Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczniowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczniowie. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 lutego 2017

Każdy kij ma dwa końce.

Wiele już zostało powiedziane na temat reformy edukacji, to pomyślałam, że dorzucę swoje trzy grosze. Dziś nie napiszę o podstawach programowych czy siatce godzin, bo i tak większość ludzi nie wie, o co chodzi. Dziś napiszę o tych strasznych problemach, których nie było (taaaaa......), a teraz są, a jak wróci ośmioklasowa podstawówka to znowu ich nie będzie...
Wyobraźmy sobie... Żyrafa (mało prawdopodobne imię, choć podobno ktoś kiedyś, gdzieś tak swoje dziecko nazwał). Żyraf jest strasznie gnębiony, dokuczają mu w podstawówce na potęgę. Powód nie ważny, zawsze się jakiś znajdzie, grunt, że już nie ma siły, bardzo chce tą szkołę skończyć. Nie wyobraża sobie nawet, że ten koszmar mógłby potrwać dwa lata więcej. Trafia do gimnazjum. Nowa grupa, nowa sytuacja, nagle okazuje się, że ten Żyraf nie jest taki zły. Odżywa w nowym środowisku, lubi swoją nową szkołę (tak, tak, gimnazjum też można lubić). 
A teraz popatrzmy na Petronellę. Wzorowa uczennica, do tego miła i uczynna, uwielbiana przez nauczycieli i rówieśników. Cud, miód i orzeszki. No ale w końcu szkołę kończy i trafia do gimnazjum. A tam okazuje się, że Petronella sympatii nie zdobywa (nie ważne dlaczego, może ma krzywy uśmiech, powód się zawsze znajdzie) i czekają ją trzy lata koszmaru i gnębienia. Petronella tęskni i wylewa łzy za podstawówką, chciałaby tam zostać do końca swojej edukacji. No ale może w liceum będzie lepiej, jakoś te trzy lata przetrzyma...
Co miały pokazać te dwie równie durne historyjki? Ano to, że nie ma jednego dobrego wyjścia i jednej właściwej drogi. Ani wydłużona szkoła podstawowa ani pozostawienie gimnazjum absolutnie niczego nie gwarantują. Jednym jest lepiej tak, innym siak, a najcudowniej działają wspomnienia. One, jak nauczyłam się dawno temu, są strasznie wybiórcze. 
Jestem absolutnie pewna, że ani w podstawówce, ani w liceum nie byłam gnębiona aż tak, jak mi się to wtedy wydawało i jak mocno siedzi mi to we wspomnieniach. Pewnie gdyby zapytać o to moich rówieśników z klasy, dość mocno zdziwiliby się, że te czasy wspominam aż tak źle. Ale tak było. W życiu nie chciałabym (jak większość ludzi w pewnym wieku) powrócić do młodszych lat, bo wspominam je jako totalną porażkę. 
A przede wszystkim żadne wspomnienia nie przywrócą "tamtych" podstawówek, bo i ludzie inni, i system się zmienił. To, że ktoś dobrze wspomina swoje szkolne lata, a "teraz to tylko patologia w tych gimnazjach" nie przykryją tego, że ani podstawówki nie są doskonałe, ani gimnazja takie złe.
Chodzi o to, że powrót do ośmioklasowej podstawówki niczego nie zmieni, jeśli chodzi o dzieciaki. NICZEGO. To dość śmiała teza, bo niektórzy naprawdę są zadowoleni z przejścia do innej szkoły, ale zawsze też znajdą się tacy, co to w podstawówce chcieliby pozostać. Także pozostaję przy swoim: ta zmiana pod tym względem nie osiągnie niczego. Ani te "łobuzy" nie staną się grzeczniejsze, ani te "dobre" dzieci nic tu nie zyskają. Jedni się zmienią, inni nie i tyle.
Za to zmiana przeprowadzana tak, jak to się dzieje, zrobi wiele złego pod względem nauczania. Pleciona na szybko i byle jak podstawa programowa, pisana na kolanie ustawa, piękne hasła, których nie da się zrealizować (najbardziej podoba mi się to o "dążeniu do jednozmianowości w szkołach"), podręczniki robione na chybcika - to wszystko sprawi, że będziemy ten bałagan sprzątać przez co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście lat. Bo to się da naprawić, tak jak wszystko inne (bałagan po tworzeniu gimnazjów też w końcu udało się naprawić). Nauczyciele ze wszystkim sobie poradzą, bo jaki mają wybór. Kosztem własnym, kosztem uczniów, ale na to nikt nie patrzy. Tylko że to jest temat na inny post...
I tylko dzieciaków żal.

wtorek, 31 stycznia 2017

Ciekawe przykłady.

Szkoła i nauka nie muszą być mega nudne. Niestety, tak to już bywa, że i nauczyciel potrafi przecenić swoje umiejętności dotyczące kreatywnego przekazywania informacji. Weźmy taki pierwszy lepszy przykład: tłumaczę uczniom przedimki. Sprawa wagi państwowej, nie może być zignorowana, nawet jeśli sam nauczyciel za nimi nie przepada. Ale że zaczynamy od podstaw, to jest pięknie. Tłumaczę więc uczniom, że przy nieokreślonych mamy dwa do wyboru "a" lub "an". Pytam, kiedy jeden, a kiedy drug. Zapada magiczna cisza... No to wspinam się na wyżyny artyzmu, zdolności pedagogicznych i wyobraźni i podaję przykład, że gdyby chcieli powiedzieć "a elephant" to by brzmieli, jakby mieli problemy z pójściem do toalety (takie przykłady działają na wyobraźnię, wierzcie mi), a jak w to samo miejsce wstawią "an" to mają taką śliczną melodię jak ta lala.  A potem wysuwam argumenty w postaci spółgłosek i samogłosek.
Przychodzi kolejna lekcja i czas zebrać owoce swego trudu. Dumna i blada wkraczam na arenę zdarzeń, rzucam pytanie i czekam na las rąk. I słyszę:
- No tak, coś tam było, mówiła Pani o toalecie...
Nie o taki sukces walczyłam...

sobota, 1 listopada 2014

Aby język giętki...


Jakiś czas temu dopadła nas rewolucja językowa. Powszechność Internetu i telefonów komórkowych, a wraz z nimi smsów wymusiła "skracanie języka". Uproszczenie pewnych zwrotów, stosowanie sztucznych skrótów, z których kilku nie udaje mi się zrozumieć do dziś. Wstyd się przyznać, ale kilka lat temu zdarzyło mi się rozmawiać z koleżanką na gadu gadu i w pewnym momencie ona napisała "zw". Nie zrozumiałam, musiałam się zapytać. Wstyd, czyż nie? Po paru dniach sama posługiwałam się tym zwrotem, choć do dziś nie przyzwyczaiłam się do wszelkiego rodzaju skrótów. No cóż, jestem dinozaurem. I choć rozumiem tę potrzebę, ba, popieram ją nawet, bo język powinien ewoluować, to jednak sama nie do końca podporządkowuję się postępowi. 
To jednak tylko przydługi wstęp. Wcale nie chcę pisać o smsach i komunikatorach ani nawet o twitterze, który również wymusza skrót informacji i który w Polsce nie odniósł jeszcze zbyt wielkiego sukcesu w porównaniu z facebookiem (może dlatego, że twitter nie pyta o to, co myślimy i nie każe tych cudownych tworów mózgu wysylać w świat). Chciałam napisać o zmianach w języku nieco bliższych memu dinozaurowemu sercu. Weźmy choćby przykład, który ostatnio poruszyłam z moimi uczniami (to była lekcja o Halloween, która tylko przypadkiem ewoluowała w dyskusję na temat zmian w języku dzięki pytaniu o to, skąd się wzięła nazwa Halloween). 
Słowo "masakra". Teraz wszystko jest masakrycznie nudne, masakrycznie drogie albo ogólnie wszystko jest po prostu masakrą. Osobiście bardzo chętnie używam tego słowa. Można nawet powiedzieć, że w niektórych sytuacjach go nadużywam. Wiele rzeczy jest dla mnie masakrą. Cały dzień może być masakryczny, a uczniowie to już w ogóle. I dlatego ostatnio obiecałam sobie, że czas chyba zacząć używać ładnego języka polskiego. Nie ma bata, błędy będę popełniać, bo "polska język trudna język", ale przynajmniej będę na siebie bardziej uważać.
Brakuje mi ładnego języka polskiego. Tak samo jak brakuje mi dobrych filmów, dobrych programów telewizyjnych, nawet dobrych wiadomości (nie brakuje mi jedynie dobrych seriali, których obrodziło, może w zamian za brak dobrych filmów). Brakuje mi ładnego wysławiania się, dbania o język i o sposób mówienia. I wbrew pozorom wcale nie piszę tego pod wpływem choćby przekleństw, które produkują uczniowie. Nie, wcale nie, bo przeklinać trzeba umieć. To też jest sztuka i dbanie o język (tutaj oprę się o post z bloga pewnego nauczyciela, choć to napędzanie konkurencji). Tymczasem moi uczniowie i w tym względzie wykazują całkowitą prowizorkę, prostotę i amatorszczyznę. I wcale nie zależy im, aby się w tym podszkolić. 
Dlatego też mam zamiar zwracać o wiele większą uwagę na słowa. W każdym ich aspekcie.
P.S. Musiałam włączyć weryfikację w komentarzach, bo ilość odwiedzin i "komentarzy" z USA mnie pokonał.

niedziela, 14 września 2014

Dowcip.



Taki żarcik:

Przychodzi syn ze szkoły:
- Tato, pani od matematyki chce się z tobą spotkać.
- A co się stało?
- Ona mnie pyta ile jest 7 razy 9. Odpowiadam, że 63. Ona mnie pyta ile jest 9 razy 7. Odpowiedziałem: Do ch*ja, co za różnica?
- Rzeczywiście, co za różnica... Dobrze, zajdę do niej.
Następnego dnia syn znowu wraca ze szkoły:
- Tato, byłeś już w szkole?
- Jeszcze nie.
- Jak pójdziesz, zajrzyj jeszcze do WF-isty.
- Po co?
- W trakcie gimnastyki kazał mi podnieść lewą rękę. Podniosłem. Potem prawą. Podniosłem. Potem poprosił podnieść lewą nogę. Podniosłem. A teraz - mówi - podnieś i prawą nogę. Ja mu na to: Co, mam na chu*u stanąć?
- No tak, rzeczywiście... Dobrze, zajdę i do niego.
Kolejnego dnia syn znowu wraca ze szkoły:
- Tato, byłeś już w szkole?
- Jeszcze nie.
- To już nie chodź. Wyrzucili mnie.
- Co ty mówisz? Dlaczego?
- Wezwali mnie do dyrektora, wchodzę do gabinetu, a tam siedzi nauczycielka matematyki, WF-ista i pani od polskiego...
- Pani od polskiego? Na ch*j tam ona przyszła?
- Właśnie tak zapytałem...


Rechotałam, bo czytałam go pierwszy raz. Szkoda tylko, że zaraz po tym rechocie mina mi zrzedła. I nie dlatego, że nagle dowcip przestał mi się podobać, ale dlatego, że przypomniałam sobie moją ostatnią rozmowę z uczniami. Zanim jednak o tym, nieco przydługi wstęp.
Pod koniec podstawówki (czyli dzisiejsza druga gimnazjum) zaczęłam przeklinać na potęgę. Najlepszy szewc by się nie powstydził. W rozmowach z rówieśnikami mięso ścieliło się gęsto. Gdzie więc była granica? Dorośli. Jak tylko jakiś dorosły pojawiał się na horyzoncie, przekleństwa ustawały i stawaliśmy się aniołkami do bólu. I nie było istotne, czy tym dorosłym był nauczyciel, pani na ulicy, sąsiadka czy rodzic. Z przekleństw z czasem wyrosłam, tak już to bywa, że coś, co kiedyś wydaje się szpanem, staje się galopującą żenadą w pewnym wieku. 
Dlatego jak teraz chodzę po korytarzach podczas dyżurów to jednocześnie uszy mi więdną i umysł wpada w stupor. Dla nich najwyraźniej nauczyciel czy pani na ulicy nie są już granicą. Gdzie więc ona przebiega? O to właśnie zapytałam kiedyś tych najbardziej rzucających różnymi k...., ch..., etc. (tak na marginesie, to rzucanie  odbywało się W TRAKCIE LEKCJI).  Okazało się, że granica przesunęła się znacznie, bo są nią już tylko rodzice (a i to niepewne).
Nie ogarniam tej kuwety. Nie wyobrażam sobie, żeby moje dziecko w ten sposób odzywało się w obecności dorosłego. Nie wiem, co zrobię, jeśli tak się stanie. Naprawdę nie wiem. Chciałabym mieć gotową odpowiedź, lekarstwo na wszystkie bolączki, ale go nie mam. Bić? Tłumaczyć? A jak nie pomaga? Czasami mam do czynienia z rodzicami trudnych dzieci i zastanawiam się, gdzie oni popełnili błąd i żeby nie okazało się, że teraz wielka pani nauczycielka się wymądrza, a za parę lat i jej dziecko zostanie określone mianem "trudnego". I może tak być, i ja się tego nie wypieram. Dziś moje dziecko jest wybitnie grzeczne, ale jest jeszcze małe. Co będzie za parę lat? Czy moje wychowanie zaowocuje, czy obróci się przeciwko mnie? Mam tylko nadzieję, że to pierwsze i że nigdy nauczyciel na lekcji nie usłyszy, jak mój syn soczyście przeklina. 

sobota, 28 czerwca 2014

Thank you very much.


Już od jakiegoś czasu funkcjonuje w gimnazjum coś, co nazywa się szumnie balem absolwentów. Zdania na ten temat są podzielone. Jedni uważają, że jest to zwykła, nieszkodliwa tradycja, inni że bez przesady i bale zarezerwowane powinny być dla maturzystów. Nie zamierzam tutaj opowiadać się ani za jedną, ani za drugą opcją, chcę napisać coś, co właściwie przytrafia mi się co roku, kiedy zapraszana jestem i przychodzę na takie bale, a ostatnio znowu w takowym uczestniczyłam.
Niesamowite to uczucie, kiedy patrzę na te dzieciaki i widzę, jak bardzo się zmienili. Jak bardzo dorośli, jak zaczęli się uśmiechać albo zaczęli być bardziej pewni siebie. Jak niektórzy spoważnieli, niektórzy wyluzowali. Jak cudownie widzieć ich bawiących się razem i czerpiących z tego prawdziwą przyjemność. Tamten wieczór był wspaniały i dlatego właśnie zamierzam zrobić coś, czego nie robiłam na tym blogu nigdy - zwrócić się bezpośrednio do nich, nie zmieniając im imion. I nie ważne, czy ktoś z nich to przeczyta czy nie. Jeśli tak, oni będą wiedzieć, o co chodzi.

Patrycjo K. - dziękuję Ci, że jesteś teraz tak często uśmiechnięta. Pamiętam, jak podczas projektu nie do końca chciałaś pracować w grupie. Wczoraj widziałam, ile rodości sprawiała Ci zabawa ze wszystkimi.
Emilko - dziękuję Ci, że nie zmieniłaś się tak bardzo na pierwszy rzut oka. Uśmiechasz się i to jest najważniejsze. Baw się dobrze, gdziekolwiek dalej nie zaprowadzą Cię losy Twojego życia.
Zosiu - dziękuję Ci za to, że wiesz, czego chcesz. Ja w Twoim wieku chyba bylam mniej zdeterminowana i na pewno mniej dojrzała. Powodzenia.
Marysiu - dziękuję Ci za to, że jesteś piękną dziewczyną i nawet jeśli teraz uważasz inaczej to musisz mi, starej belferce, uwierzyć, że to prawda.
Alicjo - dziękuję Ci, że prujesz przez to życie i nic nie jest w stanie Cię zatrzymać. Taka malutka osóbka, a taki z Ciebie taran (w dobrym znaczeniu :))
Patrycjo P. - dziękuję Ci za to, że dzieliłaś się ze mną swoimi marzeniami. Dorosłaś, bardzo, spoważniałaś, ale jednocześnie zachowałaś swój optymizm. Dążysz do swoich celów, o czym w pierwszej klasie nie byłam aż tak bardzo przekonana. Dziękuję Ci, że udowodniłaś, że się myliłam.
Kingo - dziękuję Ci, że się starałaś, bo to dużo. Pod koniec walczyłaś o ocenę i sie udało.
Ewo - dziękuję Ci, że walczyłaś o siebie, kiedy niesłusznie Cię oceniłam. Nauczyciel też popełnia błędy i dobrze mu o tym przypominać. Dzięki Tobie poprawiłam swój błąd i jestem z tego tak bardzo zadowolona, jak z niczego innego.
Asiu - dziękuję Ci za to, że Ci się chce. Słyszę o Twoich sukcesach i Cię podziwiam.
Ewelino - dziękuję Ci, że siedziałaś sobie spokojnie, bo wszystko umiałaś. Pewnie niczego nowego Cię nie nauczyłam, więc przepraszam.
Agnieszko - dziękuję Ci, że jesteś tak cudownie zakręcona i masz taki zwariowany styl bycia. Uśmiechaj się dalej.
Kasiu - dziękuję Ci za to, że byłaś, rozmawiałaś. Ty wiesz.
Klaudio i Anito - nie znam Was tak dobrze, bo Was nie uczę, ale dziękuję Wam, że byłyście wczoraj z nami.

Patryku - dziękuję Ci, że się angażujesz. O co bym nie poprosiła, byłeś na pierwszej linii, razem z Maćkiem.
Kamilu - dziękuję Ci za to, że jesteś tak strasznie gadatliwy, a przy tym inteligentny i nie sposób odmówić Ci uroku.
Krystianie - dziękuję Ci, że tak bardzo się zmieniłeś i teraz mogę bez wątpienia powiedzieć, że jesteś strasznie sympatycznym facetem.
Kacprze P. - dziękuję Ci za to, że coś robiłeś. Ostatnio przekonałam się, że to też dużo.
Maćku - dziękuję Ci za to, że bierzesz na siebie tak wiele, a jednak zawsze udaje Ci się wszystko zrobić. Wszystko, a nawet jeszcze trochę więcej.
Krzysiu - dziękuję Ci za to, że się uśmiechasz i można na Tobie polegać.

Dziękuję Wam wszystkim za to, że jesteście i za bal. A teraz dość już tej patetyczności, bo się poryczałam.

środa, 30 stycznia 2013

Wypadek w szkole.


Mało kto zdaje sobie sprawę, co się dzieje, kiedy w szkole wydarzy się wypadek. Nie musi to być wcale poważny wypadek, typu złamanie nogi czy omdlenie. Wystarczy, że dziewczyna (w ramach zalotów zapewne) dostanie śnieżką w oko. Na początku słabo widzi, potem jest lepiej. Pozostają popękane naczynka i nieco spuchnięty policzek. I tu właśnie zaczyna się historia w trzech aktach.
AKT I
Wzywamy rodzica, który szczęśliwie może przyjechać. I tu się zaczyna. Dostała w oko, więc zdarzyć wszystko się może. Teraz jest OK, ale co będzie za dwie godziny albo jutro? To jednak oko, w pierwszej chwili może wydawać się, że dobrze, a potem będzie zadyma. Matka wraz ze mną podejmuje decyzję – wzywamy pogotowie. Jako kobieta wiem, że wzywanie karetki do spuchniętego oka nie jest zagrożeniem życia. Jako nauczycielka nie mam zamiaru iść do więzienia. Dlatego właśnie wykręcam potulnie 999 i przekazuję sprawę dyspozytorce. Proszę czekać, karetka przyjedzie.
Jest. Wchodzi dwóch ratowników. Jeden bada dziewczynę i rozmawia z mamą. Niby wszystko w porządku, na pierwszy rzut oka jest zdrowa, widzi dobrze, ale i tak trzeba zbadać. Można zawieźć karetką, można samemu, można iść do okulisty na własny rachunek. Matka już wcześniej podjęła decyzję, że karetką będzie szybciej i za darmo, a tu nagle... zmienia zdanie. Jednak nie pojedziemy, dziękujemy za przyjazd.
W tym samym czasie drugi ratownik stojący z boku szepcze pod nosem „W ogóle nie trzeba było wzywać karetki.” Ja też stoję z boku, więc go słyszę, nikt inny nie. Mam ochotę odwinąć się i mu przywalić. Bo gdyby coś się stało, matka zażądałaby przyjazdu, a ja bym odmówiła, na mnie spadłaby odpowiedzialność. Też mam dziecko, nie zamierzam spędzić części życia w sądach albo w więzieniu.
No ale nic, stało się. Dziewczyna kilka minut później wesoło bryka po szkole, zaśmiewając się w głos z koleżankami (wcześniej histeria, płacz, krzyki i cały wspaniały cyrk). W porządku, nie mnie oceniać.
AKT II
Dwie godziny lekcyjne później chłopak (a jakże, też z mojej klasy wychowawczej) biega po korytarzu. Sadzi po kilka stopni po schodach, szaleje po całej szkole. Zwraca mu uwagę każdy nauczyciel dyżurujący, w tym pani dyrektor, ale przecież po co słuchać dorosłych, zwłaszcza jak się ma ADHD. W którymś momencie w szalonym biegu na połowie długości schodów nagle zaczyna wpadać w poślizg. Żeby nie polecieć na głowę, skacze. Ląduje na tyle niefortunnie, że kostka pada. Nie wiadomo co się dokładnie dzieje, ale noga puchnie.
Wzywamy matkę, przychodzi. Dzieciakowi w międzyczasie smarujemy kostkę maścią, bo tylko tyle możemy zrobić. Twierdzi, że jest lepiej. Kiedy matka przyjeżdża i zdejmuje opatrunek, trzęsie się jak osika. Wielki macho ma łzy w oczach (czemu wcale się nie dziwię), ale nadal gra odpornego. Widać jednak, że ze spaceru do domu nic nie będzie. Na tramwaj też nie dokuśtyka, więc zapada decyzja (jako że matka samochodu nie ma) – wzywamy pogotowie. Przynajmniej tu wyraźnie widać, że bez interwencji się nie obejdzie. Oczywiście po karetkę dzwonię ja. Już zastanawiam się, czy po podaniu adresu nie stwierdzą, że jakiś dzieciak sobie jaja robi.
Zespół przyjeżdża, oczywiście ten sam. Tym razem ratownik już nie komentuje. Może przemyślał, może pogadał z tym drugim, nie wiem. Żartuje tylko „Następnym razem kawa i ciastka nam sie należą.” Takie żarty są w porządku, więc szybko zapewniam, że nie ma sprawy. Oczywiście, jak przypuszczałam, na ostry dyżur trzeba jechać, nie ma bata.
AKT III (matriksowy nieco jakiś)
Na drugi dzień przychodzi do szkoły uczennica z podbitym okiem i pyta, czy ma wziąć od prywatnego okulisty fakturę albo paragon, bo w sumie to może domagać się będzie od chłopaka zwrotu pieniędzy za wizytę. No cóż, nie ukrywam, że miałam ochotę roześmiać jej się w twarz. Oczywiście to byłoby bardzo nieprofesjonalne, tłumaczę więc tylko, że przecież było wzywane pogotowie, miała szansę zrobić badanie szybko i za darmo. Skoro zdecydowała się na prywatne, raczej sama musi zapłacić. Dziewczyna przyjmuje do wiadomości, ale pewnie i tak decyzję o dalszym postępowaniu podejmie matka. Doprawdy, zdumiewa mnie tupet niektórych ludzi...

czwartek, 20 grudnia 2012

Historia pewnej lekcji...


Są chwile, kiedy nie mam już siły i to zazwyczaj wtedy stwierdzam, że się do tego zawodu jednak nie nadaję. Właśnie dzisiaj jest dzień przeplatający momenty dobre i złe, ale że muszę się wyładować, to odniosę się tylko do tych złych. 
Jest sobie klasa. Zwykła, całkiem przeciętna. Nie ma w niej jednostek całkiem tragicznych, które rozwalają cała lekcję i przyprawiają o stan, w którym sepuku wydaje się być pieszczotą. Nic z tych rzeczy. Na lekcji cisza, nikt nie przeszkadza, nie odzywa się. I wbrew pozorom w tym tan naprawdę jest problem. NIKT SIĘ NIE ODZYWA. WCALE. Nikt nic nie wie, nie umie, nie odpowiada na żadne moje pytanie. Jedyną reakcją jest „Nie wiem, nie umiem, niech mi pani wstawi banię.” I nie ważne, czy chodzi o powtórzenie, czy o rzeczy, które przed chwilą tłumaczyłam. 
I właśnie z tej klasy przychodzi do mnie na przerwie jeden z uczniów i mówi, że on chce się poprawić i co on może zrobić. Pękłam. Powiedziałam, że skoro on nic nie robił przez cały semestr, to ja nie zrobię teraz niczego dla niego. Miał szansę poprawiać się przez pół roku, konsultacje były, nie przyszedł. Podjął pewną decyzję i czas w końcu ponieść jej konsekwencje. Mam dość.
A teraz właśnie siedzimy sobie w ławkach, nie robimy kompletnie nic i w sumie wszystko jest jak zwykle. Bo oni nie robią nic bez względu na to, czy ja prowadzę lekcję czy nie. I już załączają mi się wyrzuty sumienia i że tak nie powinnam robić, że może jednak powinnam dać im szansę, że tak nie postępuje prawdziwy pedagog... Ale zaraz przypominam sobie, że dawałam im już niezliczoną ilość szans i że próbowałam ich wyciągnąć niezliczoną ilość razy. I zagłuszam te wyrzuty sumienia stukotem klawiatury.
Tak, siedzę na lekcji i piszę posta, a wszyscy uczniowie siedzą i nie robią nic.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Głupie żarty.


Tak nam się jakoś porobiło w tym naszym (choć nie tylko w naszym) pięknym kraju, że bycie oszołomem i chamem mylone jest z nadprzeciętnym ilorazem inteligencji. Bo przecież jak ktoś rzuca niewybredne żarty w jakąkolwiek stronę (czy to państwa, czy Ukrainek, czy czegokolwiek/kogokolwiek innego) to niechybny znak, że jego inteligencja jest wyższa niż przeciętnego Kowalskiego. Że on potrafi żartować, potrafi się bawić i wyśmiewać z wad i niedoskonałości. I tylko potem dziwimy się, że jakaś głupia pielęgniarka popełniła samobójstwo, bo nie poznała się na wielce błyskotliwym żarcie dwójki radiowców...
Od zawsze potępiam i nie pozwalam na poniżanie drugiego człowieka na moich lekcjach. Jestem w stanie wiele znieść, ale jakiekolwiek żarty, ubliżanie drugiemu człowiekowi u mnie nie przejdzie. Nienawidzę, gdy ktoś traktuje przezwiska jako formę żartu, niewinnej zabawy, zwykłego przekomarzania się. Przezwiska, niewybredne żarty, dokuczanie – to wszystko jest formą znęcania się nad drugim człowiekiem, bez względu na to, jak niewinne wydaje się temu, kto żartuje. Ktoś inny bierze to do siebie – mniej lub bardziej – i potem odbija się to na całym jego życiu. 
Nie zawsze jest tak, że ktoś popełnia samobójstwo czy wydaje fortunę na wizyty u psychoanalityka. Czasami po prostu ktoś staje się cichy, nieśmiały, zamknięty w sobie, czasami po prostu nie udziela się w życiu towarzyskim, ale ogólnie funkcjonuje normalnie. Jednak ślad zostaje zawsze. Mniejszy czy większy, zakończony tragedią lub nie, ale to nie znika. Oczywiście można się kłócić, że to hartuje, że nikomu jeszcze nie zaszkodziło małe szturchanko czy śmieszne przezwisko, ale to tylko podejście tych, co je wymyślają. Ci przezywani mają zgoła inne zdanie co do tej szkodliwości.
A najgorsze jest to, że ta młodzież tego nie rozumie i nie widzi w tym nic złego. Wyzywają się, przezywają, przeklinają do siebie i mówią, że „to tylko żarty”, że „nikomu nie robią krzywdy, a przecież on naprawdę jest idiotą”. Nie umiem im wytłumaczyć, że nie każdy ma tak grubą skórę, jak oni, że nie każdemu podobają się ich żarty i nie każdy podziela ich poczucie humoru. Nie dociera do nich, ze te żarty mogą skończyć się źle. I to najbardziej mnie przeraża.


wtorek, 6 listopada 2012

ADHD.


Wiele już napisano o ADHD i wcale nie mam zamiaru tego powtarzać. Jedni są za, inni przeciw, niektórym to zwisa. Dla jednych to tylko i wyłącznie kaprys, dla innych realny problem. A jak jest naprawdę? Przede wszystkim trzeba stwierdzić, że ADHD wcale nie dotyka tak szerokiej rzeszy populacji, jak się zwykło wydawać. Jest to około „4-8% dzieci w wieku wczesnoszkolnym (6–9 lat)” (Wikipedia), czyli całkiem niewiele. Jest to jednak doskonała wymówka dla rodzica, który nie może zapanować nad dzieckiem. I nie mówię tu o ruchliwym trzylatku, który jest po prostu ruchliwy, czy o uczniu drugiej klasy, któremu ciężko jest usiedzieć w miejscu przez 45 minut. Mówię o uczniu gimnazjum, który powinien nad sobą w minimalnym stopniu panować i znać wszelkie normy oraz ich przestrzegać, choćby nawet zdarzało mu się wybuchnąć od czasu do czasu. Jeśli tego nie robi, to nie jest ADHD, bo nad ADHD DA się zapanować, pomimo powszechnej opini, jakoby było to niemożliwe.
Ileż to już razy słyszałam teorię, że któryś z naszych uczniów ma ADHD. Jeśli tylko nie potrafi się zachować na lekcji, przeszkadza, jest chamski czy wulgarny, rodzic od razu wyskakuje z teorią, że jego dziecko na pewno ma ADHD. I tu zaczyna się cyrk, bo żadnego stwierdzenia oczywiście dziecko nie ma, ale rodzic oczekuje od nas, że będziemy traktować go łagodnie i delikatnie, bo przecież jego dziecko jest chore, a nie niewychowane. I nie dociera tłumaczenie, że żadne ADHD nie wchodzi tu w rachubę, że powinien bardziej zapanować nad swoim dzieckiem i wpoić mu kilka zasad. Nad dzieckiem chorym trzeba się litować, a nie egzekwować od niego właściwe zachowanie.
Nie wiem, skąd przekonanie, że skoro dziecko jest chore, to nie należy od niego niczego wymagać. Po mojemu powinno być normalnie – czyli oczekujemy, że dziecko dostosuje się do norm na tyle, na ile jest w stanie, będzie uczyło się nad sobą panować i pomimo faktu, że wymaga to od niego niezwykłego wysiłku, musi to wyćwiczyć. Tymczasem większość rodziców po pseudodiagnozie dochodzi do wniosku, że już wszystko w porządku i nic nie muszą, bo im dzieciom należy się specjalne traktowanie.
Wtręt: Bardzo podobny mechanizm działa w przypadku dysleksji czy innych dys. Jak tylko zostaną stwierdzone, i rodzic, i uczeń czują się usprawiedliwieni i szczęśliwi, bo oni już nic nie muszą. I nie dociera tłumaczenie, że praca dopiero się tutaj zaczyna. Według nich dziecko nic już nie musi robić, a wszystko zostanie im zaliczone. Tymczasem według mnie dzieci ze wszelkimi dys powinni mieć obowiązkowe lekcje dodatkowe, gdzie będą ćwiczyć i pracować i powinni być z tych godzin rozliczani. Koniec wtrętu.
Oczywiście nauczyciele już tacy współczujący nie są i próbują jeszcze choć trochę „niesfornego” nastolatka wychować, ale szarpanie się z nim, podczas gdy w domu panują zupełnie inne zasady, jest całkowicie bezcelowe. I tak zostajemy na placu boju z uczniem rzekomo mającym ADHD, nad którym nikt nie jest w stanie zapanować. Rodzice czują się rozgrzeszeni, my miotamy się jak lwy w klatce, a dzieciak ma niezły ubaw.
No i ostatnia sprawa, która mnie bulwersuje. Mianowicie to, że każde dziecko z ADHD, z którym miałam do czynienia, było wulgarne i agresywne. Bardzo. Przekleństwa, bicie, „stukanie” kolegów i koleżanek po głowie podczas chodzenia po klasie – to była codzienność. I zastanawiam się, czy to faktycznie wina choroby, czy po raz kolejny zaniedbanie rodziców. I znowu kolejny raz obawiam się, że choroba to kwestia drugorzędna. Dlatego właśnie rozumiem rodziców, którzy bulwersują się, gdy do klasy z ich dzieckiem chodzi dziecko z ADHD. Bo dla nich liczy się ich własne dziecko, które nagle zostaje narażone na „stukanie” po głowie czy zarzucenie przekleństwami.
I oczywiście w tym wszystkim najbardziej cierpią dzieci, które są faktycznie chore, bo postrzegane są przez pryzmat tych wykorzystujących sytuację.


piątek, 24 sierpnia 2012

Kim mam być dla swoich uczniów?


Pod ostatnią notką pojawił się wpis od niejakiego Rémo. Ucznia. Nie mojego :) I dzięki niemu będzie dzisiaj ten wpis.
Kiedy nadchodzi czas, że przychodzi nam stanąć po drugiej stronie biurka, oprócz masy papierkowej roboty czeka nas jeszcze jeden (a właściwie jeden z wielu) problemów do rozwiązania. Kim mam być dla swoich uczniów? Srogą harpią, która tylko czeka na jego najmniejsze potknięcia i wytyka każdy błąd? Poganiaczem niewolników, który uważa, że jego i tylko jego przedmiot jest najważniejszy? Wielką Panią Profesor, która wszędzie już była, wszystko widziała i w końcu jest starsza, więc należy ją szanować? Spokojną i nawet trochę pierdołowatą panią od angielskiego, której można założyć kosz na głowę? Przyjacielem, który uśmiecha się życzliwie i twierdzi, że zawsze jakoś tam będzie?
Wiem, że wszystkie te postaci przedstawiłam dość tendencyjnie i właściwie żadna nie ma pokrycia w rzeczywistości (chociaż harpię i poganiaczy niewolników spotkałam osobiście, spuśćmy zasłonę milczenia). Jednak chodzi tu o ogólny zarys, a nie o naukowe przedstawianie nauczycielskich charakterów. Charaktery są różne, jak różni są ludzie, ale jednak w jakąś rolę musimy się wpisać. Nie ma siły, nie da się być wszystkim na raz.
Można jednak być wszystkim po trochu. Nie zamierzam być ani harpią (nie mam predyspozycji, wyraz twarzy nie pasuje, jakoś tak za miłą minę mam i jak robię groźną to się dzieciaki śmieją, a nie boją), ani poganiaczem niewolników. Z całą pewnością nie będę Wielką Panią Profesor, bo ani nie wszędzie byłam, ani nie wszystko widziałam, a szacunek zdobywa się innymi sposobami niż wiekiem. Nie dam sobie powiesić kosza na głowie. Ale przyjaciółką uczniów również nie będę.
Zaskoczeni? Być może. Jednak nie ma się co specjalnie dziwić. Nie da się być przyjacielem, kiedy przyszło nam pełnić całkiem inną rolę. Mam być nauczycielem. Po prostu. Ani przyjaciółką, ani popychadłem, ani osobą, która leczy sobie kompleksy wyimaginowanym poczuciem władzy (chociaż trochę jednak tej władzy tam jest...). I wiem, że ten termin jest nieco wyświechtany, ale mam być przede wszystkim mentorem. Mam dawać przykład, ale nie zapominać o swoim człowieczeństwie, o swoich słabościach. Nie mogę być dla uczniów alfą i omegą, bo nie jestem nią naprawdę. A jak mit runie? Co im pozostanie? Lepiej pozostać kimś, kto wskazuje drogę, pokazuje rozwiązania, ale pozwala też podejmować własne decyzje i ponosić za nie konsekwencje.
I to staram się robić. Nie zawsze wychodzi. Ja też popełniam błędy. Unoszę się, buntuję, czasami przestaje mi zależeć. Jestem tylko człowiekiem. Ale jednak wiem więcej niż oni, moi uczniowie. I czasem zdarza mi się mądrze mówić ludzkim głosem. A chcę wierzyć, że dzięki temu, że nie jestem wszystkowiedzącą wyrocznią, oni mnie słuchają.

piątek, 22 czerwca 2012

Dobre serce.


Jak długo można mieć dobre serce i przepuszczać uczniów z klasy do klasy? Długo. Wiem to na swoim własnym przypadku. Co roku mój mąż słyszy tą samą mantrę i co roku ma jej dość: „A co, jak komuś z nich zrobię prawdziwą krzywdę?”.
W tym roku zdałam sobie sprawę z jednej rzeczy i, z braku innej, lepszej, tej właśnie zamierzam się trzymać – nie uratuję świata. Mogę próbować, ale nie jestem w stanie zbawić wszystkich i wszystkim zrobić dobrze. Zawsze musi być coś za coś. Do tej pory wysoką cenę płacili ci, którzy uczyli się cały rok, a mimo to nie dawali rady uzyskać więcej niż minimum. Stawali w tym samym rzędzie z tymi, którzy cały rok nie robili nic, a pod koniec przypominało im się, że przydałoby się zdać.
KONIEC. Nie mam już siły kombinować. Zwłaszcza, że widzę podejście tej większości, która niskim kosztem próbuje kupić sobie miejsce w kolejnej klasie. Nie uciekają z moich lekcji (ale z innych to już stadnie), stawiają się karnie na większość zaplanowanych przeze mnie konsultacji. Problem w tym, że robią ze mnie durnia. Ich wiedza oscyluje w okolicy zera, przynoszą wypracowania zerżnięte z internetu albo skopiowane z tłumacza, tłumaczą się problemami rodzinnymi czy też osobistymi. Bo granie na emocjach jest najwspanialszym sposobem na przejście z klasy do klasy. My wierzymy we wszystko, bo ciężko jest wziąć odpowiedzialność za czyjeś życie. Jeśli choćby jedna historia z tych wszystkich okazałaby się być prawdą, przynajmniej mogę spać spokojnie.
Problem w tym, że jestem już zmęczona. Historia się powtarza i nie jest to bynajmniej historia chwalebna. Przepuszczamy, bo nam żal, bo nie chcemy mnóstwa repetujących, bo wierzymy w ich obietnice i zapewnienia, że w przyszłym roku będzie lepiej. A w następnym roku nie jest lepiej. Jest gorzej. Bo upewnieni w tym, że mogą dostać promocję za nic pozwalają sobie na coraz więcej. My znowu zapominamy, a pod koniec roku słyszymy tą samą śpiewkę. I tak w kółko.
Tak nie powinno być. Tak nie może być. Dlatego właśnie zamierzam walnąć w stół. Nie, nie zbuntuję się całkowicie. Zrobię całoroczny rachunek i zastanowię się, kto na ile zasługuje. A potem przeprowadzę hiszpańską inkwizycję, której nikt się nie spodziewa (nie jestem fanką Monty Pythona, ale kilka cytatów się zna :), w końcu bycie anglistką zobowiązuje). Na tyle mnie stać i tyle zamierzam wprowadzić w życie. Nie będę wyjaśniać i tłumaczyć. Jeśli ktoś nie rozumie, że uczyć ma się cały rok, jeśli ktoś nie ma na tyle przyzwoitości, żeby przeprowadzić solidną retrospekcję, nie potrzebuje moich wyjaśnień. W ich oczach zawsze będę tą wredną małpą (no wiem, inaczej będą mnie nazywać, ale jednak trzymam poziom), która nie przepuściła ich w którejś tam klasie.
So be it. Godzę się z tym, bo nie mam innej opcji. Albo będę tą frajerką, której można wcisnąć każdą historyjkę i wywinąć się zawsze z każdego zagrożenia albo tą małpą, która nie przepuszcza. Z dwojga złego zaczyna mi się podobać ta druga opcja. Wdrożenie jej w życie to zupełnie inna kwestia. Mój brak asertywności i problemy z pewnością siebie powodują, że wyrzuty sumienia dręczyć mnie będą pewnie jeszcze przez jakiś czas, ale trzeba się kiedyś wziąć w garść. Jak  nie teraz, to kiedy?

sobota, 16 czerwca 2012

Bal absolwentów.


Bardzo, bardzo dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma lasami odbył się bal absolwentów. Ach, co to był za bal – można by zakrzyknąć! Stoły uginały się od wszelkiego rodzaju jadła i napitku, młodzież wywijała hołubce przez cały czas trwania. Jednak bal nie byłby balem, gdyby nie zaczął się polonezem. Bardzo pięknym, z pannami ubranymi w najpiękniejsze suknie oraz panami w najbardziej stylowych szatach. Doprawdy, było pięknie i wzruszająco. Na koniec tańca były róże czerwone i zaczerwienione lica dam.
Po polonezie muzyka wszelaka do tańca przygrywała. Wprawdzie autorka tych słów z większością tej muzyki nie miała nigdy do czynienia i ciężko jej było bawić się przy jej dźwiękach, jednakże bal ten nie dla autorki był przeznaczony. Póki młodzież bawiła się chętnie, póty zabawę przednią można nazwać. Był też poczęstunek. Wszystko na bogato, ale bez przesady i bez kiczu. Ze smakiem, z gustem i bez awantur. Doprawdy, w takiej młodzieży leży nadzieja. 
I ja tam byłam, miód i ... kawę piłam. I wróciłam, żeby o tej wspaniałej imprezie donieść gawiedzi (tylko zdjęcia kiepskie zrobiłam, więc nie zamieszczę).

środa, 23 maja 2012

Pozytywne zaskoczenia.


Dopiero co skarżyłam się na drugą klasę liceum, a to właśnie oni sprawili mi w tym roku największą niespodziankę. I nie chodzi tu o niespodziankę w postaci jakiegoś prezentu (chociaż to, co zrobili, to też pewnego rodzaju prezent). Otóż każdego roku zastanawiam się, kto (jaka klasa lub uczeń) najbardziej mnie w tym roku zaskoczył. Pozytywnie oczywiście, bo i takie przypadki się zdarzają. I nagle okazuje się, że to właśnie w tej klasie znalazły się dwa rodzynki, w których pokładałam dość płonne nadzieje, a tymczasem rozkwitły mi, niczym nieźle nawożone i podlewane krzaczyska różyczek. No dobra, może porównywanie dwóch rosłych facetów do różyczek nie jest najlepiej skonstruowanym środkiem stylistycznym w moim życiu, ale przecież i tak każdy wie, o co chodzi. 
Otóż wyobraźmy sobie takiego na przykład Homera. Homer przyszedł z grupy niemieckiej, bo stwierdzono, że jednak angielski woli i umie bardziej, więc chyba lepiej, żeby uczył się chętniej. I trafił mało szczęśliwie, bo w efekcie okazało się, że trochę odstaje. Na minus oczywiście. Jakoś tam przeleciał przez  pierwszą klasę z rozpędu i dało radę, ale w drugiej zaczął się już lekki horror. Nagle jednak okazuje się, że Homer coraz częściej się udziela i coraz więcej rozumie. Najpierw powoli i nieśmiało, ale z czasem z coraz większą pewnością siebie zaczyna robić ćwiczenia. Okazuje się, że Homer solidnie wziął się do nauki. Zaczął przychodzić na konsultacje i nie marnuje tego czasu.
Z drugiej strony jest Edi. Nie wadzi nikomu, w sumie to nawet nie uczy się źle, ale ma duże problemy (dysgrafia? dysleksja? jedno i drugie?). Gdzieś tam drzemie w nim już iskierka nadziei, ale sam jeszcze o tym nie wie. Tymczasem ja nie wiem, co w nim tą iskierkę rozpaliło, ale cieszę się, że coś takiego zaistniało. Bo Edi zaczyna błyszczeć. Rozumie, rozwiązuje zadania, jego problemy jakby przestają się liczyć. Coraz częściej słyszę głos Ediego przy odpowiedzi i jest to wymowa całkiem zborna i poprawna.
Tak że rok szkolny uznaję za podsumowany, aczkolwiek zawsze chętnie przyjmuję nowe niespodzianki :)

niedziela, 20 maja 2012

Edukacja.


Długo zbierałam się z tym postem i długo nie mógł się w mojej głowie on ułożyć. Dlaczego? Bo to post określający moje pojęcie edukacji, poparty opiniami Ryszarda Legutko, a także kilku moich znajomych, którzy może profesorami nie są, ale myśleć logicznie potrafią. Do napisania tego posta skłonił mnie wywiad, który przeczytałam tylko i wyłącznie dzięki naszej wspaniałomyślnej pani dyrektor, która wyszukuje informacje z dziedziny szkolnej i zapodaje je w pokoju nauczycielskim. I tak w pewnym momencie, gdy nie miałam niczego innego do roboty, usiadłam i przeczytałam sobie ten wywiad. I oczywiście okazało się, że pan Legutko nie mówi niczego odkrywczego. Niczego, czego nie wiedziałby i nie mówił niemal każdy nauczyciel z każdej szkoły, tyle że on ma głos w gazecie, a my nie. Problem polega na tym, że jego też nie usłyszą i oleją, bo taka rola rządu.
Ale do rzeczy. Czytam słowa, które są niczym miód na moje serce:

(...) nie ma czegoś takiego jak umiejętność bez wiedzy. Żeby wytworzyć w sobie umiejętność, trzeba przebrnąć przez spory obszar wiedzy. Nie można nabrać umiejętności czytania i rozumienia tekstów literackich, jeżeli nie czyta się książek. Postulat ograniczenia się do samych umiejętności jest postulatem niemądrym. Dziś, żeby zdać maturę, nie trzeba wcale znać literatury polskiej, historii, a nawet posiadać orientacji w – przepraszam za wyrażenie – polskim kodzie kulturowym.

Jak się to ma do języka angielskiego? Ano nie za bardzo możemy uznać wypowiedź za „komunikatywną”, jeśli uczeń nie zna podstawowych zasad gramatyki i operuje bezokolicznikami. Tymczasem według mojej pani dyrektor (i, jestem przekonana, wielu innych osób również) przywiązuję za dużą wagę do gramatyki zamiast do „komunikatywności” wypowiedzi. Ponadto jakim cudem uczeń ma umieć cokolwiek, jeśli nawet tych słówek nieszczęsnych się nie nauczy? Żeby używać języka jako całości, trzeba znać słówka, umieć ich poprawnie użyć w zdaniu i umieć ułożyć to zdanie poprawnie, co gwarantuje znajomość i umiejętność używania gramatyki.
Dygresja: moja nauczycielka od francuskiego w liceum uważała, że kartkówki ze słówek są śmieszne i zupełnie niepotrzebne, bo na pamięć to każdy idiota potrafi się nauczyć. Takie kartkówki sprawiają jedynie, że można podciągnąć sobie ocenę zwykłą pamięciówką. Dlatego też dawała nam zawsze zdania do tłumaczenia na kartkówkach, bo dopiero ułożenie zdania oznaczało prawdziwe sprawdzenie umiejętności. Ogólnie rzecz biorąc się z nią zgadzam, ale z czasem odtajałam nieco i stwierdziłam, że niech chociaż sobie tymi słówkami oceny poprawią. Nie zadziałało, nie uczą się nadal.
Druga strona tego medalu to właśnie wiedza i odnoszący się do tego system oceniania. W naszej szkole obowiązuje zasada 30% na zaliczenie. Co znajduję, czytając Wewnątrzszkolny System Oceniania? Taki zapis, który mówi, że uczeń „z pomocą nauczyciela jest w stanie rozwiązywać zadania o niewielkim stopniu trudności”. Czyli jak uczeń wyjdzie ze szkoły i nie będzie przy nim nauczyciela, to już nie musi umieć rozwiązywać tych samych zadań. A zaznaczę, że chodzi o zadania o niewielkim stopniu trudności. Jak potem ten sam uczeń ma sobie poradzić w życiu, bez nauczyciela u boku, tego nie wiem.
Kolejny cytat dotyczy wychowania:

„Wychowania w szkole już nie ma, i to nie ma go nawet w wersji śladowej odnoszącej się do prostych odruchów „proszę” czy „dziękuję”. Nauczyciele są coraz bardziej zastraszeni – przez uczniów, przez rodziców, przez regulacje prawne. Zwykle w sporach między uczniem a nauczycielem przegrywa ten ostatni. Są prawa ucznia, rzecznicy do wszystkiego się wtrącający, a nauczyciel zostaje sam. Dyrektor nie stanie po jego stronie, koledzy nauczyciele prywatnie pewnie będą go pocieszać, ale publicznie nie będą się z nim solidaryzować, dziennikarze też w większości nie poprą, więc co ma robić? Można odnieść wrażenie, ze ogromna część Polaków zgłupiała, uważając, że najlepsze wychowanie to brak wychowania.”

Tym razem jednak nie do końca się zgadzam. Wychowanie na poziomie najwcześniejszym się jeszcze odbywa. Dzieci uczą się kultury w przedszkolu czy nauczaniu początkowym. Potem i tak jest już za późno, bo czego mogę oczekiwać (poza drwiącym spojrzeniem i powiedzeniem „spierdalaj”) od ucznia gimnazjum, którego może i w szkole próbowali nauczyć, ale on potem wracał do swojego domu, gdzie są takie a nie inne warunki? I kolejna rzecz: jeśli dyrektor jest dobry, stanie jednak po stronie nauczyciela. Oczywiście istnieje wiele malutkich szpileczek, bo niby stanie po stronie nauczyciela, ale potem na dywaniku ten sam nauczyciel usłyszy, że „może Pani nie powinna się tak zachować/zareagować/unieść, etc?” Ale jednak jakieś tam wsparcie ma. 
Nie jest natomiast wsparciem rzekome uznanie nauczyciela za funkcjonariusza państwowego. Niby w teorii miało pomóc, teraz generuje niesmaczne żarty, jak to nauczyciele nie potrafią poradzić sobie ze zwykłym dzieciaczkiem. Także nauczyciele bardzo rzadko sięgają po ten sposób radzenia sobie z „trudną, niesforną” młodzieżą. Inna sprawa, że nawet zwrócenie się do sądu nie da niczego, czego taki uczeń by już nie znał. Przecież do poprawczaka go nie dadzą, a kuratora to ma już od dawna. Oczywiście zdarzają się sytuacje, kiedy jednak trafi on do poprawczaka, ale to są jednostkowe przypadki. Te przybytki i tak są już przepełnione i nie ma miejsca na dzieciaki, które zastraszają nauczycieli i stanowią potencjalne zagrożenie (głównie dlatego, że poza słowami niczego innego nie zrobili). Dramat zaczyna się dopiero, kiedy stanie się coś naprawdę tragicznego i wtedy właśnie słyszymy „dlaczego nikt wcześniej nie zareagował?” A może reagował, tylko go nie słuchano...
Co do dziennikarzy – w tym upatruję największej odpowiedzialności. Oczywiście nie twierdzę, że gdyby nie dziennikarze, to wszystkie dzieci by były grzeczne i kochane, a nauczyciele poważani. Jednak manipulacja informacjami w przypadku dziennikarzy jest zadziwiająca. Mówią i piszą to, co akurat jest im na rękę, co ładnie wygląda w druku czy na ekranie, a nie stan faktyczny. Jeśli nauczyciele skarżą się na jakiegoś ucznia, to najpewniej się na niego uwzięli, a on biedny ma ADHD i próbuje sobie z tym poradzić. Szkoła jest tu na przegranej pozycji, bo dziennikarze ustawią się murem za płaczącą matką i biednie wyglądającym dzieckiem, które może nawet kilka łez uroni przed kamerą. A potem ten sam uczeń trafia do gimnazjum i matka stwierdza, że może lepiej, żeby on jednak trafił do ośrodka, to w domu spokój już będzie, bo ona nie ma już siły. Przykład z życia wzięty, z własnego podwórka.
Jednak największej odpowiedzialności upatruję tutaj w rodzicach. To oni są odpowiedzialni za wychowanie swojego dziecka od najmłodszych lat. Mój syn ma 2,5 roku i już dziś ma swoje obowiązki (sprząta swoje zabawki zarówno w domu, jak i w przedszkolu – odkłada na miejsce po zabawie), mówi „przepraszam, proszę i dziękuję” i wymagana jest od niego elementarna kultura, czyli wszelkie „dzień dobry, do widzenia” i brak awantur. Wie, że wszystko jest do załatwienia bez awantury, a żadne histerie nie pomogą mu dostać to, czego akurat chce. Oczywiście to wszystko jeszcze raczkuje, ale wymagane jest od niego konsekwentnie codziennie. Tymczasem mam do czynienia z dziećmi, które nie mówią nawet „dzień dobry”, a co dopiero wymagać od nich kultury wyższej. One zajmują się awanturowaniem się w każdej sytuacji, wymuszaniem, mają wciąż nowe roszczenia, jakbym była na ich rozkazy. I tutaj znowu cytat:

Rodzice w ogromnej większości uważają, że obowiązek wychowawczy przejmuje szkoła i że oni w związku z tym chcą mieć święty spokój. A święty spokój oznacza, że nie chcą być nękani, nie chcą słyszeć, że jest jakiś problem, że coś trzeba zrobić. Zrzucają odpowiedzialność na szkołę, lecz nie przyjmują do wiadomości skutków, jakie z tego przeniesienia odpowiedzialności wynikają. Nauczyciele mają wychowywać, ale jednocześnie maja się naszych dzieci nie czepiać. Tak się nie da, a podobna postawa rodziców dowodzi niestety zdziecinnienia.

No i nadchodzi pytanie, czy da się coś z tym zrobić? Czy jest jeszcze nadzieja na poprawę sytuacji w polskiej szkole? Profesor Legutko ma jeszcze szczątki nadziei. Ja nie. Za dużo zniszczyliśmy, za wygodnie jest w polskiej szkole, żeby ktokolwiek teraz pozwolił na „pogorszenie” sytuacji uczniów. Trzeba by wrócić do modelu 8+4, który dawał lepsze warunki, jeśli chodzi o wychowywanie (lepsza integracja przez dłuższy czas przebywania ze sobą), trzeba by przywrócić szkoły zawodowe, które miały na celu wypuszczać ludzi przyuczonych do zawodu, bo przecież nie każdy, do jasnej cholery, musi mieć maturę. Trzeba by podnieść z powrotem poziom nauczania na tak wielu poziomach - zarówno w szkołach podstawowych, gdzie teraz nie można zostawić dziecka w klasach I-III, jeśli zgody na to nie wyrażą rodzice (czyli dziecko może nie umieć czytać ani pisać, a i tak trafi do klasy IV, jako analfabeta), jak i w każdym kolejnym etapie, tak by uczniowie mieli świadomość, że tylko nauka pozwoli im przejść do kolejnej klasy (czyli podniesienie progu do przynajmniej 40% na ocenę dopuszczającą). Trzeba by zrobić jeszcze wiele, wiele rzeczy, do których opisania potrzebna by mi była książka. 
A chwilowo tkwimy w tym bagnie po samą szyję i próbujemy się nie udusić.

P.S. W poście korzystałam z wywiadu, który ukazał się w gazecie "Uważam rze". Data publikacji: niedziela, 12 luty 2012 autor: Marzena Nykiel

środa, 9 maja 2012

Dys...


Dysleksja, dysortografia, dysgrafia, dyskalkulia... Nie wiem, ile jeszcze tych dys... mogłabym wymienić, ale wszystko sprowadza się do tego samego – dziecko ma problem. A skoro ma problem, to trzeba próbować go rozwiązać. Prawda? Nie prawda. Przynajmniej nie w dzisiejszej szkole, nie według dzisiejszych rodziców (oczywiście piszę bardzo ogólnie, są rodzice wyjątki, ale to jednak nadal margines). Dzisiaj wystarczy stwierdzić dys..., żeby dziecko miało spokój i nigdy więcej nie musiało się przejmować swoim problemem. Takie przynajmniej jest podejście rodziców. Coś, co miało służyć pomocy dzieciom, czyli stwierdzanie wszelkich dys... i co miało prowadzić do zorganizowanej i bardzo rozwiniętej pomocy i pracy z dzieckiem, dziś stało się przepustką do lenistwa i usprawiedliwień.
Pierwsza lepsza z brzegu rozmowa pomiędzy nauczycielem a rodzicem.
- Moje dziecko ma dysleksję, wie Pani.
- No tak, wiem, ale co Pani robi z nim w domu? Ćwiczy Pani?
- Ale jak to? Przecież moje dziecko ma dysleksję!
I tyle. Koniec. Klamka zapadła. Dziecko ma dysleksję, ADHD, czy jakiekolwiek inne zaburzenie, więc odczepmy się od niego i dajmy mu spokój. Niech nic nie robi, bo się jeszcze zestresuje tą swoją dysleksją, zakmnie w sobie i nie odkryjemy jego wyjątkowych talentów. A i dziecko jest już na tyle cwane, że będzie wykorzystywało ten fakt na prawo i lewo (uczy się od najlepszych). Nie odrobił pracy, bo ma dysleksję i nie wiedział, jak to napisać. Nie napisał dyktanda, bo przecież przy dysortografii nie ma sensu się męczyć. I tak w koło Macieju. 
Tymczasem stwierdzenie dys... to dopiero początek drogi, która jest dłuuuuuuga i wyboista. Trzeba ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć, a nie iść na łatwiznę i usprawiedliwiać wszystko opinią z poradni. Trzeba wyrobić u siebie zdolność, którą inni tak po prostu posiadają. To nie jest ani przyjemne, ani łatwe, ani sprawiedliwe i wywołuje mnóstwo frustracji, ale tak właśnie być powinno. Wychodzi jednak na to, że podejście pod tytułem „przecież ja/moje dziecko ma dysleksję” jest o wiele bardziej popularne. Wkurza mnie to, ale muszę to respektować. Znaczy muszę respektować opinię z poradni, nawet jeśli uważam, że dziecko oprócz otrzymania diagnozy powinno również obowiązkowo korzystać z pomocy. Nie mam tu nic do gadania. 
I nawet nie chodzi mi o to, że za naszych czasów dysortografia była uważana za jakiś wymysł, a uczniowi kazało się po prostu ćwiczyć i uczyć więcej. To pewnie też nie było zbyt fortunne rozwiązanie. Chodzi mi po prostu o to, żeby wszelkiego rodzaju stwierdzenia dys... nie były końcem, a dopiero początkiem. Żeby z tymi dziećmi ktoś obowiązkowo pracował, pomagał, uczył i ćwiczył, nie tylko w szkole, ale też w domu. Bo praca w szkole nie wystarczy.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Liceum Profilowane.


Ostatnio szlag mnie trafia, kiedy pomyślę o uczniach naszego liceum. Mam dwie klasy i obie wywołują we mnie dziką furię, za to każda z innego powodu. Jest sobie klasa pierwsza z podstawowym językiem angielskim i jest sobie druga z zaawansowanym (że niby w gimnazjum się uczyli). Każda z tych klas jest zupełnie inna i inne ma podejście do nauki. I właśnie to podejście doprowadza mnie do furii.
Klasa pierwsza to ludzie, którzy w gimnazjum mogli cieszyć się jeszcze nauką tylko jednego języka obcego. Uczyli sie więc niemieckiego i wszystko było w porządku. Nikt im angielskim głowy nie zaprzątał, a i oni, mimo że bombardowani tym językiem z wielu stron, nie dali się ponieść szaleństwu. I oto nagle ktoś każe im się uczyć drugiego języka. Skandal! Niemiecki chcą zdawać na maturze, więc jakoś tam musza z niego wypadać, ale przecież angielski to tylko tak dla jaj. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że po rzeczach łatwych do zapamiętania przyszedł czas na nieco trudniejszy materiał. Trzeba zacząć uczyć się w domu, bo ćwiczenia w szkole nie wystarczą.
I tu zaczynają się schody. Bo angielski jest głupi i niepotrzebny, bo po co im drugi język, bo oni w ogóle nie chcą się go uczyć. Jałowe dyskusje, dziwne komentarze. Nie mogę narzekać na pracę tej klasy, bo to byłby grzech. Na lekcji pracują wzorowo, uzupełniają ćwiczenia, zgłaszają się nawet. Tyle że nic w nich nie zostaje, a ponieważ nie uczą się w domu, ja muszę cały czas smęcić ten sam materiał, nie mogąc iść do przodu z powodu braku wiedzy. Na lekcji się męczą, bo nie umieją najprostszych rzeczy. Pracują, ale jest to dla nich i dla mnie katorga, bo żadne ćwiczenie (nawet krzyżówki) nie idą im sprawnie. I ja nie mówię tu o jakichś czasach czy czymś równie trudnym, bo zaczynam z nimi od zera.
Druga klasa to zupełnie inna bajka. Ci mają ambicje zdawać z angielskiego maturę. MATURĘ! Nie potrafią powiedzieć nic na temat czasu Present Simple, a ponieważ podobno gramatyka nie jest najważniejsza to powiem, że zaprosić koleżanki na imprezę też nie potrafią. Nie uczą się w domu w ogóle. W klasie nie jestem w stanie zrobić z nimi nic, bo skoro nie opanowali materiału z poprzedniej lekcji, to jakim cudem mogę robić coś, co jest z tą lekcją powiązane. I tak od kilku tygodni (trzy godziny tygodniowo) tłuczemy cztery podstawowe czasowniki modalne. I nic.
Obie klasy ponadto mają bardzo słabe wyniki frekwencji. Zrywanie się z angielskiego czy jakiegokolwiek innego przedmiotu to dla nich norma. Bo przecież w ogólnym rozrachunku i tak ich przepuszczą. Bo po co mieliby ich zostawiać na drugi rok i męczyć się z biednymi uczniami. Matura dla każdego! Nie matura lecz chęć szczera... Tyle że chęci też nie ma. Im się najczęściej wydaje, że skoro już poszli do tej szkoły średniej i od czasu do czasu zaszczycają ją swoją obecnością to już wystarczy. Na studiach też przecież tak jest – pojawia się na zajęciach od czasu do czasu, a przez resztę albo się imprezuje, albo pracuje. I my im powinniśmy wybaczyć i być dla nich wyrozumiali, bo oni właśnie to robią. Czują się dorośli, czują się jak studenci.
Szaleństwo. Takie, w którym nie zamierzam już brać dłużej udziału. Staram się nauczyć, reszta zależy od nich.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Inne szkoły.


Uczyłam kiedyś w szkole podstawowej w pewnej wsi. Przez trzy lata. Potem przeniosłam się do mojego obecnego miejsca pracy. Różnica kolosalna. I nie chodzi już o to, że jedna szkoła to podstawówka, a druga to gimnazjum. Chodzi o to, że zwyczaje są zupełnie inne. Dzieciaki się uczyły. Nie mogłam narzekać na brak zadań domowych, na brak pracy w domu.Niektóre były nawet mniej dopilnowane niż te gimnazjalne, a jednak się uczyły. W klasie cisza, czasami tylko ktoś zaczynał gadać, ale szybko był uciszany. Nie było większych problemów z dyscypliną. Dlaczego zmieniłam pracę? Bo miałam strasznie daleko. Wstawałam o 4, żeby zdążyć na pociąg o 5.20, żeby zacząć pracę o 8. No i nie było godzin. Szkoła mała, ledwo z zerówką i przedszkolem (bo te były w tym samym budynku) wyrabiałam cały etat. Czas było się przenieść. 
Teraz znajomi pytają mnie, czemu nie przeniosę się do podstawówki. Być może tam byłoby lepiej, spokojniej. Tylko że ja... nie chcę. W podstawówce było fajnie, można  było się powygłupiać, nie ma takiego parcia na egzamin. Ale też trzeba o wiele więcej przygotowywać, bo dzieci dużo szybciej się nudzą. Nie wyobrażam sobie aktualnie przenosin do szkoły podstawowej.
Zostawmy jednak podstawówkę. Pewien mój znajomy przeniósł się do innej szkoły. Liceum. Nie ważne dlaczego i nie ważne gdzie. Musiał. I opowiada mi teraz o tej szkole. Jest inaczej. Być może lepiej. Nie ma większych problemów z dyscypliną, do uczniów łatwiej jest dotrzeć, uczą się. A mimo to tęskni. Jakiś czar jednak ta nasza szkoła ma :)
No i jeszcze jedna sprawa. Miałam kiedyś taką klasę, którą prowadziłam od początku, jakoś na początku swojej kariery w tym akurat przybytku. W klasie prawie sami chłopcy, może ze cztery dziewczyny. Koszmar. Panowie rozwalali lekcje, nie uczyli się, prowadziłam zajęcia dla około 5 osób. To była katorga, mogłabym ich wszystkich w zasadzie usadzić. Walczyłam z nimi bezustannie. Aż w końcu, gdzieś około połowy drugiej klasy okazało się, że już nie walczę. Bo nie muszę. Lepiej się dogadujemy, zaczęli się uczyć, w sali cisza. W trzeciej klasie mogłam z panami konie kraść. Dorośli. Zrobili się tak zwyczajnie fajni. Wyszli na ludzi. 
I takich właśnie doświadczeń by mi brakowało, gdybym przeniosła się gdzie indziej. Brakowałoby mi pewnej klasy, w której większość osób się uczy, chociaż są już bardzo zmęczeni. Chodzą do kina w sobotę, bo tak. Przychodzą na dodatkowe zajęcia, bo im zależy. Brakowałoby mi Ani, która prawie cały czas się śmieje. Darii, która świetnie się uczy i bardzo pilnie pracuje. Patryka, który okropnie pisze, ale świetnie maluje. Konrada, który zmotywowany przez prywatną nauczycielkę zabrał się do pracy i zaczyna mu iść świetnie. I wielu innych z tej samej klasy. I wielu innych z innych klas.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Walka o historię.


Festiwal pod tytułem „przywróćmy historię do szkół” trwa w najlepsze. Wszyscy pławią się w rzucaniu kalumni na rząd, bo ten śmiał obciąć liczbę godzin historii w liceum. Ciekawi mnie tylko jedno – dlaczego ci sami ludzie nie bronią fizyki czy chemii, które to również zostaną obcięte (swoją drogą na poczet historii właśnie). Ja rozumiem, że historię swojego kraju trzeba znać i niedobrze jest wychowywać analfabetów, ale ludzie, obudźcie się!
Tu nie chodzi o historię, bo większość naszych wspaniałych dzieci już jest analfabetami, a my (jako rodzice) nic z tym nie robimy! Będę upierać się, że ktoś, kto nie przeznacza czasu na naukę w domu, nie ma szans na opanowanie materiału. I nieważne, jak bardzo rozbudowany czy okrojony on będzie, po prostu nie ma na to szans. Gdyby dzieciaki chciały uczyć się historii (czy jakiegokolwiek innego przedmiotu, jeśli mam być szczera) to wystarczyłby mu materiał szkolny, bo przy właściwej realizacji materiału można nauczyć się i o Katyniu, i o Popiełuszce, i o PRL. Problem w tym, że lekcje są „przedłużane”, czyli materiał, który powinien być realizowany na jednej czy dwóch lekcjach rozciąga się do pięciu czy więcej, bo dzieci nie uczą się w domu. A jak nie uczą się w domu, to całą wiedzę trzeba im wtłoczyć na lekcji. A tak się nie da.
Ponadto zastanawiam się, czy ktokolwiek, kto tak zajadle broni historii, przeczytał dokument, stanowiący o tej zmianie. W skrócie – robimy dwa profile w liceum. Jeden dotyczy przedmiotów ścisłych (i wtedy ilość godzin na te przedmioty jest powiększana kosztem przedmiotów humanistycznych – i o to właśnie biją się ludzie), a drugi to profil humanistyczny (i tutaj kosztem fizyki, chemii czy biologii wzrasta liczba godzin historii na przykład). Wychodzi więc na to, że ktoś zainteresowany historią może zgłębiać jej tajniki wzdłuż, wszerz i wspak. Na profilu humanistycznym. Dzięki temu przybędzie nam uczniów, którzy rzeczywiście CHCĄ się danego przedmiotu uczyć, bo go WYBRALI i można od nich wymagać więcej. O wiele więcej. 
Oczywiście nie chcę powiedzieć, że historia jest głupia i nie trzeba się jej uczyć. Problem w tym, że przymusowymi lekcjami historii niczego nie zdziałamy. Weźmy choćby mój własny przykład. Chodziłam do liceum ogólnokształcącego i historii miałam w brud. Czy nauczyłam się czegoś szczególnego? Nie. Nauczycielkę miałam wspaniałą i historię uwielbiałam, ale lubiłam tylko i wyłącznie słuchać nauczycielki, bo ona faktycznie mówiła z pasją. Tymczasem sama uczyłam się wymaganego minimum i po wyjściu ze szkoły prawie niczego już nie pamiętałam. Gdyby spytać mnie o powstanie styczniowe czy listopadowe, zamilkłabym haniebnie. Czy to dlatego, że nauczycielka nie miała czasu mnie tego nauczyć? Nie. To dlatego, że sama się tego nie nauczyłam i podejrzewam, że już raczej się nie nauczę. Historii zaczęłam „uczyć się” jako dorosła już kobieta, bo wtedy zaczęły mnie te wszystkie zależności między światem dzisiejszym a najnowszą historią interesować.
I nie mówię tu, że jestem tak wspaniała, że trzeba brać mnie za przykład i obcinać lekcje historii. Jestem przeciętna i uczyłam się pewnie tak samo, jak większość dzieciaków. Dlatego niech nikt mi nie wmawia, że większa ilość godzin zmieni stan rzeczy. Nie zmieni. I pisałam już o tym tu. Trzeba samemu do wielu rzeczy dorosnąć. Kto dorośnie, nauczy się sam. Kto nie dorośnie, pozostanie historycznym głąbem i ignorantem całe życie i żadna ilość godzin historii w szkole tego nie zmieni.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Zastępstwa.


Istnieje taka wspaniała instytucja, którą uwielbiają wszyscy nauczyciele. Zastępstwa. Zwłaszcza jak się je ma z klasą, której się nie uczy, albo taką, w której uczy się tylko jedną z grup, bo ta druga ma angielski na poziomie podstawowym (odwieczna zmora anglistów). I co tu z takimi robić? Nie da rady realizować tematu, bo od razu są walki, komentarze, wrzaski i na nic zda się tłumaczenie, że w klasie rządzi nauczyciel. Jak się klasa zaprze, to pracować nie będzie i koniec, mogę sobie powpisywać uwagi i podzwonić do rodziców, którzy zazwyczaj mogą tyle samo co ja, i to w stosunku do własnego potomka, czyli nic. Wcale nie pomaga, jeśli nauczyciel, za którego mamy zastępstwo, coś klasie zadał. Część jeszcze coś robi albo przynajmniej udaje, ale część olewa to całościowo, bo na ocenie im nie zależy, a tak sobie to raczej robić nie będą. Zaczynają się rozmowy, hałas, uciszanie i tak w koło Macieju.
Nienawidzę zastępstw. Zwłaszcza z klasami mieszanymi albo z takimi, których nie uczę. Ale nawet te, które uczę, potrafią mi dać do wiwatu tak bardzo, że zaczynam puszczać w myślach co ciekawsze wiązanki.  Jest takie przekonanie, że zastępstwo to czas wolny. Siedzenie, gadanie, słuchanie muzyki. W sumie sama nie przepadam za przemęczaniem tych, z którymi mam zastępstwo. Zwłaszcza że nierzadko dla mnie samej jest to problem (jeszcze raz czepnę się klas mieszanych, gdzie musiałabym robić dwa zestawy pracy). Dlatego jak tylko mogę, puszczam im jakiś film. Z reguły jest dobrze. Jakoś tam się wciągają i przynajmniej nie mam chaosu. Z reguły. Ale i od reguły muszą być wyjątki.
Są osoby, którym nie pasuje wszystko. Bo oni nie rozumieją po angielsku, a te napisy tak szybko znikają (nigdy nie puszczam z lektorem, bo w minimalnym stopniu jednak słuchać muszą). Bo to głupi film jest i oni wolą sobie posłuchać muzyki. Bo to wszystko jest bez sensu i oni woleliby zwykła lekcję. A jak mówię, że w takim razie proszę wyciągać książki, cała szopka zaczyna się od nowa, bo ten angielski jest taki głupi i po co im to, i oni w ogóle nic nie chcą. Problem w tym, że kiedy tylko daję im w końcu ten czas wolny, bo dostaję szału, oni zaczynają jęczeć, że im się nudzi i chcą coś robić. Nie wiem, czego oni oczekują? Że przyprowadzę na zastępstwo grupę striptizerek dla panów, a chippendalesów dla pań? Że przygotuję dla każdego z nich osobne zadania, które dopasują się cudownie do ich humorów i możliwości? Że odgadnę ich myśli?

środa, 28 marca 2012

Po co komu projekt edukacyjny?


Jakiś czas temu do gimnazjów wszedł projekt edukacyjny. Obowiązkowy. Co to niby ma być?

Projekt edukacyjny jest to metoda nauczania, która kształtuje wiele umiejętności oraz integruje wiedzę z różnych przedmiotów. Istotą projektu jest samodzielna praca uczniów służąca realizacji określonego zadania. Projekt edukacyjny jest metodą efektywną i skuteczną bowiem rozwija wśród uczniów samodzielność, umiejętność współdziałania w grupie rówieśniczej, pobudza rozwój poznawczy i emocjonalny, rozwija zainteresowania, uzdolnienia i twórcze myślenie, a przede wszystkim umożliwia prezentację wyników własnej pracy. (opracowane przez panią Izabelę Górniak, oczywiście znalezione w sieci)

Tra ta ta ta. Wszystko można napisać, papier wszystko przyjmie. Ministerstwo jak zwykle wymyśliło sobie coś, co nijak nie przystaje do naszej rzeczywistości tylko dlatego, że jakieś tam badania nie wyszły im tak, jak by chcieli. Dodatkowo nie przygotowano nauczycieli do tego pomysłu w żaden sposób. Wszyscy (uczniowie też, żeby nie było) zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę, że niby tak łatwiej nauczyć się pływać.
Wymaga się od ucznia samodzielnej pracy, umiejętności pracy w grupie, przedstawiania wyników. Tylko szkoda, że przez tyle lat nikt ich tego nie uczył. I nagle, tak z marszu, mają wejść do gimnazjum i poradzić sobie z jakimś tam projektem. Doprawdy, szalone założenie. Oczywiście że zdolne i samodzielne dzieci jakoś sobie z tym poradzą, nie wątpię. Ale świat nie składa się ze zdolnych i samodzielnych, a reszta nie wie, o co chodzi.
Jak zwykle wszystko zostało zaczęte od tyłka strony. Najpierw reforma, zmiana, a potem niech sobie naród radzi. Przecież mamy doprawdy wielce zdolny naród. Tymczasem co chwila wychodzi jakiś gniot, z którym potem musimy sobie radzić i który przeklinamy, robiąc coś na pół gwizdka. Bo inaczej się nie da, bo nie da się dzieciaków nauczyć w tak krótkim czasie wszystkiego, co zostało przemilczane przez tyle lat. Efekty są opłakane.
Dzieciaki nie widzą sensu, nie są zainteresowane pracą, nie wiedzą, do czego ona ma prowadzić. Wiadomo tylko, że jest obowiązkowa, czyli z założenia zła, bo znowu ci głupi nauczyciele coś od nich chcą. Prawdę mówiąc, poza tym, co przeczytałam (a jest to doprawdy jakiś bełkot wtłoczony w piękne słowa), ja też nie rozumiem, czego się od nas oczekuje. I mam tu na myśli – od nas, nauczycieli.
Rzekomo mamy uczniów naprowadzać,  być dla nich mistrzami, którzy pokażą im właściwą drogę, a oni już sobie nią podążą. Sami. Tylko ciekawa jestem, jakim cudem, skoro przez tyle lat uczeni byli zależności od nauczyciela. Przecież oni nawet nie uczą się w domu sami, nie odrabiają zadań domowych (oczywiście nie wszyscy, ale po raz kolejny nie mówię tu o dzieciach zdolnych, a tych sprawiających problemy), a co dopiero zabrać się do takiej dodatkowej pracy, która jest nie wiadomo po co!
Efekt? Albo nauczyciel robi coś za tych uczniów, albo cała prezentacja (która z założenia jest pracą grupową) pada, bo ktoś tam czegoś tam nie przygotował i reszta uczniów jest pokrzywdzona. Oczywiście założenie jest takie, że nauczyciel tylko pomaga, a nie robi coś za uczniów, więc jednak prezentacja pada. Ci, którzy coś zrobili, czują się zawiedzeni, nauczyciel obwiniany jest za brak efektu (bo przecież on miał to wszystko ogarnąć i nikogo nie obchodzi, że niektórych nie da się zmusić do pracy) i wszystko się pier… psuje.
I po raz kolejny jest mi smutno i źle, bo odpowiadając na pytanie, zadane w tytule (na które teoretycznie powinnam znać odpowiedź, jako nauczyciel), muszę powiedzieć "nie wiem".