak spróbuję.
Otóż zacznijmy od tego, że pani minister edukacji narodowej, niejaka Joanna Kluzik Rostkowska, od wielu miesięcy twierdzi i powtarza, że na sercu jej leżą sprawy uczniów. Wszystko chce dla nich zrobić, serce i duszę oddała tym biednym dzieciom dręczonym przez złych nauczycieli i bezlitosny system. Doprawdy, moje wzruszenie tutaj się zaczyna. Nie dosyć, że ustawa o systemie oświaty ma służyć uczniom, to jeszcze Karta Nauczyciela też ma służyć uczniom. Łkam już w kąciku ze wzruszenia. No i na koniec rozmowy ze związkowcami, a konkretnie z prezesem Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomirem Broniarzem, wiceprzewodniczącą Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ "Solidarność" Teresą Misiuk i przewodniczącym Branży Nauki, Oświaty i Wychowania Forum Związków Zawodowych Sławomirem Witkowiczem okazały się być wielką walką o ucznia, bo (i tu walnę cytat, bo nie zdzierżę) "Mnie zależy na dobru dziecka, a państwu zależy na pieniądzach" (by Joanna Kluzik Rostkowska). No cóż, sprawdźmy, jak bardzo w swojej trosce posunęła się pani minister w tworzeniu tematów do dyskusji. 
Było ich pięć, postaram się dokładnie przeanalizować każdy z nich, a nie będzie to łatwe.

Dyrektor szkoły – nauczyciel, urzędnik, manager, wykonawca poleceń? – autonomia i kompetencje dyrektora, sposób wyboru.
No tak, rola dyrektora w szkole rzecz ważna. Do tej pory dyrektor nie wie, jak się nazwać i jak się określić, co znacznie wpływa na ucznia, który jest zupełnie zdezorientowany w obecności dyrektora, który może być nauczycielem, a w następnej chwili bezlitosnym urzędnikiem, a już jak zacznie wykonywać czyjeś polecenia to umarł w butach. Doprawdy, rola dyrektora w szkole jest od dawna określona i mimo że istnieją pewne problemy w tej kwestii to omawianie ich i robienie z tego wielkiego halo to już lekka przesada.

Kierunek: potrzeby dzieci. Kształcenie przyszłych nauczycieli. Co warto zmienić?
Kiedy nauczyciele chcieli rozmawiać o tym, że szkolenie przyszłych kadr ma wielkie braki i może powinno się zmienić nieco profil, pani minister nie była zainteresowana. Nie tym tematem, w ogóle nie była zainteresowana rozmową. Teraz nagle chce o tym rozmawiać, i to ze związkowcami. Niewłaściwy czas na właściwy temat. Może i dyskusja pomoże uczniom, ale na pewno nie jest to właściwy moment na takie rozmowy (kilka miesięcy przed wyborami, doprawdy). Temat ważny, ale na inny czas. Spokojny, stabilny czas (tylko że wtedy pani minister nie będzie chciała z nami rozmawiać).

Dlaczego uczniowie muszą brać korepetycje? Szkoła sprzyjająca rozwojowi ucznia – rola rodziców, nauczycieli, dyrektora.
A to już jest mega bezczelność, żeby wywalać takie działa. Problem korepetycji istnieje, ale obawiam się, że w większości nie jest to problem szkoły. Ostatnio nawet miałam taką sytuację, a właściwie dwie.
1. Uczeń ma problemy z nauką. Proponuję mu konsultacje, spotkania, pomoc (takie "szkolne korepetycje" i to nawet całkiem darmowe), ale uczeń nie przychodzi. Potem przychodzi matka i narzeka, ile to pieniędzy musiała utopić w korepetycjach. Nie zdzierżyłam, skomentowałam, że jakby chciał, to i w szkole by sie nauczył, bo możliwości jest wiele. Może mnie nie lubił i nie chciał się ze mną uczyć - nie ma sprawy, nie jestem jedyną anglistką, a i na takie sytuacje nie mam wpływu. Pomoc mógł otrzymać, nie był zainteresowany.
2. Uczeń był słaby, nie jakiś totalnie olewacki, ale problemy miał. Nagle zaczął się wybijać, idzie mu świetnie i w ogóle cud, miód i orzeszki. Co też się stało? Poszedł na korepetycje? Otóż nie, zaczął się uczyć (i wiem to od niego samego).
Korepetycje bierze się z dwóch powodów - albo uczeń sobie nie radzi, albo chce więcej. W pierwszym przypadku w większości szkół po to są nauczyciele i  ich konsultacje, żeby pomagać. Z doświadczenia wiem, że niemal nikt na te zajęcia nie przychodzi (chyba że chce poprawić sprawdzian). W drugim przypadku też często (choć nie zawsze, rozumiem) są w szkole zajęcia dodatkowe, rozwijające zainteresowania i jeśli ich nie ma albo są niewystarczające, to decyzja rodziców, żeby posłać dziecko na korepetycje. Nic mi do tego, że ktoś chce, aby jego dziecko było jeszcze lepsze. Sama chodziłam z tego powodu na korepetycje i do głowy mi nie przyszło, żeby obwiniać szkołę, że nie uczy mnie więcej, bo nie byłam jedyną uczennicą w klasie, a nie wszyscy chcieli więcej.
Także najpierw radzę się zastanowić, co chcemy powiedzieć i osiągnąć, a potem peplać i dawać do dyskusji tak niepoważne tematy.

Dni wolne od nauki, niewolne od opieki – jak szkoły radzą sobie z obowiązkiem zapewnienia opieki uczniom w trakcie m.in. przerw świątecznych.
NAPRAWDĘ???!!! Po tej burzy, która rozpętała się w zeszłym roku teraz nagle pani chce rozmawiać, i to ze związkowcami? Po co, pytam? Szkoły się dostosowały, sama pani tak twierdziła, teraz nagle wymaga to dyskusji?
Już pomijam drobny fakt, że sam temat jest idiotyczny, bo szkoła to nie jest miejsce, w którym zapewnia się opiekę, a w którym się uczy. No ale rozumiem, że sześciolatka ciężko zostawić samego w domu (jako siedmiolatka sama zostawałam, więc się nie wypowiem już nawet na temat braku samodzielności w dzisiejszych czasach). Dlatego właśnie szkoły (bardzo często bez żadnych odgórnych nakazów) oferowały opiekę. Tyle że zmuszanie do tego cyrku dyrektorów i nauczycieli na niemal każdym poziomie (szkoły ponadgimnazjalne nie są wliczone, ciekawe czemu, skoro są tam niepełnoletnie dzieci? - i tak, to był sarkazm) to już lekka przesada.
I dla tych, którzy chcą mnie ukamienować mam propozycję - niech szkoła będzie otwarta 24/7/365. Nie ograniczajmy się do Wigilii czy dni między świętami. Bo przecież jakiś rodzic może mieć nocne zmiany i co wtedy z dzieckiem zrobi? Ktoś może mieć dyżur w święta (jakiś strażak czy inna pielęgniarka) i co wtedy z maluszkiem? Naprawdę, rozszerzmy działalność szkoły, nie pozwólmy się robić w konia głupim, leniwym nauczycielom. Niech pracują nieroby 24/7, żeby pomóc dzieciaczkom, wtedy na pewno będzie lepiej. 

Nauczyciel – przyjaciel, mistrz, wychowawca, współczujący obserwator? Jak pomóc nauczycielom w wypełnianiu tej roli? Szkoła wolna od przemocy, przyjazna, bezpieczna, czyli jaka?
To jedyny temat, który uważam za godny dyskusji. Problem polega na tym, że ta dyskusja już ma miejsce. Jest wiele programów, projektów, które są w szkołach wdrażane i to bez "pomocy" pani minister. Oczywiście dobrze, żeby nie były to wyjątki, ale reguła, tyle że jest to jeden z pięciu tematów, na który warto rozmawiać. To trochę za mało.

Dlatego właśnie uważam, że coś tu nie gra.
Pisząc tego posta korzystałam z informacji z tego artykułu.
 

czwartek, 16 kwietnia 2015

Urzędnik.


Ostatnio na szkoleniu koleżanka powiedziała, co demotywuje ją najbardziej w kwestii wykonywania naszego zawodu. Bo to nie tak, że tylko uczniowie są demotywowani, że tylko oni mają dość, a my sobie siedzimy jak pączki w maśle. I okazało się, że ja się z nią calkowicie zgadzam. Tą demotywacją są papiery. My już właściwie nie mamy czasu uczyć. Staliśmy się urzędnikami, którzy zamiast przygotowywać się do lekcji i wkładać w to 90 procent mojego czasu, przez te rzeczone 90% wypełniają i tworzą papiery. Mówi się, że lekarze stali się urzędnikami i właściwie tylko wypisują papierki zamiast realnie leczyć, ale nikt nie zauważa, że z nauczycielami stało się to samo.
Diagnozy i ich analizy, potwierdzenie otrzymania zagrożeń, protokoły z zebrań, dokumentowanie każdego wydarzenia z życia szkoły, analiza egzaminu, analiza tego i owego, sprawozdanie z tego czy owego, wypełnianie dzienników, arkuszy, pisanie planu pracy, potwierdzenie realizacji planu pracy i czego to sobie nie wyobrazicie. Nauczyciel oficjalnie stał się urzędnikiem. Na pisaniu papierków schodzi mi większa część czasu mojej pracy (i nie, nie jest to 18, a właśnie dobrze ponad 40h tygodniowo), a i tak tonę w nich po sam czubek głowy. Tam gdzie skończę jeden okazuje się, że już trzeba pisać kilka kolejnych. Przestaję ogarniać rzeczywistość.
I po co to? Po to, żeby jeden z drugim z kuratorium miał co sobie poczytać zamiast dać mi robić swoje? Weźmy choćby diagnozy i ich analizę. Robimy diagnozy, bo tak trzeba. Potem kilka godzin zabiera nam ich analiza, bo trzeba naprodukować tabelek, wykresów, żeby ładnie i profesjonalnie wyglądało. Na końcu wnioski, które wynikają z tych wykresów i tabelek. Jaki jest tego skutek? Jak dla mnie kilka godzin wyjętych z życiorysu. Bo wszystko to, co produkuję w te kilka godzin mogłabym powiedzieć w kilka minut nawet bez produkowania tej diagnozy. Dlaczego? BO JA TE DZIECI UCZĘ. Widzę, jak im idzie, co umieją, a czego nie i zupełnie nie potrzeba mi do tego kolejnego papierka. Jeszcze nie zdarzyło się, żeby moje obserwacje powiedziały coś innego niż te diagnozy i ich analiza.
Dygresja: jest diagnoza na wejściu i tą jedyną uważam za uzasadnioną, bo dzieciaków jeszcze nie znam, ale potrzebna mi ona li i tylko w celu określenia poziomu i tak powinna być traktowana, a nie jak coś, co trzeba koniecznie rozłożyć na czynniki pierwsze (bo i po co).
Weźmy inny przykład - wydarzenia w szkole. Coś planujemy, coś robimy, coś kończymy, wyciągamy wnioski i albo robimy to ponownie, albo nie. Z każdego z tych etapów musimy wyprodukować papierek, bo a nuż przyjdzie ktoś z kuratorium i zobaczy, że skoro nie mamy papierków to znaczy, że nic nie robimy. Zgroza! Dlatego odechciewa się robić cokolwiek, bo zamiast zajmować się pracą, siedzę nad karteluszkami.
Nie twierdzę, że wszystkie papiery są złe i niepotrzebne. Sama lubię mieć wszystko jasno i na papierze, ale to są papiery robocze, które krążą gdzieś między nami i na tym ich rola się kończy. Nie musimy wtłaczać ich w jakieś ramy, tabelki, wykresy. Niestety, dopóki papierologia będzie się mnożyć, dopóty ta praca będzie katorgą. Bo śmiem twierdzić, że o wiele gorsza od najgorszego ucznia jest ta biurokracja.

czwartek, 26 marca 2015

Realizacja podstawy programowej.


Do polskiej szkoły weszło coś, co nazywa się podstawa programowa. Nie powiem, założenia są słuszne i piękne, przeczytałam i zgadzam się w 100%. No ale jak można coś schrzanić to trzeba to zrobić.
Jak według mnie powinno być:
Bierzemy założenia podstawy, realizujemy ją sobie we własnym tempie i we własnych możliwościach (a technicznie to w tempie i możliwościach naszych dzieci). Mogę zrobić więcej, mogę zrobić mniej, byle bym zmieściła się w minimum. Jeśli klasa trudna, to robię miliony ćwiczeń i przechodzę z nimi tylko przez podstawę. Jeśli klasa zdolna, to przelatuję podstawę i poszerzam wiadomości według chęci i potrzeb.
Jak jest:
Minimum programowe trzeba przerobić i nie ma tu dyskusji. Ale na "przerobienie" nie składają się treści, a ilość godzin. Czyli jeśli mam wyrobić 220 godzin przez  trzy lata (tyle mniej więcej wychodzi, ale to też zależy jak się podzieli godziny pomiędzy języki) to tyle ma być. Ni mniej, ni więcej. Czyli jeśli mam klasę lotną i materiał przerobię w 150 godzin to nie ważne, podstawę mam niewyrobioną (i to jest ważne, bo nie mówimy tu o poszerzaniu, ale o podstawie, czyli o tym minimum). Jeśli zaś potrzebuję na wyrobienie minimum 300 godzin, to też ich nie dostanę, bo 220 ma mi wystarczyć. 
I teraz nauczyciele i dyrektorzy szaleją, bo jakiś przedmiot ma za mało godzin i trzeba na gwałt organizować uzupełnienia (które czasami w ogóle nie są potrzebne w kontekście materiału). Z kolei na przykład godzina wychowawcza (która na trzy lata ma przewidziane 90 godzin) z reguły już w drugiej klasie ma około 120 (wszelkie wyjścia, klasowe wigilie i inne imprezy się w to wlicza). Ale nie można "wymienić" jakiegoś przedmiotu na inny, więc wychowawcza ma sporą nadprodukcję, podczas gdy angielski leży i kwiczy. 
Tak to właśnie realizuje się w polskiej szkole.

niedziela, 1 marca 2015

Darmowy podręcznik w gimnazjum.


I oto stało się - darmowy podręcznik wchodzi do gimnazjum. Już kiedy myślałam, że większych bzdur nie da się wyprodukować, ministerstwo udowodniło mi, jak małej wiary człowieczkiem jestem. Niby wiedziałam, że kiedyś to nastąpi, ale jednak wierzyć mi się nie chciało. Teraz przyszła koza do woza i darmowy podręcznik puka i do moich drzwi.
Żeby być dokładnym i nie wprowadzić czytelnika w błąd - darmowy podręcznik nie wygląda bynajmniej tak samo, jak w podstawówce. Nie dostaniemy ministerialnego gotowca. Dostaniemy dotację. Czyli nadal będziemy mogli wybierać swoje własne podręczniki według własnego widzimisię, ale w ramach dotacji rządowej. Zanim jednak przejdę do samej dotacji, która sprawila, że mózg mi uszami wypłynął i zapłakałam w kąciku nad rządową hojnością, napiszę co zmienia się w podręcznikach (z racji posiadanych sprawdzonych informacji odniosę się tylko do podręczników z angielskiego).
Po pierwsze primo nie można po podręczniku pisać. To dosyć jasne, jako że ma on być wieloletni. Starczyć ma ni mniej ni więcej jak na trzy lata. Czyli każda kolejna klasa pierwsza będzie dostawać ten sam podręcznik w latach 2015/16, 2016/17, 2017/18. We wrześniu podręcznik jest wypożyczany, w czerwcu oddawany. Sprawa jasna i przejrzysta jak dzisiejsze słońce. Tylko jak tu rozwiązywać ćwiczenia choćby ze słuchu, skoro w książce pisać nie można? Ano w zeszycie. Przepisać i rozwiązać. Każde kolejne ćwiczenie. No tak, to przecież oczywiste. Potem taki uczeń zeszyt otwiera, a tam jakże wiele mówiące:
ćwiczenie pierwsze: A, G, H, B, C, F, E, D.
A w książce, którą oczywiście się podpiera, patrzy rozbieganymi oczyma, gdzie te literki mają pasować. No ale dobra, nie pastwmy się nad tym, najwyżej uczeń dostanie na pracę domową przepisanie książki, a ćwiczenia robić będziemy na lekcji. Małostkowa jestem jakaś.
Po drugie primo nie może być w książce żadnych odniesień do egzaminu gimnazjalnego. Dzięki temu można go będzie zmieniać co roku, a w podręcznikach wszystko będzie aktualne. Pięknie i zacnie. Wydawnictwa, w ramach zabawy w kotka i myszkę, zmieniły dotychczasowe podręczniki według wytycznych. "Wskazówka do egzaminu" stała się teraz "wskazówką". "Zadanie egzaminacyjne ze słuchu" cudownie przemieniło się w "zadanie ze słuchu".  No supcio. Cud, miód i orzeszki.
No i po trzecie primo dotacja. Na szkoleniu przeczytałam sobie, że na podręcznik mam 250 zł. Sama radość. Toż za taką kwotę to można taki podręcznik napisać, że się nie śniło (pomyślała, nieco zdezorientowana hojnością państwa polskiego). Ależ, ależ, pani na szkoleniu ukróciła mój entuzjazm, gdyż jest to wprawdzie 250 zł, ale na WSZYSTKIE podręczniki. Tak, nie ma błędu. Wszystkie podręczniki muszą zmieścić się w sumie 250 zł. No dobra, ale pozostają jeszcze ćwiczenia, gdzie dotacja przyznawana jest corocznie (bo po nich można pisać). I tutaj szoczek - bo dotacja to całe 25 zł na ćwiczenia ze WSZYSTKICH przedmiotów. Nie, nie pomyliło mi się, DWADZIEŚCIA PIĘĆ ZŁOTYCH (ja już pominę kwestię, że 1% idzie na jakieś tam opłaty manipulacyjne, przyjmijmy, że jest 25). Oszalałam ze szczęścia.
Wydawnictwa już dwoją się i troją, żeby ze wszystkim wyrobić, ale to też ich problem, mnie nic do tego. Jak chcą zarobić, to one muszą, ja nie. Odniosę się jeszcze tylko do jednej kwestii. Podręcznik ma być rozpoczęty i zakończony w ciągu jednego roku. I tak we wszystkich szkołach. Teraz proszę sobie wyobrazić szkołę A i szkołę B.
Szkoła A: uczniowie zdolni jak brzytwy, wygrywają olimpiady i wykraczają daleko poza minimum programowe. Żyć nie umierać. Rozpoczynają naukę powiedzmy że z drugą częścią podręcznika we wrześniu i idą jak burza, bo informacje przyswajają szybko i sprawnie. Mają trzy godziny języka, więc materiał kończy się powiedzmy około marca.
Szkoła B: uczniowie potrzebują wielu powtórek i ćwiczeń, mają wyraźne problemy, a angielskiego nienawidzą jak nie wiem co. Rozpoczynamy częścią pierwszą i mamy trzy godziny w tygodniu. Żeby uczniów nauczyć, a nie odwalić pańszczyznę, nauczyciel robi minimum programowe, ale rzetelnie dzieciaki uczy. W czerwcu jest na rozdziale 8 z 10.
Co mają zrobić podani nauczyciele? Nikt tego nie wie, bo ministerstwo nie odpowiada na tak skomplikowane pytania, bo nie wzięło takiej sytuacji pod uwagę (i wiem to od pani, która z ministerstwem ma kontakt). Każdy ma zacząć i skończyć podręcznik na czas i nie ma że boli. Jak się pospieszy albo wlecze to jego wina i nieudolny jakiś widocznie jest. 
Dygresja: Już pominę kwestię tego, że u nas w szkole na poziomie podstawowym jest jedna godzina w tygodniu, przez co NIE MA OPCJI żebym przerobiła podręcznik w rok. Kiedyś mogłam mieć jeden na dwa lata, teraz nie wiem co zrobię, nie mam koncepcji. Ale to może tylko w mojej szkole...  Koniec dygresji.
Jest jeszcze kwestia tego, że w ramach szerokiej oferty (żeby złowić uczniów w tych trudnych demograficznie czasach) niektóre szkoły oferują języki obce dość interesujące, niestandardowe, jak na przykład hiszpański czy chiński. Podręczniki do takich języków są drogie, a jak nauczyciel ma powiedzieć, że jego książka "zabiera" połowę dotacji, bo jego wydawnictwo nie pójdzie nikomu na rękę i cen nie obniży. No i nie wspomnę, że miejsca na wypełnianie ćwiczeń w książce też nie zamaże. Ministerstwo nie przewidziało takiej sytuacji.  I nie, nie można powiedzieć rodzicom, że jak sobie wybrali taką szkołę to mają płacić - mają zagwarantowane darmowe podręczniki i nie można od nich niczego wymagać. I sytuacja patowa, bo taki nauczyciel nie ma pojęcia, co go czeka. Niby można (chyba, o ile dobrze pamiętam) prosić o większą dotację, ale jak znam życie to się ją dostanie na święty nigdy.
Ten pomysł odbije się czkawką albo nam (nauczycielom i uczniom), bo tańsze to gorsze i wydawnictwa będą równały w dół i cięły koszty (ale wtedy ministerstwo będzie "zadowolone", a nam biada, bo w szkołach będą się działy cuda, jakich świat nie widział), albo ministerstwu, bo na poziomie gimnazjum trzeba będzie wpakować tyle kasy, że nagle okaże się, że takie rzeczy to jednak tylko w podstawówce. I to tylko na poziomie 1-3. Zobaczymy, co nastąpi szybciej.

wtorek, 23 grudnia 2014

Mało liczne (albo i nie) klasy.


Ktoś kiedyś wmówił rodzicom, że klasy składające się z 25 dzieci (6 czy 7 latków, to nie ma znaczenia) to mało liczne grupy. Ok, mogę pogodzić się ze stwierdzeniem, że to lepiej niż 35 czy nawet 40, ale na pewno nie jest to optymalna ilość dzieci, z którymi można efektywnie pracować. Ba, to nawet nie jest optymalna i efektywna ilość dorosłych, z którymi można pracować na raz. Gdybyśmy chcieli iśc na kurs do prywatnej szkoły językowej i zaproponowano by nam grupę 25 osobową pewnie byśmy się roześmiali i pokiwali z politowaniem głową, że czego można nauczyć się w tak dużej grupie, gdzie lektor nie ma czasu poświęcić mi odpowiedniej ilości czasu i uwagi. W takiej szkole dąży się do grup co najwyżej 15 osobowych. Tymczasem wychodzi na to, że coś, czego w prywatnej szkole językowej nie da się nauczyć w grupach 25 osobowych jest jak najbardziej prawdopodobne do nauczania, jeśli mówimy o szkole. Absurd.
Wyobraźmy sobie salę w szkole. Nie wiem, ile taka sala mierzy sobie metrów kwadratowych, ale pewnie nie są to ilości imponujące swoją wielkością. W takiej klasie ma się zmieścić 13 ławek (po 2 uczniów w każdej ławce), miejsce dla nauczyciela (choćby to biureczko mu dajmy, żeby miał gdzie temat zapisać) i miejsce zabaw dla młodych uczniów (niekoniecznie szafki pełne zabawek, ale przynajmniej dywanik). I pamiętajmy, że dywanik ma zmieścić 25 małych osóbek (bo nauczyciel usiądzie na podłodze). 13 ławek na trzy rzędy to około pięć ławek w rzędzie (no może cztery, jak da radę). Ostatnio jak byłam w swojej sali i próbowałam ustawić tak ławki z tyłu zostało mi miejsca niewiele. No ale ok, dla małych dzieci ławki są mniejsze to i miejsca więcej zostaje. Tylko o ile więcej? Czy wystarczy na dywanik?
No dobrze, przestanę dywagować i przejdę do rzeczy. Wspaniałe założenia naszego wspaniałego i miłościwie panującego nam rządu są niemożliwe do zrealizowania, chyba że mamy do czynienia z super nową szkołą, w której sale budowane są już na nieco innych warunkach, czyli są po prostu większe. W starej szkole dzieci będą kisić się w ławkach, bo miejsca na "dywanik" zostanie co najwyżej tyle, żeby sobie matę łazienkową położyć. Można stwarzać pozory, kłaść wykładzinę i udawać, że a jakże, czemu nie, 25 dzieci to się tu zmieści jak nie wiem co, a właściwie to przecież nie wszystkie odpoczywają w tym samym czasie, więc o co ta afera. Zostawmy więc dywanik, przejdźmy do nauki.
Dzieci w pierwszej klasie mają się uczyć.
"w zakresie umiejętności czytania i pisania (uczeń kończący pierwszą klasę):
a)  rozumie sens kodowania oraz dekodowania informacji; odczytuje uproszczone rysunki, piktogramy, znaki informacyjne i napisy,
b)  zna wszystkie litery alfabetu, czyta i rozumie proste, krótkie teksty,
c)  pisze proste, krótkie zdania: przepisuje, pisze z pamięci; dba o estetykę i poprawność graficzną pisma (przestrzega zasad kaligrafii),
d)  posługuje się ze zrozumieniem określeniami: wyraz, głoska, litera, sylaba, zdanie,
e)  interesuje się książką i czytaniem; słucha w skupieniu czytanych utworów (np. baśni, opowiadań, wierszy), w miarę swoich możliwości czyta lektury wskazane przez nauczyciela,
f)  korzysta z pakietów edukacyjnych (np. zeszytów ćwiczeń i innych pomocy dydaktycznych) pod kierunkiem nauczyciela;" (pogrubienia moje)
To tylko maluteńki fragment z podstawy programowej dla pierwszej klasy szkoły podstawowej (tylko edukacja polonistyczna i tylko fragment z tejże). Ten, kto wmówił nam, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie i dzieci będą się bawić całkiem jak w przedszkolu i zerówce chyba nie czytał podstawy programowej. I to jest założenie, że dziecko wszystkiego ma nauczyć się w klasie pierwszej, bo ani w zerówce (aktualnie oddziale przedszkolnym bodaj), ani w starszakach w przedszkolu panie nie mają prawa uczyć dzieci czegokolwiek. Dzieciaki zdane są na rodziców i choć moje dziecko interesuje się literkami i pisze, i czyta, to nie każde dziecko tak musi mieć. 
Dygresja: z drugiej strony niekonsekwencja poraża. Ostatnio moje pięcioletnie dziecko miało diagnozę gotowości szkolnej. I według tej diagnozy powinien poprawnie literować i sylabizować wyrazy. Czyli uczyć się czytać i pisać nie, a umieć literować i sylabizować już tak. No cóż... Koniec dygresji.
No i na koniec  w tym wszystkim mamy nauczyciela. Jednego nauczyciela na 25 dzieci. Jednego nauczyciela, który musi znaleźć czas na każde dziecko z osobna, bo inaczej nie będą one dobrze się rozwijały i z pewnością będą niedowartościowane. Indywidualizacja i podmiotowość to słowa klucze. Mamy więc tego nauczyciela, który w jakimś tam czasie (bo czas lekcji i przerw nie obowiązuje w pierwszej klasie) podejdzie i pochyli się nad każdym dzieckiem z osobna. Reszta dzieci w czasie, kiedy on się pochyla jest oczywiście mega zorganizowana, grzeczna, no i siedzi sobie na tym dywaniku cichutko (bo ten, nad którym się  pochyla musi się skupić). Jest pięknie.
A teraz rzeczywistość zgrzyta. Pracuję aktualnie w społecznej szkole podstawowej, w której mogę pochylić sie nad każdym uczniem, na każdego zwrócić uwagę i które rzeczywiście mają dywanik, a nawet pufy, na których mogą odpocząć. Mogę się z nimi bawić, wyszaleć się, zapewnić im i ruch, i trochę bezruchu. Tych uczniów w jednej klasie mam.... pięcioro. Tak, tak, nie pomyliła mi się klawiatura. PIĘCIORO. A i tak czasami ledwo wyrabiam. Każdy ma swoje pięć minut i z każdym mogę popracować, ale tak się dzieje przy pięciu, a nie dwudziestu pięciu dzieciakach. Nawet wyobrażać sobie nie chcę, że pracuję w dwudziestopięcioosobowej klasie sześcio czy siedmiolatków. Jeszcze nie miałam tej "przyjemności". Jeszcze 15 to rozumiem, 25 już nie.
Dlatego bardzo proszę nie ściemniać mi tu, że klasy 25 osobowe są mało liczne i optymalne przy sześciolatkach czy nawet siedmiolatkach. Proszę nie wmawiać mi, że rząd robi mi przysługę. I proszę nie próbować robić ze mnie idiotki, wmawiając, że moje dziecko będzie miało za rok kącik do zabawy, bo zabiję śmiechem. Nie przyjmuję też tłumaczenia, że kiedyś było gorzej, a dzieci się uczyły i żyją do dziś. Albo równamy w górę, albo w dół, a ambicje przeważają teoretycznie w tą pierwszą stronę. I ja wiem, że ta porażka to nie wina nauczyciela, dyrektora czy nawet kuratorium, o czym niektórzy zdają się zapominać. Tylko rządzącym możemy podziękować za to, że jest jak jest i że system kuleje. I nie mam tu na myśli rządu PO, choć pewnie wtedy byłabym modna, plując jadem na rząd Tuska. Chodzi mi o KAŻDY rząd, JAKIKOLWIEK rząd. Każdy popełnia te same błędy, nie słucha, wydaje się być ślepy, głuchy i głupi, kiedy przychodzi do rozmowy o edukacji (i tak, wiem, że tak samo jest choćby ze służbą zdrowia). I wiem też, że utopia nie istnieje, ale można zrobić lepiej. 

niedziela, 21 grudnia 2014

Wielkie korzyści.


Jak było kiedyś.
Jeśli decydowałam się na daną książkę dostawałam do niej zestaw nauczycielski, a czasem nawet jakiś gratis w postaci kubka termicznego z reklamą innego podręcznika (na przykład takiego z wróżką - dziś mój znak rozpoznawczy). Mogłam też poszczycić się otrzymaniem podręcznika do gramatyki albo innej książki do nauki języka angielskiego, która ułatwiała mi, a czasem nawet ratowała życie (dodatkowe ćwiczenia gramatyczne). Raz w roku miałam szansę dostać paczkę z nagrodami dla uczniów. Strasznie się wtedy mogłam wzbogacić, bo paczka pełna była książek albo gadżetów z logiem wydawnictwa (na przykład smycze, jakaś torba też się trafiła). Doprawdy, w d... mi się poprzewracało od tych wszystkich bogactw.Uczniom też, bo w końcu to do nich trafiały nagrody. Doprawdy, miałam wszelkie powody, aby wybrać wydawnictwo A, a nie B, bo to drugie nie dawało mi kubka z wróżką, a tylko książkę nauczyciela. 

Jak jest teraz.
Wydawnictwa nie dają NICZEGO. Gdybym chciała zdecydować się na nowy podręcznik wszystkie pomoce musiałabym kupić sama. Książka dla nauczyciela to wydatek rzędu 100 zł. (księgarnie w ramach dni litości dla nauczycieli wprowadziły w tym roku szalone promocje, ale co będzie potem to nie wiem...). Na nagrody nie mam co liczyć, a że szkoła pieniędzy też nie ma to już w ogóle mogę zapomnieć o nagradzaniu swoich uczniów. Oczywiście rząd nie pomyślał o niczym w zamian. Nie dostaliśmy pieniędzy na pomoce naukowe czy nagrody, nie dostaliśmy pieniędzy ani sprzętu w postaci choćby tablic multimedialnych czy projektorów. Oczywiście w teorii dyrektor musi zapewnić, ale żeby zapewnić to temu dyrektorowi też musi ktoś zapewnić, a tego nie wzięto pod uwagę. Żadnej alternatywy.

Ale teraz jest lepiej. W końcu ci wstrętni nauczyciele nie będą jeździli na Hawaje, nie będą pławić się w tych wstrętnych tablicach mutimedialnych, nie w głowie im będzie drink z palemką czy najnowsze technologie w nauczaniu. Doprawdy, cofnijmy się do czasów, kiedy jedyną pomocą dla nauczycieli była tablica i rysik. Wtedy na pewno będziemy nadążać za uczniami. I niech mi rząd nie gada, że to obowiązek szkoły zakupić dla nauczycieli pomoce naukowe, bo szkoła z pustego nie naleje. Jak pieniędzy brak to brak i żadnych pomocy mi szkoła nie stworzy (ani mnie, ani żadnemu innemu nauczycielowi, żeby nie było, że tylko angliści tacy biedni). Najpierw niech dofinansują edukację, niech dadzą pieniądze szkole na pomoce naukowe, a potem niech się wymądrzają, że nauczyciele doją wydawnictwa.
I tak, wiem, że wybieranie danego podręcznika czasami odbywa się na zasadzie- "ci proponują nam tablicę multimedialną za złotówkę, to wybierzmy ich podręcznik". I zastanawiam się, czy to naprawdę jest takie złe? Podręczniki nie różnią się aż tak bardzo. WSZYSTKIE dostosowane są do nowej postawy programowej i zatwierdzone przez ministerstwo, więc z założenia nie mogą być złe. Jedyna różnica (jeśli możemy w ogóle mówić o różnicy, biorąc pod uwagę małe zmienne w słownictwie) obejmuje poziom trudności. W różnych książkach nie mogą znaleźć się różne tematy czy różne zagadnienia gramatyczne, bo są one regulowane podstawą programową i żadne wydawnictwo, żaden autor niczego nowego tu nie wymyśli. A przynajmniej szkoła miała tablicę multimedialną, rzutnik czy co tam jeszcze innego. Dlatego uważam, że rząd wylał dziecko z kąpielą.

piątek, 31 października 2014

Odgonić demony.


Okres bardzo gorący, czyli czas na Halloween. Co roku, jako nauczycielki angielskiego,  mamy ten sam dylemat - robić coś na Halooween czy nie robić? I co roku zdania są podzielone. Dzieci bardzo to "święto" lubią, choć tak naprawdę raczej nie wiedzą o co w nim chodzi. Dorośli katolicy święto potępiają i wzywają do bojkotu i w ogóle co za dzikie zwyczaje i kpina z Dnia Wszystkich Świętych. Dorośli też nie wiedzą, o co chodzi w Halloween, ale potępiają tak na wszelki wypadek albo bo ksiądz kazał.
Czas oddemonizować Halloween. I chociaż wiem, że tak naprawdę nie uda mi się tego zrobić to przynajmniej warto spróbować. Od razu zaznaczę, że do Halloween mam stosunek ambiwalentny. Jest jednym ze świąt w krajach anglojęzycznych, więc coś tam o nim wiem, nawet podoba mi się idea świętowania w kontekście amerykańskim, ale nie pałam do tego święta wielką miłością. Nie uważam też, że koniecznie musi być przenoszone na grunt polski. Jest wprawdzie wesołe, czego bardzo brakuje mi w obchodach świąt polskich, i głównie z tego powodu popieram wszelkie odmiany świętowania po amerykańsku (jak choćby Walentynki), jednak akurat Halloween nie jest zbyt bliski mojemu sercu.
Przede wszystkim należy zaznaczyć, że Halloween NIE JEST kpiną z Dnia Wszystkich Świętych, jak to niektórzy próbują nam wmówić. Prawdopodobnie to święto jest o wiele wcześniejsze niż Dzień Wszystkich Świętych, czy nam się to podoba czy nie. "Dokładna geneza Halloween nie jest znana. Może nią być rzymskie święto na cześć bóstwa owoców i nasion (Pomony) albo z celtyckiego święta na powitanie zimy. Według tej drugiej teorii Halloween wywodzi się z celtyckiego obrządku Samhain. Ponad 2 tys. lat temu w Anglii, Irlandii, Szkocji, Walii i północnej Francji w ten dzień żegnano lato, witano zimę oraz obchodzono święto zmarłych. (...) Po 835 roku pod wpływem chrześcijaństwa zwyczaj zaczął zanikać, gdy uroczystość Wszystkich Świętych została przeniesiona z maja na 1 listopada. Kościoły chrześcijańskie przeciwstawiły się obchodzeniu Halloween wprowadzając Dzień Zaduszny." (Wikipedia). Także Halloween był na długo przed i niewykluczone, że pozostanie na długo po.
Czyli jedna wątpliwość rozwiana. Nie można jednak powiedzieć, że Halloween nie ma ze Świętem Zmarłych nic wspólnego. Idea jest ta sama. Jak zresztą kilka innych idei, które chrześcijaństwo przejęło od pogańskich obrządków (na przykład kwestia choinki). Mimo wszystko jednak to nie to samo. Halloween z początku było świętem prawdopodobnie dość poważnym. Luzie wierzyli w duchy i w to, że mogą one przenikać do ich świata (i te dobre, i te złe), więc urządzanie wielkich parad w przebraniach na pewno nie było ich priorytetem (choć mogło być praktykowane do przeganiania złych duchów, że niby my jesteśmy straszniejsi niż one, więc wara). Niegdyś najprawdopodobniej polegało to raczej na zapraszaniu duchów dobrych, częstowania ich jadłem i piciem, przyzywania ich do ochrony oraz na odganianiu tych złych. Z czasem jednak święto ewoluowało i zakończyło się tym, co możemy aktualnie oglądać w telewizji czy też (coraz częściej) w polskich miastach. 
W tej chwili Halloween jest li i jedynie świętem komercyjnym. Mało kto zastanawia się, po co właściwie te wszystkie duchy i upiory. Teraz najważniejsze jest kto będzie miał fajniejszy strój i lepiej wyciętą dynię. No i więcej cukierków w torbie. Nie powiem, żeby mi się to podobało, ale też nie mam nic przeciwko. Każdy świętuje jak chce i mi nic do tego. Cudzą tradycję trzeba uszanować, choć niekoniecznie kultywować.
Nie świętuję Halloween. Uczę o nim, bo jako nauczycielka angielskiego uważam, że uczniowie powinni wiedzieć. Uczę jednak merytorycznie i próbuję uświadomić, że Halloween to pierwotnie coś więcej niż zbieranie cukierków. Tak samo uczę o Bonfire Night czy o Walentynkach. Nie demonizuję, nie przestrzegam, ale też nie namawiam. Jeśli zdarzy się dzieciak, który zapuka do moich drzwi i powie "cukierek albo psikus" to dam mu jakieś słodycze, jeśli takowe mam. Nie przeganiam go ani nie próbuję na siłę nawracać. Nie walczę. Nie przeszkadza mi jednak, jeśli taki zwyczaj w Polsce się nie przyjmie. To nie nasze święto. Jest nam zupełnie niepotrzebne do szczęścia.

środa, 29 października 2014

Zmiana menu.


No i dostało się też szkolnym sklepikom. Państwo będzie zmieniać menu na siłę i przekonywać, że suszone jabłuszka smakują dokładnie tak samo jak tabliczka czekolady. Już nie wspomnę jak uwielbiam tak wierutne bzdury ("zamiast czekolady zjedz suszone śliwki, są takie same, a o ile zdrowsze"). Chodzi mi jednak nie tyle o bzdury dotyczące jedzenia, ile o same sklepiki. Przyjrzyjmy się im z dwoch perspektyw: podstawówki i gimnazjum wraz z liceum.
Podstawówka. W niektórych nawet są jeszcze obiady. Państwo daje na nie pewnie około 2 złotych na dziecko, co oczywiście oznacza, że produkty do tych obiadów są starannie selekcjonowane i kupowane wyłącznie w ekologicznych sklepach, a warzywka w pobliskich ekologicznych gospodarstwach. Dodatkowo każde dziecko w ramach tego obiadu ma zapewnioną określoną liczbę kalorii oraz witamin. No dobra, popłynęłam. Rzeczywistość jaka jest każdy widzi. Państwo chce zakazać sklepikom, ale już w ramach obiadów można dawać dzieciakom sieczkę. Bo nie uwierzę, że za te kilka złotych można zrobić coś naprawdę zdrowego, pożywnego i sensownego.
Żeby jednak nie było - ja nie jestem przeciwko tej ustawie. Uważam że dzieci powinny jeść zdrowiej. Problem polega na tym, że jedzenia uczą rodzice. Jeśli oni godzą się na to, żeby dzieci jadły chipsy i popijały je colą to szkoła nic na to nie poradzi. Dzieciak prędzej kupi sobie coś przed lekcjami albo po nich w jednym z wielu dostępnych sklepów osiedlowych niż skusi się w szkole na jabłko czy marchewkę.
Gimnazjum i szkoła ponadgimnazjalna. Tutaj już częściej obiadów nie ma niż są. Jedynym "karmicielem" poza ewentualnymi kanapkami od mamy jest sklepik. Dzieciaki wychodzą na przerwach pomimo ewidentnego i jasnego zakazu. Wychodzą nawet teraz, bo nie zawsze znajdą w sklepiku to co chcą. W przypadku wycofania pizzerek i zapiekanek będą wychodzić nagminnie. Na pewno nie będą kupować gruszek i pomidorków, a obiadów bardzo często w sklepikach i tak nie ma, bo nie ma na nie ani popytu, ani czasu.
Czyli jedynym skutkiem będzie bankructwo sklepików szkolnych. Tak widzę to ja. Obym się myliła.

wtorek, 28 października 2014

Jak uczyć się języków obcych?


Obejrzałam sobie filmik krążący w sieci, w którym pan znający biegle siedem czy osiem języków uświadamia ludziom, jak się ich uczyć, aby się nauczyć. Mówi też coś o tym, że szkoła jest "be", bo uczy gramatyki zamiast "zanurzać" w języku. No dobra, może nieco demonizuję, ale wiem, co by było, gdyby ten filmik zobaczyli moi uczniowie (albo już go zobaczyli i pastwią się po raz kolejny nad straszną szkołą). Ostatnio też po raz kolejny wpadłam na demota, z którego jasno wynika, jaka to szkoła jest niedobra i niepotrzebna, bo uczy totalnie beznadziejnych rzeczy. Na przykład można poznać "1000 wzorów potrzebnych do równań trygonometrycznych", a za Chiny nie umieć wypełnić druku PIT. Albo wiedzieć "jak powstają pseudopodia", a nie umieć dobrać sobie leku na przeziębienie.
No ale wróćmy do filmiku, bo wolałabym jednak skupić się na językach w kontekście tego, jak beznadziejna jest szkoła. Otóż co usłyszą prawdopodobnie moi uczniowie:
  1. Gramatyka jest totalnie niepotrzebna.
  2. Słówka potrzebne są w zakresie może 25, w tym wulgaryzmy, a że tyle już znają to resztę mogą sobie odpuścić.
  3. Szkoła jest bez sensu, bo katuje ich gramatyką, a skoro ona jest niepotrzebna to mogą olać szkołę i głupi angielski.
Czego moi uczniowie prawdopodobnie NIE usłyszą:
  1. W języku należy się "zanurzyć" na kilka godzin dziennie. Nie w piosenkach, których i tak w zasadzie nie słuchamy, a w realnym języku (wiadomości, filmy, programy) przez kilka godzin dziennie. Nie minut, godzin!
  2. Trzeba nie tylko słuchać, ale i powtarzać. Bo słuchając uczymy się jedynie pasywnie, prawdziwa nauka mówienia powstaje przez powtarzanie. No i kilka godzin dziennie.
  3. Trzeba nauczyć się co najmniej kilkanaście podstawowych czasowników i te kilkaset słówek (tak, w efekcie kilkaset, a nie 25). I powtarzać je przez te kilka godzin dziennie.
No i teraz dochodzimy do tego, dlaczego szkoła jest zła i nie uczy języka prawidłowo. Nie zanurza w języku. Pani najczęściej mówi po polsku, tłumaczy godzinami zawiłości Present Simple zamiast zabawiać konwersacją. I dlaczego się niby z tym nie zgadzam?
Po pierwsze primo nie mam czasu, żeby "zanurzyć" uczniów w języku. Prosty przykład - uczę aktualnie w społecznej szkole podstawowej, gdzie uczniowie mają siedem godzin języka w tygodniu. Tu jest zupełnie inna sytuacja. Tutaj mogę się popisać i rozmawiać z nimi na tyle, na ile oni są w stanie mnie zrozumieć. Siedem godzin tygodniowo to i tak mało, ale więcej niż w "normalnej" szkole. Uczę też nadal w gimnazjum i tutaj mam trzy godziny tygodniowo przy dobrych wiatrach. Jest różnica? Jest.
Po drugie primo założenie jest takie, że uczeń się uczy. Powtarza słownictwo samodzielnie, ćwiczy samodzielnie, ogląda programy, słucha tekstów i powtarza je samodzielnie. Jeśli tego nie robi wszystko jest do niczego. Bo nie powtarzając zapominamy. Taka smutna prawda. I te trzy godziny niczego nie zmienią, jeśli muszę po raz kolejny powtarzać te same słówka, bo uczniowie je zapomnieli, bo ich nie powtarzali. I nie, z reguły nie tłumaczę tak po prostu z angielskiego na polski, a gimnastykuję się pokazując, tłumacząc po angielsku, wygłupiając się, żeby była ta kwestia poznawcza, żeby nie było przełożenia słówko - tłumaczenie, ale samodzielne dochodzenie do tego, co ono znaczy.
I po trzecie primo trzeba mieć motywację. Motywację nieco większą niż dwója na świadectwie, bo takową zdobyć w miarę łatwo. Wielokrotnie zdarzało mi się uczyć dorosłych, od których słyszałam "pani mnie w szkole nie nauczyła, dlatego teraz płacę krocie za kurs". I szlag mnie jasny trafia, bo już wiem, na jaki typ człowieka trafiłam. Przez całą szkołę przebrnął ucząc się wcale albo na minimum, bo mu się nie chciało, bo po co mu głupi angielski. Teraz nagle okazało się, że w pracy to jednak wymagają i trzeba się nauczyć, nie ma przebacz. I zwalanie na "panią ze szkoły". Motywacją są pieniądze, potrzeba (na przykład zwiedzanie świata), zainteresowania albo świadomość autorozwoju. Jeśli jej nie ma, nie ma też nauki języka. Ani właściwie żadnej nauki, jeśli mam być szczera. I nie, motywacji nie da się wymyślić, "znaleźć", motywacją nie może być nauczyciel, bo co to za motywacja, że jak nauczyciel się zmieni to już się człowiek nie uczy? Nauczyciel może być pomocą albo przeszkodą, ale nic poza tym.
No i na koniec - wiem, że szkoła nie jest idealna. Ja nie jestem idealna. Powinnam więcej mówić, zmuszać do mówienia, a pewnie mniej tłumaczyć tej gramatyki, ale 45 minut nie jest z gumy, a wszystkich nas gonią wymagania do egzaminu, gdzie części mówionej nie ma (a szkoda). Chciałabym uczyć języka inaczej, ale do tego potrzebne są nie tylko zmiany systemowe, ale też odpowiednie podejście uczniów. Bo nawet jakbym miała 10 godzin języka i niemal cały czas mówiła i "zanurzała" uczniów w języku, a oni mieliby mnie gdzieś, to ile bym się nie nagimnastykowała, nic by z tego nie wyszło.
Dlatego bardzo proszę, zanim powiecie słowa "pani mnie w szkole nie nauczyła" zastanówcie się, ile daliście z siebie, żeby SIĘ nauczyć.

niedziela, 14 września 2014

Dowcip.



Taki żarcik:

Przychodzi syn ze szkoły:
- Tato, pani od matematyki chce się z tobą spotkać.
- A co się stało?
- Ona mnie pyta ile jest 7 razy 9. Odpowiadam, że 63. Ona mnie pyta ile jest 9 razy 7. Odpowiedziałem: Do ch*ja, co za różnica?
- Rzeczywiście, co za różnica... Dobrze, zajdę do niej.
Następnego dnia syn znowu wraca ze szkoły:
- Tato, byłeś już w szkole?
- Jeszcze nie.
- Jak pójdziesz, zajrzyj jeszcze do WF-isty.
- Po co?
- W trakcie gimnastyki kazał mi podnieść lewą rękę. Podniosłem. Potem prawą. Podniosłem. Potem poprosił podnieść lewą nogę. Podniosłem. A teraz - mówi - podnieś i prawą nogę. Ja mu na to: Co, mam na chu*u stanąć?
- No tak, rzeczywiście... Dobrze, zajdę i do niego.
Kolejnego dnia syn znowu wraca ze szkoły:
- Tato, byłeś już w szkole?
- Jeszcze nie.
- To już nie chodź. Wyrzucili mnie.
- Co ty mówisz? Dlaczego?
- Wezwali mnie do dyrektora, wchodzę do gabinetu, a tam siedzi nauczycielka matematyki, WF-ista i pani od polskiego...
- Pani od polskiego? Na ch*j tam ona przyszła?
- Właśnie tak zapytałem...


Rechotałam, bo czytałam go pierwszy raz. Szkoda tylko, że zaraz po tym rechocie mina mi zrzedła. I nie dlatego, że nagle dowcip przestał mi się podobać, ale dlatego, że przypomniałam sobie moją ostatnią rozmowę z uczniami. Zanim jednak o tym, nieco przydługi wstęp.
Pod koniec podstawówki (czyli dzisiejsza druga gimnazjum) zaczęłam przeklinać na potęgę. Najlepszy szewc by się nie powstydził. W rozmowach z rówieśnikami mięso ścieliło się gęsto. Gdzie więc była granica? Dorośli. Jak tylko jakiś dorosły pojawiał się na horyzoncie, przekleństwa ustawały i stawaliśmy się aniołkami do bólu. I nie było istotne, czy tym dorosłym był nauczyciel, pani na ulicy, sąsiadka czy rodzic. Z przekleństw z czasem wyrosłam, tak już to bywa, że coś, co kiedyś wydaje się szpanem, staje się galopującą żenadą w pewnym wieku. 
Dlatego jak teraz chodzę po korytarzach podczas dyżurów to jednocześnie uszy mi więdną i umysł wpada w stupor. Dla nich najwyraźniej nauczyciel czy pani na ulicy nie są już granicą. Gdzie więc ona przebiega? O to właśnie zapytałam kiedyś tych najbardziej rzucających różnymi k...., ch..., etc. (tak na marginesie, to rzucanie  odbywało się W TRAKCIE LEKCJI).  Okazało się, że granica przesunęła się znacznie, bo są nią już tylko rodzice (a i to niepewne).
Nie ogarniam tej kuwety. Nie wyobrażam sobie, żeby moje dziecko w ten sposób odzywało się w obecności dorosłego. Nie wiem, co zrobię, jeśli tak się stanie. Naprawdę nie wiem. Chciałabym mieć gotową odpowiedź, lekarstwo na wszystkie bolączki, ale go nie mam. Bić? Tłumaczyć? A jak nie pomaga? Czasami mam do czynienia z rodzicami trudnych dzieci i zastanawiam się, gdzie oni popełnili błąd i żeby nie okazało się, że teraz wielka pani nauczycielka się wymądrza, a za parę lat i jej dziecko zostanie określone mianem "trudnego". I może tak być, i ja się tego nie wypieram. Dziś moje dziecko jest wybitnie grzeczne, ale jest jeszcze małe. Co będzie za parę lat? Czy moje wychowanie zaowocuje, czy obróci się przeciwko mnie? Mam tylko nadzieję, że to pierwsze i że nigdy nauczyciel na lekcji nie usłyszy, jak mój syn soczyście przeklina. 

piątek, 12 września 2014

Czego się spodziewać kiedy się spodziewasz...


że zostaniesz nauczycielem. Wstęp wprawdzie lekki, ale temat ciężki, długi i trudny do wyczerpania czy choćby omówienia. Podejmuję się tej samobójczej próby z powodu maila, który dostałam od jednej z czytelniczek i która to właśnie podsunęła mi taki pomysł. Otóż zdarza się podobno, że na bloga wchodzą osoby, które myślą o zawodzie nauczyciela. I w sumie wszystko tu niemal jest, ale z perspektywy kogoś, kto uczy już 12 lat (tak, tak, tyle mi ostatnio wyszło...). A co z tymi, którzy swoją przygodę dopiero rozpoczynają albo wręcz dopiero się zastanawiają, czy wkroczyć w ten świat pełen niewiadomych?
Nie łudźmy się, tematu nie wyczerpię ani w jednym poście, ani w kilku. Może macnę nieco, może poskrobię po powierzchni, ale na pewno nie skończę. Zawsze będą pojawiać się kolejne pytania, kolejne wątpliwości, kolejne problemy, ale też kolejne radości. No i perspektywa nieco uboga, bo wypowiadać się będę z punktu widzenia anglisty, za inne przedmioty nie odpowiadam. No ale ad rem.
Po pierwsze i najważniejsze - na to, co Cię czeka, nie przygotują Cię żadne mądre podręczniki metodyki ani pedagogiki. I nie chodzi mi o to, żeby siać horror, po prostu to jest praca z ludźmi, z dzieciakami, które nie przystosowują się do podręczników. Owszem, można tam znaleźć niezłe sposoby nauczania, ale jak przychodzi co do czego, zostajemy z problemem sami. Musimy sami dojść do tego, jak sobie z tym czy tamtym poradzić. Pozostaje zdać się na instynkt. Czasami wiele wody upływa, zanim praca zaczyna dawać efekty, czasami wcale ich nie daje i z tym też trzeba się pogodzić. Taka praca.
Po drugie, ilość przepisów, papierków i dokumentów do zapoznania sie i stosowania zaleje Cię nagle, bez żadnego ostrzeżenia i bardzo prawdopodobnym jest, że się w tym utopisz. Spokojnie, brak znajomości Cię nie zabije, tak jak nie zabił mnie, ale z perspektywy czasu musisz mi uwierzyć, że lepiej te przepisy i zasady znać. Coś zwanego podstawą programową, rzekomo mądre i jedynie słuszne dzieło, ustawa o systemie oświaty, Karta Nauczyciela, rozporządzenia takie i owakie, WSO, PSO, Statut, regulaminy, wymagania... można by tak wyliczać do jutra. Z wszystkim tym przyjdzie Ci się zmierzyć, młody adepcie. I jak już to wszystko przeczytasz i przetrawisz to może odechcieć Ci się pracować w tym zawodzie. To normalne, ale to nie powód, żeby rezygnować. Doprawdy, mała Twa wiara, jeśli na tym etapie rezygnujesz.
Trzeci problem to placówka, w której przyjdzie Ci pracować, kadra i oczywiście uczniowie. I tutaj nie ma żadnych reguł. Jesteś wystawiony na jedną wielką niewiadomą. Są dyrektorzy, którzy dla zasady zwołują jedną Radę Pedagogiczną w tygodniu i niby nie wiadomo po co, ale trzeba być, bo to obowiązkowe. A spróbuj pisnąć, że tak jakoś za często może to zaraz usłyszysz, że to w ramach 40 godzin pracy i masz obowiązek, i proszę się nie odzywać. Są też tacy, którzy podchodzą do tego zdroworozsądkowo i nie ma co się szarpać. Są tacy koledzy i koleżanki, które tylko czekają na powinięcię się Twej szanownej nóżki, żeby zgarnąć Ci godziny, a są tacy, którzy poratują w potrzebie. Są tacy uczniowie, którzy będą Ci się śnić po nocach i bynajmniej nie będą to sny przyjemne, a są tacy, po których będziesz płakać, jak będą odchodzić. Tutaj możesz spodziewać się wszystkiego.
Wychodzi więc na to, że spodziewać się można wszystkiego i jedyne co jest łatwe do przewidzenia to fakt, że niczego nie da się przewidzieć. I trochę tak jest. Można tylko robić to, co lubi się najbardziej, czerpać z tego niekłamaną satysfakcję, mieć nadzieję i wiele cierpliwości.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Nie podpiszę deklaracji wiary.


Jeju, jestem jasnowidzką. Doprawdy, nie wiedziałam, że siedzi we mnie tak ogromna siła. Jutro rzucam pracę i zaczynam nową drogę życia, zapraszam do salonu wróżki Agnieszki (nie mylić z wróżką zębuszką). Otóż całkiem niedawno pisałam o tym, jak cudowną sprawą jest deklaracja wiary lekarzy i że nauczyciele też powinni. Bo mnie na przykład sumienie zabrania uczyć dzieci wychowywane bezstresowo. I oto stało się. Jakiś bloger (OMG, czy świat zwariował??? oraz miałam nadzieję, że to ironia i żart, ale jednak nie) postanowił skonstruować deklarację wiary i sumienia nauczycieli.
I mam tylko jedno pytanie - ludzie, czy Wam już całkiem na głowy padło? Jakiś totalny oszołom (a tak, weszłam na bloga tego pana i czytałam, podbijając mu statystykę, czym zapewne się jara, pisząc, że jego post ma 2500 lików (???) i cytowany jest na innych portalach) napisał coś, co nie nadaje się nawet do czytania, a co dopiero do rozpowszechniania, a nagle wszyscy dostają kociokwiku i nawet do wiadomości to dociera. Zaczynam mieć wrażenie, że żyjemy w świecie, gdzie blogerzy dyktują warunki i tematy do wiadomości, rządzą całym Internetem, szaleją "na ściankach", chociaż na dobrą sprawę powinni pozostać li i tylko blogerami. Ludźmi, którzy wyrażają swoją opinię publicznie, bo im tak wolno, ale ta opinia jednostki nie może rządzić całym krajem. Wiem, że też jestę blogerę i zabiję za każdy komentarz i liki (???), a statystyki spędzają mi sen z powiek, ale doprawdy, są granice.
No i wracam ci ja do tej nieszczęsnej deklaracji. Może jednak podpiszę i powiem, że sumienie nie pozwala mi uczyć dzieci, które przeklinają, palą, są wychowywane bezstresowo, nie słuchają, ale pensję poproszę, bo tak. Wtedy pozostanie mi siedzenie niemal samej w klasie (no dobra, trochę się jednak dzieciaków znajdzie), ale jaki to będzie luksus i wygoda. Jakie wspaniałe życie czeka mnie po tymże podpisaniu. Dyrektorka nie może mnie zwolnić, bo będę krzyczeć, że katolików dyskryminują. Płacić mi będą, bo muszą, a tymczasem ja zrobię sobie jedną klasę, która będzie w stanie sprostać wymaganiom mojego sumienia i będę ich uczyć, bo jakbym miała nic nie robić to jednak człowiek gnuśnieje. I oczywiście na końcu ta debilna formułka "nie narzucając nikomu swoich poglądów i przekonań"... nie powiem, co ciśnie mi się na usta, bo moi uczniowie to czytają.
No dobra, a teraz na poważnie. To jest zło. Już nie żart, nie jakiś wybryk natury, a zwykłe zło. Jeśli nagle okazuje się, że nauczyciele potrzebują jakiejś deklaracji, wyznań, żeby uczyć zgodnie ze swoim przekonaniem czy sumieniem, a jeszcze mają zamiar mi to przekonanie narzucić to już nie jest zabawne. I wtedy to ja już się boję.
Jeśli tylko ktoś ma ochotę uczyć według przykazań to proszę bardzo, ja mu nie zabronię ich przestrzegać. Tylko że ja w ogóle nie muszę o tym wiedzieć. Tak jak inni nauczyciele nie muszą wiedzieć, że ja jestem ateistką i uczę dzieci podług własnego sumienia (tak, tak, mam takowe, to nie jest domena jedynie słusznej religii). Ja tego nei rozgłaszam, nie piszę deklaracji, nie szaleję w necie. Po prostu sobie żyję i przekazuję dzieciom uniwersalne wartości, które nie kłócą się z tymi katolickimi, może tylko nie we wszystkich punktach się zazębiają. Wieć ja bardzo proszę o zaprzestanie tego totalnego wariactwa i oszołomstwa, bo w końcu nie zniesę i skończą się moje wielkie, acz nie niewyczerpane, zasoby tolerancji.

sobota, 28 czerwca 2014

Thank you very much.


Już od jakiegoś czasu funkcjonuje w gimnazjum coś, co nazywa się szumnie balem absolwentów. Zdania na ten temat są podzielone. Jedni uważają, że jest to zwykła, nieszkodliwa tradycja, inni że bez przesady i bale zarezerwowane powinny być dla maturzystów. Nie zamierzam tutaj opowiadać się ani za jedną, ani za drugą opcją, chcę napisać coś, co właściwie przytrafia mi się co roku, kiedy zapraszana jestem i przychodzę na takie bale, a ostatnio znowu w takowym uczestniczyłam.
Niesamowite to uczucie, kiedy patrzę na te dzieciaki i widzę, jak bardzo się zmienili. Jak bardzo dorośli, jak zaczęli się uśmiechać albo zaczęli być bardziej pewni siebie. Jak niektórzy spoważnieli, niektórzy wyluzowali. Jak cudownie widzieć ich bawiących się razem i czerpiących z tego prawdziwą przyjemność. Tamten wieczór był wspaniały i dlatego właśnie zamierzam zrobić coś, czego nie robiłam na tym blogu nigdy - zwrócić się bezpośrednio do nich, nie zmieniając im imion. I nie ważne, czy ktoś z nich to przeczyta czy nie. Jeśli tak, oni będą wiedzieć, o co chodzi.

Patrycjo K. - dziękuję Ci, że jesteś teraz tak często uśmiechnięta. Pamiętam, jak podczas projektu nie do końca chciałaś pracować w grupie. Wczoraj widziałam, ile rodości sprawiała Ci zabawa ze wszystkimi.
Emilko - dziękuję Ci, że nie zmieniłaś się tak bardzo na pierwszy rzut oka. Uśmiechasz się i to jest najważniejsze. Baw się dobrze, gdziekolwiek dalej nie zaprowadzą Cię losy Twojego życia.
Zosiu - dziękuję Ci za to, że wiesz, czego chcesz. Ja w Twoim wieku chyba bylam mniej zdeterminowana i na pewno mniej dojrzała. Powodzenia.
Marysiu - dziękuję Ci za to, że jesteś piękną dziewczyną i nawet jeśli teraz uważasz inaczej to musisz mi, starej belferce, uwierzyć, że to prawda.
Alicjo - dziękuję Ci, że prujesz przez to życie i nic nie jest w stanie Cię zatrzymać. Taka malutka osóbka, a taki z Ciebie taran (w dobrym znaczeniu :))
Patrycjo P. - dziękuję Ci za to, że dzieliłaś się ze mną swoimi marzeniami. Dorosłaś, bardzo, spoważniałaś, ale jednocześnie zachowałaś swój optymizm. Dążysz do swoich celów, o czym w pierwszej klasie nie byłam aż tak bardzo przekonana. Dziękuję Ci, że udowodniłaś, że się myliłam.
Kingo - dziękuję Ci, że się starałaś, bo to dużo. Pod koniec walczyłaś o ocenę i sie udało.
Ewo - dziękuję Ci, że walczyłaś o siebie, kiedy niesłusznie Cię oceniłam. Nauczyciel też popełnia błędy i dobrze mu o tym przypominać. Dzięki Tobie poprawiłam swój błąd i jestem z tego tak bardzo zadowolona, jak z niczego innego.
Asiu - dziękuję Ci za to, że Ci się chce. Słyszę o Twoich sukcesach i Cię podziwiam.
Ewelino - dziękuję Ci, że siedziałaś sobie spokojnie, bo wszystko umiałaś. Pewnie niczego nowego Cię nie nauczyłam, więc przepraszam.
Agnieszko - dziękuję Ci, że jesteś tak cudownie zakręcona i masz taki zwariowany styl bycia. Uśmiechaj się dalej.
Kasiu - dziękuję Ci za to, że byłaś, rozmawiałaś. Ty wiesz.
Klaudio i Anito - nie znam Was tak dobrze, bo Was nie uczę, ale dziękuję Wam, że byłyście wczoraj z nami.

Patryku - dziękuję Ci, że się angażujesz. O co bym nie poprosiła, byłeś na pierwszej linii, razem z Maćkiem.
Kamilu - dziękuję Ci za to, że jesteś tak strasznie gadatliwy, a przy tym inteligentny i nie sposób odmówić Ci uroku.
Krystianie - dziękuję Ci, że tak bardzo się zmieniłeś i teraz mogę bez wątpienia powiedzieć, że jesteś strasznie sympatycznym facetem.
Kacprze P. - dziękuję Ci za to, że coś robiłeś. Ostatnio przekonałam się, że to też dużo.
Maćku - dziękuję Ci za to, że bierzesz na siebie tak wiele, a jednak zawsze udaje Ci się wszystko zrobić. Wszystko, a nawet jeszcze trochę więcej.
Krzysiu - dziękuję Ci za to, że się uśmiechasz i można na Tobie polegać.

Dziękuję Wam wszystkim za to, że jesteście i za bal. A teraz dość już tej patetyczności, bo się poryczałam.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Darmowy podręcznik.


Pomysł jedynie słuszny, cudowny i zbawienny. Oraz taki, który wywołał wojnę u mnie w domu. DARMOWY PODRĘCZNIK. Oczywiście chwilowo jedynie dla klasy I szkoły podstawowej, ale to przecież dopiero początek, dajmy sobie czas na rozkręcenie się. Szczegółów wprawdzie nikt nie zna, ale co tam, ZROBI SIĘ. Oczywiście idea jest szlachetna, nie uważam tego pomysłu za zbytnio krzywdzący, zwłaszcza że niegdyś już dzieci uczyły się z jednego elementarza i jakoś nie widzę, żeby było im jakoś szczególnie źle. Problem leży gdzie indziej. A raczej problemy leżą gdzie indziej.
Otóż pierwszym problemem jest kwestia czasu. W cztery miesiące trzeba napisać podręcznik. Dlaczego w cztery? Dlatego, że już w czerwcu nauczyciele muszą się zadeklarować z jakim podręcznikiem będą pracować na przyszły rok. Już samo to jest głupie. Wybieram podręcznik dla grupy dzieci, których w ogóle nie znam. Nie wiem, na jakim są poziomie, czy poradzą sobie z wybranym przeze mnie podręcznikiem czy też może będą się nudzić, porażeni jego łatwością (a uwierzcie mi, rozrzut trudności jest duży), ale możemy lekko przyjąć, że trudność podręcznika w przypadku dzieci sześcio- czy siemioletnich nie ma aż takiego znaczenia. Chodzi jednak o czas pisania podręcznika. Skoro w czerwcu nauczyciele mają zadeklarować, z jakim podręcznikiem przyjdzie im pracować, muszą znać jego dane - tytuł, autorów, wydawnictwo, etc. Tymczasem z tego, co wiem, oprócz określenia wykonawcy zlecenia, którym okazał się Ośrodek Rozwoju Edukacji, który de facto zajmuje się raczej szkoleniem nauczycieli (chociaż projekt e-podręcznik też się tam załapał), nie ma żadnych ustaleń. Nie wybrano konsultantów merytorycznych, nie wybrano autorów, a gdzie pisanie, a gdzie korekta, a gdzie ocena podręcznika? Czyżby zamierzano skrócić drogę prawną i czas dopuszczenia podręcznika do obiegu? Oj, słabo to widzę.
Druga sprawa to kwestia używania podręcznika oraz dokupowania ćwiczeń do tegoż. Podręczniki mają być dostępne w szkole przez okres kolejnych trzech lat. Czy ktoś zastanowił się, co będzie, jeśli podręczniki zostaną karygodnie zniszczone już przez pierwszy rocznik? Nie mało jest dzieci, które nie są nauczone szacunku do rzeczy, zwłaszcza jeśli te rzeczy do nich nie należą. Czy drugi rocznik ma dostać niekompletną sztukę lub podręcznik wyglądający, jakby go ktoś przeżuł i wydalił? Ja, jako matka i jako nauczyciel ostro się temu sprzeciwiam. Oczywiście prawdopodobnie podręczniki będą dostępne w regularnej sprzedaży i takie francuskie pieski jak ja będą mogły sobie kupić nówkę sztukę, nieśmiganą. Problem polega na tym, że jak darmowy to darmowy. No ale dobrze, pal sześć wygląd. Co jeśli ktoś rzeczywiście wyrwie strony? Kupujemy nowe podręczniki w szkole? Każe się rodzicom kolejnych roczników kupić nowy na własny koszt, bo jakiś dzieciak nie uszanował? Skąd brać na to pieniądze i jak niby szkoła ma być rozliczana ze zużycia tych podręczników? Bo przecież nie ma takiej opcji, aby podręczniki zostawiać w szkole, a w domu uczyć się "na czuja". No i ćwiczenia. Skoro podręcznik ma służyć tylko do czytania (brak naklejek, ćwiczeń) to trzeba sprokurować jakieś dodatkowe elementy. Ile one będą kosztować? Jak wyglądać? Czy tutaj będą jakieś wytyczne, czy też po prostu zabroni się korzystania z ćwiczeń i pozostanie podręcznik i zeszyt? I co z książkami choćby do języka? Też w ramach jednego słusznego podręcznika? Czy damy się dalej wyzyskiwać tym wstrętnym wydawcom, którzy chcą zarobić i zarabiają krocie? A przypominam, że język jest już obowiązkowy od pierwszej klasy, nie ma więc możliwości zignorowania tej kwestii.
No i w końcu ostatnia sprawa, najmniej ważna, więc na końcu. Wybór nauczyciela. Pan premier cudownie to podsumował na którejś tam konferencji - że wybór podręcznika przez nauczycieli jest fikcją i nie powinien mieć miejsca, bo przecież co tam taki nauczyciel może wiedzieć, on tylko bierze łapówki i jeździ na Hawaje, gdzie raczy się drinkami z palemką (no dobra, może pojechałam, to nie był cytat).
I jeden tylko wniosek się nasuwa - jeśli tak bardzo zależy rządowi na zmniejszeniu kosztów i odciążeniu rodziców, niech to zrobią z głową. Wystarczy nakazać wydawcom druk na papierze niższej jakości, zmniejszenie liczby rysunków czy zdjęć całkiem nikomu niepotrzebnych (w aż takiej ilości), zracjonalizowanie kosztów i prawdopodobnie problem byłby rozwiązany. Można by oczywiście pomyśleć o jakichś innych rozwiązaniach, na jakie ja niekoniecznie muszę wpaść ot tak, na poczekaniu. Ale doprawdy, ludzie, jeśli chcemy obniżyć ceny podręczników, droga do tego celu powinna być całkiem inna.

wtorek, 19 listopada 2013

Zmieniony punkt siedzenia.


Kiedyś myślałam, że nauczyciele i w ogóle dorośli chcą nam zrobić na złość. Nie wypuszczają wcześniej z zajęć, bo mają taki kaprys. Wymyślają jakieś głupie nakazy i zakazy, bo w ogóle młodych nie rozumieją i nie wiedzą, co my przeżywamy. I zapewne po części tak było. Nie przewidziałam jednak tego, czego nie przewiduje żaden młody człowiek - że ja też któregoś dnia dorosnę i stanę po drugiej stronie barykady. I niekoniecznie muszę być nauczycielem, żeby to zauważyć. Wystarczy, że jestem dorosła, że stanę się rodzicem, a jeśli do tego jestem nauczycielem, to już w ogóle pozamiatane.
Dopiero teraz dostrzegam, że odpowiedzialność karna na takim nauczycielu, który wypuszcza z lekcji ciąży ogromna. I że może to jednak nie był jego kaprys, a strach przed naszymi odpałowymi pomysłami (chodź, pójdziemy środkiem jezdni, przecież nic się nie stanie...). I że może te wszystkie zakazy i nakazy miały w sobie jednak ziarnko sensu i nauczyły mnie czegoś, czego niektóre dzisiejsze dzieci (choć umówmy się, nie tylko dzieci) nie mają za grosz - szacunku do drugiego człowieka. 
Jestem już w takim momencie swojego życia, że od czasu do czasu (coraz częściej, zauważam) powtarzam słynne "a za moich czasów...". Bo wtedy było inaczej. Zawsze jest inaczej. Nasi rodzice mieli inaczej od nas, bo nie mieli kolorowych telewizorów, jeśli w ogóle mieli szczęście mieć telewizor. Ich rodzice mieli inaczej od naszych, bo była wojna. I w końcu my mamy inaczej od naszych dzieci, bo za naszych czasów nie było internetu i tych wszystkich czających się na nas niebezpieczeństw. Ciekawe, co takiego powiedzą ci młodzi ludzie, którym staramy się coś wbić do głowy za kilkanaście lat, kiedy to na nich przyjdzie pora powiedzieć swoje pierwsze "a za moich czasów...".
Za każdym razem kiedy odchodzi kolejna klasa, nie ważne czy "lepsza" czy "gorsza", zastanawiam się, jacy z nich wyrosną dorośli. Czy czegoś się tu nauczyli - i wcale nie mam na myśli jakże wspaniałej wiedzy książkowej - czy coś zrozumieją, tak jak ja zrozumiałam, czy podziękują kiedyś choć w myślach, jeśli nie na żywo. I tylko od czasu do czasu dręczą mnie takie wątpliwości - czy rację mają ci, którzy opowiadają się za zniesieniem obowiązku szkolnego, bo instytucja tylko tłamsi, czy jednak coś w tej szkole jest takiego, że powinna być obowiązkowa? Nie mam gotowej odpowiedzi na to pytanie, bo nie wszyscy są tacy sami. Jedno wiem - nie taki diabeł straszny, jak go malują.
Mimo że dziś uważam, że wielu rzeczy uczyłam się bez sensu i wiele zmieniłabym w dzisiejszej szkole (może nie tak, jak robi to dzisiejsza władza, ale jednak), to uważam, że szkoła czegoś mnie nauczyła i mogę być jej wdzięczna. Stamtąd mam przyjaciół, tam przecież odkryłam swoją pasję i chociaż również tam byłam przezywana i wyśmiewana, to gdybym miała zdecydować, czy uczyć się w domu, czy w szkole, wybrałabym to drugie.
Jak widać - punkt widzenia zmienia się wraz z punktem siedzenia. Kiedyś znienawidzona, dziś chętnie bym do niej wróciła (chociaż wolałabym z takich charakterem i pewnością siebie, które mam dzisiaj). Kiedyś obiecywałam sobie "nigdy nie będę taka jak moi nauczyciele", teraz mam w sobie więcej pokory (choć nie powiem, taką jak moja polonistka z liceum rzeczywiście być nie zamierzam). I pewnie kiedyś na naszych uczniów też przyjdzie czas, że zrozumieją, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia - oby mieli na tyle autorefleksji, żeby umieć to przyznać.


sobota, 2 listopada 2013

Zlikwidujmy pracę domową.


Ha, ha, ha, ale mi się tytuł udał :) Doprawdy, nie mogę przejść obok problemu obojętnie.
Ostatnio strasznie wpadają mi w oczy artykuły o tematyce wiadomej. A to sześciolatki w szkołach, a to o przedszkolu za złotówkę, a to w jeszcze jakimś tam innym temacie. Oczywiście się oburzam i zieję prawdziwym ogniem (nauczyciele tak mają). I, jak zwykle, mam własne zdanie.
Po pierwsze - przeładowany program. Chyba nie wiemy, o czym mówimy. "Za moich czasów" (i żeby nie było, że tak strasznie mi żal i tęsknię) materiału było więcej, a  źródeł wiedzy o wiele mniej. Drogie dzieci, nie otwierało się laptopka i nie wchodziło na wiecznie żywą Wikipedię, bo ich po prostu nie było (przynajmniej nie w Polsce, bo rozszerzonej historii internetu nie znam). Ani laptopa, ani Wikipedii, a jak ktoś miał komputerek z SuperMarioBros to był szał ciał i klękajcie narody. Ja nie miałam, a pewnie jakbym miała to bym nie zdawała z klasy do klasy, bo gierkę uwielbiałam z uporem wartym większej sprawy.
Trzeba było iść do biblioteki albo posłużyć się podręcznikiem, a potem jeszcze zdobytą wiedzę utrwalić długopisem na papierze, bo nie było szans postukać w klawiaturę, że o drukowaniu nie wspomnę. Żadne prezentacje też nie wchodziły w rachubę... no, chyba już wicie, rozumicie.
Pracy było o wiele więcej, a jednak nie czułam się przesadnie ciemiężona. Odrabiałam lekcje (tak, nawet po kilka stron zadań z matematyki), a potem szłam na dwór szaleć z koleżankami albo w razie wyjątkowo niesprzyjających warunków atmosferycznych - siedziałyśmy u którejś z nas, uskuteczniając dokładnie takie same wariactwa i ploteczki.
Dzisiaj biedne dzieci się nie wyrabiają i w związku z tym rodzice chcą im zafundować kolejną rewolucję - czyli po drugie - zlikwidujmy pracę domową, bo jest zua, nie poczebna, gupia i w ogóle bezurzyteczna. Fajnie się czyta? No i super! Zwija mi się wszystko w supełek jak czytam radosną tfórczość tych, co zapewne nie odrabiali pracy domowej, jeśli w ogóle mieli czas i ochotę zawitać do szkoły, bo fejsbuś i słit focia stoją nieco wyżej w hierarchii. A takiej twórczości w komentarzach, na forach, a nawet w przestrzeni publicznej coraz więcej.
I coraz częściej słyszę opinie moich kolegów i koleżanek z pracy, że ja głupia jestem i po co czytam te wszystkie niepoważne wypociny i babram się w tym syfie. Otóż po to, żeby w przeciwieństwie do nich wiedzieć czym żyją uczniowie. Już i tak niejednokrotnie nie nadążam, bo nie oglądam Szpitali, Wawy non stop, Pamiętników z wakacji czy innych ambitnych programów, ale przynajmniej choć trochę wiem, o czym mówią uczniowie na przerwach.
Swoją drogą ciekawe, że ta jakże przeładowana młodzież nie ma doprawdy czasu usiąść nad dwoma czy trzema zadaniami, a ostatni odcinek Szpitala są w stanie streścić z precyzją godną cięcia chirurga z dwudziestoletnim stażem. Może to i jakieś rozwiązanie - każmy im pisać streszczenia i charakterystyki postaci z serialików zamiast jakichś tam "Kamieni na szaniec" czy innych bzdurnych książek. Bo któż dziś czyta jakieś tam książki, skoro dzisiaj wszystko można dostać w skróconej, zzipowanej formie.
I tylko na koniec malutki pozytyw i kaganek oświaty - są jeszcze dzieci, które nie do końca oszalały i chociaż oglądają Pamiętniki... to pracę domową też odrabiają, a nawet się jej domagają. I jeszcze jedna scenka rodzajowa, pokazująca, że jednak w narodzie drzemie potencjał. W dobie Justinów Bieberów przebija się taka piosenka, która (tu cytat moich dzieci) "ma jakiś taki tekst o dzieciach i nauczycielach, coś z kids i teachers". Tak, chodziło o "Another brick in the wall", którąś gdzieś kiedyś słyszeli i która im się spodobała. Jest więc nadzieja...