Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieniądze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieniądze. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 maja 2013

Etaty.


Dorwała mnie przykra rzeczywistość. Zawsze twierdziłam, że angliście bezrobocie nie grozi, że zawsze gdzieś znajdzie pracę. Że zawsze jakaś szkoła będzie szukać nauczycieli, bo dobrych nauczycieli ubywa. I, prawdę mówiąc, nadal tak twierdzę. Problem polega na tym, że ja chcę pracować w TEJ, KONKRETNEJ szkole. Tymczasem w mojej szkole coraz mniej godzin, coraz mniej etatów. Bo uczniów coraz mniej. Ciągle czekamy na wyż, bo w gimnazjum nadal króluje mała ilość uczniów.
I to nie tylko w moim gimnazjum. Gimnazja biją się o uczniów, bo każdy chce zatrzymać nauczycieli, mieć etaty i pracę. W zeszłym roku po raz pierwszy zaliczyliśmy ogromny kryzys, kiedy to padały etaty, a nauczyciele odchodzili, bo z pieniędzy za dziewięć godzin przeżyć się nie da. W tym roku, choć już nie tak tragicznie, wcale nie jest lepiej. Po raz kolejny dostaję umowę na dziewięć godzin. Być może we wrześniu będzie lepiej, być może będzie więcej uczniów niż zakładamy. Ale to tylko być może.
Na pewno będziemy wiedzieć we wrześniu, czyli za późno, żeby szukać pracy. W takim razie powinnam zacząć szukać już teraz. Zapewne jakaś szkoła przyjmie mnie na  pół etatu z pocałowaniem ręki. Problem pojawi się, gdy we wrześniu okaże się, że jednak wydoliliśmy na szesnaście czy siedemnaście godzin, bo o etacie już nie wspomnę. Wtedy pozostanie mi zrezygnować z tej wyszukanej pracy. Oni zostaną bez nauczyciela na dzień pierwszy września, ja spokojnie popracuję u siebie. Niby nic takiego, ale jeśli ta sytuacja powtarza się co roku, przestaję być wiarygodna i pewnego dnia moje CV zostanie odrzucone już we wstępnym etapie. 
Albo drugi scenariusz. Nie będę szukać pracy, bo zapewne we wrześniu będzie lepiej, przecież zawsze pani dyrektor zakłada najgorszy scenariusz. Tymczasem w efekcie zostanę z dziewięcioma godzinami dnia pierwszego września. Na szukanie pracy będzie nieco za późno, z pieniędzy za dziewięć godzin żyć się nie da. Zostaję z ręką w nocniku.
Nie ma idelanego rozwiązania. Albo ja kogoś wydymam, albo potencjalnie sama zostanę wydymana (i to nie w ten przyjemny sposób).

sobota, 29 grudnia 2012

Niezły biznes.


O Średzkim Parku Wodnym brać blogowa już co nieco napisała, ale ja wypowiem się w nieco innym kontekście, gdyż właśnie zdarzyło mi się w tym przybytku gościć. A że tematów szkolnych trochę mi ostatnio brak, to popastwię się nad naszym wspaniałym, polskim „byznesem”. Może i jestem niesprawiedliwa, może i on nie tak całkiem polski, może w innych krajach też tak ludzi robią w bambuko, ale ja nie w innych krajach mieszkam, tylko w Polsce i dlatego się czepiam (podejrzewam, że nie chodzi tu również o Środę Śląską konkretnie, ale tylko tam zdarzyło  mi się odwiedzić Park Wodny, co – tak na marginesie – brzmi o wiele dumniej niż zwykły basen). A czepiać się jest czego.
Już pomijam kwestię windy, którą podniosła Kruszyzna, bo udało mi się bez ofiar w ludziach wózek do góry wnieść. Problem zaczyna się, kiedy kupujemy bilet. Mówimy, że na godzinę, bo jesteśmy (ja i babcia) z dzieckiem, a wiem, że Młody nie wytrzyma całej godziny w wodzie, więc zostanie nam te 15 minut na przebranie się i wysuszenie czupryny. Pani pyta, czy może jednak na dwie godziny (pewnie nauczona doświadczeniem), ale grzecznie stwierdzamy, że dziękujemy. O my naiwne!
Nie mam pretensji o to, że ma się godzinę na WSZYSTKO, od wejścia i przebrania się począwszy, a na wymyciu, przebraniu i wysuszeniu się skończywszy. Byłabym wtedy zbyt czepialska, gdyż – jak już pisałam – z pewnością ta sama zasada działa w innych przybytkach zwanych szumnie aquaparkami. Przyczepię się do czegoś innego. W swej bezgranicznej wierze i nadziei nie przewidziałam bowiem dwóch rzeczy. Primo, prysznice siąpią wodą, jak przy suszy w Afryce, przez co choćby umycie włosów staje się sportem ekstremalnym. No ale spoko, czuprynę mogę sobie w domu umyć, nie bądźmy tacy małostkowi.
Secundo, suszenie szanownej rozczochranej. O ile myć nie muszę, co zaoszczędzi mi jakieś 10 minut (dokładne spłukanie szamponu niewykonalne), o tyle z mokrym łbem na mróz wyjść się nie podejmuję. I co widzę? Dwie (DWIE!!!) suszarki do włosów, które swoją mocą powalają. Podejrzewam, że prędzej wysuszyłabym włosy dmuchaniem mojego syna. Doprawdy, żenujące. Albo spodziewali się dwóch klientów na godzinę, przy czym oboje musieliby być niemal łysymi osobnikami (w końcu kobieta też może być łysa), albo poważnie sobie w kulki lecą, próbując wyrolować ludzi na kasie. Bo przecież licznik bije, a suszarek na zewnątrz brak. Oczywiście można przynieść swoją turbo suszarkę i zaoszczędzić pewnie jakieś 20 minut przy moich włosach, ale po pierwsze trzeba o tym wiedzieć, a po drugie trzeba mieć siłę nosić te toboły (jak przynieść prysznic?).
I tu właśnie mózg  mi stanął w poprzek. Cena za godzinę wprawdzie nie powala (za to już we wrocławskim aquaparku i owszem, a zasady te same, tyle że nie wiem, jak działają prysznice i suszarki), ale biorąc pod uwagę wszystkie czynności towarzyszące, które muszę wykonać przed wejściem i po wyjściu z wody na samo pluskanie zostaje mi jakieś 20 minut i to tylko wtedy, jeśli nie natrafię przy wyjściu na tłum ludzi pod suszarką choćby. Oczywiście mogę zapłacić za dwie godziny, względnie pominąć wszelkie czynności towarzyszące, ale nie sądzę, żeby klienci byli z takich opcji szczególnie zadowoleni.
Dlatego właśnie uważam, że aquaparki to świetny biznes i naciąganie ludzi na kasę. W ogólnym rozrachunku posiadam dwa wnioski. Uno, do aquaparku w Środzie zajrzę od czasu do czasu, jak będę cierpiała na nadmiar gotówki. Do wrocławskiego nigdy, żeby nawet rafę koralową mi tam zainstalowali. Nie za te pieniądze. Duo, albo ludzie są szaleni, albo biznes szybko przestanie być opłacalny i aquapark w Środzie obniży swoje loty albo zniknie. Stawiam na to drugie, bo nawet wspaniała zjeżdżalnia, z której korzystałam pierwszy raz w życiu i niemal jestem gotowa zamontować ją u siebie w domu nie przekona mnie do tego, żeby bywać tam częściej (chociaż oczywiście aquapark sam w sobie jest świetny). Bo nie lubię, jak się mną manipuluje i robi się mnie w ..... sami wiecie w co.

wtorek, 18 września 2012

Demotywacja.


Oczywiście nie czarujmy się, wszystkich zadowolić się nie da. Zawsze znajdzie się taki, któremu coś nie pasuje, czegoś nie da się zrobić i w ogóle bida z nędzą. Ostatnio po prostu bardzo myślałam nad zagadnieniem dodatku motywacyjnego. Komu powinien przysługiwać, ile, za co. I z przykrością stwierdzam, że w wielu szkołach dodatek ten przyznawany jest albo każdemu po równo, albo według bliżej nieokreślonych zasad, bo dzieli przecież dyrektor. Nie wiem, jak to jest w mojej szkole i nie będę tutaj rzucać kalumni, ale doświadczenie mi mówi, że i w naszym kurniku nie wszyscy są bez winy. 
Usłyszałam kiedyś, że dodatek motywacyjny powstał po to, żeby poratować marną pensję nauczyciela. Dawany był odgórnie, bez żadnych konkretnych zasług czy win. Podobno. Nie wiem, ile w tym prawdy. Możliwe, że to tylko taka bzdurna plota. Nie podlega jednak dyskusji, że wzbudza on kontrowersje wśród ludzi. Buntują się, że przecież nauczyciele nic nie robią, dostają za to kasę, a jeszcze im dodatki we łbach. Żarty żartami oczywiście, ale faktem jest, że przydział dodatków motywacyjnych jest dla mnie nieco niezrozumiały. Niby jest jakiś system, ale w zasadzie to trudno powiedzieć, żeby on działał, skoro najwięcej do powiedzenia ma tutaj dyrektor szkoły.
Myślałam, jak zmienić ten system tak, żeby posiadał choć znamiona sprawiedliwości i faktycznej nagrody za zasługi. Szukałam w internecie, ale tam znalazłam tylko albo ciągłe jęki i narzekania, że nauczycielom za dobrze i powinni nam obciąć wszystko, albo postulaty, żeby nagrody dostawali tylko nauczyciele olimpijczyków. O absurdalności takich pomysłów, mam nadzieję, nie muszę pisać. Dość powiedzieć, że choć staram się jak mogę, a czasem nawet ponad swoje siły, żadnego olimpijczyka ani laureata konkursu nie wypuściłam spod swoich skrzydeł. Z wielu powodów. Choćby dlatego, że zbyt często laureaci takich konkursów czy olimpiad chodzą do szkół dwujęzykowych i nie nie można ich poziomu zrównać z moimi (i wieloma innymi) uczniami.
No tak, ale nadal brak odpowiedzi, za co w takim razie nauczyciele powinni dostawać te nieszczęsne dodatki motywacyjne. Wydaje mi się, że dobrym wyjściem byłoby dawanie ich za faktyczne zasługi, realną pracę. Ale nie za ilość laureatów w życiorysie, a za to, jak dany nauczyciel pracuje w danej placówce. Wtedy każdy nauczyciel (który chce zdobyć dodatek), będzie musiał robić coś „ponad podstawę” i jest szansa, że uczniowie baaaaardzo na tym skorzystają. Oczywiście oceny nadal dokonywałby dyrektor po uprzednim dostarczeniu choćby raportu z pracy (tak jak to dzieje się na przykład w trakcie stażu). Można to robić rocznie albo semestralnie, ale to już taki pan pikuś.
Jak sobie tak pomyślałam, to mi wyszło, że (na dzień dzisiejszy) właściwie wszyscy „nasi” nauczyciele powinni dostać dodatek motywacyjny. Nie ma nauczyciela, który przychodziłby tylko na swoje lekcje i wychodził ukontentowany, że swoją pańszczyznę odrobił. A byli i tacy w trakcie mojej kariery, w każdej szkole zapewne taki się znajdzie. Tymczasem każdy nauczyciel (czy matematyki, fizyki, czy wf-u) mógłby zrobić coś więcej. I chyba najważniejsze – te dodatki powinny być jawne. Wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich. Ja nie wstydzę się wysokości swojego dodatku. Jak nic nie robię, potrafię się do tego przyznać i pogodzić się z potencjalnymi konsekwencjami. Można mnie kontrolować wzdłuż, wszerz i w poprzek. Nie bardzo rozumiem, czemu niektórzy tak bardzo się przed tym bronią. 
Nie mam gotowej recepty na wszystko. Być może i ten pomysł ma wiele wad, których nie widzę, bo patrzę na niego z mojego punktu widzenia. Wydaje mi się jednak, że gdyby grono kompetentnych ludzi zebrało się razem, z pewnością wymyśliliby coś mądrego i trzymającego się kupy.

czwartek, 6 września 2012

O podręcznikach.


Ostatnio po raz kolejny stało się modne narzekanie na złych nauczycieli. Tym razem jednak powodem nie są zarobki czy ilość wolnego, ale podręczniki. Temat powtarza się co jakiś czas, wraca jak bumerang i oczywiście winni jesteśmy my. Tymczasem nie zawsze tak jest. Nie mówię, że nigdy. Czasami rzeczywiście nauczyciele (zwłaszcza ci od angielskiego) często zmieniają podręczniki. Głównie przez to, że często się zmieniają, a każdy następny ma inne zdanie co do przydatności podręcznika niż ten poprzedni. Jednak najczęstszym powodem zmian podręcznika są albo sami uczniowie (i zaraz przejdę do szczegółów), albo reformy. Siłą rzeczy ograniczę się do podręczników z angielskiego, bo po pierwsze będę wiedziała, o czym piszę, a po drugie to właśnie ich ceny przyprawiają rodziców o największe palpitacje.
Jak wiadomo, rynek pełen jest w dzisiejszych czasach podręczników. Do wyboru, do koloru, milion wydawnictw prześciga się w ciekawszej ofercie. A jeśli chodzi o książki do angielskiego to już natura obrodziła przewybornie. Jedno wydawnictwo potrafi mieć w ofercie trzy pozycje na tym samym poziomie. Z jednej strony to dobrze, bo nauczyciele mają wybór i mogą dobrać podręcznik do ucznia. Z drugiej strony żadna pozycja nie jest doskonała dla każdego i nadmiar przyprawia nawet nauczycieli o ból głowy. Jednak nie da się ukryć, że wybór podręcznika zależy tylko i wyłącznie od nauczyciela i na nas spoczywa odpowiedzialność za jego właściwe dobranie.
Na początek (bo temat rozwlekły) opowiem, jak to było przed reformą. Bo wtedy nie było większych zmian w podręcznikach, a jedyną przesłanką do zmiany było... No właśnie, co takiego mogło być tak ważne, że trzeba było zmieniać podręcznik? Dwie rzeczy mogły o tym decydować. Zmieniający się nauczyciele oraz zmieniający się uczniowie. O co chodzi? Otóż swego czasu rotacja nauczycieli angielskiego w szkołach była wielkości epickiej. Co roku (a bywało, że i częściej) przychodził ktoś nowy. I ten ktoś nowy miał już inną wizję. Nie lubił podręcznika X jak zarazy, za to podręcznik Y uważał za cudo objawione. Rok później przychodził nowy nauczyciel i cała szopka zaczynała się od nowa. A rodzice bulili, bo nie mogli odkupić podręczników od starszych roczników.
Uczniowie zmieniają się co roku, każdy głupi to wie (oczywiście jeśli chodzi o pierwsze klasy). I zdarza się, że w jednym roku trafią nam się lotni, a w innym nieco mniej. Jakim cudem ja w takim razie mam tak samo tych uczniow traktować? W ich własnym interesie jest, żeby grupa słabsza miała inne podręczniki niż ta mocna, bo inaczej będzie się z nimi katowała, a i tak niczego się nie nauczy (wiem z doświadczenia). Dlatego zmiana podręcznika nie zawsze jest taka zła.
A teraz sytuacja po reformie. Właściwie reformach, bo one nadal trwają i zmienia się coś co chwila. Otóż po reformia nagle okazało się, że podręcznik, którego do tej pory używałam, nie jest wystarczająco dobry. W związku z tym musiały zostać naniesione zmiany. Co z tego, że zmiany są kosmetyczne. Stary był be, a nowy jest cacy. Pewnie myślicie, że wydawnictwa były zachwycone zmianami i tym, że muszą wszystko zatwierdzać od nowa. Otóż wcale nie. Dla nich to jest taki sam problem, jak dla nas. Trzeba wszystko przeanalizować, pozmieniać, dać do zatwierdzenia, a w końcu wydrukować nową partię. Stara oczywiście (jeśli jakieś egzemplarze się ostały) idzie na przemiał. Czyli straty. Rok później cała szopka zaczyna się od nowa, bo znowu zarządzili w ministerstwie jakieś zmiany i stary podręcznik nieważny. 
I tak w koło Macieju. Wydawnictwa mają dwa razy więcej pracy i zamieszania, my z szaleństwem w oczach sprawdzamy, czy nowy podręcznik dostał zatwierdzenie czy nie, a w efekcie uczeń musi kupić nową książkę w zwariowanej cenie, bo wersja od starszych uczniów nieaktualna. Zanim więc winą obarczymy wydawnictwa czy nauczycieli, zastanówmy się, kto tak naprawdę decyduje o reformach, zmianach w edukacji czy zatwierdzeniach podręczników. Nie nauczyciele, nie wydawnictwa, a ministerstwo. I do nich proszę zgłaszać zażalenia. 
Oczywiście każda zmiana podręcznika niesie za sobą potężne koszta. Zdaję sobie z tego sprawę. I ciężko mi powiedzieć, z jakiego powodu te koszta są takie duże. Wiadomo, że książki wydane na ładnym papierze, pełne rysunków i zdjęć (akurat też nie za bardzo to lubię, ale uczniowie niby narzekają, a jak dostaną książkę bez obrazków to patrzą na mnie jak na marsjankę), najczęściej wydawane w Anglii, ale czy to jest wystarczający powód? Nie wiem. Mnie też te ceny przyprawiają o zawrót głowy, ale jeśli mam wybrać książkę tanią w zamian książki dobrej (niestety zazwyczaj jedno idzie w opozycji do drugiego) to wybieram jednak dobrą.
I ostatnia rzecz (naprawdę, ostatnia) to sól w oku większości osób. Łapówki, które nauczyciele dostają od wydawnictw. Te wszystkie Seszele, drinki z parasolką i weekendy w SPA. Otóż NAJDROŻSZYM gadżetem, który dostałam była torba na ramię. Z nadrukiem wydawnictwa. Poza tym dostajemy jedynie zestaw książek dla nauczyciela, czasem jakiś długopis czy dodatkową książkę z ćwiczeniami i kalendarz. Doprawdy, mdleję z zachwytu. Poza tymi gadżetami „dla nas” są jeszcze gadżety dla szkoły i te o wiele bardziej mnie ineteresują. Tabele do powieszenia w klasie, plakaty, dodatkowe materiały. Czy to naprawdę aż tak wielka łapówka, żeby wybrać akurat tę konkretną książkę zamiast jakiejś innej?

niedziela, 15 lipca 2012

Każdemu po równo?


Pisałam już kiedyś o tym, że szkoła to najbardziej „sprawiedliwe” miejsce płacy na świecie. Każdy zarabia tyle samo (z podziałem na stopnie zawodowe) bez względu na to, czy jest hetero – czy homoseksualistą, wierzącym czy ateistą, szczęśliwą czy nieszczęśliwą osobą, a nawet nie patrząc na to, czy jest nauczycielem „dobrym” czy „złym”. Ostatnio zdarzyło mi się przeczytać artykuł w Gazecie Wyborczej, którego autor/ka litościwie zniknął/ęła w mrokach mojej niepamięci. Dla potrzeb posta powiedzmy, że był to pan (żebym nie musiała co chwila „slashować”). 
I tenże pan stwierdził, że płacenie wszystkim jak leci tyle samo to przeżytek i powinno się te płace zróżnicować. I chwała mu, temu panu, tyle że pomysł, w jaki sposób je zróżnicować, miał taki, że jakbym go złapała to by mu się bardzo szybko oczka otworzyły. Otóż jaśnie pan stwierdził, że ci wypuszczający spod swoich skrzydeł olimpijczyków i laureatów konkursów powinni zarabiać więcej niż ci, którzy takowych nie mają.
Na pierwszy rzut oka wszystko gra. Przecież ci, których uczniowie odnoszą sukcesy zasłużyli sobie na to przez pracę z tymi uczniami, rozwijanie ich zdolności i osiągnięć. Sukcesy w konkursach, zawodach, olimpiadach to zasługa przede wszystkim uczniów, ale i po części ich nauczycieli. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie dwa małe „ale”.
Pierwsze „ale” dotyczy tego, że niektórzy uczniowie nie są dobrzy DZIĘKI nauczycielom, ale POMIMO nim. Są tacy nauczyciele, którzy starają się uczniów do nauki zniechęcić, którzy w żaden sposób nie pomagają im rozwijać ich talentów, a jedynie na nich żerują, podczas gdy uczeń sam, w domu, w pocie czoła, zdobywa potrzebną mu wiedzę. Za co wtedy taki nauczyciel miałby dostać gratyfikację? Za nieprzeszkadzanie uczniowi w dążeniu do sukcesu? Za nie swoją pracę? 
Drugie „ale” dotyczy szkół, które w zasadzie nie mają szans na jakiekolwiek sukcesy w dziedzinie konkursów, bo ich uczniowie są... no cóż, nie dość utalentowani. Albo mają za małe szanse w starciach z gigantami. Weźmy tu przykład mojego przedmiotu. Regularnie zgłaszam zdolnych uczniów do konkursów. Spędzamy czas, przygotowując się do nich, a na końcu i tak wśród laureatów widzę uczniów szkół dwujęzycznych. I to jest demotywujące, bo moi uczniowie mają niewielkie (jeśli jakiekolwiek) szanse na dorównanie komuś, kto uczy się w szkole z wykładowym językiem angielskim albo kto ma 10 godzin angielskiego w tygodniu. 
Dlatego właśnie uważam, że rozliczanie nauczycieli według sukcesów ich uczniów jest pomysłem co najmniej nietrafionym, żeby nie określić tego bardziej brutalnie. Nie mam jednak równocześnie rozwiązania tego problemu. Dlaczego więc tak mocno przyczepiłam się do pomysłu pana redaktora? Bo jako dziennikarz powinien był przeprowadzić jakieś elementarne przynajmniej śledztwo albo coś na kształt badań. Od razu by mu wyszło, że jego pomysł to bzdura i być może zastanowiłby się dwa razy zanim by coś takiego napisał. Tymczasem szanowny pan nie był łaskaw nawet dwa razy pomyśleć, cóż dopiero zebrać jakieś rzetelne materiały. I dlatego jest mi przykro, bo potem jesteśmy oceniani na podstawie takich właśnie beznadziejnych tekstów, których autorowi nie zależy na rzetelności, a jedynie na zapełnieniu miejsca i dostaniu za to kasy.

poniedziałek, 8 lutego 2010

Wydatki na dziecko.


Boziu, jaki durny artykuł przeczytałam dzisiaj na Onecie! Komu nie chce się czytać – skrót. Chodzi o pieniądze wydawane w czasie ciąży i po urodzenia dziecka – według autorki artykułu nieziemsko wysokie. Oczywiście nie twierdzę, że wydatki są małe, to nie o to chodzi, ale gdyby były takie, jak twierdzi autorka artykułu, to nikt nie rodziłby dzieci. Rozumiem, że w ciąży kobieta musi o siebie dbać, chodzić do lekarza, brać przepisane leki i robić badania, a potem dziecku chce się dać wszystko, co najlepsze, żeby dobrze się rozwijało, ale do tego naprawdę nie trzeba być miliarderem.
Jestem nauczycielką i naprawdę nie zarabiam kokosów, bo na rękę dostaję 1600 złotych. W sumie z mężem mamy w domowym budżecie 2400. Zaszłam w ciążę, bo chcieliśmy mieć dziecko, także żadna wpadka, a świadomy wybór, również w kwestii wydatków. Nie mogę powiedzieć, że nie korzystaliśmy z pomocy rodziców, bo musiałabym skłamać, ale ta pomoc ograniczyła się do około 300 złotych w trakcie całej ciąży. Nie powiem też, że było czy jest łatwo, ale nigdy nie było i już się przyzwyczaiłam, daliśmy radę i tym razem (a nie należę do osób, których trzymają się pieniądze).
W ciąży chodziłam do lekarza państwowego. Zmieniałam lekarza trzy razy, zanim trafiłam na porządnego, ale nie przeszło mi przez myśl, żeby iść do lekarza prywatnie, bo nie miałam na to kasy. Już i tak badania nierefundowane kosztowały trochę kasy, więc lekarz prywatnie nie był opcją. Bralam wszelkie witaminy i leki przepisane przez lekarza, oczywiście wszystkie nierefundowane, więc też trochę pieniędzy poszło. I jakoś przeżyłam tą ciążę, dziecko było zdrowe i dobrze się rozwijało.
Teraz też chodzimy do państwowego lekarza, kupujemy pieluchy jednorazowe, chusteczki do tyłka, krem do ciała, mydło, mamy łóżeczko, wózek (używany), wanienkę (od koleżanki), ubranka (nowe), etc. Wydatki początkowe, czyli łóżeczko, meble, wózek… z pewnością nie były małe, ale można to kupować przez całą ciążę, a nie z jednej pensji w ostatniej chwili. Pieluchy i ubrania też można gromadzić w ciąży, nie wspominając o pomocy koleżeńskiej, która w przypadku dzieci to akurat kwitnie. Przez ten baby boom mam cztery koleżanki, które gotowe były mi pomóc, czyli właśnie pożyczyć wanienkę czy ubrania po swoim dziecku.
Później będzie trudniej, bo żłobek rzeczywiście kosztuje, ale z tym też trzeba będzie sobie poradzić i tyle. Jeśli chodzi o zabawki, to moje dziecko w tym względzie nie będzie rozpieszczane, bo mnie na to nie stać. Nie stać mnie na matę za 150 złotych, ale mogę pobawić się z nim grzechotką za 10 złotych. Nie stać mnie na zabawki za 100 czy 200 złotych, jak to przedstawiają w artykule, ale małe dziecko zadowoli się szafkami, garnkami, czy choćby tańszymi zabawkami, bo takie (o dziwo, o czym pewnie autorka nie wie) również istnieją.
Czy moje dziecko będzie głupsze, inne, gorsze, bardziej ubogie, smutniejsze? Wątpię. Nie będę tutaj przywoływać tez, że dziecko przede wszystkim musi mieć rodziców, ich czas i uwagę, bo strzeliłabym sobie w kolano, jako że po wakacjach młody idzie do żłobka. Myślę po prostu, że dziecko może się bez pewnych rzeczy obejść, a to producenci albo inni rodzice nakręcają nas na to, że dziecko MUSI coś mieć, albo że coś tam jest dla niego lepsze.
Przytoczę choćby przykład szczepień. Nie stać mnie na słynne szczepienia 200 w jednym (sarkazm zamierzony, wiem, że jest pięc czy tam sześć w jednym). Moje dziecko dostało normalne szczepionki, było kłute trzy razy i żyje. Nie miało powikłań, nie miało gorączki, nie umarło od tych szczepionek. Tak więc też można. Dlaczego mam wydać dwieście czy trzysta złotych na szczepionki, skoro mogę je mieć za darmo? Ta sama sytuacja jest z zabawkami. Dzieci bombardowane są reklamami, ale to nie znaczy, że musimy ulegać ich zachciankom i kupować im te wszystkie reklamowane rzeczy. Nie mam na to pieniędzy i już. Albo kupimy coś innego, albo poczekasz na kolejną wypłatę i raz na jakiś czas będzie mnie stać na wypasioną zabawkę. I niech nikt mi nie mówi, że dziecku wytłumaczyć się nie da, bo sama byłam tak wychowywana, a znam i dzisiaj rodziców, którzy w ten sposób wychowują dzieci i maluchom tym niczego nie brakuje.
Także nie dajmy się zwariować.