Dorwała mnie przykra rzeczywistość. Zawsze twierdziłam, że angliście
bezrobocie nie grozi, że zawsze gdzieś znajdzie pracę. Że zawsze jakaś szkoła
będzie szukać nauczycieli, bo dobrych nauczycieli ubywa. I, prawdę mówiąc,
nadal tak twierdzę. Problem polega na tym, że ja chcę pracować w TEJ,
KONKRETNEJ szkole. Tymczasem w mojej szkole coraz mniej godzin, coraz mniej
etatów. Bo uczniów coraz mniej. Ciągle czekamy na wyż, bo w gimnazjum nadal
króluje mała ilość uczniów.
I to nie tylko w moim gimnazjum. Gimnazja biją się o uczniów, bo każdy
chce zatrzymać nauczycieli, mieć etaty i pracę. W zeszłym roku po raz pierwszy
zaliczyliśmy ogromny kryzys, kiedy to padały etaty, a nauczyciele odchodzili,
bo z pieniędzy za dziewięć godzin przeżyć się nie da. W tym roku, choć już nie
tak tragicznie, wcale nie jest lepiej. Po raz kolejny dostaję umowę na dziewięć
godzin. Być może we wrześniu będzie lepiej, być może będzie więcej uczniów niż
zakładamy. Ale to tylko być może.
Na pewno będziemy wiedzieć we wrześniu, czyli za późno, żeby szukać
pracy. W takim razie powinnam zacząć szukać już teraz. Zapewne jakaś szkoła
przyjmie mnie napół etatu z
pocałowaniem ręki. Problem pojawi się, gdy we wrześniu okaże się, że jednak
wydoliliśmy na szesnaście czy siedemnaście godzin, bo o etacie już nie
wspomnę. Wtedy pozostanie mi zrezygnować z tej wyszukanej pracy. Oni zostaną
bez nauczyciela na dzień pierwszy września, ja spokojnie popracuję u siebie. Niby
nic takiego, ale jeśli ta sytuacja powtarza się co roku, przestaję być
wiarygodna i pewnego dnia moje CV zostanie odrzucone już we wstępnym etapie.
Albo drugi scenariusz. Nie będę szukać pracy, bo zapewne we wrześniu
będzie lepiej, przecież zawsze pani dyrektor zakłada najgorszy scenariusz.
Tymczasem w efekcie zostanę z dziewięcioma godzinami dnia pierwszego września.
Na szukanie pracy będzie nieco za późno, z pieniędzy za dziewięć godzin żyć się
nie da. Zostaję z ręką w nocniku.
Nie ma idelanego rozwiązania. Albo ja kogoś wydymam, albo potencjalnie
sama zostanę wydymana (i to nie w ten przyjemny sposób).
O Średzkim Parku Wodnym brać blogowa już co nieco napisała, ale ja
wypowiem się w nieco innym kontekście, gdyż właśnie zdarzyło mi się w tym
przybytku gościć. A że tematów szkolnych trochę mi ostatnio brak, to popastwię
się nad naszym wspaniałym, polskim „byznesem”. Może i jestem niesprawiedliwa,
może i on nie tak całkiem polski, może w innych krajach też tak ludzi robią w
bambuko, ale ja nie w innych krajach mieszkam, tylko w Polsce i dlatego się
czepiam (podejrzewam, że nie chodzi tu również o Środę Śląską konkretnie, ale
tylko tam zdarzyłomi się odwiedzić Park
Wodny, co – tak na marginesie – brzmi o wiele dumniej niż zwykły basen). A
czepiać się jest czego.
Już pomijam kwestię windy, którą podniosła Kruszyzna, bo udało mi się
bez ofiar w ludziach wózek do góry wnieść. Problem zaczyna się, kiedy kupujemy
bilet. Mówimy, że na godzinę, bo jesteśmy (ja i babcia) z dzieckiem, a wiem, że
Młody nie wytrzyma całej godziny w wodzie, więc zostanie nam te 15 minut na
przebranie się i wysuszenie czupryny. Pani pyta, czy może jednak na dwie
godziny (pewnie nauczona doświadczeniem), ale grzecznie stwierdzamy, że
dziękujemy. O my naiwne!
Nie mam pretensji o to, że ma się godzinę na WSZYSTKO, od wejścia i
przebrania się począwszy, a na wymyciu, przebraniu i wysuszeniu się
skończywszy. Byłabym wtedy zbyt czepialska, gdyż – jak już pisałam – z
pewnością ta sama zasada działa w innych przybytkach zwanych szumnie
aquaparkami. Przyczepię się do czegoś innego. W swej bezgranicznej wierze i
nadziei nie przewidziałam bowiem dwóch rzeczy. Primo, prysznice siąpią wodą,
jak przy suszy w Afryce, przez co choćby umycie włosów staje się sportem
ekstremalnym. No ale spoko, czuprynę mogę sobie w domu umyć, nie bądźmy tacy
małostkowi.
Secundo, suszenie szanownej rozczochranej. O ile myć nie muszę, co
zaoszczędzi mi jakieś 10 minut (dokładne spłukanie szamponu niewykonalne), o
tyle z mokrym łbem na mróz wyjść się nie podejmuję. I co widzę? Dwie (DWIE!!!)
suszarki do włosów, które swoją mocą powalają. Podejrzewam, że prędzej
wysuszyłabym włosy dmuchaniem mojego syna. Doprawdy, żenujące. Albo spodziewali
się dwóch klientów na godzinę, przy czym oboje musieliby być niemal łysymi
osobnikami (w końcu kobieta też może być łysa), albo poważnie sobie w kulki
lecą, próbując wyrolować ludzi na kasie. Bo przecież licznik bije, a suszarek
na zewnątrz brak. Oczywiście można przynieść swoją turbo suszarkę i
zaoszczędzić pewnie jakieś 20 minut przy moich włosach, ale po pierwsze trzeba
o tym wiedzieć, a po drugie trzeba mieć siłę nosić te toboły (jak przynieść
prysznic?).
I tu właśnie mózgmi stanął w
poprzek. Cena za godzinę wprawdzie nie powala (za to już we wrocławskim
aquaparku i owszem, a zasady te same, tyle że nie wiem, jak działają prysznice
i suszarki), ale biorąc pod uwagę wszystkie czynności towarzyszące, które muszę
wykonać przed wejściem i po wyjściu z wody na samo pluskanie zostaje mi jakieś
20 minut i to tylko wtedy, jeśli nie natrafię przy wyjściu na tłum ludzi pod
suszarką choćby. Oczywiście mogę zapłacić za dwie godziny, względnie pominąć
wszelkie czynności towarzyszące, ale nie sądzę, żeby klienci byli z takich
opcji szczególnie zadowoleni.
Dlatego właśnie uważam, że aquaparki to świetny biznes i naciąganie
ludzi na kasę. W ogólnym rozrachunku posiadam dwa wnioski. Uno, do aquaparku w
Środzie zajrzę od czasu do czasu, jak będę cierpiała na nadmiar gotówki. Do
wrocławskiego nigdy, żeby nawet rafę koralową mi tam zainstalowali. Nie za te
pieniądze. Duo, albo ludzie są szaleni, albo biznes szybko przestanie być
opłacalny i aquapark w Środzie obniży swoje loty albo zniknie. Stawiam na to
drugie, bo nawet wspaniała zjeżdżalnia, z której korzystałam pierwszy raz w
życiu i niemal jestem gotowa zamontować ją u siebie w domu nie przekona mnie do
tego, żeby bywać tam częściej (chociaż oczywiście aquapark sam w sobie jest świetny). Bo nie lubię, jak się mną manipuluje i robi się
mnie w ..... sami wiecie w co.
Oczywiście nie czarujmy się, wszystkich zadowolić się nie da. Zawsze
znajdzie się taki, któremu coś nie pasuje, czegoś nie da się zrobić i w ogóle
bida z nędzą. Ostatnio po prostu bardzo myślałam nad zagadnieniem dodatku
motywacyjnego. Komu powinien przysługiwać, ile, za co. I z przykrością
stwierdzam, że w wielu szkołach dodatek ten przyznawany jest albo każdemu po
równo, albo według bliżej nieokreślonych zasad, bo dzieli przecież dyrektor. Nie wiem, jak to jest w mojej szkole i nie będę tutaj rzucać kalumni,
ale doświadczenie mi mówi, że i w naszym kurniku nie wszyscy są bez winy.
Usłyszałam kiedyś, że dodatek motywacyjny powstał po to, żeby poratować
marną pensję nauczyciela. Dawany był odgórnie, bez żadnych konkretnych zasług
czy win. Podobno. Nie wiem, ile w tym prawdy. Możliwe, że to tylko taka bzdurna
plota. Nie podlega jednak dyskusji, że wzbudza on kontrowersje wśród ludzi.
Buntują się, że przecież nauczyciele nic nie robią, dostają za to kasę, a
jeszcze im dodatki we łbach. Żarty żartami oczywiście, ale faktem jest, że
przydział dodatków motywacyjnych jest dla mnie nieco niezrozumiały. Niby jest
jakiś system, ale w zasadzie to trudno powiedzieć, żeby on działał, skoro
najwięcej do powiedzenia ma tutaj dyrektor szkoły.
Myślałam, jak zmienić ten system tak, żeby posiadał choć znamiona
sprawiedliwości i faktycznej nagrody za zasługi. Szukałam w internecie, ale tam
znalazłam tylko albo ciągłe jęki i narzekania, że nauczycielom za dobrze i
powinni nam obciąć wszystko, albo postulaty, żeby nagrody dostawali tylko
nauczyciele olimpijczyków. O absurdalności takich pomysłów, mam nadzieję, nie
muszę pisać. Dość powiedzieć, że choć staram się jak mogę, a czasem nawet ponad
swoje siły, żadnego olimpijczyka ani laureata konkursu nie wypuściłam spod
swoich skrzydeł. Z wielu powodów. Choćby dlatego, że zbyt często laureaci
takich konkursów czy olimpiad chodzą do szkół dwujęzykowych i nie nie można ich
poziomu zrównać z moimi (i wieloma innymi) uczniami.
No tak, ale nadal brak odpowiedzi, za co w takim razie nauczyciele
powinni dostawać te nieszczęsne dodatki motywacyjne. Wydaje mi się, że dobrym
wyjściem byłoby dawanie ich za faktyczne zasługi, realną pracę. Ale nie za
ilość laureatów w życiorysie, a za to, jak dany nauczyciel pracuje w danej
placówce. Wtedy każdy nauczyciel (który chce zdobyć dodatek), będzie musiał
robić coś „ponad podstawę” i jest szansa, że uczniowie baaaaardzo na tym
skorzystają. Oczywiście oceny nadal dokonywałby dyrektor po uprzednim
dostarczeniu choćby raportu z pracy (tak jak to dzieje się na przykład w
trakcie stażu). Można to robić rocznie albo semestralnie, ale to już taki pan
pikuś.
Jak sobie tak pomyślałam, to mi wyszło, że (na dzień dzisiejszy)
właściwie wszyscy „nasi” nauczyciele powinni dostać dodatek motywacyjny. Nie ma
nauczyciela, który przychodziłby tylko na swoje lekcje i wychodził
ukontentowany, że swoją pańszczyznę odrobił. A byli i tacy w trakcie mojej
kariery, w każdej szkole zapewne taki się znajdzie. Tymczasem każdy nauczyciel
(czy matematyki, fizyki, czy wf-u) mógłby zrobić coś więcej. I chyba
najważniejsze – te dodatki powinny być jawne. Wszyscy wiedzą wszystko o
wszystkich. Ja nie wstydzę się wysokości swojego dodatku. Jak nic nie robię,
potrafię się do tego przyznać i pogodzić się z potencjalnymi konsekwencjami. Można
mnie kontrolować wzdłuż, wszerz i w poprzek. Nie bardzo rozumiem, czemu
niektórzy tak bardzo się przed tym bronią.
Nie mam gotowej recepty na wszystko. Być może i ten pomysł ma wiele
wad, których nie widzę, bo patrzę na niego z mojego punktu widzenia. Wydaje mi
się jednak, że gdyby grono kompetentnych ludzi zebrało się razem, z pewnością
wymyśliliby coś mądrego i trzymającego się kupy.
Ostatnio po raz kolejny stało się modne narzekanie na złych
nauczycieli. Tym razem jednak powodem nie są zarobki czy ilość wolnego, ale
podręczniki. Temat powtarza się co jakiś czas, wraca jak bumerang i oczywiście
winni jesteśmy my. Tymczasem nie zawsze tak jest. Nie mówię, że nigdy. Czasami
rzeczywiście nauczyciele (zwłaszcza ci od angielskiego) często zmieniają
podręczniki. Głównie przez to, że często się zmieniają, a każdy następny ma
inne zdanie co do przydatności podręcznika niż ten poprzedni. Jednak najczęstszym
powodem zmian podręcznika są albo sami uczniowie (i zaraz przejdę do
szczegółów), albo reformy. Siłą rzeczy ograniczę się do podręczników z
angielskiego, bo po pierwsze będę wiedziała, o czym piszę, a po drugie to
właśnie ich ceny przyprawiają rodziców o największe palpitacje.
Jak wiadomo, rynek pełen jest w dzisiejszych czasach podręczników. Do
wyboru, do koloru, milion wydawnictw prześciga się w ciekawszej ofercie. A
jeśli chodzi o książki do angielskiego to już natura obrodziła przewybornie.
Jedno wydawnictwo potrafi mieć w ofercie trzy pozycje na tym samym poziomie. Z
jednej strony to dobrze, bo nauczyciele mają wybór i mogą dobrać podręcznik do
ucznia. Z drugiej strony żadna pozycja nie jest doskonała dla każdego i nadmiar
przyprawia nawet nauczycieli o ból głowy. Jednak nie da się ukryć, że wybór
podręcznika zależy tylko i wyłącznie od nauczyciela i na nas spoczywa
odpowiedzialność za jego właściwe dobranie.
Na początek (bo temat rozwlekły) opowiem, jak to było przed reformą. Bo
wtedy nie było większych zmian w podręcznikach, a jedyną przesłanką do zmiany
było... No właśnie, co takiego mogło być tak ważne, że trzeba było zmieniać
podręcznik? Dwie rzeczy mogły o tym decydować. Zmieniający się nauczyciele oraz
zmieniający się uczniowie. O co chodzi? Otóż swego czasu rotacja nauczycieli
angielskiego w szkołach była wielkości epickiej. Co roku (a bywało, że i
częściej) przychodził ktoś nowy. I ten ktoś nowy miał już inną wizję. Nie lubił
podręcznika X jak zarazy, za to podręcznik Y uważał za cudo objawione. Rok
później przychodził nowy nauczyciel i cała szopka zaczynała się od nowa. A
rodzice bulili, bo nie mogli odkupić podręczników od starszych roczników.
Uczniowie zmieniają się co roku, każdy głupi to wie (oczywiście jeśli
chodzi o pierwsze klasy). I zdarza się, że w jednym roku trafią nam się lotni,
a w innym nieco mniej. Jakim cudem ja w takim razie mam tak samo tych uczniow
traktować? W ich własnym interesie jest, żeby grupa słabsza miała inne
podręczniki niż ta mocna, bo inaczej będzie się z nimi katowała, a i tak
niczego się nie nauczy (wiem z doświadczenia). Dlatego zmiana podręcznika nie
zawsze jest taka zła.
A teraz sytuacja po reformie. Właściwie reformach, bo one nadal trwają
i zmienia się coś co chwila. Otóż po reformia nagle okazało się, że podręcznik,
którego do tej pory używałam, nie jest wystarczająco dobry. W związku z tym
musiały zostać naniesione zmiany. Co z tego, że zmiany są kosmetyczne. Stary
był be, a nowy jest cacy. Pewnie myślicie, że wydawnictwa były zachwycone
zmianami i tym, że muszą wszystko zatwierdzać od nowa. Otóż wcale nie. Dla nich
to jest taki sam problem, jak dla nas. Trzeba wszystko przeanalizować,
pozmieniać, dać do zatwierdzenia, a w końcu wydrukować nową partię. Stara
oczywiście (jeśli jakieś egzemplarze się ostały) idzie na przemiał. Czyli
straty. Rok później cała szopka zaczyna się od nowa, bo znowu zarządzili w
ministerstwie jakieś zmiany i stary podręcznik nieważny.
I tak w koło Macieju. Wydawnictwa mają dwa razy więcej pracy i
zamieszania, my z szaleństwem w oczach sprawdzamy, czy nowy podręcznik dostał
zatwierdzenie czy nie, a w efekcie uczeń musi kupić nową książkę w zwariowanej
cenie, bo wersja od starszych uczniów nieaktualna. Zanim więc winą obarczymy
wydawnictwa czy nauczycieli, zastanówmy się, kto tak naprawdę decyduje o
reformach, zmianach w edukacji czy zatwierdzeniach podręczników. Nie
nauczyciele, nie wydawnictwa, a ministerstwo. I do nich proszę zgłaszać
zażalenia.
Oczywiście każda zmiana podręcznika niesie za sobą potężne koszta.
Zdaję sobie z tego sprawę. I ciężko mi powiedzieć, z jakiego powodu te koszta
są takie duże. Wiadomo, że książki wydane na ładnym papierze, pełne rysunków i
zdjęć (akurat też nie za bardzo to lubię, ale uczniowie niby narzekają, a jak
dostaną książkę bez obrazków to patrzą na mnie jak na marsjankę), najczęściej
wydawane w Anglii, ale czy to jest wystarczający powód? Nie wiem. Mnie też te ceny
przyprawiają o zawrót głowy, ale jeśli mam wybrać książkę tanią w zamian
książki dobrej (niestety zazwyczaj jedno idzie w opozycji do drugiego) to
wybieram jednak dobrą.
I ostatnia rzecz (naprawdę, ostatnia) to sól w oku większości osób.
Łapówki, które nauczyciele dostają od wydawnictw. Te wszystkie Seszele, drinki
z parasolką i weekendy w SPA. Otóż NAJDROŻSZYM gadżetem, który dostałam była
torba na ramię. Z nadrukiem wydawnictwa. Poza tym dostajemy jedynie zestaw
książek dla nauczyciela, czasem jakiś długopis czy dodatkową książkę z
ćwiczeniami i kalendarz. Doprawdy, mdleję z zachwytu. Poza tymi gadżetami „dla
nas” są jeszcze gadżety dla szkoły i te o wiele bardziej mnie ineteresują.
Tabele do powieszenia w klasie, plakaty, dodatkowe materiały. Czy to naprawdę
aż tak wielka łapówka, żeby wybrać akurat tę konkretną książkę zamiast jakiejś
innej?
Pisałam już kiedyś o tym, że szkoła to najbardziej „sprawiedliwe”
miejsce płacy na świecie. Każdy zarabia tyle samo (z podziałem na stopnie
zawodowe) bez względu na to, czy jest hetero – czy homoseksualistą, wierzącym
czy ateistą, szczęśliwą czy nieszczęśliwą osobą, a nawet nie patrząc na to, czy
jest nauczycielem „dobrym” czy „złym”. Ostatnio zdarzyło mi się przeczytać
artykuł w Gazecie Wyborczej, którego autor/ka litościwie zniknął/ęła w mrokach
mojej niepamięci. Dla potrzeb posta powiedzmy, że był to pan (żebym nie musiała
co chwila „slashować”).
I tenże pan stwierdził, że płacenie wszystkim jak leci tyle samo to
przeżytek i powinno się te płace zróżnicować. I chwała mu, temu panu, tyle że
pomysł, w jaki sposób je zróżnicować, miał taki, że jakbym go złapała to by mu
się bardzo szybko oczka otworzyły. Otóż jaśnie pan stwierdził, że ci wypuszczający
spod swoich skrzydeł olimpijczyków i laureatów konkursów powinni zarabiać
więcej niż ci, którzy takowych nie mają.
Na pierwszy rzut oka wszystko gra. Przecież ci, których uczniowie
odnoszą sukcesy zasłużyli sobie na to przez pracę z tymi uczniami, rozwijanie
ich zdolności i osiągnięć. Sukcesy w konkursach, zawodach, olimpiadach to
zasługa przede wszystkim uczniów, ale i po części ich nauczycieli. I wszystko
byłoby pięknie, gdyby nie dwa małe „ale”.
Pierwsze „ale” dotyczy tego, że niektórzy uczniowie nie są dobrzy
DZIĘKI nauczycielom, ale POMIMO nim. Są tacy nauczyciele, którzy starają się
uczniów do nauki zniechęcić, którzy w żaden sposób nie pomagają im rozwijać ich
talentów, a jedynie na nich żerują, podczas gdy uczeń sam, w domu, w pocie
czoła, zdobywa potrzebną mu wiedzę. Za co wtedy taki nauczyciel miałby dostać
gratyfikację? Za nieprzeszkadzanie uczniowi w dążeniu do sukcesu? Za nie swoją
pracę?
Drugie „ale” dotyczy szkół, które w zasadzie nie mają szans na
jakiekolwiek sukcesy w dziedzinie konkursów, bo ich uczniowie są... no cóż, nie
dość utalentowani. Albo mają za małe szanse w starciach z gigantami. Weźmy tu
przykład mojego przedmiotu. Regularnie zgłaszam zdolnych uczniów do konkursów.
Spędzamy czas, przygotowując się do nich, a na końcu i tak wśród laureatów
widzę uczniów szkół dwujęzycznych. I to jest demotywujące, bo moi uczniowie
mają niewielkie (jeśli jakiekolwiek) szanse na dorównanie komuś, kto uczy się w
szkole z wykładowym językiem angielskim albo kto ma 10 godzin angielskiego w
tygodniu.
Dlatego właśnie uważam, że rozliczanie nauczycieli według sukcesów ich
uczniów jest pomysłem co najmniej nietrafionym, żeby nie określić tego bardziej
brutalnie. Nie mam jednak równocześnie rozwiązania tego problemu. Dlaczego więc
tak mocno przyczepiłam się do pomysłu pana redaktora? Bo jako dziennikarz
powinien był przeprowadzić jakieś elementarne przynajmniej śledztwo albo coś na
kształt badań. Od razu by mu wyszło, że jego pomysł to bzdura i być może
zastanowiłby się dwa razy zanim by coś takiego napisał. Tymczasem szanowny pan
nie był łaskaw nawet dwa razy pomyśleć, cóż dopiero zebrać jakieś rzetelne
materiały. I dlatego jest mi przykro, bo potem jesteśmy oceniani na podstawie
takich właśnie beznadziejnych tekstów, których autorowi nie zależy na
rzetelności, a jedynie na zapełnieniu miejsca i dostaniu za to kasy.
Boziu, jaki durny artykuł przeczytałam dzisiaj na Onecie! Komu nie chce się czytać – skrót. Chodzi o pieniądze wydawane w czasie ciąży i po urodzenia dziecka – według autorki artykułu nieziemsko wysokie. Oczywiście nie twierdzę, że wydatki są małe, to nie o to chodzi, ale gdyby były takie, jak twierdzi autorka artykułu, to nikt nie rodziłby dzieci. Rozumiem, że w ciąży kobieta musi o siebie dbać, chodzić do lekarza, brać przepisane leki i robić badania, a potem dziecku chce się dać wszystko, co najlepsze, żeby dobrze się rozwijało, ale do tego naprawdę nie trzeba być miliarderem.
Jestem nauczycielką i naprawdę nie zarabiam kokosów, bo na rękę dostaję 1600 złotych. W sumie z mężem mamy w domowym budżecie 2400. Zaszłam w ciążę, bo chcieliśmy mieć dziecko, także żadna wpadka, a świadomy wybór, również w kwestii wydatków. Nie mogę powiedzieć, że nie korzystaliśmy z pomocy rodziców, bo musiałabym skłamać, ale ta pomoc ograniczyła się do około 300 złotych w trakcie całej ciąży. Nie powiem też, że było czy jest łatwo, ale nigdy nie było i już się przyzwyczaiłam, daliśmy radę i tym razem (a nie należę do osób, których trzymają się pieniądze).
W ciąży chodziłam do lekarza państwowego. Zmieniałam lekarza trzy razy, zanim trafiłam na porządnego, ale nie przeszło mi przez myśl, żeby iść do lekarza prywatnie, bo nie miałam na to kasy. Już i tak badania nierefundowane kosztowały trochę kasy, więc lekarz prywatnie nie był opcją. Bralam wszelkie witaminy i leki przepisane przez lekarza, oczywiście wszystkie nierefundowane, więc też trochę pieniędzy poszło. I jakoś przeżyłam tą ciążę, dziecko było zdrowe i dobrze się rozwijało.
Teraz też chodzimy do państwowego lekarza, kupujemy pieluchy jednorazowe, chusteczki do tyłka, krem do ciała, mydło, mamy łóżeczko, wózek (używany), wanienkę (od koleżanki), ubranka (nowe), etc. Wydatki początkowe, czyli łóżeczko, meble, wózek… z pewnością nie były małe, ale można to kupować przez całą ciążę, a nie z jednej pensji w ostatniej chwili. Pieluchy i ubrania też można gromadzić w ciąży, nie wspominając o pomocy koleżeńskiej, która w przypadku dzieci to akurat kwitnie. Przez ten baby boom mam cztery koleżanki, które gotowe były mi pomóc, czyli właśnie pożyczyć wanienkę czy ubrania po swoim dziecku.
Później będzie trudniej, bo żłobek rzeczywiście kosztuje, ale z tym też trzeba będzie sobie poradzić i tyle. Jeśli chodzi o zabawki, to moje dziecko w tym względzie nie będzie rozpieszczane, bo mnie na to nie stać. Nie stać mnie na matę za 150 złotych, ale mogę pobawić się z nim grzechotką za 10 złotych. Nie stać mnie na zabawki za 100 czy 200 złotych, jak to przedstawiają w artykule, ale małe dziecko zadowoli się szafkami, garnkami, czy choćby tańszymi zabawkami, bo takie (o dziwo, o czym pewnie autorka nie wie) również istnieją.
Czy moje dziecko będzie głupsze, inne, gorsze, bardziej ubogie, smutniejsze? Wątpię. Nie będę tutaj przywoływać tez, że dziecko przede wszystkim musi mieć rodziców, ich czas i uwagę, bo strzeliłabym sobie w kolano, jako że po wakacjach młody idzie do żłobka. Myślę po prostu, że dziecko może się bez pewnych rzeczy obejść, a to producenci albo inni rodzice nakręcają nas na to, że dziecko MUSI coś mieć, albo że coś tam jest dla niego lepsze.
Przytoczę choćby przykład szczepień. Nie stać mnie na słynne szczepienia 200 w jednym (sarkazm zamierzony, wiem, że jest pięc czy tam sześć w jednym). Moje dziecko dostało normalne szczepionki, było kłute trzy razy i żyje. Nie miało powikłań, nie miało gorączki, nie umarło od tych szczepionek. Tak więc też można. Dlaczego mam wydać dwieście czy trzysta złotych na szczepionki, skoro mogę je mieć za darmo? Ta sama sytuacja jest z zabawkami. Dzieci bombardowane są reklamami, ale to nie znaczy, że musimy ulegać ich zachciankom i kupować im te wszystkie reklamowane rzeczy. Nie mam na to pieniędzy i już. Albo kupimy coś innego, albo poczekasz na kolejną wypłatę i raz na jakiś czas będzie mnie stać na wypasioną zabawkę. I niech nikt mi nie mówi, że dziecku wytłumaczyć się nie da, bo sama byłam tak wychowywana, a znam i dzisiaj rodziców, którzy w ten sposób wychowują dzieci i maluchom tym niczego nie brakuje.