Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 lutego 2012

Tramwajowe młodzieży rozmowy i znak czasów.


Ostatnio zdarzyło mi się kilka razy jechać w tramwaju. To wprawdzie nic dziwnego, ale ogólnie rzecz biorąc nie zdarza mi się zbyt często. A że miałam akurat humor na podsłuchiwanie i obserowanie ludzi toteż skrupulatnie wykorzystałam sytuację. I oto, co usłyszałam (mniej więcej).
Czterech przedstawicieli młodzieży licealnej (wiek około 16-17 lat), jeden chłopak i trzy dziewczyny. Rozmawiają o wielu rzeczach, ale mój słuch przykuł fragment o komunii.

D1: A wiecie, co moi rodzice kupili mojej kuzynce na komunię? Najnowszy model (tu pada nazwa telefonu, nie znam się, więc nie pamiętam) za prawie dwa tysiące i jeszcze dają kasę. No ale oni są rodzicami chrzestnymi. Chciałam jej zabrać i podłożyć swój, ale za bardzo porysowany, skapnęłaby się. 
Ch: No dajcie spokój, za naszych czasów to się takich rzeczy nie dostawało. Ja na przykład dostałem nowy telewizor, komputer i trochę kasy.
D2: No ja też raczej kasę.

Zatkało mnie. Co miałabym powiedzieć tym dzieciom w tym innym świecie, w którym żyją? Że ja dostałam trochę biżuterii, trochę pieniędzy i biały zegarek z długopisem i kalkulatorem (swoją drogą to było moje marzenie :))? Że dostanie roweru (to też było moje marzenie, ale poza zasięgiem) było szczytem możliwości? Że ktoś, kto miał rower, szpanował przed wszystkimi w klasie? 
Taki widać znak czasów.

P.S. Żeby nie było to wyjaśniam, że nie byli to puści przedstawiciele swojej społeczności. Rozmawiali na wiele tematów i to wcale nie głupio. Po prostu akurat ten temat przykuł moją uwagę i zapadł w pamięć.

czwartek, 29 lipca 2010

Magiczny guziczek.


We Wrocławiu są pewne autobusy nazywane niskopodłogowymi. Tak, wiem, że i w innych miastach się zdarzają, ale to mnie akurat chwilowo nie interesuje. Autobusy te są wspaniałym wynalazkiem zarówno dla osób niepełnosprawnych, jak i dla matek z dziećmi, a czasem nawet staruszek. Dwie z tych trzech sytuacji mam na co dzień (niepełnosprawny i matka z dzieckiem), tak więc mogę się do nich odnieść. W tych cudownych autobusach jest pewien magiczny guzik, który do ekstazy doprowadza wyżej wymienionych. Jest to mianowicie guziczek pokazujący człowieka na wózku, bądź też wózek z małym dzieckiem (albo są nawet dwa guziczki, wersja full wypas). Do czego ten magiczny guziczek służy? Ano do tego, żeby łaskawy kierowca w odpowiednim momencie mógł zniżyć poziom autobusu i ewentualnie otworzyć klapę, która dodatkowo ułatwia wchodzenie i wychodzenie z pojazdu. I tu zaczyna się problem. O ile z niepełnosprawnym nie ma jednak problemu, bo on po prostu nie wyjedzie, jeśli klapa nie będzie otwarta, bo wózek elektryczny silniczka do latania nie ma wbudowanego, o tyle już z wózkiem dziecięcym jest zgoła inaczej, bo ten ma wbudowaną matkę, która może wózek przez trudy życia codziennego pchać. I właśnie o tym będzie dzisiejszy post, obdarzony jakże rozwlekłym wstępem.
Mam nieodparte wrażenie, że ten wbudowany mechanizm sprawia, że kierowcy olewają sprawę udogodnień, wdrożonych między innymi właśnie dla matek z dziećmi, a raczej z wózkami. Zdarza mi się jeździć po Wrocławiu dość często. Może nie tak często, jak wtedy, gdy potomka nie było jeszcze na świecie, ale jednak stosunkowo często, zwłaszcza tą letnią porą. Z oczywistych powodów wybieram raczej autobusy oznaczone magiczną „N” – ką. I tu zaczyna się droga przez mękę. Mogę zrozumieć, że kierowca nie widzi tej chabety, którą potocznie nazywa się wózkiem, na przystanku, kiedy potok ludzi zalewa mu widok. Ok., niech będzie, jakoś do tego autobusu wchodzę, sama bądź z pomocą jakiegoś mile umięśnionego pana. Ale w autobusie już mam uśmiechniętą mordkę, bo przecież jest ON. MAGICZNY GUZICZEK! I już wiem, że nic nie przeszkodzi mi w wygodnym i wielkopańskim wyjściu z tegoż autobusu.
Nieco przed swoim przystankiem wciskam magiczny guziczek, zapala się światełko. Pan kierowca już wie, że trzeba obniżyć autobus. Zatrzymuje się na przystanku, otwiera drzwi, jeszcze przez parę sekund czekam… i nic. Nie ma obniżenia, nie ma uroczystego wyjmowania klapy (no dobra, tego nie oczekuję). Muszę prosić kolejnego umięśnionego pana, żeby mi pomógł. I gotuje się we mnie. Bo jak to tak? Guziczek wciśnięty, wózek przygotowany, pan kierowca poinformowany, a tu dupa. W trakcie swoich podróży JEDEN raz zdarzyło mi się, że kierowca zareagował na magiczny guziczek. Powtórzę: JEDEN RAZ. Na te kilkadziesiąt, kiedy zdarzyło mi się jechać. Dlaczego tak się dzieje? Nie wiem. Może wszystkie inne autobusy tak naprawdę miały zepsuty ten guziczek? Może kierowca ma mnie w dupie? Może jest jeszcze inny powód, o którym nie wiem.
Nie dalej jak wczoraj jechałam w autobusie z niepełnosprawnym. Pan kierowca ładnie autobus obniżył i przybiegł, żeby klapę otworzyć. Potem tenże niepełnosprawny nacisnął guziczek i pan kierowca po raz kolejny przybiegł radosny jak skowronek, żeby mu pomóc. Myślę sobie: dobrze jest. Znaczy, że magiczny guziczek działa, obniżanie działa i mi też obniży. Dojeżdżam do swojego przystanku, więc wciskam guziczek, autobus się zatrzymuje… i kolejny raz nic. Kierowca olewa mnie ciepłym moczem. Tak więc gramolę się z Młodym z pomocą umięśnionego pana, bo krawężnik za nisko i pewnie Młody by wypadł bez pomocy, jakbym go tak przechyliła. WHY???!!!
Również wczoraj zostałam opieprzona i pouczona przez pewnego pana, jak z autobusu wynosi się wózek. Okazało się, że pan jest ekspertem, tyle że w tym wszystkim był jeden problem – kierowca nie obniżył autobusu. Nawet mnie ten pan pouczył, że jestem w dużym mieście, a nie u siebie na wsi i tutaj w autobusach są magiczne guziczki. Powiedziałam mu, że wcisnęłam i zostałam zignorowana przez kierowcę, ale na pana ten argument nie podziałał i nadal udzielał mi światłych rad, jak mam wynosić wózek z autobusu.
Dlaczego kierowcy olewają magiczny guziczek? Dlaczego nie obniżają autobusu, kiedy go naciskam i daję do zrozumienia, że potrzebna mi pomoc? I ostatnie pytanie: dlaczego nie awanturuję się, kiedy tak się dzieje? Na to ostatnie mam odpowiedź: bo nie jestem asertywna. Nie umiem się domagać swoich praw, nie umiem opieprzyć pana kierowcy, że nie obniżył mi autobusu, chociaż od czegoś te guziczki są. Nie umiem być „tą wredną babą”, która się wykłóca. Nie umiem… Może czas się nauczyć…

wtorek, 15 grudnia 2009

Zmiany.


Niektóre zmiany są dobre, niektóre nie. Jakoś tak szczęście miałam w życiu, że zdarzały mi się raczej te dobre. A nawet jak na pierwszy rzut oka było źle, to potem okazywało się, że jednak na dobre wyszło. No i dzisiaj napiszę właśnie o tych dobrych, bo jedna z takim dobrych zmian właśnie niedaleko mnie leży i jeszcze nie domaga się jedzenia :)
Pierwsza wielka zmiana w moim życiu to była przeprowadzka do Wrocławia na studia. Nigdy tego nie żałowałam. Nienawidziłam swojego miasta i w ogóle mi go nie brakuje. Za to Wrocław kocham niezmiennie już od dziesięciu lat. To moje miasto. Miasto, które kocham z całego serca i które nie przestaje mnie zadziwiać. Za każdym razem, kiedy idę przez Rynek, zachwycam się nim tak samo, jak to było po raz pierwszy. Za każdym razem od nowa odkrywam ZOO, budynek uniwersytetu, Ostrów Tumski, nawet okolice dworca głównego, jakkolwiek obleśne by nie były. Choćby zima. Nienawidzę tej pory roku, a jednak kiedy tylko jestem na Rynku i widzę te wszystkie dekoracje i światełka to łza mi się w oku kręci. Że można tak cudnie, że wszystkie brudy znikają, że wszystko tak ładnie się świeci. Niewiele było takich miast w moim życiu.
Drugą zmianą było poznanie mojego męża. Było to w czasach, gdy znajomości internetowe były rzadkością, a już internetowe miłości były ogóln atrakcją. Poznaliśmy się na czacie i jakoś tak poszło. Spotkaliśmy się w końcu, zamieszkaliśmy razem, wzięliśmy ślub i żyjemy sobie w całkowitej harmonii. Nie jesteśmy od siebie uzaleznieni, ale też nie lubimy się rozstawać. Przez ostatnie niemal dziewięc lat nie byliśmy osobno dłużej niż kilka dni. Ostatnio jednak zdarzyło nam się dwutygodniowe rozstanie. Niezaplanowane, niechciane, koszmarne. Wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, jak bardzo wielką domatorką jestem, jak bardzo brakuje mi mojego męża, jak tęsknię za wszystkim co znane, domowe, kochane. Tęsknota to ogromna siła.
I w końcu ostatnia zmiana… Zdarzył nam się syn. Syn, który według USG miał być córeczką :). Jest jednak Adam i dobrze nam z tym. Teraz cały świat kręci się wokół niego. To on wyznacza rytm dnia, on narzuca plany, on dyktuje warunki. Jest kolejnym mężczyzną mojego życia, a nie da się ukryć, że mój dom został zdominowany przez mężczyzn. Jest mój mąż, kocur, a teraz doszedł syn. No cóż, taki już mój los.
Wraz ze zmianą rodzinną zmieni się też blog. Jakżeby inaczej, skoro sprawy szkolne są już nieco daleko ode mnie. Są już nieważne, bo mnie tam nie ma i nie mam zamiaru zadręczać się problemami, które mnie chwilowo nie dotyczą. Zacznę za to pisać o wszystkim, co ma związek z dziećmi. Mam nadzieję, że nie będzie nudno i monotematycznie, ale nawet jeśli będzie… To MÓJ blog :).