Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lipca 2015

Pomysły pani minister.


Gdybym nie została poniekąd poproszona o napisanie tego postu, pewnie nigdy bym się do niego nie zabrała. Przykro mi, ale treść tych tematów przekracza moje granice pojmowania i zupełnie nie wiem, jak się do tego wszystkiego odnieść. Jednak spróbuję.
Otóż zacznijmy od tego, że pani minister edukacji narodowej, niejaka Joanna Kluzik Rostkowska, od wielu miesięcy twierdzi i powtarza, że na sercu jej leżą sprawy uczniów. Wszystko chce dla nich zrobić, serce i duszę oddała tym biednym dzieciom dręczonym przez złych nauczycieli i bezlitosny system. Doprawdy, moje wzruszenie tutaj się zaczyna. Nie dosyć, że ustawa o systemie oświaty ma służyć uczniom, to jeszcze Karta Nauczyciela też ma służyć uczniom. Łkam już w kąciku ze wzruszenia. No i na koniec rozmowy ze związkowcami, a konkretnie z prezesem Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomirem Broniarzem, wiceprzewodniczącą Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ "Solidarność" Teresą Misiuk i przewodniczącym Branży Nauki, Oświaty i Wychowania Forum Związków Zawodowych Sławomirem Witkowiczem okazały się być wielką walką o ucznia, bo (i tu walnę cytat, bo nie zdzierżę) "Mnie zależy na dobru dziecka, a państwu zależy na pieniądzach" (by Joanna Kluzik Rostkowska). No cóż, sprawdźmy, jak bardzo w swojej trosce posunęła się pani minister w tworzeniu tematów do dyskusji. 
Było ich pięć, postaram się dokładnie przeanalizować każdy z nich, a nie będzie to łatwe.

Dyrektor szkoły – nauczyciel, urzędnik, manager, wykonawca poleceń? – autonomia i kompetencje dyrektora, sposób wyboru.
No tak, rola dyrektora w szkole rzecz ważna. Do tej pory dyrektor nie wie, jak się nazwać i jak się określić, co znacznie wpływa na ucznia, który jest zupełnie zdezorientowany w obecności dyrektora, który może być nauczycielem, a w następnej chwili bezlitosnym urzędnikiem, a już jak zacznie wykonywać czyjeś polecenia to umarł w butach. Doprawdy, rola dyrektora w szkole jest od dawna określona i mimo że istnieją pewne problemy w tej kwestii to omawianie ich i robienie z tego wielkiego halo to już lekka przesada.

Kierunek: potrzeby dzieci. Kształcenie przyszłych nauczycieli. Co warto zmienić?
Kiedy nauczyciele chcieli rozmawiać o tym, że szkolenie przyszłych kadr ma wielkie braki i może powinno się zmienić nieco profil, pani minister nie była zainteresowana. Nie tym tematem, w ogóle nie była zainteresowana rozmową. Teraz nagle chce o tym rozmawiać, i to ze związkowcami. Niewłaściwy czas na właściwy temat. Może i dyskusja pomoże uczniom, ale na pewno nie jest to właściwy moment na takie rozmowy (kilka miesięcy przed wyborami, doprawdy). Temat ważny, ale na inny czas. Spokojny, stabilny czas (tylko że wtedy pani minister nie będzie chciała z nami rozmawiać).

Dlaczego uczniowie muszą brać korepetycje? Szkoła sprzyjająca rozwojowi ucznia – rola rodziców, nauczycieli, dyrektora.
A to już jest mega bezczelność, żeby wywalać takie działa. Problem korepetycji istnieje, ale obawiam się, że w większości nie jest to problem szkoły. Ostatnio nawet miałam taką sytuację, a właściwie dwie.
1. Uczeń ma problemy z nauką. Proponuję mu konsultacje, spotkania, pomoc (takie "szkolne korepetycje" i to nawet całkiem darmowe), ale uczeń nie przychodzi. Potem przychodzi matka i narzeka, ile to pieniędzy musiała utopić w korepetycjach. Nie zdzierżyłam, skomentowałam, że jakby chciał, to i w szkole by sie nauczył, bo możliwości jest wiele. Może mnie nie lubił i nie chciał się ze mną uczyć - nie ma sprawy, nie jestem jedyną anglistką, a i na takie sytuacje nie mam wpływu. Pomoc mógł otrzymać, nie był zainteresowany.
2. Uczeń był słaby, nie jakiś totalnie olewacki, ale problemy miał. Nagle zaczął się wybijać, idzie mu świetnie i w ogóle cud, miód i orzeszki. Co też się stało? Poszedł na korepetycje? Otóż nie, zaczął się uczyć (i wiem to od niego samego).
Korepetycje bierze się z dwóch powodów - albo uczeń sobie nie radzi, albo chce więcej. W pierwszym przypadku w większości szkół po to są nauczyciele i  ich konsultacje, żeby pomagać. Z doświadczenia wiem, że niemal nikt na te zajęcia nie przychodzi (chyba że chce poprawić sprawdzian). W drugim przypadku też często (choć nie zawsze, rozumiem) są w szkole zajęcia dodatkowe, rozwijające zainteresowania i jeśli ich nie ma albo są niewystarczające, to decyzja rodziców, żeby posłać dziecko na korepetycje. Nic mi do tego, że ktoś chce, aby jego dziecko było jeszcze lepsze. Sama chodziłam z tego powodu na korepetycje i do głowy mi nie przyszło, żeby obwiniać szkołę, że nie uczy mnie więcej, bo nie byłam jedyną uczennicą w klasie, a nie wszyscy chcieli więcej.
Także najpierw radzę się zastanowić, co chcemy powiedzieć i osiągnąć, a potem peplać i dawać do dyskusji tak niepoważne tematy.

Dni wolne od nauki, niewolne od opieki – jak szkoły radzą sobie z obowiązkiem zapewnienia opieki uczniom w trakcie m.in. przerw świątecznych.
NAPRAWDĘ???!!! Po tej burzy, która rozpętała się w zeszłym roku teraz nagle pani chce rozmawiać, i to ze związkowcami? Po co, pytam? Szkoły się dostosowały, sama pani tak twierdziła, teraz nagle wymaga to dyskusji?
Już pomijam drobny fakt, że sam temat jest idiotyczny, bo szkoła to nie jest miejsce, w którym zapewnia się opiekę, a w którym się uczy. No ale rozumiem, że sześciolatka ciężko zostawić samego w domu (jako siedmiolatka sama zostawałam, więc się nie wypowiem już nawet na temat braku samodzielności w dzisiejszych czasach). Dlatego właśnie szkoły (bardzo często bez żadnych odgórnych nakazów) oferowały opiekę. Tyle że zmuszanie do tego cyrku dyrektorów i nauczycieli na niemal każdym poziomie (szkoły ponadgimnazjalne nie są wliczone, ciekawe czemu, skoro są tam niepełnoletnie dzieci? - i tak, to był sarkazm) to już lekka przesada.
I dla tych, którzy chcą mnie ukamienować mam propozycję - niech szkoła będzie otwarta 24/7/365. Nie ograniczajmy się do Wigilii czy dni między świętami. Bo przecież jakiś rodzic może mieć nocne zmiany i co wtedy z dzieckiem zrobi? Ktoś może mieć dyżur w święta (jakiś strażak czy inna pielęgniarka) i co wtedy z maluszkiem? Naprawdę, rozszerzmy działalność szkoły, nie pozwólmy się robić w konia głupim, leniwym nauczycielom. Niech pracują nieroby 24/7, żeby pomóc dzieciaczkom, wtedy na pewno będzie lepiej. 

Nauczyciel – przyjaciel, mistrz, wychowawca, współczujący obserwator? Jak pomóc nauczycielom w wypełnianiu tej roli? Szkoła wolna od przemocy, przyjazna, bezpieczna, czyli jaka?
To jedyny temat, który uważam za godny dyskusji. Problem polega na tym, że ta dyskusja już ma miejsce. Jest wiele programów, projektów, które są w szkołach wdrażane i to bez "pomocy" pani minister. Oczywiście dobrze, żeby nie były to wyjątki, ale reguła, tyle że jest to jeden z pięciu tematów, na który warto rozmawiać. To trochę za mało.

Dlatego właśnie uważam, że coś tu nie gra.
Pisząc tego posta korzystałam z informacji z tego artykułu.
 

czwartek, 26 marca 2015

Realizacja podstawy programowej.


Do polskiej szkoły weszło coś, co nazywa się podstawa programowa. Nie powiem, założenia są słuszne i piękne, przeczytałam i zgadzam się w 100%. No ale jak można coś schrzanić to trzeba to zrobić.
Jak według mnie powinno być:
Bierzemy założenia podstawy, realizujemy ją sobie we własnym tempie i we własnych możliwościach (a technicznie to w tempie i możliwościach naszych dzieci). Mogę zrobić więcej, mogę zrobić mniej, byle bym zmieściła się w minimum. Jeśli klasa trudna, to robię miliony ćwiczeń i przechodzę z nimi tylko przez podstawę. Jeśli klasa zdolna, to przelatuję podstawę i poszerzam wiadomości według chęci i potrzeb.
Jak jest:
Minimum programowe trzeba przerobić i nie ma tu dyskusji. Ale na "przerobienie" nie składają się treści, a ilość godzin. Czyli jeśli mam wyrobić 220 godzin przez  trzy lata (tyle mniej więcej wychodzi, ale to też zależy jak się podzieli godziny pomiędzy języki) to tyle ma być. Ni mniej, ni więcej. Czyli jeśli mam klasę lotną i materiał przerobię w 150 godzin to nie ważne, podstawę mam niewyrobioną (i to jest ważne, bo nie mówimy tu o poszerzaniu, ale o podstawie, czyli o tym minimum). Jeśli zaś potrzebuję na wyrobienie minimum 300 godzin, to też ich nie dostanę, bo 220 ma mi wystarczyć. 
I teraz nauczyciele i dyrektorzy szaleją, bo jakiś przedmiot ma za mało godzin i trzeba na gwałt organizować uzupełnienia (które czasami w ogóle nie są potrzebne w kontekście materiału). Z kolei na przykład godzina wychowawcza (która na trzy lata ma przewidziane 90 godzin) z reguły już w drugiej klasie ma około 120 (wszelkie wyjścia, klasowe wigilie i inne imprezy się w to wlicza). Ale nie można "wymienić" jakiegoś przedmiotu na inny, więc wychowawcza ma sporą nadprodukcję, podczas gdy angielski leży i kwiczy. 
Tak to właśnie realizuje się w polskiej szkole.

niedziela, 1 marca 2015

Darmowy podręcznik w gimnazjum.


I oto stało się - darmowy podręcznik wchodzi do gimnazjum. Już kiedy myślałam, że większych bzdur nie da się wyprodukować, ministerstwo udowodniło mi, jak małej wiary człowieczkiem jestem. Niby wiedziałam, że kiedyś to nastąpi, ale jednak wierzyć mi się nie chciało. Teraz przyszła koza do woza i darmowy podręcznik puka i do moich drzwi.
Żeby być dokładnym i nie wprowadzić czytelnika w błąd - darmowy podręcznik nie wygląda bynajmniej tak samo, jak w podstawówce. Nie dostaniemy ministerialnego gotowca. Dostaniemy dotację. Czyli nadal będziemy mogli wybierać swoje własne podręczniki według własnego widzimisię, ale w ramach dotacji rządowej. Zanim jednak przejdę do samej dotacji, która sprawila, że mózg mi uszami wypłynął i zapłakałam w kąciku nad rządową hojnością, napiszę co zmienia się w podręcznikach (z racji posiadanych sprawdzonych informacji odniosę się tylko do podręczników z angielskiego).
Po pierwsze primo nie można po podręczniku pisać. To dosyć jasne, jako że ma on być wieloletni. Starczyć ma ni mniej ni więcej jak na trzy lata. Czyli każda kolejna klasa pierwsza będzie dostawać ten sam podręcznik w latach 2015/16, 2016/17, 2017/18. We wrześniu podręcznik jest wypożyczany, w czerwcu oddawany. Sprawa jasna i przejrzysta jak dzisiejsze słońce. Tylko jak tu rozwiązywać ćwiczenia choćby ze słuchu, skoro w książce pisać nie można? Ano w zeszycie. Przepisać i rozwiązać. Każde kolejne ćwiczenie. No tak, to przecież oczywiste. Potem taki uczeń zeszyt otwiera, a tam jakże wiele mówiące:
ćwiczenie pierwsze: A, G, H, B, C, F, E, D.
A w książce, którą oczywiście się podpiera, patrzy rozbieganymi oczyma, gdzie te literki mają pasować. No ale dobra, nie pastwmy się nad tym, najwyżej uczeń dostanie na pracę domową przepisanie książki, a ćwiczenia robić będziemy na lekcji. Małostkowa jestem jakaś.
Po drugie primo nie może być w książce żadnych odniesień do egzaminu gimnazjalnego. Dzięki temu można go będzie zmieniać co roku, a w podręcznikach wszystko będzie aktualne. Pięknie i zacnie. Wydawnictwa, w ramach zabawy w kotka i myszkę, zmieniły dotychczasowe podręczniki według wytycznych. "Wskazówka do egzaminu" stała się teraz "wskazówką". "Zadanie egzaminacyjne ze słuchu" cudownie przemieniło się w "zadanie ze słuchu".  No supcio. Cud, miód i orzeszki.
No i po trzecie primo dotacja. Na szkoleniu przeczytałam sobie, że na podręcznik mam 250 zł. Sama radość. Toż za taką kwotę to można taki podręcznik napisać, że się nie śniło (pomyślała, nieco zdezorientowana hojnością państwa polskiego). Ależ, ależ, pani na szkoleniu ukróciła mój entuzjazm, gdyż jest to wprawdzie 250 zł, ale na WSZYSTKIE podręczniki. Tak, nie ma błędu. Wszystkie podręczniki muszą zmieścić się w sumie 250 zł. No dobra, ale pozostają jeszcze ćwiczenia, gdzie dotacja przyznawana jest corocznie (bo po nich można pisać). I tutaj szoczek - bo dotacja to całe 25 zł na ćwiczenia ze WSZYSTKICH przedmiotów. Nie, nie pomyliło mi się, DWADZIEŚCIA PIĘĆ ZŁOTYCH (ja już pominę kwestię, że 1% idzie na jakieś tam opłaty manipulacyjne, przyjmijmy, że jest 25). Oszalałam ze szczęścia.
Wydawnictwa już dwoją się i troją, żeby ze wszystkim wyrobić, ale to też ich problem, mnie nic do tego. Jak chcą zarobić, to one muszą, ja nie. Odniosę się jeszcze tylko do jednej kwestii. Podręcznik ma być rozpoczęty i zakończony w ciągu jednego roku. I tak we wszystkich szkołach. Teraz proszę sobie wyobrazić szkołę A i szkołę B.
Szkoła A: uczniowie zdolni jak brzytwy, wygrywają olimpiady i wykraczają daleko poza minimum programowe. Żyć nie umierać. Rozpoczynają naukę powiedzmy że z drugą częścią podręcznika we wrześniu i idą jak burza, bo informacje przyswajają szybko i sprawnie. Mają trzy godziny języka, więc materiał kończy się powiedzmy około marca.
Szkoła B: uczniowie potrzebują wielu powtórek i ćwiczeń, mają wyraźne problemy, a angielskiego nienawidzą jak nie wiem co. Rozpoczynamy częścią pierwszą i mamy trzy godziny w tygodniu. Żeby uczniów nauczyć, a nie odwalić pańszczyznę, nauczyciel robi minimum programowe, ale rzetelnie dzieciaki uczy. W czerwcu jest na rozdziale 8 z 10.
Co mają zrobić podani nauczyciele? Nikt tego nie wie, bo ministerstwo nie odpowiada na tak skomplikowane pytania, bo nie wzięło takiej sytuacji pod uwagę (i wiem to od pani, która z ministerstwem ma kontakt). Każdy ma zacząć i skończyć podręcznik na czas i nie ma że boli. Jak się pospieszy albo wlecze to jego wina i nieudolny jakiś widocznie jest. 
Dygresja: Już pominę kwestię tego, że u nas w szkole na poziomie podstawowym jest jedna godzina w tygodniu, przez co NIE MA OPCJI żebym przerobiła podręcznik w rok. Kiedyś mogłam mieć jeden na dwa lata, teraz nie wiem co zrobię, nie mam koncepcji. Ale to może tylko w mojej szkole...  Koniec dygresji.
Jest jeszcze kwestia tego, że w ramach szerokiej oferty (żeby złowić uczniów w tych trudnych demograficznie czasach) niektóre szkoły oferują języki obce dość interesujące, niestandardowe, jak na przykład hiszpański czy chiński. Podręczniki do takich języków są drogie, a jak nauczyciel ma powiedzieć, że jego książka "zabiera" połowę dotacji, bo jego wydawnictwo nie pójdzie nikomu na rękę i cen nie obniży. No i nie wspomnę, że miejsca na wypełnianie ćwiczeń w książce też nie zamaże. Ministerstwo nie przewidziało takiej sytuacji.  I nie, nie można powiedzieć rodzicom, że jak sobie wybrali taką szkołę to mają płacić - mają zagwarantowane darmowe podręczniki i nie można od nich niczego wymagać. I sytuacja patowa, bo taki nauczyciel nie ma pojęcia, co go czeka. Niby można (chyba, o ile dobrze pamiętam) prosić o większą dotację, ale jak znam życie to się ją dostanie na święty nigdy.
Ten pomysł odbije się czkawką albo nam (nauczycielom i uczniom), bo tańsze to gorsze i wydawnictwa będą równały w dół i cięły koszty (ale wtedy ministerstwo będzie "zadowolone", a nam biada, bo w szkołach będą się działy cuda, jakich świat nie widział), albo ministerstwu, bo na poziomie gimnazjum trzeba będzie wpakować tyle kasy, że nagle okaże się, że takie rzeczy to jednak tylko w podstawówce. I to tylko na poziomie 1-3. Zobaczymy, co nastąpi szybciej.

wtorek, 23 grudnia 2014

Mało liczne (albo i nie) klasy.


Ktoś kiedyś wmówił rodzicom, że klasy składające się z 25 dzieci (6 czy 7 latków, to nie ma znaczenia) to mało liczne grupy. Ok, mogę pogodzić się ze stwierdzeniem, że to lepiej niż 35 czy nawet 40, ale na pewno nie jest to optymalna ilość dzieci, z którymi można efektywnie pracować. Ba, to nawet nie jest optymalna i efektywna ilość dorosłych, z którymi można pracować na raz. Gdybyśmy chcieli iśc na kurs do prywatnej szkoły językowej i zaproponowano by nam grupę 25 osobową pewnie byśmy się roześmiali i pokiwali z politowaniem głową, że czego można nauczyć się w tak dużej grupie, gdzie lektor nie ma czasu poświęcić mi odpowiedniej ilości czasu i uwagi. W takiej szkole dąży się do grup co najwyżej 15 osobowych. Tymczasem wychodzi na to, że coś, czego w prywatnej szkole językowej nie da się nauczyć w grupach 25 osobowych jest jak najbardziej prawdopodobne do nauczania, jeśli mówimy o szkole. Absurd.
Wyobraźmy sobie salę w szkole. Nie wiem, ile taka sala mierzy sobie metrów kwadratowych, ale pewnie nie są to ilości imponujące swoją wielkością. W takiej klasie ma się zmieścić 13 ławek (po 2 uczniów w każdej ławce), miejsce dla nauczyciela (choćby to biureczko mu dajmy, żeby miał gdzie temat zapisać) i miejsce zabaw dla młodych uczniów (niekoniecznie szafki pełne zabawek, ale przynajmniej dywanik). I pamiętajmy, że dywanik ma zmieścić 25 małych osóbek (bo nauczyciel usiądzie na podłodze). 13 ławek na trzy rzędy to około pięć ławek w rzędzie (no może cztery, jak da radę). Ostatnio jak byłam w swojej sali i próbowałam ustawić tak ławki z tyłu zostało mi miejsca niewiele. No ale ok, dla małych dzieci ławki są mniejsze to i miejsca więcej zostaje. Tylko o ile więcej? Czy wystarczy na dywanik?
No dobrze, przestanę dywagować i przejdę do rzeczy. Wspaniałe założenia naszego wspaniałego i miłościwie panującego nam rządu są niemożliwe do zrealizowania, chyba że mamy do czynienia z super nową szkołą, w której sale budowane są już na nieco innych warunkach, czyli są po prostu większe. W starej szkole dzieci będą kisić się w ławkach, bo miejsca na "dywanik" zostanie co najwyżej tyle, żeby sobie matę łazienkową położyć. Można stwarzać pozory, kłaść wykładzinę i udawać, że a jakże, czemu nie, 25 dzieci to się tu zmieści jak nie wiem co, a właściwie to przecież nie wszystkie odpoczywają w tym samym czasie, więc o co ta afera. Zostawmy więc dywanik, przejdźmy do nauki.
Dzieci w pierwszej klasie mają się uczyć.
"w zakresie umiejętności czytania i pisania (uczeń kończący pierwszą klasę):
a)  rozumie sens kodowania oraz dekodowania informacji; odczytuje uproszczone rysunki, piktogramy, znaki informacyjne i napisy,
b)  zna wszystkie litery alfabetu, czyta i rozumie proste, krótkie teksty,
c)  pisze proste, krótkie zdania: przepisuje, pisze z pamięci; dba o estetykę i poprawność graficzną pisma (przestrzega zasad kaligrafii),
d)  posługuje się ze zrozumieniem określeniami: wyraz, głoska, litera, sylaba, zdanie,
e)  interesuje się książką i czytaniem; słucha w skupieniu czytanych utworów (np. baśni, opowiadań, wierszy), w miarę swoich możliwości czyta lektury wskazane przez nauczyciela,
f)  korzysta z pakietów edukacyjnych (np. zeszytów ćwiczeń i innych pomocy dydaktycznych) pod kierunkiem nauczyciela;" (pogrubienia moje)
To tylko maluteńki fragment z podstawy programowej dla pierwszej klasy szkoły podstawowej (tylko edukacja polonistyczna i tylko fragment z tejże). Ten, kto wmówił nam, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie i dzieci będą się bawić całkiem jak w przedszkolu i zerówce chyba nie czytał podstawy programowej. I to jest założenie, że dziecko wszystkiego ma nauczyć się w klasie pierwszej, bo ani w zerówce (aktualnie oddziale przedszkolnym bodaj), ani w starszakach w przedszkolu panie nie mają prawa uczyć dzieci czegokolwiek. Dzieciaki zdane są na rodziców i choć moje dziecko interesuje się literkami i pisze, i czyta, to nie każde dziecko tak musi mieć. 
Dygresja: z drugiej strony niekonsekwencja poraża. Ostatnio moje pięcioletnie dziecko miało diagnozę gotowości szkolnej. I według tej diagnozy powinien poprawnie literować i sylabizować wyrazy. Czyli uczyć się czytać i pisać nie, a umieć literować i sylabizować już tak. No cóż... Koniec dygresji.
No i na koniec  w tym wszystkim mamy nauczyciela. Jednego nauczyciela na 25 dzieci. Jednego nauczyciela, który musi znaleźć czas na każde dziecko z osobna, bo inaczej nie będą one dobrze się rozwijały i z pewnością będą niedowartościowane. Indywidualizacja i podmiotowość to słowa klucze. Mamy więc tego nauczyciela, który w jakimś tam czasie (bo czas lekcji i przerw nie obowiązuje w pierwszej klasie) podejdzie i pochyli się nad każdym dzieckiem z osobna. Reszta dzieci w czasie, kiedy on się pochyla jest oczywiście mega zorganizowana, grzeczna, no i siedzi sobie na tym dywaniku cichutko (bo ten, nad którym się  pochyla musi się skupić). Jest pięknie.
A teraz rzeczywistość zgrzyta. Pracuję aktualnie w społecznej szkole podstawowej, w której mogę pochylić sie nad każdym uczniem, na każdego zwrócić uwagę i które rzeczywiście mają dywanik, a nawet pufy, na których mogą odpocząć. Mogę się z nimi bawić, wyszaleć się, zapewnić im i ruch, i trochę bezruchu. Tych uczniów w jednej klasie mam.... pięcioro. Tak, tak, nie pomyliła mi się klawiatura. PIĘCIORO. A i tak czasami ledwo wyrabiam. Każdy ma swoje pięć minut i z każdym mogę popracować, ale tak się dzieje przy pięciu, a nie dwudziestu pięciu dzieciakach. Nawet wyobrażać sobie nie chcę, że pracuję w dwudziestopięcioosobowej klasie sześcio czy siedmiolatków. Jeszcze nie miałam tej "przyjemności". Jeszcze 15 to rozumiem, 25 już nie.
Dlatego bardzo proszę nie ściemniać mi tu, że klasy 25 osobowe są mało liczne i optymalne przy sześciolatkach czy nawet siedmiolatkach. Proszę nie wmawiać mi, że rząd robi mi przysługę. I proszę nie próbować robić ze mnie idiotki, wmawiając, że moje dziecko będzie miało za rok kącik do zabawy, bo zabiję śmiechem. Nie przyjmuję też tłumaczenia, że kiedyś było gorzej, a dzieci się uczyły i żyją do dziś. Albo równamy w górę, albo w dół, a ambicje przeważają teoretycznie w tą pierwszą stronę. I ja wiem, że ta porażka to nie wina nauczyciela, dyrektora czy nawet kuratorium, o czym niektórzy zdają się zapominać. Tylko rządzącym możemy podziękować za to, że jest jak jest i że system kuleje. I nie mam tu na myśli rządu PO, choć pewnie wtedy byłabym modna, plując jadem na rząd Tuska. Chodzi mi o KAŻDY rząd, JAKIKOLWIEK rząd. Każdy popełnia te same błędy, nie słucha, wydaje się być ślepy, głuchy i głupi, kiedy przychodzi do rozmowy o edukacji (i tak, wiem, że tak samo jest choćby ze służbą zdrowia). I wiem też, że utopia nie istnieje, ale można zrobić lepiej. 

niedziela, 21 grudnia 2014

Wielkie korzyści.


Jak było kiedyś.
Jeśli decydowałam się na daną książkę dostawałam do niej zestaw nauczycielski, a czasem nawet jakiś gratis w postaci kubka termicznego z reklamą innego podręcznika (na przykład takiego z wróżką - dziś mój znak rozpoznawczy). Mogłam też poszczycić się otrzymaniem podręcznika do gramatyki albo innej książki do nauki języka angielskiego, która ułatwiała mi, a czasem nawet ratowała życie (dodatkowe ćwiczenia gramatyczne). Raz w roku miałam szansę dostać paczkę z nagrodami dla uczniów. Strasznie się wtedy mogłam wzbogacić, bo paczka pełna była książek albo gadżetów z logiem wydawnictwa (na przykład smycze, jakaś torba też się trafiła). Doprawdy, w d... mi się poprzewracało od tych wszystkich bogactw.Uczniom też, bo w końcu to do nich trafiały nagrody. Doprawdy, miałam wszelkie powody, aby wybrać wydawnictwo A, a nie B, bo to drugie nie dawało mi kubka z wróżką, a tylko książkę nauczyciela. 

Jak jest teraz.
Wydawnictwa nie dają NICZEGO. Gdybym chciała zdecydować się na nowy podręcznik wszystkie pomoce musiałabym kupić sama. Książka dla nauczyciela to wydatek rzędu 100 zł. (księgarnie w ramach dni litości dla nauczycieli wprowadziły w tym roku szalone promocje, ale co będzie potem to nie wiem...). Na nagrody nie mam co liczyć, a że szkoła pieniędzy też nie ma to już w ogóle mogę zapomnieć o nagradzaniu swoich uczniów. Oczywiście rząd nie pomyślał o niczym w zamian. Nie dostaliśmy pieniędzy na pomoce naukowe czy nagrody, nie dostaliśmy pieniędzy ani sprzętu w postaci choćby tablic multimedialnych czy projektorów. Oczywiście w teorii dyrektor musi zapewnić, ale żeby zapewnić to temu dyrektorowi też musi ktoś zapewnić, a tego nie wzięto pod uwagę. Żadnej alternatywy.

Ale teraz jest lepiej. W końcu ci wstrętni nauczyciele nie będą jeździli na Hawaje, nie będą pławić się w tych wstrętnych tablicach mutimedialnych, nie w głowie im będzie drink z palemką czy najnowsze technologie w nauczaniu. Doprawdy, cofnijmy się do czasów, kiedy jedyną pomocą dla nauczycieli była tablica i rysik. Wtedy na pewno będziemy nadążać za uczniami. I niech mi rząd nie gada, że to obowiązek szkoły zakupić dla nauczycieli pomoce naukowe, bo szkoła z pustego nie naleje. Jak pieniędzy brak to brak i żadnych pomocy mi szkoła nie stworzy (ani mnie, ani żadnemu innemu nauczycielowi, żeby nie było, że tylko angliści tacy biedni). Najpierw niech dofinansują edukację, niech dadzą pieniądze szkole na pomoce naukowe, a potem niech się wymądrzają, że nauczyciele doją wydawnictwa.
I tak, wiem, że wybieranie danego podręcznika czasami odbywa się na zasadzie- "ci proponują nam tablicę multimedialną za złotówkę, to wybierzmy ich podręcznik". I zastanawiam się, czy to naprawdę jest takie złe? Podręczniki nie różnią się aż tak bardzo. WSZYSTKIE dostosowane są do nowej postawy programowej i zatwierdzone przez ministerstwo, więc z założenia nie mogą być złe. Jedyna różnica (jeśli możemy w ogóle mówić o różnicy, biorąc pod uwagę małe zmienne w słownictwie) obejmuje poziom trudności. W różnych książkach nie mogą znaleźć się różne tematy czy różne zagadnienia gramatyczne, bo są one regulowane podstawą programową i żadne wydawnictwo, żaden autor niczego nowego tu nie wymyśli. A przynajmniej szkoła miała tablicę multimedialną, rzutnik czy co tam jeszcze innego. Dlatego uważam, że rząd wylał dziecko z kąpielą.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Darmowy podręcznik.


Pomysł jedynie słuszny, cudowny i zbawienny. Oraz taki, który wywołał wojnę u mnie w domu. DARMOWY PODRĘCZNIK. Oczywiście chwilowo jedynie dla klasy I szkoły podstawowej, ale to przecież dopiero początek, dajmy sobie czas na rozkręcenie się. Szczegółów wprawdzie nikt nie zna, ale co tam, ZROBI SIĘ. Oczywiście idea jest szlachetna, nie uważam tego pomysłu za zbytnio krzywdzący, zwłaszcza że niegdyś już dzieci uczyły się z jednego elementarza i jakoś nie widzę, żeby było im jakoś szczególnie źle. Problem leży gdzie indziej. A raczej problemy leżą gdzie indziej.
Otóż pierwszym problemem jest kwestia czasu. W cztery miesiące trzeba napisać podręcznik. Dlaczego w cztery? Dlatego, że już w czerwcu nauczyciele muszą się zadeklarować z jakim podręcznikiem będą pracować na przyszły rok. Już samo to jest głupie. Wybieram podręcznik dla grupy dzieci, których w ogóle nie znam. Nie wiem, na jakim są poziomie, czy poradzą sobie z wybranym przeze mnie podręcznikiem czy też może będą się nudzić, porażeni jego łatwością (a uwierzcie mi, rozrzut trudności jest duży), ale możemy lekko przyjąć, że trudność podręcznika w przypadku dzieci sześcio- czy siemioletnich nie ma aż takiego znaczenia. Chodzi jednak o czas pisania podręcznika. Skoro w czerwcu nauczyciele mają zadeklarować, z jakim podręcznikiem przyjdzie im pracować, muszą znać jego dane - tytuł, autorów, wydawnictwo, etc. Tymczasem z tego, co wiem, oprócz określenia wykonawcy zlecenia, którym okazał się Ośrodek Rozwoju Edukacji, który de facto zajmuje się raczej szkoleniem nauczycieli (chociaż projekt e-podręcznik też się tam załapał), nie ma żadnych ustaleń. Nie wybrano konsultantów merytorycznych, nie wybrano autorów, a gdzie pisanie, a gdzie korekta, a gdzie ocena podręcznika? Czyżby zamierzano skrócić drogę prawną i czas dopuszczenia podręcznika do obiegu? Oj, słabo to widzę.
Druga sprawa to kwestia używania podręcznika oraz dokupowania ćwiczeń do tegoż. Podręczniki mają być dostępne w szkole przez okres kolejnych trzech lat. Czy ktoś zastanowił się, co będzie, jeśli podręczniki zostaną karygodnie zniszczone już przez pierwszy rocznik? Nie mało jest dzieci, które nie są nauczone szacunku do rzeczy, zwłaszcza jeśli te rzeczy do nich nie należą. Czy drugi rocznik ma dostać niekompletną sztukę lub podręcznik wyglądający, jakby go ktoś przeżuł i wydalił? Ja, jako matka i jako nauczyciel ostro się temu sprzeciwiam. Oczywiście prawdopodobnie podręczniki będą dostępne w regularnej sprzedaży i takie francuskie pieski jak ja będą mogły sobie kupić nówkę sztukę, nieśmiganą. Problem polega na tym, że jak darmowy to darmowy. No ale dobrze, pal sześć wygląd. Co jeśli ktoś rzeczywiście wyrwie strony? Kupujemy nowe podręczniki w szkole? Każe się rodzicom kolejnych roczników kupić nowy na własny koszt, bo jakiś dzieciak nie uszanował? Skąd brać na to pieniądze i jak niby szkoła ma być rozliczana ze zużycia tych podręczników? Bo przecież nie ma takiej opcji, aby podręczniki zostawiać w szkole, a w domu uczyć się "na czuja". No i ćwiczenia. Skoro podręcznik ma służyć tylko do czytania (brak naklejek, ćwiczeń) to trzeba sprokurować jakieś dodatkowe elementy. Ile one będą kosztować? Jak wyglądać? Czy tutaj będą jakieś wytyczne, czy też po prostu zabroni się korzystania z ćwiczeń i pozostanie podręcznik i zeszyt? I co z książkami choćby do języka? Też w ramach jednego słusznego podręcznika? Czy damy się dalej wyzyskiwać tym wstrętnym wydawcom, którzy chcą zarobić i zarabiają krocie? A przypominam, że język jest już obowiązkowy od pierwszej klasy, nie ma więc możliwości zignorowania tej kwestii.
No i w końcu ostatnia sprawa, najmniej ważna, więc na końcu. Wybór nauczyciela. Pan premier cudownie to podsumował na którejś tam konferencji - że wybór podręcznika przez nauczycieli jest fikcją i nie powinien mieć miejsca, bo przecież co tam taki nauczyciel może wiedzieć, on tylko bierze łapówki i jeździ na Hawaje, gdzie raczy się drinkami z palemką (no dobra, może pojechałam, to nie był cytat).
I jeden tylko wniosek się nasuwa - jeśli tak bardzo zależy rządowi na zmniejszeniu kosztów i odciążeniu rodziców, niech to zrobią z głową. Wystarczy nakazać wydawcom druk na papierze niższej jakości, zmniejszenie liczby rysunków czy zdjęć całkiem nikomu niepotrzebnych (w aż takiej ilości), zracjonalizowanie kosztów i prawdopodobnie problem byłby rozwiązany. Można by oczywiście pomyśleć o jakichś innych rozwiązaniach, na jakie ja niekoniecznie muszę wpaść ot tak, na poczekaniu. Ale doprawdy, ludzie, jeśli chcemy obniżyć ceny podręczników, droga do tego celu powinna być całkiem inna.

sobota, 25 stycznia 2014

Wojna o gender.


Zacznę od tego, że do języka polskiego wkradła się kolejna angielszczyzna, czego nienawidzę. Rozumiem jednak, że pojęcie "płeć kulturowa" jest nieco za długie i kłopotliwe, dlatego też z braku laku używam tego jakże mądrego słowa. A teraz ad rem.
Otóż wojna o gender trwa w najlepsze, jakbyśmy nie mieli innych, bardziej realnych problemów. Dlatego też postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze. A to za sprawą pytania, które padło ostatnio - czy nasza szkoła uczy gender? Nie ważne jest, kto to pytanie zadał. Ważne, że odpowiedź brzmi "NIE". I teraz, prawdę mówiąc, zastanawiam się - dlaczego nie? Polecę za Wikipedią:
Gender to "suma cech, zachowań, stereotypów i ról płciowych przyjmowanych przez kobiety i mężczyzn w ramach danej kultury w drodze socjalizacji, nie wynikających bezpośrednio z biologicznych różnic w budowie ciała pomiędzy płciami, czyli dymorfizmu płciowego. Gender, czyli kulturowy komponent tożsamości płciowej, przekazywany jest poszczególnym jednostkom w sposób performatywny, czyli poprzez uczenie się, odgrywanie i powtarzanie zachowań innych osób tej samej płci. Na płeć społeczną składać się może np. sposób ubierania się, sposób zachowania, oczekiwane funkcje w ramach społeczeństwa, sprawowana władza itp." (podkreślenie moje)
Od dawna widzę dokładnie, że Polska jest państwem mocno patriarchalnym i każde odstępstwo od normy nie jest tu mile widziane. Jeśli kobieta bierze się za robienie kariery, a mężczyzna zostaje z dziećmi w domu to ona okazuje się być bezduszną, złą matką, a on spantoflałą karykaturą mężczyzny. Na półkach z zabawkami mamy oczywisty podział na chłopców i dziewczynki, który to podział widoczny jest nie tylko w kolorach (rurz, rurz, rurz :)), ale także w rodzaju zabawek. Bo przecież tylko dziewczynka może sprzątać pięknym, różowym odkurzaczem i gotować na różowo - żółtej kuchence. Chłopiec zaś zasuwa samochodzikami i strzela z jakże zaawansowanej broni, ewentualnie buduje. Dziewczynka też może sobie zbudować - różowy zamek... Jakoś nie widziałam, żeby ktoś wyprodukował stylowy, czarny odkurzacz z dodatkową miotełką, żeby pokazać chłopcom, że on też może ruszyć zadek i machnąć szczotą.
Oczywiście zmienia się to powoli, choć przynajmniej na lepsze. Wśród dorosłych jest moda na równy podział obowiązków w związku. Panowie coraz częściej podejmują się prac domowych i to niekoniecznie tych w zakresie przykręcenia śrubki. Paniom natomiast zdarza się odpocząć po męczącym dniu pracy. Problem polega na tym, że te zmiany następują baaaaaaaaaaaaaaaardzo powoli i w bólach, a przede wszystkim w konkretnych środowiskach. Podejrzewam, że nadal w większej części kraju zmywający czy robiący pranie mężczyzna jest jak Yeti.
I o tym mówi gender. Nie o przebieraniu chłopców w dziewczynki i vice versa. Nie o tym, że chłopcy mają stać się zniewieściali i ubierać spódniczki albo nosić biżuterię. Nie mówi też o tym, że mężczyźni nie mogą tego robić. Nie twierdzi, że dziewczynki mają stać się nagle owłosionymi prymitywami, które będą pierdzieć, palić i żłopać piwo przed telewizorem (przepraszam za stereotyp). Chodzi najzwyczajniej w świecie o to, żeby uświadamiać już od dziecka, że sprzątanie, pranie, opiekowanie się dzieckiem, praca zawodowa to coś, co powinno nas łączyć, a nie sprawiać, że chcąc nie chcąc przyjmujemy podział na role - pan i władca robi karierę, a kobieta sprząta, pierze, opiekuje się pociechą/ami, a w wolnym czasie machnie trzydaniowy obiadek. Oczywiście w tenże czas wliczona jest JEJ praca, bo ciężko wyżyć z jednej pensji. 
Stąd zostało ukute pojęcie "urlop macierzyński", który wprawdzie od pracy zawodowej urlopem w technicznym tego słowa znaczeniu jest, ale niektórzy wypierają ze świadomości fakt, że na tym "urlopie" kobieta zasuwa jak potłuczona, bo ma na głowie cały dom i nowo narodzone dziecko (pół biedy, jeśli tylko jedno i pierwsze, bo wtedy łatwiej). Stąd biorą się przekonania, że za tą samą pracę kobiety powinny dostawać mniejszą pensję, bo zawsze jest ryzyko, że zaciąży i zostawi firmę na lodzie. Innymi słowy - rola kobiety w społeczeństwie jest niedoceniana, bo przecież od zawsze było wiadomo, że bycie kurą domową to nie praca, a przyjemność (SARKAZM). I o tym traktuje gender. I tego boją się... właściwie kto się tego boi?
I tu chyba dojdę do sedna tego problemu. Bo przecież tak naprawdę to najgłośniej krzyczy kościół. Zdarza mi się oglądać jakieś tam wiadomości od czasu do czasu i właściwie jedyne osoby, które nader aktywnie angażują się w walkę z gender i które szukają w niej diabła to właśnie przedstawiciele kościoła. W mniejszym stopniu politycy. Oczywiście w pierwszym rzędzie broniących gender są feministki. I to też źle się kojarzy (nie bez powodu, wiem, ale to materiał na całkiem nowy post). Bo taka zagorzała feministka to samo zło - i aborcję przeprowadza, i stanikami gardzi, i męska jest bardziej niż sam Steven Seagal i Jean Claude Van Damme razem wzięci. No toż tak się nie godzi! Kobieta powinna być zwiewna  niczym łania, ładnie wyglądać i pachnieć, a ust lepiej nie otwierać, bo i tak nic mądrego nie ma do powiedzenia.
Czuję się feministką. Taką, która siedzi spokojnie na tyłku, nie pali staników, nie przeprowadza aborcji, ale swoje zdanie ma. I wyraża je - mniej lub bardziej głośno, zależy od okoliczności. I fakt, że nie ze wszystkimi akcjami feministek się zgadzam i popieram nie zmienia faktu, że uważam, że zmiany są potrzebne. I jeśli jedynymi osobami, które mają odwagę o nie zabiegać są te skrajne feministki, to ja się pod tym po cichutku podpisuję.
Dlatego właśnie uważam, że gender w swojej PRAWDZIWEJ, nie spaczonej ideologii powinien być wprowadzany w szkołach, przedszkolach, na studiach i wszędzie tam, gdzie ktoś ma szansę nauczyć się, że chwycenie w łapę odkurzacza nie jest kompromitacją, a kobieta tak samo pracuje i powinna tyle samo zarabiać co każdy inny CZŁOWIEK. Bo koniec końców wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi.

piątek, 8 czerwca 2012

Geje i lesbijki.


Któregoś dnia (jak ten czas leci...) oglądałam program w TVN24 (Fakty po faktach) z niejakim panem Stanisławem Piętą. W sumie jego opinie nie zbulwersowały mnie aż tak bardzo, bo prezentuje swoją postawą ten sam pogląd, jaki prezentuje PiS, ale tym razem zamierzam jednak się do tego odnieść.
Wiele hałasu było ostatnio wokół pana posła. Nie za bardzo wiem, dlaczego, bo nie mówi niczego nowego. Może dlatego, że mówi to w odniesieniu do „nowej” propozycji ustawy, która powinna zostać poprawnie sformułowana i uchwalona już bardzo dawno temu. Nie ważne. Ważne jest to, co ten poseł głosi. I już sama nie wiem, czy płakać nad taką postawą, czy pozostaje mi się tylko śmiać. Bo pan poseł prezentuje postawę godną papugi, przynajmniej w programie telewizyjnym. „Polskie prawo powinno na ten temat milczeć”, „Nie będę się wypowiadał na ten temat”, „Polskie prawo chronić powinno tylko rodzinę” czy jakoś tak, powtarzane po tysiąckroć wcale nie staje się mądrzejsze ani nie nabiera większego znaczenia. 
Pan poseł, jak i wielu innym mu podobnym, twierdzi, że nie istnieje coś takiego jak „język nienawiści”, że nie ma potrzeby chronić osób homoseksualnych przed prześladowaniami, bo jest to zamach na wolność słowa. Pytam więc, dlaczego w takim razie można ścigać za obrazę uczuć religijnych, co jest jeszcze bardziej przedziwne i niejasne niż słowne, konkretne groźby. Chronione są osoby innego wyznania, innej rasy, więc dlaczego nie mogą być chronione osoby o innej orientacji seksualnej?
A jeśli ten sam pan poseł ma wątpliwości, czy istnieje coś takiego, jak język nienawiści, niech wpadnie na kilka dni do mojej szkoły. Przeraża mnie to, ile nietolerancji i nienawiści się tam tłamsi. Jakiś czas temu słyszałam hasła „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści” wykrzykiwane przez osoby, które nie miały pojęcia, kim byli komuniści i dlaczego niby mieliby zawisnąć na drzewach. Tak śpiewają, bo wszyscy tak śpiewają, bo to taka przyśpiewka kibica. Ci sami młodzi ludzie podczas wizyty osób o azjatyckich rysach twarzy w naszej szkole wołali za nimi „Chinole” i „Żółtki”, a jedyne pytania, które byli w stanie z siebie wyartykułować, to czy w Wietnamie jedzą psy. „Pedały do gazu” czy inne hasła typu „Ty pedale je***ny, zaraz ci prz****lę” też nie są wyjątkiem.
Nie wiem, skąd ta nienawiść. Nie wiem, po co ani dlaczego, nie wiem, dlaczego tym ludziom tak bardzo przeszkadzają inni. Wiem jedynie, że tak nie powinno być. Niech sobie polskie państwo chroni rodzinę, ile wlezie (ale pokażcie mi, gdzie ono tak naprawdę ją chroni, to konia z rzędem), ale niech nie pozwala na takie wypowiedzi, które przerażają. Nawet mnie, choć według pana posła jestem modelowym przykładem rodziny i teoretycznie nic ze strony takich ludzi mi nie grozi. Boję się, bo nie wiem, co im wpadnie do głowy jutro. Od czegoś się to wszystko zaczyna i nie wiadomo, do czego może doprowadzić.
Co wam przeszkadzają homoseksualiści? Rozumiem, że można nie lubić parady równości. Ja też za nią nie przepadam, chociaż gejów i lesbijki popieram w stu procentach. Parada to po prostu nieco zbyt obsceniczne i bardzo udziwnione przedstawienie, które ma na celu pokazanie nie wiadomo czego. Jednak mają oni prawo tak protestować, tak jak pan prezes ma prawo robić pielgrzymki pod pałac prezydencki dziesiątego co miesiąc i chociaż to też mi się nie podoba, nie zamierzam kruszyć o to kopii. Nie widzę przecież, żeby tak ubrani ludzie (homoseksualiści, transseksualiści, transwestyci czy inni) chodzili w ten sposób ubrani (albo rozebrani) cały rok. To zwyczajni ludzie, którzy chcą mieć takie same prawa, jak inni.
Dlatego też nie rozumiem, jak można aż tak bardzo nienawidzić ludzi, żeby odmówić im prawa do czucia się bezpiecznie.

niedziela, 20 maja 2012

Edukacja.


Długo zbierałam się z tym postem i długo nie mógł się w mojej głowie on ułożyć. Dlaczego? Bo to post określający moje pojęcie edukacji, poparty opiniami Ryszarda Legutko, a także kilku moich znajomych, którzy może profesorami nie są, ale myśleć logicznie potrafią. Do napisania tego posta skłonił mnie wywiad, który przeczytałam tylko i wyłącznie dzięki naszej wspaniałomyślnej pani dyrektor, która wyszukuje informacje z dziedziny szkolnej i zapodaje je w pokoju nauczycielskim. I tak w pewnym momencie, gdy nie miałam niczego innego do roboty, usiadłam i przeczytałam sobie ten wywiad. I oczywiście okazało się, że pan Legutko nie mówi niczego odkrywczego. Niczego, czego nie wiedziałby i nie mówił niemal każdy nauczyciel z każdej szkoły, tyle że on ma głos w gazecie, a my nie. Problem polega na tym, że jego też nie usłyszą i oleją, bo taka rola rządu.
Ale do rzeczy. Czytam słowa, które są niczym miód na moje serce:

(...) nie ma czegoś takiego jak umiejętność bez wiedzy. Żeby wytworzyć w sobie umiejętność, trzeba przebrnąć przez spory obszar wiedzy. Nie można nabrać umiejętności czytania i rozumienia tekstów literackich, jeżeli nie czyta się książek. Postulat ograniczenia się do samych umiejętności jest postulatem niemądrym. Dziś, żeby zdać maturę, nie trzeba wcale znać literatury polskiej, historii, a nawet posiadać orientacji w – przepraszam za wyrażenie – polskim kodzie kulturowym.

Jak się to ma do języka angielskiego? Ano nie za bardzo możemy uznać wypowiedź za „komunikatywną”, jeśli uczeń nie zna podstawowych zasad gramatyki i operuje bezokolicznikami. Tymczasem według mojej pani dyrektor (i, jestem przekonana, wielu innych osób również) przywiązuję za dużą wagę do gramatyki zamiast do „komunikatywności” wypowiedzi. Ponadto jakim cudem uczeń ma umieć cokolwiek, jeśli nawet tych słówek nieszczęsnych się nie nauczy? Żeby używać języka jako całości, trzeba znać słówka, umieć ich poprawnie użyć w zdaniu i umieć ułożyć to zdanie poprawnie, co gwarantuje znajomość i umiejętność używania gramatyki.
Dygresja: moja nauczycielka od francuskiego w liceum uważała, że kartkówki ze słówek są śmieszne i zupełnie niepotrzebne, bo na pamięć to każdy idiota potrafi się nauczyć. Takie kartkówki sprawiają jedynie, że można podciągnąć sobie ocenę zwykłą pamięciówką. Dlatego też dawała nam zawsze zdania do tłumaczenia na kartkówkach, bo dopiero ułożenie zdania oznaczało prawdziwe sprawdzenie umiejętności. Ogólnie rzecz biorąc się z nią zgadzam, ale z czasem odtajałam nieco i stwierdziłam, że niech chociaż sobie tymi słówkami oceny poprawią. Nie zadziałało, nie uczą się nadal.
Druga strona tego medalu to właśnie wiedza i odnoszący się do tego system oceniania. W naszej szkole obowiązuje zasada 30% na zaliczenie. Co znajduję, czytając Wewnątrzszkolny System Oceniania? Taki zapis, który mówi, że uczeń „z pomocą nauczyciela jest w stanie rozwiązywać zadania o niewielkim stopniu trudności”. Czyli jak uczeń wyjdzie ze szkoły i nie będzie przy nim nauczyciela, to już nie musi umieć rozwiązywać tych samych zadań. A zaznaczę, że chodzi o zadania o niewielkim stopniu trudności. Jak potem ten sam uczeń ma sobie poradzić w życiu, bez nauczyciela u boku, tego nie wiem.
Kolejny cytat dotyczy wychowania:

„Wychowania w szkole już nie ma, i to nie ma go nawet w wersji śladowej odnoszącej się do prostych odruchów „proszę” czy „dziękuję”. Nauczyciele są coraz bardziej zastraszeni – przez uczniów, przez rodziców, przez regulacje prawne. Zwykle w sporach między uczniem a nauczycielem przegrywa ten ostatni. Są prawa ucznia, rzecznicy do wszystkiego się wtrącający, a nauczyciel zostaje sam. Dyrektor nie stanie po jego stronie, koledzy nauczyciele prywatnie pewnie będą go pocieszać, ale publicznie nie będą się z nim solidaryzować, dziennikarze też w większości nie poprą, więc co ma robić? Można odnieść wrażenie, ze ogromna część Polaków zgłupiała, uważając, że najlepsze wychowanie to brak wychowania.”

Tym razem jednak nie do końca się zgadzam. Wychowanie na poziomie najwcześniejszym się jeszcze odbywa. Dzieci uczą się kultury w przedszkolu czy nauczaniu początkowym. Potem i tak jest już za późno, bo czego mogę oczekiwać (poza drwiącym spojrzeniem i powiedzeniem „spierdalaj”) od ucznia gimnazjum, którego może i w szkole próbowali nauczyć, ale on potem wracał do swojego domu, gdzie są takie a nie inne warunki? I kolejna rzecz: jeśli dyrektor jest dobry, stanie jednak po stronie nauczyciela. Oczywiście istnieje wiele malutkich szpileczek, bo niby stanie po stronie nauczyciela, ale potem na dywaniku ten sam nauczyciel usłyszy, że „może Pani nie powinna się tak zachować/zareagować/unieść, etc?” Ale jednak jakieś tam wsparcie ma. 
Nie jest natomiast wsparciem rzekome uznanie nauczyciela za funkcjonariusza państwowego. Niby w teorii miało pomóc, teraz generuje niesmaczne żarty, jak to nauczyciele nie potrafią poradzić sobie ze zwykłym dzieciaczkiem. Także nauczyciele bardzo rzadko sięgają po ten sposób radzenia sobie z „trudną, niesforną” młodzieżą. Inna sprawa, że nawet zwrócenie się do sądu nie da niczego, czego taki uczeń by już nie znał. Przecież do poprawczaka go nie dadzą, a kuratora to ma już od dawna. Oczywiście zdarzają się sytuacje, kiedy jednak trafi on do poprawczaka, ale to są jednostkowe przypadki. Te przybytki i tak są już przepełnione i nie ma miejsca na dzieciaki, które zastraszają nauczycieli i stanowią potencjalne zagrożenie (głównie dlatego, że poza słowami niczego innego nie zrobili). Dramat zaczyna się dopiero, kiedy stanie się coś naprawdę tragicznego i wtedy właśnie słyszymy „dlaczego nikt wcześniej nie zareagował?” A może reagował, tylko go nie słuchano...
Co do dziennikarzy – w tym upatruję największej odpowiedzialności. Oczywiście nie twierdzę, że gdyby nie dziennikarze, to wszystkie dzieci by były grzeczne i kochane, a nauczyciele poważani. Jednak manipulacja informacjami w przypadku dziennikarzy jest zadziwiająca. Mówią i piszą to, co akurat jest im na rękę, co ładnie wygląda w druku czy na ekranie, a nie stan faktyczny. Jeśli nauczyciele skarżą się na jakiegoś ucznia, to najpewniej się na niego uwzięli, a on biedny ma ADHD i próbuje sobie z tym poradzić. Szkoła jest tu na przegranej pozycji, bo dziennikarze ustawią się murem za płaczącą matką i biednie wyglądającym dzieckiem, które może nawet kilka łez uroni przed kamerą. A potem ten sam uczeń trafia do gimnazjum i matka stwierdza, że może lepiej, żeby on jednak trafił do ośrodka, to w domu spokój już będzie, bo ona nie ma już siły. Przykład z życia wzięty, z własnego podwórka.
Jednak największej odpowiedzialności upatruję tutaj w rodzicach. To oni są odpowiedzialni za wychowanie swojego dziecka od najmłodszych lat. Mój syn ma 2,5 roku i już dziś ma swoje obowiązki (sprząta swoje zabawki zarówno w domu, jak i w przedszkolu – odkłada na miejsce po zabawie), mówi „przepraszam, proszę i dziękuję” i wymagana jest od niego elementarna kultura, czyli wszelkie „dzień dobry, do widzenia” i brak awantur. Wie, że wszystko jest do załatwienia bez awantury, a żadne histerie nie pomogą mu dostać to, czego akurat chce. Oczywiście to wszystko jeszcze raczkuje, ale wymagane jest od niego konsekwentnie codziennie. Tymczasem mam do czynienia z dziećmi, które nie mówią nawet „dzień dobry”, a co dopiero wymagać od nich kultury wyższej. One zajmują się awanturowaniem się w każdej sytuacji, wymuszaniem, mają wciąż nowe roszczenia, jakbym była na ich rozkazy. I tutaj znowu cytat:

Rodzice w ogromnej większości uważają, że obowiązek wychowawczy przejmuje szkoła i że oni w związku z tym chcą mieć święty spokój. A święty spokój oznacza, że nie chcą być nękani, nie chcą słyszeć, że jest jakiś problem, że coś trzeba zrobić. Zrzucają odpowiedzialność na szkołę, lecz nie przyjmują do wiadomości skutków, jakie z tego przeniesienia odpowiedzialności wynikają. Nauczyciele mają wychowywać, ale jednocześnie maja się naszych dzieci nie czepiać. Tak się nie da, a podobna postawa rodziców dowodzi niestety zdziecinnienia.

No i nadchodzi pytanie, czy da się coś z tym zrobić? Czy jest jeszcze nadzieja na poprawę sytuacji w polskiej szkole? Profesor Legutko ma jeszcze szczątki nadziei. Ja nie. Za dużo zniszczyliśmy, za wygodnie jest w polskiej szkole, żeby ktokolwiek teraz pozwolił na „pogorszenie” sytuacji uczniów. Trzeba by wrócić do modelu 8+4, który dawał lepsze warunki, jeśli chodzi o wychowywanie (lepsza integracja przez dłuższy czas przebywania ze sobą), trzeba by przywrócić szkoły zawodowe, które miały na celu wypuszczać ludzi przyuczonych do zawodu, bo przecież nie każdy, do jasnej cholery, musi mieć maturę. Trzeba by podnieść z powrotem poziom nauczania na tak wielu poziomach - zarówno w szkołach podstawowych, gdzie teraz nie można zostawić dziecka w klasach I-III, jeśli zgody na to nie wyrażą rodzice (czyli dziecko może nie umieć czytać ani pisać, a i tak trafi do klasy IV, jako analfabeta), jak i w każdym kolejnym etapie, tak by uczniowie mieli świadomość, że tylko nauka pozwoli im przejść do kolejnej klasy (czyli podniesienie progu do przynajmniej 40% na ocenę dopuszczającą). Trzeba by zrobić jeszcze wiele, wiele rzeczy, do których opisania potrzebna by mi była książka. 
A chwilowo tkwimy w tym bagnie po samą szyję i próbujemy się nie udusić.

P.S. W poście korzystałam z wywiadu, który ukazał się w gazecie "Uważam rze". Data publikacji: niedziela, 12 luty 2012 autor: Marzena Nykiel

wtorek, 10 kwietnia 2012

Walka o historię.


Festiwal pod tytułem „przywróćmy historię do szkół” trwa w najlepsze. Wszyscy pławią się w rzucaniu kalumni na rząd, bo ten śmiał obciąć liczbę godzin historii w liceum. Ciekawi mnie tylko jedno – dlaczego ci sami ludzie nie bronią fizyki czy chemii, które to również zostaną obcięte (swoją drogą na poczet historii właśnie). Ja rozumiem, że historię swojego kraju trzeba znać i niedobrze jest wychowywać analfabetów, ale ludzie, obudźcie się!
Tu nie chodzi o historię, bo większość naszych wspaniałych dzieci już jest analfabetami, a my (jako rodzice) nic z tym nie robimy! Będę upierać się, że ktoś, kto nie przeznacza czasu na naukę w domu, nie ma szans na opanowanie materiału. I nieważne, jak bardzo rozbudowany czy okrojony on będzie, po prostu nie ma na to szans. Gdyby dzieciaki chciały uczyć się historii (czy jakiegokolwiek innego przedmiotu, jeśli mam być szczera) to wystarczyłby mu materiał szkolny, bo przy właściwej realizacji materiału można nauczyć się i o Katyniu, i o Popiełuszce, i o PRL. Problem w tym, że lekcje są „przedłużane”, czyli materiał, który powinien być realizowany na jednej czy dwóch lekcjach rozciąga się do pięciu czy więcej, bo dzieci nie uczą się w domu. A jak nie uczą się w domu, to całą wiedzę trzeba im wtłoczyć na lekcji. A tak się nie da.
Ponadto zastanawiam się, czy ktokolwiek, kto tak zajadle broni historii, przeczytał dokument, stanowiący o tej zmianie. W skrócie – robimy dwa profile w liceum. Jeden dotyczy przedmiotów ścisłych (i wtedy ilość godzin na te przedmioty jest powiększana kosztem przedmiotów humanistycznych – i o to właśnie biją się ludzie), a drugi to profil humanistyczny (i tutaj kosztem fizyki, chemii czy biologii wzrasta liczba godzin historii na przykład). Wychodzi więc na to, że ktoś zainteresowany historią może zgłębiać jej tajniki wzdłuż, wszerz i wspak. Na profilu humanistycznym. Dzięki temu przybędzie nam uczniów, którzy rzeczywiście CHCĄ się danego przedmiotu uczyć, bo go WYBRALI i można od nich wymagać więcej. O wiele więcej. 
Oczywiście nie chcę powiedzieć, że historia jest głupia i nie trzeba się jej uczyć. Problem w tym, że przymusowymi lekcjami historii niczego nie zdziałamy. Weźmy choćby mój własny przykład. Chodziłam do liceum ogólnokształcącego i historii miałam w brud. Czy nauczyłam się czegoś szczególnego? Nie. Nauczycielkę miałam wspaniałą i historię uwielbiałam, ale lubiłam tylko i wyłącznie słuchać nauczycielki, bo ona faktycznie mówiła z pasją. Tymczasem sama uczyłam się wymaganego minimum i po wyjściu ze szkoły prawie niczego już nie pamiętałam. Gdyby spytać mnie o powstanie styczniowe czy listopadowe, zamilkłabym haniebnie. Czy to dlatego, że nauczycielka nie miała czasu mnie tego nauczyć? Nie. To dlatego, że sama się tego nie nauczyłam i podejrzewam, że już raczej się nie nauczę. Historii zaczęłam „uczyć się” jako dorosła już kobieta, bo wtedy zaczęły mnie te wszystkie zależności między światem dzisiejszym a najnowszą historią interesować.
I nie mówię tu, że jestem tak wspaniała, że trzeba brać mnie za przykład i obcinać lekcje historii. Jestem przeciętna i uczyłam się pewnie tak samo, jak większość dzieciaków. Dlatego niech nikt mi nie wmawia, że większa ilość godzin zmieni stan rzeczy. Nie zmieni. I pisałam już o tym tu. Trzeba samemu do wielu rzeczy dorosnąć. Kto dorośnie, nauczy się sam. Kto nie dorośnie, pozostanie historycznym głąbem i ignorantem całe życie i żadna ilość godzin historii w szkole tego nie zmieni.

sobota, 29 stycznia 2011

Szanowny panie senatorze...


Ostatnio mało nie wybuchłam, kiedy w telewizji usłyszałam pana senatora, który z nieco złośliwym uśmiechem oświadczył, że dla dziecka najlepiej jest, żeby do trzeciego roku życia zostało w domu, najlepiej z matką. Dlaczego najlepiej z matką, tego nie wiem, i zanim zdążyłam się nawet nad tym zastanowić, zaczęłam rzucać bluzgi w kierunku telewizora. Ponieważ słowa te padły w okolicy pory kąpania Młodego, natychmiast udałam się do łazienki, żeby tylko więcej tych debilizmów nie słuchać (dla krótkiego wyjaśnienia: sprawa dotyczyła ustawy, która miała ułatwić powstawanie żłobków, a pan senator oczywiście był temu przeciwny). Małżonek, który siedział spokojnie i niewzruszenie, oglądając te bzdury zakomunikował mi jeno, że lepiej, że nie oglądałam ciągu dalszego, gdyż wyszło na to, że nasze dziecko (między innymi, tak jak cała reszta żłobkowej czeredy) nigdy nie będzie w stanie stworzyć normalnego związku z drugą osobą oraz zostanie alkoholikiem.
W pracy, kiedy zaczęłam się rzucać, opowiadając o jakże odkrywczych słowach pana senatora, koleżanka spytała mnie:
-Znaczy nie zgadzasz się z tym, co powiedział?
Oczywiście, że się zgadzam Z TYM co powiedział, nie zgadzam się jedynie z kontekstemi SPOSOBEM w jaki to powiedział. Wyszło na to, że moje dziecko poszło do żłobka, bo ja jestem wyrodną matką, która dodatkowo wpędza dziecko w alkoholizm i która koniecznie chce się tego dziecka na kilka godzin pozbyć z domu, a nie dlatego, że w tym chorym państwie nie umożliwia mi się zostania z nim w domu, bo chyba musiałabym mieszkać pod mostem i jeść trawę za te kwoty, które oni mi proponują.
Fakt, że dla dziecka jest lepiej, żeby zostało w domu przez pierwsze kilka lat życia jest dla mnie niemal bezdyskusyjne. Niemal, bo widzę, jak moje dziecko świetnie się rozwija i jak wiele się w żłobku uczy, więc żłobek to naprawdę nie jest diabeł ani żadne zło wcielone. Jednak gdybym miała wybór, na pewno siedziałabym z dzieckiem w domu. Problem w tym, że nie mam tego wyboru i szanowny pan senator powinien to wiedzieć, a nie wciskać mi głodne kawałki, jak to mojemu dziecku jest źle. Sznowny pan senator powinien pokazać mi alternatywę, a skoro jej nie ma, to o nią zadbać, a nie gadać co mu ślina na język przyniesie z tym swoim głupim uśmieszkiem. Właśnie dlatego tak bardzo się zburzyłam na to, co szanowny pan senator ogłosił w telewizji, żeby tylko zaistnieć.

środa, 27 stycznia 2010

Dziesiąty tydzień.


Ot, kolejny durny pomysł w naszym wspaniałym, pełnym debilizmów kraju. Rząd wynalazł becikowe. I tak to się cudownie rozwijało. Wszystkie kobiety nagle doszły do wniosku, że genialnym pomysłem byłoby urodzić dziecko, bo tysiączkiem nikt nie pogardzi. Dlatego właśnie mamy tak gigantyczną liczbę rodzących. Żeby nikt nie pomyślał, że to dlatego, że wyż z lat osiemdziesiątych zaczyna produkować potomstwo, bo przecież to byłby powód zbyt trywialny. No ale dość tej kiepskiej ironii – mieć tysiąc a go nie mieć to jednak różnica, więc nie będę na to narzekać. Problem w tym, że faktycznie liczba rodzących wzrosła, a więc i kasy musiało na to pójść sporo. To się już nikomu nie mogło podobać. Ale i w takiej sytuacji rząd nie traci ducha i natychmiast leci z nową ustawą.
Dziesiąty tydzień. W takim terminie przyszła matka ma się najpóźniej zgłosić do lekarza i z bananem na buzi usłyszeć, że spodziewa się dziecka. To było takie oczywiste. Miała mdłości, bolały ją piersi, zrobiła sobie trzy testy, więc nie mogło być żadnych wątpliwości. Jeśli do lekarza się nie zgłosiła, znaczy że matka wyrodna i żaden tysiąc jej się nie należy tylko chłosta.
A co z tymi matkami, które nie wiedziały, że są w ciąży w wymaganym terminie? Ano politycy twierdzą, że są to tak nieliczne przypadki, że nie ma o czym mówić i oni nie będą tworzyć ustawy w oparciu o jednostkowe przypadki. Matka nie wiedziała, widocznie jeszcze bardziej wyrodna niż ta, co się do lekarza nie zgłosiła. Bo matka polka WIE! Jeszcze zanim plemnik dotrze do jajeczka, jeszcze zanim zaczną się jakiekolwiek podziały komórek, matka polka to po prostu WIE.
Widocznie nie jestem matką polką (co w przypadku posiadania już potomstwa sztuk jedna jest wiadomością dla państwa wielce niepokojącą), bo NIE WIEDZIAŁAM. Żadne przeczucie, żaden aniołek na ramieniu mi tego nie powiedział. Gdyby nie fakt, że starałam się o dziecko już od jakiegoś czasu pewnie nie zgłosiłabym się do lekarza jeszcze przez dwa miesiące. A dlaczego? Powód prosty – miałam tak nieregularny okres, że jego brak nie był dla mnie żadną nowością. Piersi mnie nie bolały, nie wymiotowałam, żaden aniołek również mi na ramieniu nie siedział. Efekt jest taki, że gdyby nie mój przedziwny charakter, pewnie jeszcze długo nie wiedziałabym, że jestem w ciąży. Efekt byłby taki, że nie dostałabym becikowego.
Są jeszcze kobiety, które nie mają ŻADNYCH symptomów ciąży, bo nawet okres mają regularny. Może nieco bardziej skąpy, ale to nie powód do zastanowienia tylko do szczęścia. I co te kobiety mają zrobić? Mają WIEDZIEĆ, według ministerstwa. Już nie wspomnę o sytuacji, kiedy to lekarz nie zakłada karty ciąży do dwunastego tygodnia, bo wtedy jest mniejsze prawdopodobieństwo poronienia. Co z takimi matkami? Przez opieszałość lekarzy mają stracić pieniądze?
Oczywiście ministerstwa nic nie obchodzi, bo im mniej zgłoszeń do dziesiątego tygodnia tym mniej kasy przyjdzie im wydać. Kobiety natomiast są załamane, ale i gotowe walczyć o swoje. I mam nadzieję, że wygrają, chociaż  w naszym wspaniałym kraju walka z urzędami to doprawdy syzyfowa praca.