Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie prywatne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie prywatne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 stycznia 2015

Ateizm po polsku.


Ostatnio w TV obejrzałam reportaż pod tym właśnie tytułem. Wynikało z niego, że polski ateista jest konformistycznym i niezdecydowanym małym człowieczkiem, bo chociaż sam zdradza niechęć do religii i żadnych stosunków z kościołem nie utrzymuje to mimo wszystko dziecko i ochrzci, i na religię pośle, i komunię mu nawet wyprawi. Ci, którzy są nieco bardziej ekstremalni nawet tego nie robią i konsekwentnie trzymają swoje dzieci w religijnej niewiedzy.
No i teraz nadchodzi to, na co wszyscy czekają z zapartym tchem, czyli co myślę o tym JA, zapalona ateistka (choć nie apostatka, nie składa się, a powinnam to w końcu zrobić). Otóż zupełnie nie rozumiem takiego trwania w rozkroku pomiędzy byciem ateistą a chrzczeniem dzieci dla świętego spokoju. Dupa a nie ateista. To tylko ktoś, kto nie ma ochoty praktykować, ale zasady katolickie zakorzenione są w nim tak głęboko, że nie może przestać być katolikiem. Jak dla mnie taki człowiek nie może w pełni nazywać się ateistą, a jedynie kimś, komu z kościołem nie po drodze. I nie trafiają do mnie tłumaczenia, że jest ciężko, że nic nie jest czarno-białe. Nie jest, to prawda, ale mimo wszystko minimum konsekwencji by się przydało. Jak takie dziecko będzie wychowywane? Przez rodziców "ateistów" w wierze katolickiej? (bo do tego się zobowiązują na chrzcie rodzice chrzestni, a pośrednio i rodzice) Przykro mi, ale nie rozumiem.
Jest i taki pogląd, jaki zdarza mi się słyszeć wielokrotnie i jakiego doprawdy nie rozumiem. "Poślij dziecko na religię, co ci zależy, niech ma wybór." Jaki wybór ja się pytam? Między religią katolicką a katolicką? Nie pojmuję tej logiki. Gdyby jeszcze w naszym kraju uczono wiedzy o religiach to rozumiem - pozna dziecko, zrozumie, wybierze. Ale nauczanie jedynie słusznej religii i nazywanie tego wyborem to już przerasta moje granice pojmowania. Zaś chrzczenie dziecka dla spokoju babć i cioć to już doprawdy hipokryzja, która jest szeroko praktykowana według mojej wiedzy. No bądźmy poważni...
I na koniec taka mała dygresyjka. Moje dziecko na religię nie chodzi. Nie pozwalam. W tym czasie (dwa razy w tygodniu - sic!) wychodzi z paniami do innej sali albo na dwór. Nie żyje w zamknięciu, więc o religii wie, bo mówią o niej inne dzieci i jest wszechobecna wokół nas, ale specjalnie mu jej nie brakuje. Dziecko będzie się stykać z religią i wiarą choćby w czasie świąt, tego nie da się uniknąć, ale to nie znaczy, że powinnam zrezygnować z własnych przekonań. I nie, nie obrzydzam mu ani kościołów, ani księży, po prostu ignorujemy kwestie religii jak tylko się da, a w razie pytań tłumaczymy racjonalnie.
Tymczasem i nam zdarza się popełniać błędy. Otóż w ostatnim czasie i szale na Jasełka daliśmy się przekonać, żeby nasze dziecko również się w przygotowania włączyło. Biernie wprawdzie, ale też nie do końca mieliśmy wybór, bo próby i nauka kolęd odbywały się na zajęciach przedszkolnych, a nie tylko w czasie religii. I tak chcąc nie chcąc nasze dziecko śpiewa kolędy, a nawet było w Jasełkach tłem (pastuszkiem śpiewającym kolędy). Teraz wiemy, że to był błąd i nawet na to nie powinniśmy byli się zgadzać, ale stało się, za rok będziemy mądrzejsi.

sobota, 21 kwietnia 2012

Co z tymi cenami przedszkoli?


Nadchodzi gorący okres walki o miejsce w przedszkolu. Każdy rodzic posiadający dziecko wie, jaka to katorga. Czekanie na dzień, kiedy można się zalogować do systemu, zaniesienie podania i czekanie... na wyniki. I wypatrywanie tych wyników, całkiem jak za moich czasów wypatrywanie wyników przyjęcia na studia na drzwiach placówki (wtedy nie było jeszcze ochrony danych osobowych, szukało się swojego nazwiska :)). Straszna nerwówka. Nie ważne, czy decyzja była pozytywna, czy też niekoniecznie, musimy zacząć płacić za ten przybytek i za jedzenie, które jest tam naszym dzieciom serwowane. Jeśli przedszkole jest państwowe, opłaty nie są zabójcze (powiedzmy), ale już prywatne... O ho ho. To jest ciekawszy temat do rozważań.
Kilka dni temu TVN podał, że koszt prywatnego przedszkola to około bodajże 800 – 1000 złotych. Ostatnio natomiast w Faktach kwota ta magicznie wzrosła do „średnio” 1200 złotych (czyli są takie za 800, ale i takie za 1800). Dlaczego? Pewnie dlatego, że straszenie rodziców jest fajne. Można ponarzekać, jakie te przedszkola są teraz drogie, jak to się ich właścicielom w głowach poprzewracało, że chcą zarobić miliony kosztem biednych dzieci, których rodzice ciężko pracują. Co z tego wynika? Nic. Absolutnie jedno wielkie nic. Oczywiście oprócz palpitacji serca u biednych rodziców, którzy nagle zaczynają się zastanawiać, czy urlop wychowawczy to naprawdę taki zły pomysł i czy jeśli wezmą jeszcze trzy pożyczki to czy sobie poradzą...
Tymczasem jak tylko taki biedny rodzic zacznie się rozglądać to zauważy, że nie takie przedszkole straszne, jak je w TVN malują. Mieszkam wprawdzie na obrzeżach, ale jednak we Wrocławiu i doprawdy nie ma tu przedszkola droższego niż 800 złotych, oczywiście razem z wyżywieniem. Ja nie twierdzę, że to mało, ale jednak nieporównanie mniej niż ich „średnio 1200”. Przedszkole tak drogie po prostu nie miałoby prawa bytu, bo nikt by tyle kasy nie zapłacił. Może w takim razie Warszawa narzuca tak wysokie ceny? No fakt, znalazłam (oczywiście online) przedszkole w Warszawie, które proponuje mi posłanie tam dziecka za skromne 1800 miesięcznie, ale jest to przedszkole dwujęzyczne. Przy „normalnych” cena zamyka się zazwyczaj w okolicy 1100 złotych.
Wniosek z tego jeden – sezon na denerwowanie rodziców i zwiększanie szaleństwa przedszkolnego uważam za otwarty.

niedziela, 1 stycznia 2012

O kulinariach nieco inaczej.


Moja koleżanka kiedyś powiedziała mi, że jestem nienormalna, bo potrafię ugotować dwa różne obiady tylko dlatego, że chcę zjeść coś, co mojemu mężowi nie smakuje. Ona gotuje jednorazowo dla wszystkich i nie interesuje jej, że mąż czegoś nie lubi. Jest na stole to ma to zjeść i tyle. Skoro ona może, to on też. I on się na ten układ godzi. I tak jest dobrze. Tylko że u nas jest zupełnie inaczej.
Odkąd pamiętam, nikt w domu nie zmuszał mnie do jedzenia rzeczy, których nie lubiłam. Nie było ich wiele, ale mama za każdym razem pytała mnie, na co mam ochotę. Przy każdym posiłku. I często gotowała właśnie to, co sobie zażyczyłam (nie zawsze, czasami miała już gotowy obiad i podstawiała mi go pod nos). Jeśli czegoś nie lubiłam, nie gościło to na moim talerzu. Nie wiem, czy to mama nauczyła mnie lubić to samo co ona, czy po prostu odkąd się urodziłam nie jadła potraw, które ona lubi, a ja nie. Faktem jest, że nie musiałam wciskać w siebie znienawidzonego jedzenia tylko dlatego, że mama tak powiedziała.
Taką samą zasadę stosuję wobec mojego męża. Wiadomo, że każde z nas przyszło do tej wspólnej norki z własnymi przyzwyczajeniami i że w swoich rodzinnych domach mieliśmy własne upodobania. Docieramy się nawzajem, bo tak trzeba. Jednak docieranie nie polega na wzajemnym zmuszaniu się do przyjęcia zasad tej drugiej osoby. Docieranie się polega na kompromisach, również tych kulinarnych. Jeśli jego mama robiła jakąś potrawę inaczej niż ja to daję mu posmakować mojej, a potem staram się zrobić, jak u niego i sama jej posmakować. Raz tak, raz tak.
Jeśli mój mąż czegoś nie lubi (a ja owszem), mam trzy wyjścia. Postawić mu to pod nos i zażądać konsumpcji. Nigdy tego nie gotować. Ugotować dwa obiady. Pierwszej opcji nie wyobrażam sobie w ogóle. Druga wymagałaby ode mnie zbyt wielkiego poświęcenia. Jeśli coś lubię, chciałabym to od czasu do czasu zjeść. Dlatego w grę wchodzi tylko opcja trzecia. Dlatego jeśli ja akurat mam ochotę na szpinak, to mężowi smażę karkówkę (za którą sama nie przepadam). Jeśli on chce zjeść pierogi z mięsem (lubię, ale nie za często), ja gotuję sobie kurczaka w sosie śmietanowo – ziołowym. I tak dalej…
Jest to dla mnie tak naturalne, jak oddychanie. Jednak coraz częściej zauważam, że jestem raczej wyjątkiem niż regułą. Kobiety nie lubią chodzić na kompromis (nie tylko kulinarny), często żądają od partnera, żeby zachowywał się tak, jak one tego oczekują. Nie może iść z kolegami na piwo, bo się spije. Nie może oglądać się za kobietami, bo ją zdradzi. Nie może oglądać pornosów, bo na pewno jest zboczeńcem. I tak na okrągło. Za to ona może iść z koleżankami do kawiarni, bo one tak kulturalnie tylko sobie pogadają. Ona może być obiektem pożądania innych mężczyzn (wśród nich są mężczyźni innych kobiet, a te kobiety nie pozwalają się oglądać za innymi, itd.), bo to takie miłe.
Najwidoczniej ja jestem jakaś inna, ale dobrze mi z tym :) 

wtorek, 27 grudnia 2011

Cztery miesiące.

Dokładnie tyle mnie nie było. Znaczy byłam, ale tylko fizycznie, bo mentalnie pływałam po morzach i oceanach zupełnie innych niż mój dom i życie. Najpierw była operacja i dochodzenie do siebie. Potem była intensywna praca, konkursy, szkolenia, spotkania, przygotowywanie się do lekcji, sprawdziany i inne takie. Nie było mnie. Wróciłam.
Ciężko było rozmawiać z mężem po tylu miesiącach stłamszonych żalów. I wiem już, że – choć brzmi to tandetnie – nie można przestać ze sobą rozmawiać. Trzeba mówić, nie milczeć, nawet jeśli ta druga osoba nie od razu usłyszy, zrozumie. Bo można stracić to, co budowało się w pocie czoła, przez lata, w ciągu zaledwie paru miesięcy.
Wiem, że piszę niczym autorka bestsellerowych powieści miłosnych, ale olśniło mnie, że nasze życie nie jest niczym innym niż właśnie taką powieścią. Może bez tych wzlotów i upadków, może nam pisany jest większy constans, większa nuda, ale idea jest ta sama.
Także powoli wracam do żywych.

niedziela, 13 marca 2011

Misz masz.

Czas najwyższy wziąć się do pracy i napisać co nieco o wszystkim, co się działo.
Przede wszystkim zaczęłam się rozwijać kulinarnie i nagle sklęsłam. Nie mam pomysłów, nie mam pieniędzy na eksperymenty, które chciałabym uskutecznić. Owszem, upiekłam chleb i wyszedł przedni. Owszem, pierogi również niczego sobie, ale jednak muszę je dopracować, żeby były bliskie doskonałości, jeśli już nie doskonałe. Jednak ogólnie rzecz biorąc kulinarnie bez zmian. Wcinamy potrawy mięsne, mało wyszukane, ostatnio tylko szukam podrobów, które tanie są i oboje je lubimy. Również będę eksperymentować. Wizualne efekty prób wszelakich zamieszczę być może w kolejnym poście, a dlaczego, to w akapicie poniżej.
Zdechł mi laptop. Nie tak całkiem i na amen, bo wtedy to bym pewnie z rozpaczy uschła, ale jednak na tyle skutecznie, że trzeba było kupić nowy. Tamtego bałam się naprawiać, bo jego gwarancja wygasła jakiś czas temu (jeśli mogę posłużyć się takim eufemizmem). Swoje odsłużył i powstało pewne podejrzenie, że jeśli się go naprawi, to wkrótce po raz kolejny zakończy żywot. Na podjęcie takiego ryzyka nie mogłam sobie pozwolić, więc udałam się do sklepu i z niejakim zdziwieniem zanotowałam, że owszem, dadzą mi laptopa na raty (przy kwocie 1300 za sztukę to w sumie nie powinnam być aż tak zdziwiona, nawet przy mojej pensji). Nieco czasu zajęło mi odzyskanie choć części rzeczy z tamtego komputera, bo włączał się i wyłączał jedynie kiedy on sam tak zdecydował. Było ciężko, ale po pokonaniu wszelkich trudności (jeszcze kilka jednak mi ich zostało, między innymi wydostanie zdjęć) piszę teraz na moim nowym, nieco już oswojonym laptopie.
Ponadto znowu przyplątała się nam kolejna choroba. Po zapaleniu płuc i tygodniu w żłobku Młody w zeszłą sobotę obudził się i zaprezentował nam Dartha Vadera bez hełmu i charakteryzacji. Pogotowie, szpital, nieprzespana noc, kolejny koszmar. Okazało się, że to w sumie niegroźne zapalenie krtani, ale wrażenia były niezapomniane. Wyszedł ze szpitala szybko, kuruje się w domu. Niestety, postanowiliśmy jednak zrezygnować ze żłobka, bo na takie luksusy nas jednak nie stać. Jeśli dziecko z 4 tygodni spędza 3 w domu, a płacić trzeba 650 zł to robi się mało różowo. Oczywiście nie obwiniam żłobka, jeszcze nie zwariowałam. Panie nadal są cudowne i strasznie mi szkoda, że Młody nie będzie już tam chodził, ale finanse nas zabiły. W obliczu wielkiego oszczędzania wydawanie pieniędzy na żłobek i na leki  nie wchodziło w rachubę. Także teraz z Młodym siedzi babcia, co daje sumę opłat równą zero. Jedyna obawa w tym, że mi babcia rozpuści dzieciaka daleko poza granice możliwości. Podobno od tego są babcie, ale chyba nie te na cały etat. Ale nic to, od września Młody wraca do żłobka, tyle że państwowego, gdzie opłata nie będzie połykać niemal połowy mojej pensji. A jednak tamtego żłobka żal…

poniedziałek, 14 lutego 2011

100 na tydzień.


To nie jest tak, że nie mamy pieniędzy na podstawowe potrzeby.To nie jest tak, że nie ma za co chleba kupić. Nie jesteśmy w najgorszej sytuacji, nie musimy prosić o pomoc, radzimy sobie. Chodzi o to, że w  momencie kiedy zdarzy nam się sytuacja taka jak ostatnio (choroba Młodego) to nie za bardzo wiemy, co mamy z tym fantem zrobić. Bo kiedy już kupimy lekarstwa i inne nadprogramowe pierdółki (tak jak teraz inhalator) to kasy zostaje mniej. I za to mniej też trzeba przeżyć. Dlatego wyznaczam granice i staram się ich trzymać, bo tak jest łatwiej. Nie powiem, że zawsze się udaje, bo to byłaby utopia, ale przynajmniej jak mam czarno na białym to bardziej się pilnuję. Postanowiłam w związku z tym zapisywać wszystko to, co jemy, ile na to wydajemy i dlaczego tak dużo J
Oczywiście już dawno postanowiłam oszczędzać i postanowiłam zacząć od ciekawej lektury. No i się zawiodłam. Bo w gazetach przeczytałam tylko, jak oszczędzić prąd, wodę, gaz. Nic nie było o oszczędzaniu codziennym, a na takim mi właśnie zależało. I jak to w życiu bywa, o wszystkim musimy przekonywać się sami. Owszem, mam zamiar oszczędzać prąd (gazu nie mamy), nawet poczyniliśmy pewne kroki w tym kierunku, ale to inwestycja długofalowa. A ja chce już, teraz, natychmiast. I co? I granicą w tym przypadku jest 100 zł/tydzień.
Nie da się ukryć, że ciężko jest przeżyć trzyosobowej rodzinie za 100 złotych tygodniowo. Wprawdzie tą trzecią osobą jest dziecko, które dużo nie zje, ale jest też kot, któremu trzeba dać puszkę. I tutaj będę się upierać – kot będzie dostawał puszkę. Taką z Lidla, więc tańszą, ale na pewno za żadną cenę nie będę mu gotować. Już wystarczy, że codziennie trzeba gotować domownikom, z kotem się szrpać nie będę. OK., decyzja podjęta, ale co dalej?
Dalej postanowiłam zdecydować, z jakiej sumy tygodniowo jesteśmy w stanie przeżyć. Kiedy już stwierdziłam, że kwota 10 złotych odpada (jaka szkoda), zaczęłam myśleć bardziej realistycznie. Zatrzymałam się na 100. Co dalej? U mnie sprawdza się zapisywanie. Tylko za żadne skarby nie zapisywanie wydatków!!! Próbowałam tego wielokrotnie i po pierwszym tygodniu miałam dość. Sumy znajdujące się w tym zeszycie powalały mnie na kolana.
Dlatego postanowiłam zacząć z nieco innej strony. Wyjęłam 100 z bankomatu i niechby się waliło i paliło, musi starczyć na cały tydzień na jedzenie. Zapisałam sobie w związku z tym, co możemy jeść, żeby się zmieścić w tej kwocie. Może menu nie powala, bo i moje kulinarne zdolności pozostawiają wiele do życzenia, ale trochę się tego nazbierało. Wątróbka, naleśniki, racuchy, omlety, jajko sadzone, kurczak, pulpety, potrawka meksykańska, kotlety mielone, kluski na parze, pierogi, makaron z serem… No dobra, nie będę wypisywać wszystkiego. W każdym razie wyszło, że za około 14 zł/dziennie nie umrzemy.
I wszystko byłoby dobrze, tyle że jest jeszcze drugi problem. Teraz mam ferie, więc czasu więcej, a co za tym idzie, mogę spokojnie przygotowywać obiadki. A co będzie po powrocie do pracy? Może nie siedzę w pracy cały dzień, ale w moim przypadku wracanie do domu o 15 to już stanowczo za późno. Jeszcze zakupy, jeszcze przyprowadzić Młodego ze żłobka… A i tak dobrze, że wszędzie mam blisko, bo do pracy 3 minuty, do żłobka tyle samo, z do sklepu 10. I tu nasuwa się drugi wniosek.
MUSZĘ zacząć lepiej zarządzać czasem. Mówi się, że matki z natury lepiej sobie z tym radzą, bo tak są zaprogramowane. No cóż, muszę być wyjątkiem, bo z niczym sobie nie radzę. Czasu ciągle mi brak, nie umiem planować, nie wyrabiam się. Praca, dom, zabawa z Młodym, sprzątanie, pranie, zmywanie, a gdzie tu jeszcze czas na gotowanie obiadów??? I tu również pomaga mi moja mania pisania. Postanowiłam spisać wszystkie potrawy, które mogę ugotować na kilka dni albo chociaż ugotować i zamrozić, żeby potem było do podgrzania. I tak będę gotować w sobotę albo w niedzielę, a potem kilka dni luzu. Oczywiście w tygodniu też będę musiała coś upichcić, ale wszystko polega na tym, żeby pracy było mniej.
Wszystko sprowadza się do tego, żeby życie było  na papierze. Dlatego jakiś czas temu postanowiłam zrobić sobie kalendarz. Nie powiesić, nie kupić, ale właśnie zrobić. Zapisuję tam wszystkie ważniejsze rzeczy do zrobienia, a po wydrukowaniu i powieszeniu na ścianie mogę dopisywać inne sprawy (choćby takie jak obiady czy dodatkową pracę). A gotowy kalendarz na luty wygląda tak:
LUTY  2011
PONIEDZIAŁEK
WTOREK
ŚRODA
CZWARTEK
PIĄTEK
SOBOTA
NIEDZIELA

01
sprzątanie
02
03
kurze

04
pranie
05
sprzątanie
wieczorem - praca
06
prasowanie
wieczorem - praca
07

08
sprzątanie
09
10
kurze


11
pranie
12
sprzątanie
wieczorem - praca
13
prasowanie
wieczorem - praca
14

15
sprzątanie
16
17
kurze


18
pranie
19
sprzątanie
wieczorem - praca
20
prasowanie
wieczorem - praca
21

22
sprzątanie
23
24
kurze


25
pranie
26
sprzątanie
wieczorem - praca
27
prasowanie
wieczorem - praca
28









Tak jak napisałam wcześniej, w razie potrzeby dopisuję sobie coś dodatkowo, ale to już ręcznie, po wydrukowaniu. Jeśli zrobiłam coś, co tego dnia powinnam zrobić, stawiam „ptaszek”. Jeśli nie, „krzyżyk”. I od razu wiadomo, kiedy byłam leniwa, a kiedy pracowita. I wszystko jasne, jeśli tylko (w moim przypadku) jest na papierze. Zobaczymy, jak sobie poradzę z wydatkami…

piątek, 11 lutego 2011

Zabawki.


Jest już lepiej. Ze wszystkim. I kondycja psychiczna lepsza (tak, wyrwałam się na miasto), i Młody lepiej się czuje. Nie wiem, czy tak do końca od szpitala uciekliśmy, ale pani doktor na kontroli karetki wzywać nie kazała, więc chyba idzie ku lepszemu. Przy okazji dziękuję za wsparcie :)
Ale ja nie o tym. Ostatnio Młody dużo czasu spędza w domu. Rozumiem więc, że mu się nudzi. Cały czas te same twarze, te same kąty i te same zabawki. Postanowiłam wobec tego umilić mu nieco pobyt w więzieniu i zakupić mu nową zabawkę. Mam świadomość tego, że Młody po około 5 minutach zabawką przestanie się interesować, ale czego się nie robi dla dziecka. Niechby nawet na te pięć minut…
Udałam się do sklepu. Wprawdzie tylko osiedlowego, małego, ale przynajmniej ceny też nie powalają, jak w jakimś molochu. Da się żyć. Rozpoczęłam penetrację półek… i po pół godzinie zwątpiłam. Okazało się, że mogę mu kupić grającą kierownicę, coś pluszowego, gryzaczek albo gumową kaczuszkę. Wszystkie inne rzeczy są dla dzieci od lat trzech. Łapię klocki, od lat trzech… Łapię jakieś plastikowe owoce, od lat trzech… Łapię kółka, od lat trzech. Bączka odechciało mi się łapać…
To nie tak, że do tej pory tego nie zauważyłam albo nie kupowałam dziecku zabawek. Kupowałam. I owszem, takie, które nadają się do zabawy od lat trzech. Po prostu za każdym razem kiedy idę do sklepu po kolejne zakupy zdumiewa mnie asekuranctwo producentów. Wszystko, co nie jest wielkości słonia, gumowe albo szmaciane, jest automatycznie zabawką od lat trzech. O dziwo, te same zabawki (plastikowe, z małymi elementami), jeśli tylko mają piszczący badziewny mechanizm (czyli piszczy, pojękuje albo nawala fanfarami) nadają się do zabawy od 6 lub 12 miesięcy. Zdumiewające…
Zdarzyło mi się zakupić pianinko i grający samochodzik, po czym zostaliśmy uszczęśliwieni grającą żyrafą. Nie powiem, nie było tak źle przez pierwsze dni. Ale kiedy po raz enty pianinko zaczęło wydawać z siebie to tamtaramtam po naciśnięciu guziczka mamusia i tatuś podziękowali zabawce i wysłali ją na banicję na szafkę (mogło trafić gorzej). Żyrafa ma lepiej, bo można jej dźwięk wyłączyć, a zabawa nadal jest.
A tak w ogóle to ulubionymi zabawkami mojego syna są w kolejności: korek do wanny, szczotka do modelowania włosów, buty i leżaczek, na którym właśnie się zapamiętale buja. Cała reszta zabawek jest na szarym końcu listy…
P.S. OGROMNE podziękowania dla Kruszyzny za misia i królika. Chyba jednak nie wrócą do Was, bo Młody pokochał misia miłością wspaniałą i bezwarunkową. Na misiu uczył się przytulania i teraz chodzi i przytula go do oporu. Królik zaś robi karierę i furorę w domowym teatrzyku.

środa, 2 lutego 2011

Wariuję.


Jak to cała rodzina zmagała się z zapaleniem płuc…
Tak, Młody ma zapalenie płuc. Pewnie wielu ludzi powie, że powinien być w szpitalu. Może i powinien, ale po ostatnich doświadczeniach ze szpitala postanowiliśmy spróbować uporać się z tym w domu. Zwłaszcza, że pani doktor pomogła nam w tej decyzji. Oznacza to jednak konieczność znęcania się nad Młodym. Oczywiście jest to znęcanie się pozorne, bo ma mu to pomóc, a jednak kiedy po raz kolejny muszę zmusić go do odkaszlnięcia, wkładając mu głęboko,  niemal do gardła szpatułkę, czuję się jakbym go torturowała. Oczywiście podczas oklepywania i odkaszlnięcia Młody płacze jak zarzynany. Poniekąd go rozumiem i bardzo boli mnie, że nie umiem mu wytłumaczyć, że tak trzeba, że to dla jego dobra i że poczuje się po tym lepiej. To znaczy ja wytłumaczyć umiem, ale on zrozumieć już nie.
Jak to wygląda? Najpierw aplikuję mu krople do nosa. Potem trzymając go niemal do góry nogami (bo głowa musi być niżej niż kuper) opukuję mu plecy, potem boki, a na końcu klatkę piersiową po prawej stronie. Potem właśnie musi odkaszlnąć sobie, im bardziej tym lepiej. Dzięki temu lepiej mu się potem oddycha, bo pozbywa się flegmy. Następnie dostaje inhalacje, których trochę się boi, ale jeśli robię wystarczająco głupie miny to siedzi spokojnie. Na koniec dostaje krople do nosa, antybiotyk i leki przeciwbólowe. I tak trzy razy dziennie…
Małżonek nie może na to patrzeć. Też bym chciała nie musieć, nie ukrywam. Jednak wiem, że to pomoże mojemu synowi. Poza tym zrobię wiele, żeby tylko nie musieć posyłać go do szpitala.
Jest mi ciężko. Ostatnio Młody częściej choruje niż jest zdrowy. Wydajemy majątek na leki, kolejny majątek pochłania żłobek. Kombinuję jak mogę, ale to nie wystarcza. Szarpię się ze wszystkim, nie radząc sobie z niczym. Zaczyna mnie to wszystko przerastać. Wiem, ile jeszcze wytrzymam – tyle ile będzie trzeba, bo nie mam wyboru. Ale mam już tak mało siły, że prawie codziennie chce mi się płakać. Nie mam czasu na nic. Staram się pracować, ale robię to raczej mechanicznie. W domu chodzę jak robot – sprzątam, piorę, gotuję, prasuję, zmywam, robię obiady, czasem nawet bawię się z Młodym, ale nie przywiązuję do  tego wszystkiego należytej uwagi. 
Brakuje mi czasu dla siebie. Każdy powinien mieć prawo do czasu dla siebie i ze sobą. Tymczasem czuję się, jak tygrys w klatce. Miotam się, ale wkoło mnie cały czas te same kraty. Owszem, jakiś miesiąc temu wyszłam na miasto i spotkałam się z koleżanką, ale to było już miesiąc temu. Czy ja naprawdę proszę o zbyt wiele…?
Małżonek mówi, że rozumie, ale za każdym razem, jak próbuję pogadać z nim o moim wyrwaniu się na jeden dzień do miasta to mam wrażenie, że popełniam grzech śmiertelny nawet o tym myśląc. Faceci są jednak inaczej zaprogramowani. On nie wie, że powinien mnie na ten wyjazd namawiać, żeby mi zrobić dobrze, a ja nie wiem, że nie powinnam wszystkiego tak bardzo brać do siebie, bo mnie to zniszczy. On nie namawia, a ja biorę. Co można na to poradzić?

niedziela, 19 grudnia 2010

Trzydzieści lat minęło...


Stuknęła mi trzydziestka. W sumie jest mi to obojętne, nie mam problemów ze swoim wiekiem, wręcz przeciwnie. Uwielbiam swoje urodziny i kultywuję je, jak tylko mogę. Na przykład wynalazek w postaci imienin, choć uparcie obchodzony w mojej rodzinie (urodziny właściwie się wśród nich nie liczą), nie znajduje mojego uznania. Nie lubię imienin i ich nie obchodzę. Nie jest to dla mnie żaden specjalny ani wyjątkowy dzień. Imieniny mogę obchodzić kilka razy do roku, bo ktoś to tak wymyślił. Nie lubię. Co innego urodziny! To jest tylko mój dzień, jedyny taki w roku i ubóstwiam go celebrować. Nie urządzam już hucznych imprez, bo nie mam potrzeby udowadniać sobie, że nadal jestem super młoda i mogę. Po prostu robię sobie jakąś małą przyjemność i cieszę się tym dniem, jak tylko mogę.
W tym roku jednak, po raz pierwszy, poczułam, że coś się zmieniło. Nie, to nie żaden kryzys, nadal zamierzam obchodzić urodziny i się nimi cieszyć, a nie ukrywać swój wiek. Jednak z całą pewnością jest inaczej. Skończyłam trzydzieści lat. Już nie dwadzieścia kilka, nawet jeśli było to dwadzieścia dziewięć, ale już trzydzieści. Mam mieszkanie, męża, dziecko. Skończyłam studia i mam stałą pracę. Krąg moich znajomych zawęził się właściwie do koleżanek w pracy i dwóch osób ze studiów. A pamiętam, że obiecywaliśmy sobie za nic nie stracić kontaktu… Teraz nawet przez portale społecznościowe nie za bardzo się ze sobą kontaktujemy. Każdy ma swoje życie. Oczywiście poznajemy się na ulicy, ale niewiele poza tym.
W sumie jednak bilans wychodzi mi na plus. Osiągnęłam wszystko, co sobie zamierzyłam, a nawet więcej. Spełniłam marzenie w postaci życia rodzinnego. Bo to właśnie liczy się dla mnie najbardziej. Nie praca, nie „kariera”, a właśnie dom. Najszczęśliwsza bym była, zostając kurą domową, co jednak nie jest mi dane. Bywa i tak. Grunt, że mam męża, którego kocham i który kocha mnie. Mam syna, który jest absolutnie fantastycznym dzieckiem. Mam swój mały metraż, który choć nie jest do końca mój, w zupełności zaspokaja moją potrzebę posiadania domu. I kocham ten dom. Te pomarańczowe ściany w pokoju i żółte w kuchni. Te meble, tą atmosferę. Kiedy tam wracam to czuję, że wracam do Domu, przez duże D właśnie. Czego można chcieć więcej?
Jestem szczęśliwa.

wtorek, 14 września 2010

Nadal czasu brak.


No tak, Młody poszedł do żłobka. Miałam nadzieję, że będę miała więcej czasu na pisanie, trochę wolnego czasu dla siebie, a tu nic z tego, nadal orka na ugorze. Młody rano do żłobka, ja do pracy i tak do 15, kiedy to muszę odebrać Młodego. Czasami zaprowadzam go troszkę później, żeby później  móc go odebrać, ale oczywiście to nie pomaga, bo cały ten czas spędzam w pracy. Dzisiaj w końcu się zbuntowałam i postanowiłam nieco dłużej pobyczyć się w domu.
Przede wszystkim, jak widać, gastroskopię przeżyłam. Ledwo… Koleżanka poradziła mi, żeby wszystko opisać ze szczegółami, plastycznie, ale chyba się jednak nie pokuszę :). Miłe to nie było, ładne też nie, ale trzeba było przeżyć. Okazało się, że mam kamień w woreczku żółciowym i refluks żołądkowo – przełykowy. Oczywiście najbardziej rozbawił mnie główny lekarz (nie jestem pewna czy był to ordynator, ale mój lekarz poszedł do niego po konsultację). Ja: „panie doktorze, kiedy trzymam ścisłą dietę, wszystko jest dobrze, ale jeśli tylko zjem choćby kluski śląskie to znowu boli”. Naiwna myślałam, że znajdzie jakieś rozwiązanie sytuacji. On: „skoro panią nie boli, jak pani trzyma ścisłą dietę, to niech pani trzyma ścisłą dietę”. No tak, służba zdrowia. Za biedna na leczenie, dochodzenie przyczyn bólu i jego likwidowanie. Tak więc trzymam ścisłą dietę, bo wtedy nie boli, biorę leki (oczywiście bajecznie drogie) i mam zgłaszać się regularnie na konsultacje u gastrologa. Nie wiem tylko, jak długo wytrzymam zanim napiję się kawy i z bólami trafię na pogotowie…
Teraz praca. Najczęściej mam na dziesiątą albo jedenastą, co jakoś wcale mnie nie cieszy, bo wolałabym wcześniej zaczynać i wcześniej kończyć, skoro i tak przez Młodego jestem na nogach o siódmej. Ale oczywiście w sprawie planu mam niewiele do gadania. Poza tym dostałam nową salę, która świeci pustkami i którą w związku z tym muszę zapełnić. Wyskrobałam małe pisemko w prawie pomocy dydaktycznych, pewne szanse realizacji istnieją, ale nie przywiązuję się do tej myśli. Przy okazji okazało się, że takie pomoce są cholernie drogie, bo taka choćby tablica z czasownikami nieregularnymi o wymiarach 100x70 potrafi kosztować prawie 200 złotych. Ale oczywiście z obawy o finanse szkoły wybrałam takie tańsze. Na szczęście i takie są.
O uczniach chwilowo nic nie napiszę, bo jak to zwykle na początku roku bywa, ważniejsza jest papierologia niż uczniowie.

piątek, 20 sierpnia 2010

Jak to z raczkowaniem bywa...


Młodemu wyszły kolejne jedynki, tym razem na górze. Są już, takie malutkie i bielutkie z przerwą między nimi godną Karolaka. Idą kolejne, górne dwójki. Już je widać pod dziąsłami, ale jeszcze nas nie zaszczyciły swoim widokiem. Poza tym Młody zaczął się przemieszczać i właśnie o tym będzie głównie mój post.
Młody odkrył coś, co potocznie nazywa się raczkowaniem. Właściwie to jeszcze nie do końca, musi się nieco w tej czynności wyspecjalizować, ale podstawy pojął. W każdym razie, jakby tego nie nazwać, przemieszcza się z punktu A do punktu B. Czasami jest to dość okrężna droga, zaliczająca również punkty H, K, Z, E i kilka innych, ale ważne jest, żeby dotrzeć tam, gdzie się chce i Młody jakoś sobie z tym radzi. Oczywiście tam, gdzie chce on nie zawsze pokrywa się z tym, gdzie chcę ja, a właściwie gdzie mogę mu pozwolić.
Otóż najczęściej odwiedzanymi zakamarkami domu są: kocia miska, koci żwirek, kolumny tatusia, które zazwyczaj po takiej wizycie tracą siatki oraz wszelkie meble, na które można się wspiąć. To ostatnie nie jest nawet takie złe, w końcu tak mały człowiek uczy się chodzić, ale trzeba go wtedy pilnować. Natomiast trzy pierwsze rzeczy są niedopuszczalne. Kocia miska sugeruje, że za mało dzieciaka karmię. Przeszliśmy więc na kaszki i w koncu obiecałam sobie regularnie gotować obiadki. Nie noooo, żartuję, Młody nie jest niedożywiony, a zmiana w jadłospisie wynika raczej z głosu rozsądku. Czy kuweta w  takim razie oznacza, że nie pasuje mu typ używanych pieluszek czy raczej, że wolałby załatwiać się na nocnik? Nie umiem niestety odczytać sygnałów wysyłanych mi przez  mojego pierworodnego.
Efekt jednak jest taki, że ostatnio słowa, które najczęściej wydobywają się z moich ust brzmią: „Nie wolno!” Wypowiedziane są cudownie władczym i srogim tonem i… skutkują. Problem polega na tym, że już sama nie mogę siebie słuchać. Czasami więc postanawiam dodać coś odkrywczego. Młody podchodzi do miski. Ja: „Nie wolno! To jest miska kotka.” Młody patrzy na mnie filuternie, potem na kota (potwierdzam „Tak, to jest kotka”). Wygląda na to, że Młodemu zaczęły działać jakieś synapsy w mózgu, kojarzy wszystko, więc nie muszę się martwić, zrozumiał. Po czym patrzę, jak Młody radośnie kontynuuje podróż w stronę kociej miski celem włożenia do niej łapek i oblizania ich ze smakiem. I na tym kończy się moja misja edukacyjna, pozostaje mi po raz kolejny oświadczyć kategorycznie: „Nie wolno!”. 

czwartek, 29 lipca 2010

Młody.


Tak wiele rzeczy mi umyka, tak wielu rzeczy nie pamiętam, że zaczęło mnie to przerażać. Młody ma już dziewięć miesięcy, umie już wiele, trochę rozumie, rozwija się pięknie, a ja nie pamiętam, kiedy pierwszy raz się uśmiechnął, kiedy pierwszy raz zaśmiał, kiedy usiadł… i wiele innych „kiedy”. Czas leci zdecydowanie za szybko i zapominam. Dlatego przyda mi się niewielki update w tej kwestii. Zamierzam od czasu do czasu wtrącać małe co nieco o Młodym, żebym więcej nie zapominała.
Dzisiaj zauważyłam, że Młodemu wychodzą kolejne zęby. Nie powiem, już nie mogłam się doczekać. Ślini się regularnie już od trzeciego miesiąca życia, pierwsze zęby wyszły mu w szóstym i od tego czasu nic. Wczoraj produkcją śliny zadziwił nawet najbardziej zaprawionych w bojach, a dzisiaj zalał dwa śliniaki i dwa zestawy ubranek. Szybki look na jego dziąsła uświadomił mi, że coś się tam bez wątpienia dzieje. Oczywiście nie mogę być pewna, że to zęby, ale pozwalam sobie zgadywać i mam wrażenie, że tym razem się jednak nie mylę.
Poza tym Młody stoi. Niezbyt stabilnie, ale jednak stoi. Mało tego, uwielbia to. Już nie interesuje go siedzenie, które całkiem niedawno było szczytem jego marzeń i możliwości. Teraz jak tylko może, a nawet jeśli nie może, próbuje wstawać. Oczywiście próbuję mu nie pozwalać, ale mogę sobie pomarzyć, że mam nad nim jakąś kontrolę. Czasami zdarza się, że posiedzi na podłodze około 5 minut, zabawi się jakimiś klockami czy czymś podobnym, ale nie jest to czas wymarzony dla jego mamy. Dlatego stawiam go w łóżeczku, on pięknie trzyma się szczebelków i w końcu mam czas dla siebie. Próbuje również chodzić. Wychodzi mu to nawet zgrabnie, a wygląda uroczo, kiedy tak trzymam go za rączki, a on ze skupieniem stawia jedna noga za drugą. Coś, co dla mnie jest oczywiste, jemu przychodzi z takim trudem…
Oboje z Mężem próbujemy go również nauczyć mówić. Przynajmniej „mama”, ewentualnie „tata”. Niewzruszony Młody nie zamierza się poddać i nadal nic nie mówi, chociaż wygląda, jakby usilnie próbował. Jednak najczęściej tylko się śmieje, kiedy staramy się przekonać go, że mówienie jest fajne.
No i równie bezowocnie staramy się nauczyć go raczkować. Kiedyś myślałam, że najfajniejsze dzieci to takie noworodki, które tylko śpią i jedzą oraz załatwiają inne swoje podstawowe potrzeby. Zmieniłam zdanie, kiedy zobaczyłam, jak wiele radości daje mi obserwowanie rozwoju Młodego. Kiedyś uważałam, że dzieci chodzące i mówiące to zło wcielone. Teraz PRAGNĘ, żeby Młody zaczął chodzić, bo przynajmniej nie chciałby cały czas siedzieć na moich rękach. No cóż, tylko krowa nie zmienia zdania.
Wkrótce, mam nadzieję, że jutro, przyjdzie do nas krzesełko do karmienia. Jak zwykle kupiliśmy go nieco za późno, ale tak to już z nami jest. Młody siedzi już od miesiąca, a my kupujemy krzesełko dopiero teraz. Mam nadzieję, że mu się spodoba, a przede wszystkim mam nadzieję, że spodoba się mnie, bo Młody ma na razie niewiele do powiedzenia.
Na początku sierpnia zaś mam zamiar kupić mu nocnik i zestaw obiadowy. Żeby już było tak na poważnie, jako dodatek do tego krzesełka. Kurczę, pamiętam swój zestaw obiadowy… Miseczka, płaski talerz i kubeczek, białe, oczywiście porcelanowe, z nadrukiem zajączka. Ubóstwiałam ten zestaw i używałam długo po tym, jak już z niego wyrosłam. O ile pamiętam, to używałam go jeszcze w szkole podstawowej… Mam nadzieję, że Młody też będzie miał takie wspomnienia.

piątek, 11 czerwca 2010

Rozwój Młodego.


Na początek krótkie wyjaśnienie dramatu ostatniego posta. Tak, załamałam się. Tak, nie przeszło mi. Tak, nadal jakoś po drodze mi ze skasowaniem tego bloga. Jednak nie, na razie nie. Przywiązałam się. I niech już czytają mnie te trzy osoby, jakoś to przeżyję.
A teraz temat właściwy. Jak każda prawdziwa matka czytuję czasem jakieś mądre gazetki, fora, rozmawiam z innymi matkami. Jak każda dobra matka porównuję swoje dziecko z innymi w jego wieku albo też w  wieku podobnym. Jak każda dobra matka martwię się, że moje dziecko czegoś tam jeszcze nie robi, chociaż ma tyle miesięcy, że powinno… Otóż nie do końca. Faktycznie tak było jeszcze jakiś czas temu. Odpuściłam, bo chyba bym zwariowała. Młody leniwym osobnikiem jest i nie za bardzo chce mu się robić cokolwiek, co „powinien”. Przez to ja do niedawna miałam palpitację przy każdym czytaniu gazet czy wypowiedzi na forum, a Młody w tym czasie śmiał się w głos. Śmiał się, po czym po jakimś czasie wyrównywał do innych dzieci. Wolniej, w swoim własnym tempie, ale wyrównywał. Zazwyczaj przełomy są ogromne. Czyli takie długo, długo nic, a potem nagle szarpnięcie rozwojowe.
Weźmy choćby trzymanie zabawek w rączkach. Do dziś Młody, a ma już 7 miesięcy, nie za bardzo ma ochotę trzymać cokolwiek. Owszem, kiedy podaję mu zabawkę, to bierze ją do rączki, ale nawet na nią nie spojrzy. Trzyma ją potem, ale jakby nieświadomie, z rozpędu. Na zasadzie: „włożyli mi w dłoń to trzymam”. Oczywiście według wszelkich mądrych książek powinien nie tylko trzymać rzeczy w ręku, ale nawet przekładać zabawki z jednej ręki do drugiej. Oczywiście czasami mu się to udaje, ale nie jest to regułą. Raz tak, raz nie. I pewnie kiedyś mu się będzie chciało. Teraz mu się nie chce.
Z drugiej strony mamy „sprężynowanie”. Polega to na tym, że kiedy ustawiamy dziecko w pozycji prawie stojącej to ono zaczyna uginać i prostować nóżki, sprężynując właśnie. Zaczyna się to około 7, 8 miesiąca. No cóż, Młody sprężynował już w 5, a teraz od miesiąca stoi już prosto i nie ma z tym żadnego problemu (oczywiście podtrzymywany, nie mam AŻ TAK genialnego dzieciaka). I oczywiście niektórzy mówią, że to niedobrze dla jego kręgosłupa, że za wcześnie. A co ja mam na to poradzić? Tak się kiedyś zabawił, spodobało mu się i staje przy każdej możliwej okazji. Ostatnio ulubioną zabawą stało się „chodzenie”. Staje na nóżkach, podtrzymywany przeze mnie, i powoli porusza nogami całkiem tak, jakby chodził. Najpierw jedna nóżka, potem druga i faktycznie się przemieszcza. Śmieje się przy tym w głos, ale i skupia na tej czynności, jak na niczym innym. Za wcześnie? Owszem, ale nic na to nie poradzę, Młodemu się podoba. Oczywiście nie robimy tego zbyt często, ale czasem nie mogę się powstrzymać, kiedy chcę zobaczyć tą radość na jego twarzy. 
Oczywiście nadal porównuję go z innymi dziećmi. Akurat tak się zdarzyło, że koleżanka ze studiów również urodziła dziecko trzy tygodnie po mnie, a mieszkamy na tym samym osiedlu to spotykamy się czasem. Jej mały jest bardziej rozwinięty, przyznam to nie bez zazdrości. Bardziej interesuje się otoczeniem, bawi się zabawkami, bierze je w rączki, ogląda, potrząsa. Młody tego nie robi, nie interesuje go to. I nie powiem, zazdroszczę jej, czasami martwię się o Młodego, ale postanowiłam dać mu fory.
To nie tak, że Młody nie rozwija się w ogóle. Po prostu nie tak, jak napisane jest w książkach. Młody nie jest więc książkowym dzieckiem, ale na to chyba nic nie mogę poradzić. Muszę więc odpuścić, dać sobie na luz, pozwolić mu dorastać po swojemu. Jestem pewna, że podgoni, że wszystko będzie tak jak powinno i tylko to się liczy.

poniedziałek, 31 maja 2010

Miska dziegciu i kropla słodyczy.


Ostatnio jakoś bardziej ruszył mnie fakt, że nic już nie będzie tak jak dawniej. Dziecko szczelnie wypełnia mi czas i właściwie wszystko krąży wokół niego. Nie powiem, że jakoś bardzo mi to przeszkadza, bo przecież wiedziałam, na co się decyduję. Jednak pewien smutek i żal pozostaje, nie ma co ściemniać. I nie o to chodzi, że żałuję, że nie kocham, że wszystko jest be. Nie żałuję, kocham, nie wszystko jest be. Jednak żal pozostaje i nie jest to nic, czego  miałabym się wstydzić. Tak po prostu jest i tyle. Może prawdziwe matki polki uważają, że ich podstawowym obowiązkiem i powinnością jest spłodzić i wychowywać dziecko i tylko do tego są przeznaczone. W takim razie nie jestem matką polką. Jestem matką, która czasami jest zmęczona, zła, zdenerwowana, wrzeszcząca, ukrywająca się przed swoim dzieckiem (całkiem jak Chylińska). Nie jestem z tego dumna, ale też nie spędza mi to snu z powiek. Czasami sobie myślę, że za późno zdecydowałam się na dziecko. Nie pod względem wieku, ale wygody.
Kiedyś mogłam wyjść z domu kiedy tylko i gdzie tylko chciałam. Nieważna była pogoda, ograniczał mnie tylko mój nastrój. Mogłam spotykać się ze znajomymi bez ograniczeń. Mogłam godzinami czytać książki albo oglądać telewizję i nic mnie w tym czasie nie obchodziło. Mogłam się przespać, jeśli byłam zmęczona albo posprzątać, kiedy tylko miałam ochotę i natchnienie. W weekend nie wstawałam przed dziesiątą, bo po co. Od czasu do czasu miałam okazję zrobić sobie małą przyjmność. Jakiś prezent, kawa w drogiej restauracji, popołudnie na mieście, spacer do parku w poszukiwaniu słońca. Nie spieszyłam się, smakowałam życie. Może nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę, ale żyłam niemal w raju. Spokój, relaks, wolny czas.
Teraz jest inaczej. Wszystko podporządkowane jest tej małej istotce, która cały czas domaga się uwagi. Płacze, bo jest głodna, ma mokro, jest jej zimno, gorąco, źle się czuje, bolą ją dziąsła, chce iść na ręce, chce jej się pić… I tak na okrągło. I nie powiem jak inne matki, że Młody mi to wszystko wynagradza, bo tak nie jest. Są chwile, kiedy jestem wściekła, bo Młody płacze, kwęka, stęka, a ja nie wiem o co mu chodzi. Są chwile, kiedy jestem głodna, zmęczona, zła, a Młody akurat wtedy postanawia urządzić koncert. Nieeeeee, jego uśmiech nie przesłania mi świata. Brakuje mi tych beztroskich chwil, kiedy byłam panią swojego czasu, kiedy byłam sama dla siebie. Brakuje mi książek, których w tej chwili nie mogę czytać, bo nie mam kiedy skupić się na ich treści. W ciągu dnia Młody wymaga zbyt wiele uwagi, a wieczorem nie mam już na to siły. Brakuje mi spotkań ze znajomymi, bo Młody akurat nie ma nastroju albo jest za zimno, albo za gorąco, albo wczoraj już był na mieście i się zmęczył, więc dzisiaj nie chcę go ciągać… Brakuje mi spokojnego, nieraz samotnego siedzenia w kawiarni, obserwowania ludzi, czytania gazet, powolnego sączenia kawy. Teraz to wszystko wygląda inaczej.
Wierzę jednak w to, że będzie lepiej. Że Młody podrośnie i razem będziemy czytać książki, oglądać filmy, chodzić do kawiarni… Nie, nie wierzę w to, ja to wiem. Patrzę na ten mały pysiak, na uśmiech, którym mnie obdarza i jestem przekonana, że będzie mądrym i fajnym człowiekiem, z którym będzie miło spędzać czas :). I tyle.

niedziela, 14 marca 2010

Ja, matka 2.


Ostatnio było miło i optymistycznie. O tym, jak dobrze się ze sobą czuję i jak fajnie być matką, nie zapomninając o sobie. Dzisiaj będzie dołująco. O tym, jak na nowo odkryłam swoje ciało po ciąży. Będzie sporo niezbyt przyjemnych spraw, więc co wrażliwsi powinni się jednak powstrzymać od czytania.
No cóż. Nasłuchałam się cudownych historii, jak to w magiczny sposób stanę się szczupła, jeśli tylko będę karmić piersią. Bullshit. Powinno się karać za takie historyjki z palca wyssane. Odżywiałam się rozsądnie, chociaż niewielu rzeczy sobie odmawiałam, kiedy karmiłam piersią. Po porodzie okazało się, że jestem szczuplejsza niż przed. To znaczy zwały skóry pozostały, mój pępek wyglądał dziwnie, jak jakaś czarna dziura, ale wagowo byłam chudsza. Cóż za cudowne plany miałam! Jak to w trakcie karmienia piersią jeszcze bardziej schudnę, a potem zacznę chodzić na siłownię i zacznę wyglądać jak Kate Moss (i tak niedoczekanie moje, pomijając mały szczegół, że kobieta nie podoba mi się jak cholera).
Tymczasem karmienie piersią skończyło się dość szybko (może dlatego nie schudłam tak, jakbym chciała), a moje ciało wygląda… Nawet nie wiem jak to opisać. Piersi opadające na brzuch, bęben wielki jak u Świętego Mikołaja, waga wróciła do tej sprzed ciąży, zwały tłuszczu nagle i niespodziewanie powróciły. No i te rozstępy! Jednego dnia są jaśniejsze, mniej wyraźne, innego z kolei aż krzyczą do mnie z lustra. Wszystko jest źle. Z całą pewnością jest to moja wina, nie przeczę, ale to nie zmienia faktu, że jestem tym załamana.
Dzisiaj nienawidzę siebie, swojego ciała. Nie umiem i nie lubię o siebie dbać. Oczywiście nie chodzi mi o codzienne mycie, golenie nóg czy  używanie perfum, bo to podstawa. Chodzi tu raczej o wklepywanie tych wszystkich cudownych kremów, na które mnie nie stać, o codzienną gimnastykę, choćby 15 minut dziennie. W zasadzie mam kiedy ćwiczyć, bo moje dziecko o ósmej już smacznie śpi, ale wieczorem jestem za bardzo zmęczona. Rano budzi mnie Młody i nie ma takiej siły, która zmusi mnie do ćwiczeń z samego rana, bo najpierw muszę się umyć. A jak się już umyję to nie chce mi się ćwiczyć i pocić.
Pamiętam jak chodziłam na siłownię, jak świetnie się po tym czułam. Tylko że teraz nie mam czasu na siłownię. Nie mam z kim zostawić Młodego, a ze sobą go przecież nie wezmę. A w domu nie ma szans, nie zbiorę się w sobie i nie zacznę ćwiczyć. To nie w moim stylu. Pozostaje mi nienawiść do swojego ciała, a tym samym do siebie :(

poniedziałek, 22 lutego 2010

Instrukcja obsługi Młodego.


Młody nie jest zanadto skomplikowany w obsłudze, jednak czasami trzeba pamiętać o kilku zasadach i zachowaniu pewnych środków ostrożności. W przeciwnym razie obsługa Młodego grozi dodatkowym praniem albo ogólnym zdenerwowaniem.
Karmienie.
Kaszka z mleczkiem. Oczywiście Młody je na razie samo mleczko, czasem z piersi, czasem z butli. W przypadku piersi trzeba pamiętać, żeby podłożyć pieluchę pod usteczka Młodego, bo jak się aurat nie podkłada to jakimś cudem wszystko mu wylatuje bokiem. Jak się podkłada, wszystko gra, ani kropla mu nie umknie. W przypadku butli należy postępować jak niżej:
  1. Przygotuj pieluchę, butlę z jedzeniem i nieco cierpliwości. Nie zwracaj uwagi na wycia Młodego, nie umrze z głodu w ciągu tych kilku minut. Można też kupić stopery do uszu.
  2. Podłóż pieluchę pod brodę, próbując jednocześnie uniknąć wszędobylskich rąk Młodego.
  3. Podłóż ją ponownie, pamiętając o przytrzymaniu rąk.
  4. Weź butlę w dłoń, siłą wyjmij piąstki Młodego z jego buzi. Jeszcze nie rozumie, że palce mleka nie dają.
  5. Trzymaj mocno butlę, jednocześnie trzymając rączki Młodego w żelaznym uścisku. Kiedy tylko zmiejszysz ucisk, rączki wracają do buzi.
  6. Włóż smoczek do buzi Młodego. Kiedy już to uczynisz, możesz się rozluźnić. Młody złapie smoka i uszczęśliwiony zacznie posiłek.
Przewijanie.
Z powodu posiadania pieluch jednorazowych przewijanie jest dziecinnie proste. Należy pamiętać tylko o jednym – przygotowaniu absolutnie wszystkiego. Kiedy nie masz szegoś pod ręką i idziesz 2 metry, żeby to zabrać z półki, niemal pewne jest, że w tym ułamku sekundy Młody poczuje nieziemskie parcie na pęcherz i postanowi się rozluźnić, co skutkuje zasikaniem wszystkiego wokół. Nie tylko własnego ubranka, łóżka, na którym jest przebierany, ale prawdopodobnie również podłogi i przemykającego właśnie boczkiem kota. Jak już do niego podejdziesz są duże szanse, że dostaniesz ostatnim wysiłkiem sika na swoją bluzkę.
Zabawa.
Tutaj nie ma zbyt wielkich możliwości, Młody jest niezbyt aktywny i spokojny w obejściu, ale i tu czają się pułapki. Nie wykonuj zbyt gwałtownych ruchów, bo Młody się zdenerwuje przez niemożność śledzenia tychże. Nie postępuj z nim zbyt niedelikatnie, bo prawdopodobieństwo powstania mokrej, białej plamy na twojej klatce piersiowej wzrasta. Zmieniaj zabawę co około 3 minuty, bo Młody szybko się nudzi. Musisz mieć przygotowanych przynajmniej 100000000000000 różnych zabaw (gimnastyka, mówienie wierszyków, śpiewanie, głupie miny, czytanie, etc.). Czasami można jedną aktywność powtórzyć kilka razy, ale jak Młody się kapnie to po tobie, zaprzestanie wycia maleją do zera. W ostateczności zadziała karuzela albo grzechotka, ale też na krótko. Noszenie na rękach to jedyna metoda na uspokojenie histerii Młodego, ale skutkuje protestami ze strony kręgosłupa po kilku minutach. W razie poważnej histerii wsadzić do łóżeczka i kołysać, jest szansa, że zmęczony zaśnie.
Wizyty gości.
Młody jest spokojny, jakby chciał się pochwalić, jaki to on grzeczniusi. Ale uważaj, tylko do momentu, kiedy może gości śledzić na twoich rękach czy kolanach, można ewentualnie Mlodego gościom przekazać. W momencie położenia go do łóżeczka, protest narasta i jest nie do opanowania.
Wizyta u lekarza.
Lenistwo to klucz do zachowania Młodego u lekarza. W domu harcuje, szaleje, wykonuje salta, u lekarza zaś leży jak kłoda. Nie podnosi główki, zaciska piąstki, nie gaworzy i ogólnie mało się rusza. Skutek – pani doktor jest zaniepokojona. Nie pomagają tłumaczenia, że Młody to wszystko robi. Pani doktor jest zaniepokojona. W związku z tym wysyła Młodego do pięćdziesięciu kolejnych lekarzy, bo może coś jest na rzeczy. Przy wizytach u specjalistów Młody wykazuje doskonały instynkt przetrwania i robi dokładnie to, czego się od niego oczekuje. Powoduje to dziwne spojrzenia specjalisty i nazywanie rodzica w myślach panikarzem. Po powrocie do rodzinnej pani doktor ze stosem papierków, że z Młodym wszystko dobrze przez chwilę jest spokój, mimo że Młody nadal leży jak kłoda, ale po miesiącu cała szopka zaczyna się od nowa.
W skrócie to wszystko, co trzeba wiedzieć na temat obsługi Młodego. Problem w tym, że wszystko zmienia się niemal z dnia na dzień. Aneksy w przygotowaniu, dostępne wkrótce.

poniedziałek, 8 lutego 2010

Wydatki na dziecko.


Boziu, jaki durny artykuł przeczytałam dzisiaj na Onecie! Komu nie chce się czytać – skrót. Chodzi o pieniądze wydawane w czasie ciąży i po urodzenia dziecka – według autorki artykułu nieziemsko wysokie. Oczywiście nie twierdzę, że wydatki są małe, to nie o to chodzi, ale gdyby były takie, jak twierdzi autorka artykułu, to nikt nie rodziłby dzieci. Rozumiem, że w ciąży kobieta musi o siebie dbać, chodzić do lekarza, brać przepisane leki i robić badania, a potem dziecku chce się dać wszystko, co najlepsze, żeby dobrze się rozwijało, ale do tego naprawdę nie trzeba być miliarderem.
Jestem nauczycielką i naprawdę nie zarabiam kokosów, bo na rękę dostaję 1600 złotych. W sumie z mężem mamy w domowym budżecie 2400. Zaszłam w ciążę, bo chcieliśmy mieć dziecko, także żadna wpadka, a świadomy wybór, również w kwestii wydatków. Nie mogę powiedzieć, że nie korzystaliśmy z pomocy rodziców, bo musiałabym skłamać, ale ta pomoc ograniczyła się do około 300 złotych w trakcie całej ciąży. Nie powiem też, że było czy jest łatwo, ale nigdy nie było i już się przyzwyczaiłam, daliśmy radę i tym razem (a nie należę do osób, których trzymają się pieniądze).
W ciąży chodziłam do lekarza państwowego. Zmieniałam lekarza trzy razy, zanim trafiłam na porządnego, ale nie przeszło mi przez myśl, żeby iść do lekarza prywatnie, bo nie miałam na to kasy. Już i tak badania nierefundowane kosztowały trochę kasy, więc lekarz prywatnie nie był opcją. Bralam wszelkie witaminy i leki przepisane przez lekarza, oczywiście wszystkie nierefundowane, więc też trochę pieniędzy poszło. I jakoś przeżyłam tą ciążę, dziecko było zdrowe i dobrze się rozwijało.
Teraz też chodzimy do państwowego lekarza, kupujemy pieluchy jednorazowe, chusteczki do tyłka, krem do ciała, mydło, mamy łóżeczko, wózek (używany), wanienkę (od koleżanki), ubranka (nowe), etc. Wydatki początkowe, czyli łóżeczko, meble, wózek… z pewnością nie były małe, ale można to kupować przez całą ciążę, a nie z jednej pensji w ostatniej chwili. Pieluchy i ubrania też można gromadzić w ciąży, nie wspominając o pomocy koleżeńskiej, która w przypadku dzieci to akurat kwitnie. Przez ten baby boom mam cztery koleżanki, które gotowe były mi pomóc, czyli właśnie pożyczyć wanienkę czy ubrania po swoim dziecku.
Później będzie trudniej, bo żłobek rzeczywiście kosztuje, ale z tym też trzeba będzie sobie poradzić i tyle. Jeśli chodzi o zabawki, to moje dziecko w tym względzie nie będzie rozpieszczane, bo mnie na to nie stać. Nie stać mnie na matę za 150 złotych, ale mogę pobawić się z nim grzechotką za 10 złotych. Nie stać mnie na zabawki za 100 czy 200 złotych, jak to przedstawiają w artykule, ale małe dziecko zadowoli się szafkami, garnkami, czy choćby tańszymi zabawkami, bo takie (o dziwo, o czym pewnie autorka nie wie) również istnieją.
Czy moje dziecko będzie głupsze, inne, gorsze, bardziej ubogie, smutniejsze? Wątpię. Nie będę tutaj przywoływać tez, że dziecko przede wszystkim musi mieć rodziców, ich czas i uwagę, bo strzeliłabym sobie w kolano, jako że po wakacjach młody idzie do żłobka. Myślę po prostu, że dziecko może się bez pewnych rzeczy obejść, a to producenci albo inni rodzice nakręcają nas na to, że dziecko MUSI coś mieć, albo że coś tam jest dla niego lepsze.
Przytoczę choćby przykład szczepień. Nie stać mnie na słynne szczepienia 200 w jednym (sarkazm zamierzony, wiem, że jest pięc czy tam sześć w jednym). Moje dziecko dostało normalne szczepionki, było kłute trzy razy i żyje. Nie miało powikłań, nie miało gorączki, nie umarło od tych szczepionek. Tak więc też można. Dlaczego mam wydać dwieście czy trzysta złotych na szczepionki, skoro mogę je mieć za darmo? Ta sama sytuacja jest z zabawkami. Dzieci bombardowane są reklamami, ale to nie znaczy, że musimy ulegać ich zachciankom i kupować im te wszystkie reklamowane rzeczy. Nie mam na to pieniędzy i już. Albo kupimy coś innego, albo poczekasz na kolejną wypłatę i raz na jakiś czas będzie mnie stać na wypasioną zabawkę. I niech nikt mi nie mówi, że dziecku wytłumaczyć się nie da, bo sama byłam tak wychowywana, a znam i dzisiaj rodziców, którzy w ten sposób wychowują dzieci i maluchom tym niczego nie brakuje.
Także nie dajmy się zwariować.

niedziela, 7 lutego 2010

Ja, matka.


Zewsząd słyszałam, że po porodzie wszystko się zmieni. Całe moje życie zostanie podporządkowane temu małemu, wrzeszczącemu stworkowi, tylko na nim będzie mi zależeć i nic innego nie będzie się liczyć. Ani ja sama, ani mąż, ani telewizja czy książki. Dodatkowo oczywiście będzie strasznie, bo trzeba będzie go przewijać, karmić, uspokajać, wstawać w nocy, wyparzać butelki, karmić na żądanie, kąpać, słuchać krzyków… Jejku, czego ja się nie nasłuchałam. Miało być źle, nawet bardzo źle. Nie wiem, czy te opowieści były dyktowane tak typowym dla Polaków narzekaniem, pesymizmem, czy też te młode matki chciały pokazać mi, jak bardzo się poświęcają i jak wielki należy im się szacunek z tego powodu. Może był ku temu jeszcze jakiś powód, nie wiem. Wiem jedynie, że z tych wszystkich opowieści jeden wniosek wysuwał się na prowadzenie – stracę siebie.
Siebie jaką znałam i jaką byłam do tej pory. Koniec z namiętnym oglądaniem telewizji, koniec z czytaniem książek, koniec ze spotkaniami z koleżankami, bo przecież ten czas trzeba poświęcić dziecku. Zamiast telewizji trzeba też pozmywać, posprzątać, wyprać, wyprasować, zrobić trzydaniowy obiad i Bóg wie, co jeszcze. O książce będę mogła tylko pomarzyć, a koleżanki zejdą na dalszy plan, bo one nie rozumieją, co to znaczy mieć dziecko. Natomiast jeśli już zdarzy mi się kogoś spotkać, to niekończącym się tematem będzie moje dziecko – jakie kupki robi, ile zjadło, ile ma już ząbków, etc. Oczywiście w domu będzie reżim, bo przy dziecku nie wolno głośno słuchać muzyki, oglądać telewizji i w ogóle trzeba chodzić na paluszkach, bo dziedzic śpi.
Nie przerażało mnie to wbrew pozorom, wzruszałam tylko ramionami, na co słyszałam „Zobaczysz, tak będzie.” Wszyscy wiedzieli lepiej ode mnie, co i jak będzie, jak bardzo się zmienię i jak to wszystko mną zawładnie. I co? I gucio.
Nie przeczę, dziecko zmieniło wiele w moim życiu, tego nie dało się uniknąć. Martwię się o tą małą istotkę, kocham ją z całego serca, jest dla mnie ważna, ale… No właśnie, jest jedno „ale”. JA się nie zmieniłam. Nadal oglądam telewizję i czytam książki, bo pranie może poczekać. Nadal głośno słucham muzyki, bo młody musi się przywyczajać. Nadal lubię spotykać się z ludźmi i gadać o czymś więcej niż o dziecku. Na przykład o obejrzanym ostatnio filmie czy kolejnym odcinku serialu. Moje życie wywróciło się do góry nogami, ale w innym sensie. Nie rezygnuję z siebie na koszt dziecka, bo byłoby mi z tym źle. Oczywiście mam wielkie szczęście, że młody ma mocny sen i nie trzeba wkoło niego chodzić na paluszkach, ale jakie ma wyjście, skoro mamy jeden pokój i nie ma innej możliwości funkcjonowania.
Wniosek jest jeden – ja to ja, a moje dziecko to moje dziecko. Mam prawo się denerwować, kiedy płacze bez powodu. Mam prawo obejrzeć film zamiast prać. Mam prawo poczytać książkę albo się przespać zamiast chodzić po domu ze szczotką do kurzu. Mam prawo pomalować sobie paznokcie, umyć i ułożyć włosy, iść na pogaduchy do koleżanki (nawet jeśli muszę iść z młodym). Nie będę rezygnować z rzeczy, które do tej pory lubiłam robić, bo pojawił się w moim życiu nowy człowiek. Mało tego, uważam, że NIE POWINNAM  tych rzeczy rezygnować. Czasami wkurzam się potwornie i chcę tylko, żeby młody w końcu poszedł spać, żebym mogła coś zrobić dla siebie. Czy jestem przez to złą matką? Nie. Jestem matka szczęśliwą.

wtorek, 19 stycznia 2010

Mother talk.


Kiedy człowiek zostaje rodzicem, wszystko się zmienia. Zmienia się perspektywa, priorytety, człowiek nabiera nowych doświadczeń. Na przykład niegdy nie przypuszczałam, że człowiek zaczyna się cały czas martwić. I nie mam tu na myśli tego, że czasami coś mnie zmartwi. CAŁY CZAS! A to mały źle oddycha, a to kichnął, kaszlnął, złą kupkę zrobił, nie zrobił kupki, chrypi… milion rzeczy, na które zazwyczaj nie zwracałam uwagi, zaczyna mnie niepokoić. Innym typem doświadczenia jest miłość do tego małego stworzonka. Naprawdę bezwarunkowa, całkowita, bezgraniczna.
Niestety nie zawsze są to doświadczenia, które by mi się podobały. Jednym z takich niemiłych doświadczeń jest coś, co po urodzeniu dziecka dopada wielu rodziców i niestety dość często również zupełnie obcych ludzi. Jest to zbiorowy szał zwany z angielska „mother talk”. Na czym polega mother talk? Ano na tym, zieby w najlepsiej wiezie ogłupiać i siebie i dziećko nieiśtniejącimi wyraziami. Śtraśne!
Kiedy byłam w szpitalu, a spędziłam tam dłuuuuuuuuugie dwa tygodnie, w pokoju razem z moim synem była pewna dziewczynka. Zdarzało mi się, że podczas karmienia spotykałam się z jej mamą. O ja biedna! Kiedy słuchałam tej dziwnej mowy, zęby mi się ścierały od ciągłego zgrzytania. Nie wiem, co na to mój syn, bo biedny jeszcze nie mówi i nawet nie miał szansy zaprotestować, ale jestem pewna, że gdyby mógł mówić to by wył. Na szczęście pielęgniarki zwracały się do młodego normalnie…
Zgoła inną sytuację zastałam w lokalnej przychodni. Pani doktor, pewnie w dobrej wierze, znowu zaczęła w stosunku do mojego syna używać tego dziwnego języka. Ta sama sytuacja w kolejnym szpitalu, gdzie zarówno jedna z matek, jak i pielęgniarki łamały sobie języki.
Nie rozumiem tego. Przeraża mnie to. Naprawdę, może ja jestem inna, ale nie wiem, jak można to robić własnemu dziecku. I nie chodzi mi o to, że potem dziecko nie będzie mówić poprawnie, ale o to, że takie gadanie po prostu rani uszy. Dlaczego mam używać innego języka w stosunku do innych ludzi, a innego w stosunku do mojego dziecka? Czy to mu w czymś pomoże czy tylko ogłupi? Bo na pewno ogłupia mnie. Próbowałam kiedyś rozmawiać w ten sposób z moim mężem. Koszmar.
Tymczasem wychodzi na to, że dzieci można ogłupiać. Być może na początku moje dziecko mnie nie rozumie, więc mogę mówić nawet po chińsku, większej różnicy i tak mu to nie robi. Jednak ten szał nie mija z czasem, a nawet się powiększa. Kiedy dziecko zaczyna gaworzyć i tak śmiesznie artykułować pierwsze wyrazy, oooooo, to jest doskonały powód, żeby zacząć szaleć. Wtedy słyszymy słodkie szczebiotanie małego dziecka i nieco mniej słodkie (jeśli mnie pytać, to głupie) szczebiotanie mamusi, tatusia, babci i każdego człowieka, który znajdzie się w pobliżu.
Ok., mogę zrozumieć, że od czasu do czasu można tak zagadać do dziecka, mnie też się to zdarza. Tylko że do tej pory spotkałam się z przypadkami, kiedy to matki szalały po całości. „Rozmowa” matki z dzieckiem, a właściwie na tym etapie monolog matki do płaczącego dziecka: „Cio się śtało? Boli cię cioś? Nie płać, mamusia ziaraź da jeść.” Albo coś na ten kształt: „Chcieś ciycia? Głodna jeśteś? Ziaraź dam jeść, pociekaj chwilkę.” Noooooo ludzie, jak tak można?
Jedno jest pewne. Nie zamierzam w ten sposób zwracać się do dziecka, nawet jeśli wszyscy naukowcy świata stwierdzą, że mother talk jest dobre dla malucha.

piątek, 1 stycznia 2010

Nasz kochany NFZ.


Po urodzeniu dziecka i szczęśliwym w końcu wyjściu ze szpitala, w którym spędziliśmy dwa tygodnie (zapalenie płuc), pani doktor dała mi listę zaleceń. Może i długa ona nie jest, ale jednak kilku lekarzy musimy odwiedzić. I co następuje: audiolog, ortopeda, okulista, neurolog i kardiolog. Kardiolog to mały pikuś, bo dopiero w szóstym miesiącu życia, ale okulista, neurolog i ortopeda na cito. Ponieważ mały miał dwa tygodnie, kiedy wyszedł ze szpitala, mamy kolejne dwa tygodnie na te wizyty, bo wszystkie powinny być odbębnione po miesiącu życia. Zasiadłam więc po przyjeździe do domu z komputerem, żeby sprawdzić numery telefonów i telefonem, żeby się zarejestrować.
Nie, nie miałam złudzeń, że wszystko pójdzie dobrze. Żyję w Polsce już niemal 30 lat i kilku lekarzy miałam okazję odwiedzić. I teraz właśnie w ramach rozrywki, czasami śmiesznej, czasami mniej, napiszę po kolei,  jak udało mi się załatwić wizyty u lekarzy.
Okulista. Dzwonię do poradni, gdzie dowiaduję się, że na ten rok już nie rejestrują, bo nie ma miejsc. Ani na NFZ, ani prywatnie. Na przyszły rok rejestracja dopiero od 17 grudnia. Myślę sobie-dobrze. Jednak na wszelki wypadek dzwonię do innej przychodni, żeby nie było, że poprzestaję na jednej. W drugiej przychodni sytuacja analogiczna, ale przyjmują już zapisy na przyszły rok… prywatnie. Niechże będzie, nie będę dziecku żałować. Termin: 13 stycznia. Kiedy mówię, że dziecko ma zalecenie na TERAZ, pani stwierdza, że tak mają wszystkie dzieci i wszystkie przychodzą za późno, bo nie ma terminów. No cóż, niech i tak będzie. Jednak 17 grudnia dzwonię do przychodni, gdzie są zapisy na NFZ, bo po co mam płacić. Pani oświadcza mi, że na styczeń NIE MA JUŻ WOLNYCH TERMINÓW!!! Przecież zapisy dopiero się zaczęły! No nic, inni byli szybsi ode mnie. Grunt, że mam termin prywatnie.
Neurolog. Zalecenia jak wyżej, czyli jak najszybciej, bo dziecko musi być przebadane po raz kolejny. Dzwonię do poradni, gdzie pani informuje mnie, że na ten rok nie rejestrują, bo nie ma już miejsc. Na przyszły rok proszę dzwonić w styczniu, bo nie wiedzą, jak ich NFZ zakontraktuje. Prywatnie na ten rok też nie ma terminów, na przyszły rok proszę dzwonić w przyszłym roku. I nie da się nic zrobić, że dziecko musi być przebadane TERAZ, bo teraz nie ma terminów.
Ortopeda. Zalecenia jak wyżej, czyli jak najszybciej. W poradni rejestrują, oczywiście na przyszły rok. Najbliższy termin: 19 marca. Co mam robić, rejestruję dziecko, bo nie mam innej opcji. Ani pani w rejestracji, ani ja nie możemy nic z tym zrobić, bo takie są terminy.
Cudnie. Zastanawiam się tylko, kiedy powinnam zarejestrować dziecko, żeby mogło się dostać do lekarza w wymaganym terminie. Miesiąc przed urodzeniem? Dwa miesiące? Pół roku? I dlaczego? Podobno mamy mały przyrost naturalny, dlaczego więc do lekarzy są takie terminy? Paranoja to mało powiedziane. Najciekawsze jest to, że nawet prywatnie nie ma terminów, bo większość rodziców oczywiście też chce dobrze dla swoich dzieci i jak się nie da na NFZ to próbują prywatnie. I tak się to wszystko kręci.