Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 stycznia 2015

Ateizm po polsku.


Ostatnio w TV obejrzałam reportaż pod tym właśnie tytułem. Wynikało z niego, że polski ateista jest konformistycznym i niezdecydowanym małym człowieczkiem, bo chociaż sam zdradza niechęć do religii i żadnych stosunków z kościołem nie utrzymuje to mimo wszystko dziecko i ochrzci, i na religię pośle, i komunię mu nawet wyprawi. Ci, którzy są nieco bardziej ekstremalni nawet tego nie robią i konsekwentnie trzymają swoje dzieci w religijnej niewiedzy.
No i teraz nadchodzi to, na co wszyscy czekają z zapartym tchem, czyli co myślę o tym JA, zapalona ateistka (choć nie apostatka, nie składa się, a powinnam to w końcu zrobić). Otóż zupełnie nie rozumiem takiego trwania w rozkroku pomiędzy byciem ateistą a chrzczeniem dzieci dla świętego spokoju. Dupa a nie ateista. To tylko ktoś, kto nie ma ochoty praktykować, ale zasady katolickie zakorzenione są w nim tak głęboko, że nie może przestać być katolikiem. Jak dla mnie taki człowiek nie może w pełni nazywać się ateistą, a jedynie kimś, komu z kościołem nie po drodze. I nie trafiają do mnie tłumaczenia, że jest ciężko, że nic nie jest czarno-białe. Nie jest, to prawda, ale mimo wszystko minimum konsekwencji by się przydało. Jak takie dziecko będzie wychowywane? Przez rodziców "ateistów" w wierze katolickiej? (bo do tego się zobowiązują na chrzcie rodzice chrzestni, a pośrednio i rodzice) Przykro mi, ale nie rozumiem.
Jest i taki pogląd, jaki zdarza mi się słyszeć wielokrotnie i jakiego doprawdy nie rozumiem. "Poślij dziecko na religię, co ci zależy, niech ma wybór." Jaki wybór ja się pytam? Między religią katolicką a katolicką? Nie pojmuję tej logiki. Gdyby jeszcze w naszym kraju uczono wiedzy o religiach to rozumiem - pozna dziecko, zrozumie, wybierze. Ale nauczanie jedynie słusznej religii i nazywanie tego wyborem to już przerasta moje granice pojmowania. Zaś chrzczenie dziecka dla spokoju babć i cioć to już doprawdy hipokryzja, która jest szeroko praktykowana według mojej wiedzy. No bądźmy poważni...
I na koniec taka mała dygresyjka. Moje dziecko na religię nie chodzi. Nie pozwalam. W tym czasie (dwa razy w tygodniu - sic!) wychodzi z paniami do innej sali albo na dwór. Nie żyje w zamknięciu, więc o religii wie, bo mówią o niej inne dzieci i jest wszechobecna wokół nas, ale specjalnie mu jej nie brakuje. Dziecko będzie się stykać z religią i wiarą choćby w czasie świąt, tego nie da się uniknąć, ale to nie znaczy, że powinnam zrezygnować z własnych przekonań. I nie, nie obrzydzam mu ani kościołów, ani księży, po prostu ignorujemy kwestie religii jak tylko się da, a w razie pytań tłumaczymy racjonalnie.
Tymczasem i nam zdarza się popełniać błędy. Otóż w ostatnim czasie i szale na Jasełka daliśmy się przekonać, żeby nasze dziecko również się w przygotowania włączyło. Biernie wprawdzie, ale też nie do końca mieliśmy wybór, bo próby i nauka kolęd odbywały się na zajęciach przedszkolnych, a nie tylko w czasie religii. I tak chcąc nie chcąc nasze dziecko śpiewa kolędy, a nawet było w Jasełkach tłem (pastuszkiem śpiewającym kolędy). Teraz wiemy, że to był błąd i nawet na to nie powinniśmy byli się zgadzać, ale stało się, za rok będziemy mądrzejsi.

sobota, 25 stycznia 2014

Wojna o gender.


Zacznę od tego, że do języka polskiego wkradła się kolejna angielszczyzna, czego nienawidzę. Rozumiem jednak, że pojęcie "płeć kulturowa" jest nieco za długie i kłopotliwe, dlatego też z braku laku używam tego jakże mądrego słowa. A teraz ad rem.
Otóż wojna o gender trwa w najlepsze, jakbyśmy nie mieli innych, bardziej realnych problemów. Dlatego też postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze. A to za sprawą pytania, które padło ostatnio - czy nasza szkoła uczy gender? Nie ważne jest, kto to pytanie zadał. Ważne, że odpowiedź brzmi "NIE". I teraz, prawdę mówiąc, zastanawiam się - dlaczego nie? Polecę za Wikipedią:
Gender to "suma cech, zachowań, stereotypów i ról płciowych przyjmowanych przez kobiety i mężczyzn w ramach danej kultury w drodze socjalizacji, nie wynikających bezpośrednio z biologicznych różnic w budowie ciała pomiędzy płciami, czyli dymorfizmu płciowego. Gender, czyli kulturowy komponent tożsamości płciowej, przekazywany jest poszczególnym jednostkom w sposób performatywny, czyli poprzez uczenie się, odgrywanie i powtarzanie zachowań innych osób tej samej płci. Na płeć społeczną składać się może np. sposób ubierania się, sposób zachowania, oczekiwane funkcje w ramach społeczeństwa, sprawowana władza itp." (podkreślenie moje)
Od dawna widzę dokładnie, że Polska jest państwem mocno patriarchalnym i każde odstępstwo od normy nie jest tu mile widziane. Jeśli kobieta bierze się za robienie kariery, a mężczyzna zostaje z dziećmi w domu to ona okazuje się być bezduszną, złą matką, a on spantoflałą karykaturą mężczyzny. Na półkach z zabawkami mamy oczywisty podział na chłopców i dziewczynki, który to podział widoczny jest nie tylko w kolorach (rurz, rurz, rurz :)), ale także w rodzaju zabawek. Bo przecież tylko dziewczynka może sprzątać pięknym, różowym odkurzaczem i gotować na różowo - żółtej kuchence. Chłopiec zaś zasuwa samochodzikami i strzela z jakże zaawansowanej broni, ewentualnie buduje. Dziewczynka też może sobie zbudować - różowy zamek... Jakoś nie widziałam, żeby ktoś wyprodukował stylowy, czarny odkurzacz z dodatkową miotełką, żeby pokazać chłopcom, że on też może ruszyć zadek i machnąć szczotą.
Oczywiście zmienia się to powoli, choć przynajmniej na lepsze. Wśród dorosłych jest moda na równy podział obowiązków w związku. Panowie coraz częściej podejmują się prac domowych i to niekoniecznie tych w zakresie przykręcenia śrubki. Paniom natomiast zdarza się odpocząć po męczącym dniu pracy. Problem polega na tym, że te zmiany następują baaaaaaaaaaaaaaaardzo powoli i w bólach, a przede wszystkim w konkretnych środowiskach. Podejrzewam, że nadal w większej części kraju zmywający czy robiący pranie mężczyzna jest jak Yeti.
I o tym mówi gender. Nie o przebieraniu chłopców w dziewczynki i vice versa. Nie o tym, że chłopcy mają stać się zniewieściali i ubierać spódniczki albo nosić biżuterię. Nie mówi też o tym, że mężczyźni nie mogą tego robić. Nie twierdzi, że dziewczynki mają stać się nagle owłosionymi prymitywami, które będą pierdzieć, palić i żłopać piwo przed telewizorem (przepraszam za stereotyp). Chodzi najzwyczajniej w świecie o to, żeby uświadamiać już od dziecka, że sprzątanie, pranie, opiekowanie się dzieckiem, praca zawodowa to coś, co powinno nas łączyć, a nie sprawiać, że chcąc nie chcąc przyjmujemy podział na role - pan i władca robi karierę, a kobieta sprząta, pierze, opiekuje się pociechą/ami, a w wolnym czasie machnie trzydaniowy obiadek. Oczywiście w tenże czas wliczona jest JEJ praca, bo ciężko wyżyć z jednej pensji. 
Stąd zostało ukute pojęcie "urlop macierzyński", który wprawdzie od pracy zawodowej urlopem w technicznym tego słowa znaczeniu jest, ale niektórzy wypierają ze świadomości fakt, że na tym "urlopie" kobieta zasuwa jak potłuczona, bo ma na głowie cały dom i nowo narodzone dziecko (pół biedy, jeśli tylko jedno i pierwsze, bo wtedy łatwiej). Stąd biorą się przekonania, że za tą samą pracę kobiety powinny dostawać mniejszą pensję, bo zawsze jest ryzyko, że zaciąży i zostawi firmę na lodzie. Innymi słowy - rola kobiety w społeczeństwie jest niedoceniana, bo przecież od zawsze było wiadomo, że bycie kurą domową to nie praca, a przyjemność (SARKAZM). I o tym traktuje gender. I tego boją się... właściwie kto się tego boi?
I tu chyba dojdę do sedna tego problemu. Bo przecież tak naprawdę to najgłośniej krzyczy kościół. Zdarza mi się oglądać jakieś tam wiadomości od czasu do czasu i właściwie jedyne osoby, które nader aktywnie angażują się w walkę z gender i które szukają w niej diabła to właśnie przedstawiciele kościoła. W mniejszym stopniu politycy. Oczywiście w pierwszym rzędzie broniących gender są feministki. I to też źle się kojarzy (nie bez powodu, wiem, ale to materiał na całkiem nowy post). Bo taka zagorzała feministka to samo zło - i aborcję przeprowadza, i stanikami gardzi, i męska jest bardziej niż sam Steven Seagal i Jean Claude Van Damme razem wzięci. No toż tak się nie godzi! Kobieta powinna być zwiewna  niczym łania, ładnie wyglądać i pachnieć, a ust lepiej nie otwierać, bo i tak nic mądrego nie ma do powiedzenia.
Czuję się feministką. Taką, która siedzi spokojnie na tyłku, nie pali staników, nie przeprowadza aborcji, ale swoje zdanie ma. I wyraża je - mniej lub bardziej głośno, zależy od okoliczności. I fakt, że nie ze wszystkimi akcjami feministek się zgadzam i popieram nie zmienia faktu, że uważam, że zmiany są potrzebne. I jeśli jedynymi osobami, które mają odwagę o nie zabiegać są te skrajne feministki, to ja się pod tym po cichutku podpisuję.
Dlatego właśnie uważam, że gender w swojej PRAWDZIWEJ, nie spaczonej ideologii powinien być wprowadzany w szkołach, przedszkolach, na studiach i wszędzie tam, gdzie ktoś ma szansę nauczyć się, że chwycenie w łapę odkurzacza nie jest kompromitacją, a kobieta tak samo pracuje i powinna tyle samo zarabiać co każdy inny CZŁOWIEK. Bo koniec końców wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi.

niedziela, 11 lipca 2010

Chrzest.


No i znowu rozgorzał we mnie temat kontrowersyjny, trudny, a to wszystko przez inne blogi. Nie będę tutaj przytaczać linków, bo za dużo tego było, ale ogólnie rzecz biorąc wszystkie te posty dotyczyły chrztu. No i tak pomyślałam, że wypowiem się po raz kolejny, żeby sobie ulżyć.
Młody nie jest chrzczony. Nie będzie chrzczony. Nie będzie chodził na religię, do kościoła, na pielgrzymki. Nie będzie miał nic wspólnego z kościołem, przynajmniej dopóki to my będziemy decydować za niego. Jak będzie dorosły to może sobie nawet księdzem zostać, ale chwilowo za jego wychowanie odpowiedzialni jesteśmy my, a oboje zdecydowaliśmy, że religia nam nie po drodze.
No i czytam w tych wszystkich postach, że ludzie mają wątpliwości, bo jak to tak nie chrzcić dziecka. A co powiedzą sąsiedzi, a co powiedzą rodzice innych dzieci, co powiedzą panie w szkole, w sklepie, na podwórku… A w dupie mam, co powiedzą inni. Ważne jest, co mówię ja, a ja twierdzę, że chrzczenie dziecka dla samej idei jest idiotyzmem.
Po pierwsze, nie za bardzo mam kogo wybrać na rodziców chrzestnych, ale to pewnie jakoś bym przeskoczyła. W końcu mam tam jakąś dalszą i bliższą rodzinę, ktoś by się w końcu nadał. Po drugie, kto by to dziecko uczył, chodził z nim do kościoła? Ja? Wolne żarty. Mój mąż? Nie rozśmieszajcie mnie. Chrzestni? Daleko by byli, a pewnie też by się nie pchali. Jak więc to tak? Ochrzcić dziecko, a potem zostawić to tak bez ciągu dalszego? Już sobie to wyobrażam. Przychodzi małolat do szkoły (chociaż w sumie to już w przedszkolu się zaczyna) i tam ksiądz pyta go o chrzest. Młody odpowiada: „ano tak, jestem ochrzczony”. Ksiądz: „No to powiedz nam chłopczyku „Ojcze nasz”.” Młody na to: „Nie umiem.” Oooo, już widzę, jak byłoby pięknie. Z pewnością obrazka w nagrodę by nie dostał. A tam przecież jest jakaś formułka, że zobowiązuję się wychowywac dziecko w wierze.
Dlaczego więc mam ochrzcić dziecko? Po to, żeby mu dodatkową krzywdę zrobić? Żeby przyszło kiedyś i zapytało „po co? dlaczego?”, skoro żadne z nas nie jest w stanie wychować go w wierze katolickiej… ba, w jakiejkolwiek wierze. Ktoś w takim razie powie: „A może kiedyś przyjdzie i zapyta, dlaczego nie?” To mu wtedy odpowiem. Logicznie, spokojnie wytłumaczę mu, że nie wierzymy, że nie chodzimy do kościoła, ale jeśli tylko będzie chciał, to po osiągnięciu pełnoletności proszę bardzo.
Nie powiem, że nie mieliśmy wątpliwości. Owszem, zastanawialiśmy się, jak to będzie, gdy inne dzieci będą chodzić na religię, pójdą do komunii, a on nie. Mam jednak wrażenie, że to, co robimy, jest słuszne, bo nikogo nie okłamujemy. Nie chrzcimy dziecka dla świętego spokoju, żeby tylko było jak inni. Nie pozbawiamy go niczego, bo przecież można przyjąć wiarę później, świadomie. I tu właśnie doszukuję się największego problemu i mojego negatywnego podejścia do chrztu i religii.
ŚWIADOMOŚĆ. Jaką świadomość ma dziecko, które chrzci się, gdy nie potrafi jeszcze mówić (a nawet jak potrafi, to niewiele)? Ok., wtedy to my nakładamy na siebie obowiązek czuwania nad jego wychowaniem w wierze, więc spoko. Ale w czasie komunii świętej dziecko wybiera już samo. I to jest dla mnie wielka pomyłka. Dziecko ośmioletnie nie potrafi podejmować tak wielkich decyzji, jaką jest świadome wybranie wiary. Idzie jak owieczka, tam gdzie wszyscy. Nie rozumie do końca, o co chodzi i co tak naprawdę się dzieje. No tak, pięknie jest usłyszeć z małych usteczek, że przyjmuje pana Jezusa do swojego serduszka, ale co tak NAPRAWDĘ to dziecko z tego rozumie? Śmiem twierdzić, że nic.
Czy ktoś pamięta swoją komunię? Ja tak. I choć byłam wychowywana w wierze, biegałam na lekcje religii i wierzyłam mocno i ślepo, to sprawy komunii nie potrafiłam pojąć. Owszem, mówiłam te wszystkie piękne formułki, jak ta o przyjęciu do serca pana Jezusa, ale w rzeczywistości myślałam o pięknej sukience, wypasionych prezentach i gościach na przyjęciu. Do spowiedzi poszłam, bo mi kazali. Nie rozumiałam, co ja mogłam zrobić takiego strasznego, że miałabym się z tego spowiadać. W gruncie rzeczy wymyślałam „grzechy”, żeby nie stać tam jak kołek. I jeśli ktoś twierdzi, że on to w wieku 8 lat był nad wyraz rozwinięty i wszystko rozumiał, a do tego czuł wspaniałość tego momentu to proszę wybaczyć, ale jakoś nie za bardzo mam ochotę mu wierzyć. 
Świadomy wybór to ja podjęłam dopiero w kwestii bierzmowania i choć pewnie nie powinnam się do tego przyznawać, bo to szczyt hipokryzji, ale przyjęłam je tylko i wyłącznie dlatego, żeby potem móc kroczyć w białej sukni do ślubu. Nie miałam już wtedy z Bogiem po drodze. Nie powiem, że nie jestem z siebie dumna, tak po prostu wyszło. Natomiast teraz już bardzo świadomie mówię religii nie pod każdą postacią. Nie wzięłam w końcu tego ślubu kościelnego, nie kroczyłam w białej sukni, bo moja hipokryzja osiągnęłaby gigatnyczne rozmiary (rozumiem w wieku 16 lat mieć marzenia i zrobić głupotę, ale to samo w wieku lat 25 zakrawa na śmieszność). Nie chodzę do kościoła, nie zwracam się do ksiądza per „proszę księdza”, a do siostry zakonnej per „proszę siostry”, tak jak oni nie zwracają się do mnie per „pani profesor” czy „pani nauczycielko”. Mówię „proszę pana” i „proszę pani”, a do znajomych księży czy sióstr po imieniu. Nie umiałabym wychować dziecka w wierze, ucząc go klepania modlitw, nie umiałabym chodzić z nim do kościoła, żeby mógł się przez godzinę wynudzić.
I właśnie dlatego nie będę chrzcić dziecka. 

niedziela, 13 czerwca 2010

Oszukani.


No i znowu na początek mała prywata :) Dziękuję tym kilku osobom, które postanowiły coś poradzić na moją ostatnią chandrę. Dziękuję za komentarze. Była Was trójka, wobec czego wymienię Was z  "imienia": anulla, Astrid i pisacje. Dziękuję i pozdrawiam. Na razie niczego nie kasuję, z powrotem nabrałam wiatru w swe skromne skrzydła i piszę, piszę, piszę :) A teraz do rzeczy.
Ostatnio widziałam w TV historię ludzi pokrzywdzonych przez dyrektorkę szkoły. Nauczyciele i pracownicy, wierząc, że każdy z nich jest jedyny, pobrali dla pani dyrektor pożyczki. Potem owa pani się na nich wypięła, a pożyczkobiorcy zostali z długami poważnie przekraczającymi ich możliwości finansowe. Przypomniało mi to historię sprzed kilku lat. Sytuacja niemal ta sama, ale tym razem goleni byli parafianie, bo kaski zachciało się księdzu. Chodził po domach (a możliwości miał nieco większe niż pani dyrektor) i namawiał ludzi na branie dla niego kredytów. Oczywiście owieczki wierzyły księdzu, bo jak tu księdzu nie wierzyć???!!! [sic!] Ludzie pobrali kredyty, a księżulo zniknął i zostawił owieczki z długami. Nie wiem, czy pani dyrektor została zainspirowana rzeczonym księdzem czy też sama wpadła na doskonały pomysł wzbogacenia się małym kosztem i nie tym mam zamiar się zająć.
Przeraża mnie natomiast głupota tych ludzi, którzy pobrali kredyty, a teraz płaczą. Lecą do TV zamiast siedzieć w domu i przełykać łzy wstydu. Wprawdzie ludzie twierdzą, że to nie oni muszą się wstydzić tylko te potwory, co ich skrzywdziły (równam tutaj historię dyrektorki i księdza, bo zamierzam pojechać po wszystkich ofiarach po równo), ale chyba oczywiste jest, że trzeba być bardzo dziwnym człowiekiem, żeby aż tak zaufać tym ludziom.
Po pierwsze, kult księdza w naszym kraju. Przecież ksiądz nie może mnie okłamać, skrzywdzić, omotać, zbałamucić. Bo co? Bo jest nadczłowiekiem? Bo w seminarium istnieją specjalne testy na uczciwość i prawdomówność, dlatego właśnie z tych placówek wychodzą ludzie tylko i wyłącznie czyści w sercu i na duszy? Czy może coś mi umknęło? Póki co chyba jednak nic mi nie umknęło i mam wrażenie, że ksiądz taki sam człowiek jak ja czy mój sąsiad. Niektórzy są dobrzy, chcą pomagać i martwią się o swoje owieczki, a inni chcą je golić. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Księdza powinno się traktować jak każdego innego człowieka. Słuchać, szanować, ale ufać mu z rozwagą. Czy gdyby do tych ludzi przyszedł dobrze im znany sąsiad i poprosił o gigantyczną pożyczkę, jemu też tak chętnie pobiegliby do banku? Jakoś wątpię. Dlaczego więc polecieli księdzu?
Z drugiej strony pani dyrektor szkoły. Na wsi. Po kilku innych osobach, jak proboszcz czy komendant straży pożarnej najważniejsza i najbardziej poważana osoba. I ci nauczyciele i pracownicy są podobno straszeni zwolnieniami (oczywiście subtelnie i aluzyjnie). Biorą te pożyczki, bo pani dyrektor ładny dom ma, to ją stać na zapłacenie tych rat. Trochę płaci, całkiem jak ksiądz, po czym płacić przestaje i zostawia ludzi z długami. Nie jej małpy, nie jej cyrk.
No i tu dochodzę do sedna… Jak tak można??? Co ci ludzie myśleli, biorąc pożyczki dla tej dwójki? Co im chodziło po głowie, że podjęli akurat takie decyzje? Nie mogę bliżej odnieść się do sprawy księdza, bo niewiele mam z kościołem wspólnego, ale pracuję w szkole i mam dyrektorkę. Nie prosiła mnie ona nigdy wprawdzie o pożyczkę, ale załóżmy, że kiedyś by to zrobiła pod groźbą zwolnienia. Załóżmy, że pracowałabym wtedy na wsi, gdzie o pracę trudno. Co bym zrobiła? Mogłabym odmówić, ona by mnie zwolniła, ja bym poszła do sądu pracy, ale szantaż trudno udowodnić. Jej słowo przeciwko mojemu. I co? Wystarczyłoby nagrać rozmowę pomiędzy mną a panią dyrektor, jak to subtelnie i aluzyjnie daje mi do zrozumienia, że może mnie zwolnić jeśli nie załatwię jej kasy. Są dyktafony, telefony, mp3-ki, cuda wianki.
Przykro mi, nie rozumiem tych ludzi. Nie rozumiem, dlaczego decydują się na takie kroki. Nie rozumiem, dlaczego ślepo ufają obcym sobie ludziom. Nie rozumiem, co nimi kieruje. Wiem, że jeśli biorę duże kredyty na siebie, to sama jestem sobie winna, że wydałam te pieniądze na siebie i coś z tego mam (nie ważne, czy były mi potrzebne na leczenie czy na własne przyjemności). Natomiast branie pożyczki na kogoś… w grę wchodzi chyba tylko najbliższa rodzina, której ufam, nigdy obcy. A jednak ksiądz czy pani dyrektor to ludzie dla mnie obcy…

czwartek, 2 lipca 2009

Religia.

No i pech chciał, że w końcu muszę wyrzucić z siebie to, co myślę na temat religii. Zwykle rano czytam wyróżnione posty na onecie, a tym razem rozgorzała dyskusja na temat ocen z religii wliczanych do średniej, dlatego mną tak tąpnęło.
Otóż jak dla mnie wiara to indywidualna sprawa każdego człowieka. Wszędzie... ale oczywiście nie w Polsce. W takim kraju żyjemy, że co krok napotykam jakieś symbole religijne, kościoły, kaplice, a wszystko to należące do jednej tylko religii. Smutne to chyba... 
Dorastałam w czasach, kiedy religii uczono w salkach katechetycznych przy kościele, bo o wprowadzeniu jej do szkół jeszcze nikt nie myślał. I tak było dobrze, i po co było to zmieniać. Pamiętam, że z radością biegłam na katechezę, bo było to coś innego. Wszystko zepsuło się, gdy zaczęli KAZAĆ chodzić mi na religię. Nadal trochę mi się podobało, ale już mniej. Potem dorosłam, zaczęłam samodzielnie myśleć, wyciągać wnioski i wyciągnęłam wniosek o odejściu od kościoła. Od jakiegokolwiek kościoła.
Teraz, kiedy myślę o moim dziecku i wychowywaniu go w ateiźmie, coraz bardziej przeraża mnie "religijność" Polaków, przejawiająca się głównie w indoktrynacji. Bo jak inaczej nazwać fakt, że religia wprowadzana jest już na poziomie przedszkoli, że w szkołach właściwie obowiązkowa jest religia, bo znaleźć szkołę, gdzie prowadzone są zajęcia etyki to można co najwyżej pomarzyć. Przeraża mnie świadomość, że będę musiała wychowywać dziecko w cieniu tego wszystkiego, bo nie będę posyłać go na lekcje religii. Jaką będzie miało alternatywę? Siedzenie w czytelni czy świetlicy, bo przecież nie zawsze religię da się włożyć na pierwszą czy ostatnią lekcję. Nie chcę tego... ale nie mam nic do gadania, bo nie ja decyduję. Niestety decyduje rząd, który w tym względzie ma coraz "ciekawsze" pomysły podlizania się kościołowi, a ja nawet nie wiem dlaczego.
Za każdym razem, kiedy o tym pomyślę, słabo mi się robi.