Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gimnazjum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gimnazjum. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 czerwca 2014

Thank you very much.


Już od jakiegoś czasu funkcjonuje w gimnazjum coś, co nazywa się szumnie balem absolwentów. Zdania na ten temat są podzielone. Jedni uważają, że jest to zwykła, nieszkodliwa tradycja, inni że bez przesady i bale zarezerwowane powinny być dla maturzystów. Nie zamierzam tutaj opowiadać się ani za jedną, ani za drugą opcją, chcę napisać coś, co właściwie przytrafia mi się co roku, kiedy zapraszana jestem i przychodzę na takie bale, a ostatnio znowu w takowym uczestniczyłam.
Niesamowite to uczucie, kiedy patrzę na te dzieciaki i widzę, jak bardzo się zmienili. Jak bardzo dorośli, jak zaczęli się uśmiechać albo zaczęli być bardziej pewni siebie. Jak niektórzy spoważnieli, niektórzy wyluzowali. Jak cudownie widzieć ich bawiących się razem i czerpiących z tego prawdziwą przyjemność. Tamten wieczór był wspaniały i dlatego właśnie zamierzam zrobić coś, czego nie robiłam na tym blogu nigdy - zwrócić się bezpośrednio do nich, nie zmieniając im imion. I nie ważne, czy ktoś z nich to przeczyta czy nie. Jeśli tak, oni będą wiedzieć, o co chodzi.

Patrycjo K. - dziękuję Ci, że jesteś teraz tak często uśmiechnięta. Pamiętam, jak podczas projektu nie do końca chciałaś pracować w grupie. Wczoraj widziałam, ile rodości sprawiała Ci zabawa ze wszystkimi.
Emilko - dziękuję Ci, że nie zmieniłaś się tak bardzo na pierwszy rzut oka. Uśmiechasz się i to jest najważniejsze. Baw się dobrze, gdziekolwiek dalej nie zaprowadzą Cię losy Twojego życia.
Zosiu - dziękuję Ci za to, że wiesz, czego chcesz. Ja w Twoim wieku chyba bylam mniej zdeterminowana i na pewno mniej dojrzała. Powodzenia.
Marysiu - dziękuję Ci za to, że jesteś piękną dziewczyną i nawet jeśli teraz uważasz inaczej to musisz mi, starej belferce, uwierzyć, że to prawda.
Alicjo - dziękuję Ci, że prujesz przez to życie i nic nie jest w stanie Cię zatrzymać. Taka malutka osóbka, a taki z Ciebie taran (w dobrym znaczeniu :))
Patrycjo P. - dziękuję Ci za to, że dzieliłaś się ze mną swoimi marzeniami. Dorosłaś, bardzo, spoważniałaś, ale jednocześnie zachowałaś swój optymizm. Dążysz do swoich celów, o czym w pierwszej klasie nie byłam aż tak bardzo przekonana. Dziękuję Ci, że udowodniłaś, że się myliłam.
Kingo - dziękuję Ci, że się starałaś, bo to dużo. Pod koniec walczyłaś o ocenę i sie udało.
Ewo - dziękuję Ci, że walczyłaś o siebie, kiedy niesłusznie Cię oceniłam. Nauczyciel też popełnia błędy i dobrze mu o tym przypominać. Dzięki Tobie poprawiłam swój błąd i jestem z tego tak bardzo zadowolona, jak z niczego innego.
Asiu - dziękuję Ci za to, że Ci się chce. Słyszę o Twoich sukcesach i Cię podziwiam.
Ewelino - dziękuję Ci, że siedziałaś sobie spokojnie, bo wszystko umiałaś. Pewnie niczego nowego Cię nie nauczyłam, więc przepraszam.
Agnieszko - dziękuję Ci, że jesteś tak cudownie zakręcona i masz taki zwariowany styl bycia. Uśmiechaj się dalej.
Kasiu - dziękuję Ci za to, że byłaś, rozmawiałaś. Ty wiesz.
Klaudio i Anito - nie znam Was tak dobrze, bo Was nie uczę, ale dziękuję Wam, że byłyście wczoraj z nami.

Patryku - dziękuję Ci, że się angażujesz. O co bym nie poprosiła, byłeś na pierwszej linii, razem z Maćkiem.
Kamilu - dziękuję Ci za to, że jesteś tak strasznie gadatliwy, a przy tym inteligentny i nie sposób odmówić Ci uroku.
Krystianie - dziękuję Ci, że tak bardzo się zmieniłeś i teraz mogę bez wątpienia powiedzieć, że jesteś strasznie sympatycznym facetem.
Kacprze P. - dziękuję Ci za to, że coś robiłeś. Ostatnio przekonałam się, że to też dużo.
Maćku - dziękuję Ci za to, że bierzesz na siebie tak wiele, a jednak zawsze udaje Ci się wszystko zrobić. Wszystko, a nawet jeszcze trochę więcej.
Krzysiu - dziękuję Ci za to, że się uśmiechasz i można na Tobie polegać.

Dziękuję Wam wszystkim za to, że jesteście i za bal. A teraz dość już tej patetyczności, bo się poryczałam.

czwartek, 20 grudnia 2012

Historia pewnej lekcji...


Są chwile, kiedy nie mam już siły i to zazwyczaj wtedy stwierdzam, że się do tego zawodu jednak nie nadaję. Właśnie dzisiaj jest dzień przeplatający momenty dobre i złe, ale że muszę się wyładować, to odniosę się tylko do tych złych. 
Jest sobie klasa. Zwykła, całkiem przeciętna. Nie ma w niej jednostek całkiem tragicznych, które rozwalają cała lekcję i przyprawiają o stan, w którym sepuku wydaje się być pieszczotą. Nic z tych rzeczy. Na lekcji cisza, nikt nie przeszkadza, nie odzywa się. I wbrew pozorom w tym tan naprawdę jest problem. NIKT SIĘ NIE ODZYWA. WCALE. Nikt nic nie wie, nie umie, nie odpowiada na żadne moje pytanie. Jedyną reakcją jest „Nie wiem, nie umiem, niech mi pani wstawi banię.” I nie ważne, czy chodzi o powtórzenie, czy o rzeczy, które przed chwilą tłumaczyłam. 
I właśnie z tej klasy przychodzi do mnie na przerwie jeden z uczniów i mówi, że on chce się poprawić i co on może zrobić. Pękłam. Powiedziałam, że skoro on nic nie robił przez cały semestr, to ja nie zrobię teraz niczego dla niego. Miał szansę poprawiać się przez pół roku, konsultacje były, nie przyszedł. Podjął pewną decyzję i czas w końcu ponieść jej konsekwencje. Mam dość.
A teraz właśnie siedzimy sobie w ławkach, nie robimy kompletnie nic i w sumie wszystko jest jak zwykle. Bo oni nie robią nic bez względu na to, czy ja prowadzę lekcję czy nie. I już załączają mi się wyrzuty sumienia i że tak nie powinnam robić, że może jednak powinnam dać im szansę, że tak nie postępuje prawdziwy pedagog... Ale zaraz przypominam sobie, że dawałam im już niezliczoną ilość szans i że próbowałam ich wyciągnąć niezliczoną ilość razy. I zagłuszam te wyrzuty sumienia stukotem klawiatury.
Tak, siedzę na lekcji i piszę posta, a wszyscy uczniowie siedzą i nie robią nic.

wtorek, 6 listopada 2012

ADHD.


Wiele już napisano o ADHD i wcale nie mam zamiaru tego powtarzać. Jedni są za, inni przeciw, niektórym to zwisa. Dla jednych to tylko i wyłącznie kaprys, dla innych realny problem. A jak jest naprawdę? Przede wszystkim trzeba stwierdzić, że ADHD wcale nie dotyka tak szerokiej rzeszy populacji, jak się zwykło wydawać. Jest to około „4-8% dzieci w wieku wczesnoszkolnym (6–9 lat)” (Wikipedia), czyli całkiem niewiele. Jest to jednak doskonała wymówka dla rodzica, który nie może zapanować nad dzieckiem. I nie mówię tu o ruchliwym trzylatku, który jest po prostu ruchliwy, czy o uczniu drugiej klasy, któremu ciężko jest usiedzieć w miejscu przez 45 minut. Mówię o uczniu gimnazjum, który powinien nad sobą w minimalnym stopniu panować i znać wszelkie normy oraz ich przestrzegać, choćby nawet zdarzało mu się wybuchnąć od czasu do czasu. Jeśli tego nie robi, to nie jest ADHD, bo nad ADHD DA się zapanować, pomimo powszechnej opini, jakoby było to niemożliwe.
Ileż to już razy słyszałam teorię, że któryś z naszych uczniów ma ADHD. Jeśli tylko nie potrafi się zachować na lekcji, przeszkadza, jest chamski czy wulgarny, rodzic od razu wyskakuje z teorią, że jego dziecko na pewno ma ADHD. I tu zaczyna się cyrk, bo żadnego stwierdzenia oczywiście dziecko nie ma, ale rodzic oczekuje od nas, że będziemy traktować go łagodnie i delikatnie, bo przecież jego dziecko jest chore, a nie niewychowane. I nie dociera tłumaczenie, że żadne ADHD nie wchodzi tu w rachubę, że powinien bardziej zapanować nad swoim dzieckiem i wpoić mu kilka zasad. Nad dzieckiem chorym trzeba się litować, a nie egzekwować od niego właściwe zachowanie.
Nie wiem, skąd przekonanie, że skoro dziecko jest chore, to nie należy od niego niczego wymagać. Po mojemu powinno być normalnie – czyli oczekujemy, że dziecko dostosuje się do norm na tyle, na ile jest w stanie, będzie uczyło się nad sobą panować i pomimo faktu, że wymaga to od niego niezwykłego wysiłku, musi to wyćwiczyć. Tymczasem większość rodziców po pseudodiagnozie dochodzi do wniosku, że już wszystko w porządku i nic nie muszą, bo im dzieciom należy się specjalne traktowanie.
Wtręt: Bardzo podobny mechanizm działa w przypadku dysleksji czy innych dys. Jak tylko zostaną stwierdzone, i rodzic, i uczeń czują się usprawiedliwieni i szczęśliwi, bo oni już nic nie muszą. I nie dociera tłumaczenie, że praca dopiero się tutaj zaczyna. Według nich dziecko nic już nie musi robić, a wszystko zostanie im zaliczone. Tymczasem według mnie dzieci ze wszelkimi dys powinni mieć obowiązkowe lekcje dodatkowe, gdzie będą ćwiczyć i pracować i powinni być z tych godzin rozliczani. Koniec wtrętu.
Oczywiście nauczyciele już tacy współczujący nie są i próbują jeszcze choć trochę „niesfornego” nastolatka wychować, ale szarpanie się z nim, podczas gdy w domu panują zupełnie inne zasady, jest całkowicie bezcelowe. I tak zostajemy na placu boju z uczniem rzekomo mającym ADHD, nad którym nikt nie jest w stanie zapanować. Rodzice czują się rozgrzeszeni, my miotamy się jak lwy w klatce, a dzieciak ma niezły ubaw.
No i ostatnia sprawa, która mnie bulwersuje. Mianowicie to, że każde dziecko z ADHD, z którym miałam do czynienia, było wulgarne i agresywne. Bardzo. Przekleństwa, bicie, „stukanie” kolegów i koleżanek po głowie podczas chodzenia po klasie – to była codzienność. I zastanawiam się, czy to faktycznie wina choroby, czy po raz kolejny zaniedbanie rodziców. I znowu kolejny raz obawiam się, że choroba to kwestia drugorzędna. Dlatego właśnie rozumiem rodziców, którzy bulwersują się, gdy do klasy z ich dzieckiem chodzi dziecko z ADHD. Bo dla nich liczy się ich własne dziecko, które nagle zostaje narażone na „stukanie” po głowie czy zarzucenie przekleństwami.
I oczywiście w tym wszystkim najbardziej cierpią dzieci, które są faktycznie chore, bo postrzegane są przez pryzmat tych wykorzystujących sytuację.


poniedziałek, 17 września 2012

Nauczycielski pozew.


Nie byłabym sobą, gdybym nie zareagowała na tak wspaniały artykuł, który swoim echem odbił się nawet w ogólnopolskich wiadomościach. I teraz oczywiście chwila zastanowienia, czy sympatyzuję z tą nauczycielką, czy też ją potępiam. 
Na pewno nie potępiam jej tak, jak większość ludzi, którzy już zdążyli ją ocenić jako marnego pedagoga i beznadziejną nauczycielkę. Bo tak naprawdę niewiele mogę zrobić, jeśli uczeń na przykład słucha na lekcji muzyki. Mogę go wysłać do pedagog albo do dyrektora, tyle że on niewiele sobie z tego robi. Ta sama sytuacja ma miejsce, gdy wzywam rodziców. Albo nie przychodzą, albo nic sobie z tego nie robią, bo oni sami nie potrafią sobie z dzieckiem poradzić. Jakoś nie słyszałam, żeby dziecko, nad którym rodzic panuje, wyciągało na lekcji telefon czy chamsko odzywało się do nauczyciela. Dlatego też „normalne” sposoby nic nie dają.
Można oczywiście ignorować sytuację. Tylko że sygnał dawany reszcie uczniów jest wtedy doprawdy żałosny. Można z nami robić wszystko, a my będziemy tę sytuację znosić potulnie, bo jakie mamy inne wyjście. Dlatego właśnie poniekąd rozumiem tę panią. I, doprawdy, nie wnikam, czy ona jest dobrą czy złą nauczycielką. Czy ma powołanie, czy tylko robi wszystko „na odwal się”. Kiedy ja chodziłam do szkoły, nie była ona pełna nauczycieli godnych miana pedagoga, ale nie przyszłoby mi do głowy, żeby im pyskować czy robić na złość (o telefonach wtedy jeszcze nie słyszano, więc nie mogłam wyjmować go na lekcji :)). 
I nadal nie wiem, czy pani zareagowała zbyt gwałtownie, czy po prostu w końcu puściły jej nerwy i postanowiła skorzystać ze swojego prawa. Wiem natomiast, co stanie się teraz. Pani zostanie odsądzona od czci i wiary, bo przecież z „niesforną” młodzieżą mogła poradzić sobie sama (taaaaaaa). Będą się na niej wyżywać, bo przecież jak to tak, skoro ona jest dorosła, a nie potrafi poradzić sobie z „dzieciaczkiem”. A „dzieciaczki” przechodzą właśnie okres dojrzewania i jest im tak trudno, i oni tak naprawdę są dobrzy, i pomagają bezdomnym zwierzątkom, a tylko w szkole im się agresor włącza.
Tak, jestem trochę poirytowana i zgorzkniała, bo tą rzeczywistość mam na co dzień. I wiem, że nie wszystko można wytrzymać. Że można stracić cierpliwość i że mogą puścić wszelkie tamy. I wtedy pozywa się do sądu, gdy już wszystkie pozostałe sposoby zawodzą. Wiem też, jak doskonale potrafią manipulować faktami uczniowie, jak świetnie potrafią robić z siebie niewiniątko i ofiarę, gdy im to na rękę. Wiem jednak też, że ciężko jest zdobyć się na ten krok, na który zdecydowała się ta pani właśnie przez ten wszechobecny ostracyzm społeczny. Bo ludzie jeszcze nie zdają sobie sprawy, jakie potrafią być te „dzieciaczki”.
Wiem też jednak, że w każdej szkole znajdzie się klasa bądź uczeń, dla którego warto pracować. Dla którego warto się poświęcać, szarpać i dzięki któremu się wie, po co wybrało się ten zawód. I tylko tacy trzymają mnie przy życiu. 

czwartek, 6 września 2012

O podręcznikach.


Ostatnio po raz kolejny stało się modne narzekanie na złych nauczycieli. Tym razem jednak powodem nie są zarobki czy ilość wolnego, ale podręczniki. Temat powtarza się co jakiś czas, wraca jak bumerang i oczywiście winni jesteśmy my. Tymczasem nie zawsze tak jest. Nie mówię, że nigdy. Czasami rzeczywiście nauczyciele (zwłaszcza ci od angielskiego) często zmieniają podręczniki. Głównie przez to, że często się zmieniają, a każdy następny ma inne zdanie co do przydatności podręcznika niż ten poprzedni. Jednak najczęstszym powodem zmian podręcznika są albo sami uczniowie (i zaraz przejdę do szczegółów), albo reformy. Siłą rzeczy ograniczę się do podręczników z angielskiego, bo po pierwsze będę wiedziała, o czym piszę, a po drugie to właśnie ich ceny przyprawiają rodziców o największe palpitacje.
Jak wiadomo, rynek pełen jest w dzisiejszych czasach podręczników. Do wyboru, do koloru, milion wydawnictw prześciga się w ciekawszej ofercie. A jeśli chodzi o książki do angielskiego to już natura obrodziła przewybornie. Jedno wydawnictwo potrafi mieć w ofercie trzy pozycje na tym samym poziomie. Z jednej strony to dobrze, bo nauczyciele mają wybór i mogą dobrać podręcznik do ucznia. Z drugiej strony żadna pozycja nie jest doskonała dla każdego i nadmiar przyprawia nawet nauczycieli o ból głowy. Jednak nie da się ukryć, że wybór podręcznika zależy tylko i wyłącznie od nauczyciela i na nas spoczywa odpowiedzialność za jego właściwe dobranie.
Na początek (bo temat rozwlekły) opowiem, jak to było przed reformą. Bo wtedy nie było większych zmian w podręcznikach, a jedyną przesłanką do zmiany było... No właśnie, co takiego mogło być tak ważne, że trzeba było zmieniać podręcznik? Dwie rzeczy mogły o tym decydować. Zmieniający się nauczyciele oraz zmieniający się uczniowie. O co chodzi? Otóż swego czasu rotacja nauczycieli angielskiego w szkołach była wielkości epickiej. Co roku (a bywało, że i częściej) przychodził ktoś nowy. I ten ktoś nowy miał już inną wizję. Nie lubił podręcznika X jak zarazy, za to podręcznik Y uważał za cudo objawione. Rok później przychodził nowy nauczyciel i cała szopka zaczynała się od nowa. A rodzice bulili, bo nie mogli odkupić podręczników od starszych roczników.
Uczniowie zmieniają się co roku, każdy głupi to wie (oczywiście jeśli chodzi o pierwsze klasy). I zdarza się, że w jednym roku trafią nam się lotni, a w innym nieco mniej. Jakim cudem ja w takim razie mam tak samo tych uczniow traktować? W ich własnym interesie jest, żeby grupa słabsza miała inne podręczniki niż ta mocna, bo inaczej będzie się z nimi katowała, a i tak niczego się nie nauczy (wiem z doświadczenia). Dlatego zmiana podręcznika nie zawsze jest taka zła.
A teraz sytuacja po reformie. Właściwie reformach, bo one nadal trwają i zmienia się coś co chwila. Otóż po reformia nagle okazało się, że podręcznik, którego do tej pory używałam, nie jest wystarczająco dobry. W związku z tym musiały zostać naniesione zmiany. Co z tego, że zmiany są kosmetyczne. Stary był be, a nowy jest cacy. Pewnie myślicie, że wydawnictwa były zachwycone zmianami i tym, że muszą wszystko zatwierdzać od nowa. Otóż wcale nie. Dla nich to jest taki sam problem, jak dla nas. Trzeba wszystko przeanalizować, pozmieniać, dać do zatwierdzenia, a w końcu wydrukować nową partię. Stara oczywiście (jeśli jakieś egzemplarze się ostały) idzie na przemiał. Czyli straty. Rok później cała szopka zaczyna się od nowa, bo znowu zarządzili w ministerstwie jakieś zmiany i stary podręcznik nieważny. 
I tak w koło Macieju. Wydawnictwa mają dwa razy więcej pracy i zamieszania, my z szaleństwem w oczach sprawdzamy, czy nowy podręcznik dostał zatwierdzenie czy nie, a w efekcie uczeń musi kupić nową książkę w zwariowanej cenie, bo wersja od starszych uczniów nieaktualna. Zanim więc winą obarczymy wydawnictwa czy nauczycieli, zastanówmy się, kto tak naprawdę decyduje o reformach, zmianach w edukacji czy zatwierdzeniach podręczników. Nie nauczyciele, nie wydawnictwa, a ministerstwo. I do nich proszę zgłaszać zażalenia. 
Oczywiście każda zmiana podręcznika niesie za sobą potężne koszta. Zdaję sobie z tego sprawę. I ciężko mi powiedzieć, z jakiego powodu te koszta są takie duże. Wiadomo, że książki wydane na ładnym papierze, pełne rysunków i zdjęć (akurat też nie za bardzo to lubię, ale uczniowie niby narzekają, a jak dostaną książkę bez obrazków to patrzą na mnie jak na marsjankę), najczęściej wydawane w Anglii, ale czy to jest wystarczający powód? Nie wiem. Mnie też te ceny przyprawiają o zawrót głowy, ale jeśli mam wybrać książkę tanią w zamian książki dobrej (niestety zazwyczaj jedno idzie w opozycji do drugiego) to wybieram jednak dobrą.
I ostatnia rzecz (naprawdę, ostatnia) to sól w oku większości osób. Łapówki, które nauczyciele dostają od wydawnictw. Te wszystkie Seszele, drinki z parasolką i weekendy w SPA. Otóż NAJDROŻSZYM gadżetem, który dostałam była torba na ramię. Z nadrukiem wydawnictwa. Poza tym dostajemy jedynie zestaw książek dla nauczyciela, czasem jakiś długopis czy dodatkową książkę z ćwiczeniami i kalendarz. Doprawdy, mdleję z zachwytu. Poza tymi gadżetami „dla nas” są jeszcze gadżety dla szkoły i te o wiele bardziej mnie ineteresują. Tabele do powieszenia w klasie, plakaty, dodatkowe materiały. Czy to naprawdę aż tak wielka łapówka, żeby wybrać akurat tę konkretną książkę zamiast jakiejś innej?

wtorek, 28 sierpnia 2012

Niemoc twórcza.


Już na początku tego roku szkolnego zostałam mianowana na koordynatora do spraw projektów oraz koordynatorem do spraw WKE. Nie ważne nawet, co to oznacza. Dla mnie oznacza to po prostu masę roboty. Dodatkowo muszę prowadzić swój własny projekt (bo już najwyższy na to czas). Oczywiście poza tym mam i tak kupę pracy, bo łapię się za wszystko w związku z awansem.
I właśnie przez te wszystkie jakże kreatywne aktywności zdałam obie sprawę z jednej podstawowej rzeczy – nie jestem kreatywna. Jestem odtwórcza. Onieśmiela mnie fakt, że są wokół mnie ci wszyscy kreatywni ludzie, którzy mają tyle pomysłów podczas gdy ja siedzę i nie potrafię wymyślić nawet głupiego tematu dla własnego projektu. Oni wszyscy wymyślają nie tylko tematy, ale mają w głowie całe scenariusze. A ja potrafię jedynie wykonać polecenia, skorzystać z czyichś pomysłów i wprowadzić je w życie, ale kiedy przychodzi do wymyślania, zastygam jak żona Lota. Spełniam się w realizacji. Wymyślanie to nie dla mnie.
Nie wiem, czy to coś złego. W dzisiejszym, jakże pełnym kreatywności, świecie - pewnie tak. Przynajmniej tak czuję. Zastanawiam się jednak, czy tak być powinno. Nie wszyscy muszą być super kreatywni, tak jak nie wszyscy muszą mieć maturę. Nie powinnam czuć się gorsza tylko dlatego, że zamiast rzucać pomysłami jak z rękawa potrafię jedynie grzecznie siedzieć i te pomysły przyjmować. W grupie takich ludzi czuję się jednak jak nieudacznik, który nie umie wykrztusić z siebie słowa. I to nie jest wina tych ludzi, bo oni nijak nie dają po sobie poznać, że uważają mnie za gorszą. Ale przecież musi tak być. Skoro zgadzam się na wszystko, nie wysuwam własnych pomysłów, nie wyrażam swoich myśli, to musi być ze mną coś nie tak.
I tu dochodzi drugi problem. Nie potrafię pracować w grupie. Samej mi lepiej. Jak tak sobie spokojnie usiądę w kąciku to jest szansa, że może coś jeszcze spłodzę. Kluczem jest samotność i dużo czasu. A w grupie czuję się głupio. Patrzę na tych ludzi pełnych werwy, przerzucających się pomysłami i zastygam. Prawdopodobnie nie za dobrze wybrałam sobie zawód, skoro mam problemy pracować w grupie. Tyle że ja się spełniam w pracy z uczniami. To jest mój żywioł, to kocham. I myślę sobie, co z tymi uczniami, którzy tak jak ja zupełnie się w grupie nie odnajdują, a każe im się pracować nad projektem z kilkorgiem innych osób. Jak biedne muszą być te dzieciaki, którym głos zastyga w gardle i wydaje się, że nic do pracy nie wnoszą? Dlaczego zmuszane są do czegoś, w czym się nie odnajdują? Dlaczego każe im się działać wbrew sobie, przymusza do „nauki” pracy w zespole, skoro oni wspaniale radzą sobie sami ze sobą? 
Nie rozumiem tego i chyba nie będzie mi dane zrozumieć. Być może to ja nie mam racji i powinnam zastanowić się nad zmianą zawodu, ale mimo wszystko uważam, że również jako nauczyciel wcale nie muszę mieć talentu pod tytułem „pracujmy wszyscy razem i bądźmy kreatywni”.

P.S. Temat projektu wstępnie wymyśliłam i brzmi chyba dumnie :)
‘W krainie skrzatów i elfów, czyli jakie legendy i baśnie skrywają Wyspy Brytyjskie?’
Oczywiście do dalszych konsultacji z dzieciakami.


poniedziałek, 13 sierpnia 2012

I kolejny nowy rok szkolny...


Coraz większymi krokami nadchodzi nowy rok szkolny. Najważniejszy moment w pracy nauczyciela. Trzeba w końcu zacząć się do niego przygotowywać. O tak. Dla tych, co to myśleli, że nauczyciele nie muszą nic robić przez cały rok, a na pewno nie przez wakacje to z pewnością jest zaskoczenie. Jednak prawda jest taka, że jeśli ktoś ma odpowiednią motywację (na przykład lubi swoją pracę), musi zacząć się starać nieco przed pierwszym września. Nie ma mowy o leniuchowaniu przez bite dwa miesiące.
No ale do rzeczy. Po pierwsze primo, zmienia nam się pani dyrektor. Wprawdzie stara zostaje na stanowisku wicedyrektor, ale jednak co nowa twarz to nowa twarz. Tym samym nowe wymagania. Jakie, nie wiem. Dowiemy się pewnie na początku współpracy. Po drugie primo, jest to drugi rok mojego awansu zawodowego. A jak wiadomo, przy trzyletnim cyklu drugi rok jest najgorszy. Najbardziej pracowity, najbardziej zajęty. W pierwszym roku człowiek się wdraża, w trzecim przygotowuje do egzaminu, a w drugim zapiernicza. Takoż i ja mam zamiar zapierniczać. Po trzecie primo, muszę w końcu przystąpić do projektu edukacyjnego. Na jaki brandzel ktoś to wymyślił, tego nigdy pewnie się nie dowiem, ale jest i trzeba w tym cyrku udział wziąć.
I właśnie dlatego teraz siedzę i wymyślam wygląd gazetek klasowych, dumam sobie nad konkursami szkolnymi, próbuję wymyślić temat projektu (jeszcze do uzgodnienia z dzieciakami), debatuję nad pomocami naukowymi, planuję lekcje otwarte, etc. Pod koniec minionego roku szkolnego aktualna (jeszcze) pani dyrektor zarzuciła mi, że za mało robię „na zewnątrz”. Owszem, spełniam się we wszystkich inicjatywach, które nie wymagają pokazywania się w szkole/poza szkołą, a pozostają w zaciszu klasowym (ewentualnie jakieś wyjście z klasą na pokaz/projekcję), ale w ogóle nie pokazuję szkoły na zewnątrz. Dlatego też w tym roku zamierzam się rozdwoić i poświęcić wszystkie moje nerwy na wszelkiego rodzaju inicjatywy, i te wewnątrz, i te na zewnątrz.
Dlatego trzymajcie za mnie kciuki, bo ten rok będzie doprawdy pracowity.

piątek, 22 czerwca 2012

Dobre serce.


Jak długo można mieć dobre serce i przepuszczać uczniów z klasy do klasy? Długo. Wiem to na swoim własnym przypadku. Co roku mój mąż słyszy tą samą mantrę i co roku ma jej dość: „A co, jak komuś z nich zrobię prawdziwą krzywdę?”.
W tym roku zdałam sobie sprawę z jednej rzeczy i, z braku innej, lepszej, tej właśnie zamierzam się trzymać – nie uratuję świata. Mogę próbować, ale nie jestem w stanie zbawić wszystkich i wszystkim zrobić dobrze. Zawsze musi być coś za coś. Do tej pory wysoką cenę płacili ci, którzy uczyli się cały rok, a mimo to nie dawali rady uzyskać więcej niż minimum. Stawali w tym samym rzędzie z tymi, którzy cały rok nie robili nic, a pod koniec przypominało im się, że przydałoby się zdać.
KONIEC. Nie mam już siły kombinować. Zwłaszcza, że widzę podejście tej większości, która niskim kosztem próbuje kupić sobie miejsce w kolejnej klasie. Nie uciekają z moich lekcji (ale z innych to już stadnie), stawiają się karnie na większość zaplanowanych przeze mnie konsultacji. Problem w tym, że robią ze mnie durnia. Ich wiedza oscyluje w okolicy zera, przynoszą wypracowania zerżnięte z internetu albo skopiowane z tłumacza, tłumaczą się problemami rodzinnymi czy też osobistymi. Bo granie na emocjach jest najwspanialszym sposobem na przejście z klasy do klasy. My wierzymy we wszystko, bo ciężko jest wziąć odpowiedzialność za czyjeś życie. Jeśli choćby jedna historia z tych wszystkich okazałaby się być prawdą, przynajmniej mogę spać spokojnie.
Problem w tym, że jestem już zmęczona. Historia się powtarza i nie jest to bynajmniej historia chwalebna. Przepuszczamy, bo nam żal, bo nie chcemy mnóstwa repetujących, bo wierzymy w ich obietnice i zapewnienia, że w przyszłym roku będzie lepiej. A w następnym roku nie jest lepiej. Jest gorzej. Bo upewnieni w tym, że mogą dostać promocję za nic pozwalają sobie na coraz więcej. My znowu zapominamy, a pod koniec roku słyszymy tą samą śpiewkę. I tak w kółko.
Tak nie powinno być. Tak nie może być. Dlatego właśnie zamierzam walnąć w stół. Nie, nie zbuntuję się całkowicie. Zrobię całoroczny rachunek i zastanowię się, kto na ile zasługuje. A potem przeprowadzę hiszpańską inkwizycję, której nikt się nie spodziewa (nie jestem fanką Monty Pythona, ale kilka cytatów się zna :), w końcu bycie anglistką zobowiązuje). Na tyle mnie stać i tyle zamierzam wprowadzić w życie. Nie będę wyjaśniać i tłumaczyć. Jeśli ktoś nie rozumie, że uczyć ma się cały rok, jeśli ktoś nie ma na tyle przyzwoitości, żeby przeprowadzić solidną retrospekcję, nie potrzebuje moich wyjaśnień. W ich oczach zawsze będę tą wredną małpą (no wiem, inaczej będą mnie nazywać, ale jednak trzymam poziom), która nie przepuściła ich w którejś tam klasie.
So be it. Godzę się z tym, bo nie mam innej opcji. Albo będę tą frajerką, której można wcisnąć każdą historyjkę i wywinąć się zawsze z każdego zagrożenia albo tą małpą, która nie przepuszcza. Z dwojga złego zaczyna mi się podobać ta druga opcja. Wdrożenie jej w życie to zupełnie inna kwestia. Mój brak asertywności i problemy z pewnością siebie powodują, że wyrzuty sumienia dręczyć mnie będą pewnie jeszcze przez jakiś czas, ale trzeba się kiedyś wziąć w garść. Jak  nie teraz, to kiedy?

sobota, 16 czerwca 2012

Bal absolwentów.


Bardzo, bardzo dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma lasami odbył się bal absolwentów. Ach, co to był za bal – można by zakrzyknąć! Stoły uginały się od wszelkiego rodzaju jadła i napitku, młodzież wywijała hołubce przez cały czas trwania. Jednak bal nie byłby balem, gdyby nie zaczął się polonezem. Bardzo pięknym, z pannami ubranymi w najpiękniejsze suknie oraz panami w najbardziej stylowych szatach. Doprawdy, było pięknie i wzruszająco. Na koniec tańca były róże czerwone i zaczerwienione lica dam.
Po polonezie muzyka wszelaka do tańca przygrywała. Wprawdzie autorka tych słów z większością tej muzyki nie miała nigdy do czynienia i ciężko jej było bawić się przy jej dźwiękach, jednakże bal ten nie dla autorki był przeznaczony. Póki młodzież bawiła się chętnie, póty zabawę przednią można nazwać. Był też poczęstunek. Wszystko na bogato, ale bez przesady i bez kiczu. Ze smakiem, z gustem i bez awantur. Doprawdy, w takiej młodzieży leży nadzieja. 
I ja tam byłam, miód i ... kawę piłam. I wróciłam, żeby o tej wspaniałej imprezie donieść gawiedzi (tylko zdjęcia kiepskie zrobiłam, więc nie zamieszczę).

niedziela, 20 maja 2012

Edukacja.


Długo zbierałam się z tym postem i długo nie mógł się w mojej głowie on ułożyć. Dlaczego? Bo to post określający moje pojęcie edukacji, poparty opiniami Ryszarda Legutko, a także kilku moich znajomych, którzy może profesorami nie są, ale myśleć logicznie potrafią. Do napisania tego posta skłonił mnie wywiad, który przeczytałam tylko i wyłącznie dzięki naszej wspaniałomyślnej pani dyrektor, która wyszukuje informacje z dziedziny szkolnej i zapodaje je w pokoju nauczycielskim. I tak w pewnym momencie, gdy nie miałam niczego innego do roboty, usiadłam i przeczytałam sobie ten wywiad. I oczywiście okazało się, że pan Legutko nie mówi niczego odkrywczego. Niczego, czego nie wiedziałby i nie mówił niemal każdy nauczyciel z każdej szkoły, tyle że on ma głos w gazecie, a my nie. Problem polega na tym, że jego też nie usłyszą i oleją, bo taka rola rządu.
Ale do rzeczy. Czytam słowa, które są niczym miód na moje serce:

(...) nie ma czegoś takiego jak umiejętność bez wiedzy. Żeby wytworzyć w sobie umiejętność, trzeba przebrnąć przez spory obszar wiedzy. Nie można nabrać umiejętności czytania i rozumienia tekstów literackich, jeżeli nie czyta się książek. Postulat ograniczenia się do samych umiejętności jest postulatem niemądrym. Dziś, żeby zdać maturę, nie trzeba wcale znać literatury polskiej, historii, a nawet posiadać orientacji w – przepraszam za wyrażenie – polskim kodzie kulturowym.

Jak się to ma do języka angielskiego? Ano nie za bardzo możemy uznać wypowiedź za „komunikatywną”, jeśli uczeń nie zna podstawowych zasad gramatyki i operuje bezokolicznikami. Tymczasem według mojej pani dyrektor (i, jestem przekonana, wielu innych osób również) przywiązuję za dużą wagę do gramatyki zamiast do „komunikatywności” wypowiedzi. Ponadto jakim cudem uczeń ma umieć cokolwiek, jeśli nawet tych słówek nieszczęsnych się nie nauczy? Żeby używać języka jako całości, trzeba znać słówka, umieć ich poprawnie użyć w zdaniu i umieć ułożyć to zdanie poprawnie, co gwarantuje znajomość i umiejętność używania gramatyki.
Dygresja: moja nauczycielka od francuskiego w liceum uważała, że kartkówki ze słówek są śmieszne i zupełnie niepotrzebne, bo na pamięć to każdy idiota potrafi się nauczyć. Takie kartkówki sprawiają jedynie, że można podciągnąć sobie ocenę zwykłą pamięciówką. Dlatego też dawała nam zawsze zdania do tłumaczenia na kartkówkach, bo dopiero ułożenie zdania oznaczało prawdziwe sprawdzenie umiejętności. Ogólnie rzecz biorąc się z nią zgadzam, ale z czasem odtajałam nieco i stwierdziłam, że niech chociaż sobie tymi słówkami oceny poprawią. Nie zadziałało, nie uczą się nadal.
Druga strona tego medalu to właśnie wiedza i odnoszący się do tego system oceniania. W naszej szkole obowiązuje zasada 30% na zaliczenie. Co znajduję, czytając Wewnątrzszkolny System Oceniania? Taki zapis, który mówi, że uczeń „z pomocą nauczyciela jest w stanie rozwiązywać zadania o niewielkim stopniu trudności”. Czyli jak uczeń wyjdzie ze szkoły i nie będzie przy nim nauczyciela, to już nie musi umieć rozwiązywać tych samych zadań. A zaznaczę, że chodzi o zadania o niewielkim stopniu trudności. Jak potem ten sam uczeń ma sobie poradzić w życiu, bez nauczyciela u boku, tego nie wiem.
Kolejny cytat dotyczy wychowania:

„Wychowania w szkole już nie ma, i to nie ma go nawet w wersji śladowej odnoszącej się do prostych odruchów „proszę” czy „dziękuję”. Nauczyciele są coraz bardziej zastraszeni – przez uczniów, przez rodziców, przez regulacje prawne. Zwykle w sporach między uczniem a nauczycielem przegrywa ten ostatni. Są prawa ucznia, rzecznicy do wszystkiego się wtrącający, a nauczyciel zostaje sam. Dyrektor nie stanie po jego stronie, koledzy nauczyciele prywatnie pewnie będą go pocieszać, ale publicznie nie będą się z nim solidaryzować, dziennikarze też w większości nie poprą, więc co ma robić? Można odnieść wrażenie, ze ogromna część Polaków zgłupiała, uważając, że najlepsze wychowanie to brak wychowania.”

Tym razem jednak nie do końca się zgadzam. Wychowanie na poziomie najwcześniejszym się jeszcze odbywa. Dzieci uczą się kultury w przedszkolu czy nauczaniu początkowym. Potem i tak jest już za późno, bo czego mogę oczekiwać (poza drwiącym spojrzeniem i powiedzeniem „spierdalaj”) od ucznia gimnazjum, którego może i w szkole próbowali nauczyć, ale on potem wracał do swojego domu, gdzie są takie a nie inne warunki? I kolejna rzecz: jeśli dyrektor jest dobry, stanie jednak po stronie nauczyciela. Oczywiście istnieje wiele malutkich szpileczek, bo niby stanie po stronie nauczyciela, ale potem na dywaniku ten sam nauczyciel usłyszy, że „może Pani nie powinna się tak zachować/zareagować/unieść, etc?” Ale jednak jakieś tam wsparcie ma. 
Nie jest natomiast wsparciem rzekome uznanie nauczyciela za funkcjonariusza państwowego. Niby w teorii miało pomóc, teraz generuje niesmaczne żarty, jak to nauczyciele nie potrafią poradzić sobie ze zwykłym dzieciaczkiem. Także nauczyciele bardzo rzadko sięgają po ten sposób radzenia sobie z „trudną, niesforną” młodzieżą. Inna sprawa, że nawet zwrócenie się do sądu nie da niczego, czego taki uczeń by już nie znał. Przecież do poprawczaka go nie dadzą, a kuratora to ma już od dawna. Oczywiście zdarzają się sytuacje, kiedy jednak trafi on do poprawczaka, ale to są jednostkowe przypadki. Te przybytki i tak są już przepełnione i nie ma miejsca na dzieciaki, które zastraszają nauczycieli i stanowią potencjalne zagrożenie (głównie dlatego, że poza słowami niczego innego nie zrobili). Dramat zaczyna się dopiero, kiedy stanie się coś naprawdę tragicznego i wtedy właśnie słyszymy „dlaczego nikt wcześniej nie zareagował?” A może reagował, tylko go nie słuchano...
Co do dziennikarzy – w tym upatruję największej odpowiedzialności. Oczywiście nie twierdzę, że gdyby nie dziennikarze, to wszystkie dzieci by były grzeczne i kochane, a nauczyciele poważani. Jednak manipulacja informacjami w przypadku dziennikarzy jest zadziwiająca. Mówią i piszą to, co akurat jest im na rękę, co ładnie wygląda w druku czy na ekranie, a nie stan faktyczny. Jeśli nauczyciele skarżą się na jakiegoś ucznia, to najpewniej się na niego uwzięli, a on biedny ma ADHD i próbuje sobie z tym poradzić. Szkoła jest tu na przegranej pozycji, bo dziennikarze ustawią się murem za płaczącą matką i biednie wyglądającym dzieckiem, które może nawet kilka łez uroni przed kamerą. A potem ten sam uczeń trafia do gimnazjum i matka stwierdza, że może lepiej, żeby on jednak trafił do ośrodka, to w domu spokój już będzie, bo ona nie ma już siły. Przykład z życia wzięty, z własnego podwórka.
Jednak największej odpowiedzialności upatruję tutaj w rodzicach. To oni są odpowiedzialni za wychowanie swojego dziecka od najmłodszych lat. Mój syn ma 2,5 roku i już dziś ma swoje obowiązki (sprząta swoje zabawki zarówno w domu, jak i w przedszkolu – odkłada na miejsce po zabawie), mówi „przepraszam, proszę i dziękuję” i wymagana jest od niego elementarna kultura, czyli wszelkie „dzień dobry, do widzenia” i brak awantur. Wie, że wszystko jest do załatwienia bez awantury, a żadne histerie nie pomogą mu dostać to, czego akurat chce. Oczywiście to wszystko jeszcze raczkuje, ale wymagane jest od niego konsekwentnie codziennie. Tymczasem mam do czynienia z dziećmi, które nie mówią nawet „dzień dobry”, a co dopiero wymagać od nich kultury wyższej. One zajmują się awanturowaniem się w każdej sytuacji, wymuszaniem, mają wciąż nowe roszczenia, jakbym była na ich rozkazy. I tutaj znowu cytat:

Rodzice w ogromnej większości uważają, że obowiązek wychowawczy przejmuje szkoła i że oni w związku z tym chcą mieć święty spokój. A święty spokój oznacza, że nie chcą być nękani, nie chcą słyszeć, że jest jakiś problem, że coś trzeba zrobić. Zrzucają odpowiedzialność na szkołę, lecz nie przyjmują do wiadomości skutków, jakie z tego przeniesienia odpowiedzialności wynikają. Nauczyciele mają wychowywać, ale jednocześnie maja się naszych dzieci nie czepiać. Tak się nie da, a podobna postawa rodziców dowodzi niestety zdziecinnienia.

No i nadchodzi pytanie, czy da się coś z tym zrobić? Czy jest jeszcze nadzieja na poprawę sytuacji w polskiej szkole? Profesor Legutko ma jeszcze szczątki nadziei. Ja nie. Za dużo zniszczyliśmy, za wygodnie jest w polskiej szkole, żeby ktokolwiek teraz pozwolił na „pogorszenie” sytuacji uczniów. Trzeba by wrócić do modelu 8+4, który dawał lepsze warunki, jeśli chodzi o wychowywanie (lepsza integracja przez dłuższy czas przebywania ze sobą), trzeba by przywrócić szkoły zawodowe, które miały na celu wypuszczać ludzi przyuczonych do zawodu, bo przecież nie każdy, do jasnej cholery, musi mieć maturę. Trzeba by podnieść z powrotem poziom nauczania na tak wielu poziomach - zarówno w szkołach podstawowych, gdzie teraz nie można zostawić dziecka w klasach I-III, jeśli zgody na to nie wyrażą rodzice (czyli dziecko może nie umieć czytać ani pisać, a i tak trafi do klasy IV, jako analfabeta), jak i w każdym kolejnym etapie, tak by uczniowie mieli świadomość, że tylko nauka pozwoli im przejść do kolejnej klasy (czyli podniesienie progu do przynajmniej 40% na ocenę dopuszczającą). Trzeba by zrobić jeszcze wiele, wiele rzeczy, do których opisania potrzebna by mi była książka. 
A chwilowo tkwimy w tym bagnie po samą szyję i próbujemy się nie udusić.

P.S. W poście korzystałam z wywiadu, który ukazał się w gazecie "Uważam rze". Data publikacji: niedziela, 12 luty 2012 autor: Marzena Nykiel

poniedziałek, 26 marca 2012

Ściąganie w szkole.


Problem stary jak świat. Sama ściągałam, moja mam ściągała i tylko babci nie jestem w stanie spytać, bo już nie żyje, ale mogę być niemal pewna że też ściągała. Nauczyciele również od zawsze odnosili się do ściągania w ten sam sposób. Czyli „w zasadzie nie wolno ściągać, ale od czasu do czasu nikomu nie zaszkodzi”. Ściąganie to doskonały sposób na oszukanie nauczyciela, na wymiganie się od nauki i osiągnięcie „sukcesu” niskim kosztem.
Teraz sama jestem nauczycielem i na kilka spraw otworzyłam oczy. Po pierwsze i najważniejsze – jeśli uczeń ściąga, to znaczy, że nauczyciel na to pozwala. I nie miejcie złudzeń, że jesteście tacy sprytni i was nie złapali. Z mojej strony biurka widać WSZYSTKO. Jeśli komuś nie zwracam uwagi to tylko dlatego, że nie chcę tego robić, ale widzę na pewno. Po drugie, nie wolno pozwalać ściągać. W sumie dotarło to do mnie z całą jasnością dopiero niedawno, bo sama jeszcze kilka tygodni temu „pozwalałam” ściągać uczniom. Zrozumiałam jednak w końcu, jakie to beznadziejne i jak skrajnie bezsensowne. Przecież jeśli pozwalam uczniowi ściągać, to nie mogę mieć do niego pretensji i nie mogę się dziwić, że czegoś nie umie albo że ma braki.
Dlatego też wkraczam na wojenną ścieżkę. Całkowity zakaz ściągania, zero tolerancji. Będzie ciężko, ale zamierzam wytrwać, nawet kosztem bycia nazywanym takim czy owakim. Bo w końcu nie po to dwoję się i troję przygotowując lekcje, wymyślając zabawy czy łamigłówki, wynajdując ciekawe strony, pomoce naukowe, błagając dyrektorkę o dodatkowe wyjścia czy fundusze, żeby to wszystko poszło na marne. Wiem, że całego świata nie zbawię, ale zacznę od najbliższego mi środowiska.
A wszystko zaczyna się od tego, że skoro ściąga „to jest taki zdolny, przedsiębiorczy i kreatywny”, że sobie w życiu poradzi, skoro potrafi oszukiwać. Tylko że przestałam godzić się na to, żeby potem tacy niedouczeni ludzie mnie leczyli, uczyli moje dziecko czy choćby nawet obcinali mi włosy. Trzeba uczyć brania odpowiedzialności za siebie i swoje czyny. Kiedy mówię dzieciom, że ściągnie w Anglii praktycznie nie istnieje, że za ściąganie można zostać wyrzuconym ze szkoły, słyszę właściwie tylko jedno – „frajerzy”.  Bo u nas kantowanie równoznaczne jest z byciem fajnym, a uczciwość jest dla frajerów. W naszej mentalności nieuczciwość jest czymś pozytywnym, a kantowanie to właśnie „przedsiębiorczość i kreatywność”.
Jednak należy pamiętać, że ściąganie to przede wszystkim kłamstwo, nieuczciwość i fałszerstwo. Jak by na to nie patrzeć, ściąganie jest złe. I nie chodzi nawet o to, że oszukujemy sami siebie, ale że płacimy potem za to wysoką cenę. Ile razy grzmiałam, że ktoś ma braki, tyły, a przecież tak nieźle poszło mu na ostatnim sprawdzianie, że przecież materiał powinien mieć opanowany (bo czy chcemy, czy nie, raz nauczonej rzeczy aż tak łatwo się nie zapomina). Tymczasem kilka dni wcześniej sama przymknęłam oko na ściągę czy zaglądanie do kolegi.
Chcesz zmienić świat, zacznij od siebie. Więc zaczynam.

czwartek, 9 lutego 2012

Diament.


Serce mi się raduje, bo znalazłam diament. Wczoraj uczniowie czytali tekst na role. Klasa średnia, dążąca do słabej, niestety. I nagle każę czytać jednej uczennicy, nazwijmy ją Gaja, a ona leci niemal bezbłędnym, płynnym angielskim, zważając na znaki przestankowe i nawet mając coś w rodzaju akcentu! O ludzie! No ale dobra, myślę sobie, nie podniecać się, pewnie chodzi na korepetycje. Proszę ją, żeby została po lekcji, żebym mogła z nią porozmawiać i pytam:

Ja: Czy Ty chodzisz gdzieś na dodatkowe lekcje z angielskiego, Gaja?
Ona: Nie, a dlaczego?
Ja: Bo świetnie poszło Ci czytanie, dziewczyno. W takim razie chylę czoła, bo z pewnością masz talent, skoro uczysz się tylko na lekcjach, a mimo to tak dobrze Ci to wychodzi.

 I tu kilka słów wyjaśnienia. Nie jest tak, że uważam się za wybitnie złą nauczycielkę, skoro zakładam, że lepsi uczniowie muszą chodzić na korepetycje, żeby wypadać lepiej na lekcji. Chodzi po prostu o to, że uczniowie rzadko uczą się z własnej woli i znalezienie nagle takiej osoby, której idzie tak dobrze, mimo że nie wkłada w to żadnego ekstra wysiłku, sprawia, że szczęka opada do samej podłogi.

Oczywiście nie jest tak, że Gaja jest genialna i doskonale sobie radzi. Ma dużą znajomość słówek, bo się ich uczy. Świetnie mówi, o czym właśnie się przekonałam. Jednak gramatyka i pisanie idą jej o wiele gorzej. Nad tym trzeba by było popracować. Dlatego też spytałam, czy nie byłaby chętna chodzić na dodatkowe lekcje i uczyć się języka „na serio”. Oczywiście nie usłyszałam mega entuzjazmu, ale też się go nie spodziewałam. Umówmy się, kto chciałby uczyć się dodatkowo, jeśli nie musi tego robić? :)
No i teraz mam zagwozdkę. Jak oszlifować ten diament? Jak sprawić, żeby się nie zmarnował? Z tego, co wiem, rodzina na dodatkowe lekcje pieniędzy nie ma. Na konsultacje dziewczyna pewnie nie chciałaby chodzić, bo jak to tak – przyznać się, że chodzi się do nauczycielki po lekcjach, jeśli się nie musi. I naprawdę zastanawiam się, co z tym fantem począć…

piątek, 27 stycznia 2012

Komu pomagać?

Wpis inspirowany tym postem.
Pomoc i wspieranie uczniów ma dwa oblicza – z jednej strony wspieramy i pomagamy uczniom słabym, żeby mieli szansę wyciągnąć się z jedynek, z drugiej strony pracujemy z uczniem zdolnym, który chce brać udział w konkursach i pracuje pilnie i z sercem.
Jak zauważa Psotkowa, na tych uczniów słabych przeznaczamy o wiele więcej czasu i energii. I rzeczywiście problem tkwi w tym, że oni najczęściej w ogóle z tej pomocy nie korzystają. Nie zależy im, nie starają się ani na lekcji, ani później. Co z tego, że zapraszam na swoje konsultacje imiennie, podaję milion terminów (żeby nie było, że akurat tego dnia to oni nie mogą), kiedy potem siedzę sobie w pustej sali. To jest mój czas, którego oni nie szanują, a co za tym idzie nie szanują również mojej pracy. A potem domagają się zaliczeń i mojej całkowitej dla nich dyspozycji, bo nagle 1 czerwca oni chcą się poprawiać, nie mając żadnej wiedzy, bo przez cały rok olewali mnie i moje zajęcia.
I to nie chodzi o osoby, które są słabe i nie przychodzą na konsultacje, bo się wstydzą, ale na lekcjach łapią dobre oceny, bo się starają, uważają i próbują coś zrozumieć. Chodzi o osoby, które są słabe (a czasem nawet nie) i do tego w nosie mają angielski (ewentualnie można wstawić każdy inny przedmiot). Nie pracują na lekcji, nie pracują w domu, na konsultacje nie przychodzą, bo po co, a potem wydaje im się, że na koniec roku wyżebrzą dwóję.
To frustruje, denerwuje. Sprawia, że mam ochotę krzyczeć. Bo muszę dać im możliwość poprawy, bo tak jest zapisane choćby w statucie szkoły. I całe godziny, które spędziłam bezowocnie, przestają się liczyć, bo on chce poprawiać się pod koniec semestru i już. A z każdej niemal oceny niedostatecznej muszę się przed panią dyrektor rozliczyć. I nikt nie zwraca uwagi na to, że to nie moja wina, że on nie umie, bo nie ma żadnych dowodów, że ja zapraszałam, siedziałam, czekałam, proponowałam. To ja mam się tłumaczyć, rozliczać, umożliwiać.
Z kolei praca z uczniem zdolnym wymaga wielkiego samozaparcia, bo… nie ma na nią czasu. Marnując czas na tych „poprawiających”, którzy tak naprawdę nie przychodzą na konsultacje, nie mam czasu dla tych uczniów, których mogłabym przygotowywać na przykład do konkursów. Większość pracy wykonują oni sami, w domu, a tak nie powinno być. Bo oni też potrzebują pomocy, pokierowania. Tymczasem całe moje siły przekierowywane są na uczniów „słabych” i ich potrzeby (celowo piszę „słabych” w cudzysłowiu, bo, jak już pisałam wcześniej, słabi i starający się zazwyczaj (przynajmniej u mnie) na jakąś dwóję wychodzą, choćby z pracy na lekcji).
Dlatego też uważam (i pisałam o tym kilkukrotnie), że powinien zmienić się system. Że powinniśmy większą odpowiedzialność złożyć na uczniów, jak to było kiedyś. Za moich czasów, jeśli ktoś czegoś nie umiał, to znaczyło, że nie pracował w domu i bez litości dostawał banie. Dzisiaj mówi się, że nauczyciel nie nauczył, nie wytłumaczył, źle wytłumaczył, etc. Tymczasem praca na lekcji to tylko maleńki ułamek tego, co powinien robić uczeń, żeby przyswoić wiedzę. I o tym się zapomina.
A najlepiej całą sytuację odzwierciedla ten rysunek (który swoją drogą, jak się zna rzeczywistość nauczycielską, przestaje być taki śmieszny). 

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Języki w gimnazjum.

Dużo się w szkole pozmieniało w ramach tej reformy edukacji. Przede wszystkim powstały gimnazja, które teraz wszystkim się czkawką odbijają. To nie był dobry pomysł i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. I nie chodzi mi nawet o to, że w najgorszym możliwym wieku dzieciaki rzucone są na pastwę hormonów w jedno miejsce. Raczej o to, że co kilka lat dostają nową klasę, nowych nauczycieli i zanim zdąży dojść do jakiejkolwiek przyjaźni, zanim klasa zdąży się zgrać, już czas zaczynać wszystko od nowa. To jest chore, niedobre i nic mnie nie przekona, że jest inaczej.
Druga rzecz to te egzaminy. Najpierw sprawdzian szóstoklasisty, który też ma się zmieniać i dodawać coraz to nowe wymagania i przedmioty do listy. Potem egzamin gimnazjalny, który mnie tak naprawdę dotknie dopiero w tym roku (bo dopiero od tego roku punkty z języka będą liczyły się do rekrutacji do szkoły średniej). Egzamin dzieli się na część podstawową i rozszerzoną. Podstawowa będzie liczyć się do rekrutacji już w tym roku, rozszerzona dopiero za kilka lat.  I w końcu po kolejnych trzech latach matura. To jest idiotyczne, ale niemal coroczne zmiany w tych egzaminach są jeszcze gorsze. Co chwila dowiaduję się, że znowu ma być inaczej, że nowa matura jest w zasadzie już bardzo starą maturą, bo teraz jest jeszcze nowsza nowa matura. Co chwila ktoś ma inny pomysł na egzamin gimnazjalny i wciela go w życie, jakby uczniowie byli masą, na której można bezkarnie eksperymentować. 
A tak nie jest. Uczniowie są bardzo zmęczeni (i widzę to doskonale po moich dzieciach). Przerzucani są wymaganiami do egzaminu z każdego przedmiotu. Gubią się w tych zmianach, nie potrafią tego wszystkiego ogarnąć. Żeby uczyć się dobrze, muszą zasuwać ponad miarę, a tu jeszcze czeka na nich projekt edukacyjny, czyli kolejny dziki pomysł, stworzony przez dziwnych ludzi w ministerstwie rzekomo dla dobra uczniów, w rzeczywistości gnębi ich niemiłosiernie. Dla tych lepszych nie ma przebacz – wykorzystywani są do wszystkiego i w trzeciej klasie wypruci są już ze wszelkich dobrych chęci (ale to materiał na dłuższego, i innego, posta).
Wracamy do reformy. Konkretnie do egzaminu gimnazjalnego z języka obcego. Mam trzy lata, żeby dzieciaki do niego przygotować. Tak, przygotować ich do egzaminu, bo na prawdziwą naukę zostaje niewiele czasu. Jeśli ktoś myśli, że w cztery godziny tygodniowo jestem w stanie zrobić to wszystko, czego się ode mnie oczekuje, to gratuluję dobrego samopoczucia. A już nie wspomnę o sytuacji, gdy jakiś nauczyciel ma tych godzin trzy. Nie wyobrażam sobie tego w żadnych koszmarach. I największym problemem nie jest to, że dzieciaki często przychodzą z niemal zerową wiedzą z podstawówki, bo i tak większość książek zakłada powtarzanie wszystkiego od czasownika „to be”. Problemem jest NAUCZENIE czegoś tych uczniów. Najlepiej uczy się poprzez ćwiczenia i powtórzenia (oczywiście nie mówię tu o bezmyślnych powtórkach  - robotach), a na ćwiczenia i powtórki trzeba mieć czas. Jednym wystarczają dwie lekcje, innym potrzeba pięć albo sześć. I tu jest pies pogrzebany – nie mam na to czasu.
Żeby przerobić narzucony mi materiał przez trzy lata na czterech lekcjach tygodniowo, musiałabym chyba mieć klasę geniuszy. Bo nie mam szans, nawet przy grupie trzynastoosobowej, przepytać ich wszystkich, nauczyć wymowy, poćwiczyć słówka (najczęściej w formie gier i zabaw, bo to sprawdza się najlepiej), wytłumaczyć i poćwiczyć gramatykę, nauczyć pisać poprawnie… Mogłabym pisać o tym godzinami, ale wniosek jest jeden – nie jestem w stanie tego zrobić.
A skoro nie mogę NAUCZYĆ, to pewnie mogę chociaż przygotować ich do egzaminu. Otóż pudło. Żeby przygotować ich do egzaminu, muszę ich najpierw czegoś nauczyć, bo jednak egzamin bazuje na wiedzy. Ale załóżmy optymistyczną wersję, że jednak coś tam im do głowy nakładłam, a dodatkowo oni sami są wyjątkowo zdolni i nawet czegoś się tam nauczyli. Przychodzi do egzaminu, który w takim razie powinien być bułką z masłem. I kupa. Bo okazuje się, że pojawia się tam takie coś, jak parafraza zdań. A dzieciaki w ogóle nie wiedzą, o co chodzi, bo nigdy wcześniej nie mieli z czymś takim do czynienia. Może nawet mają wiedzę, która jest od nich wymagana, ale wierzcie mi, parafraza jest naprawdę trudna. Tak samo jak słowotwórstwo, które również jest od nich nagle wymagane. I wszystkie moje dzieci poległy na tych zadaniach, chociaż już znały podstawy tworzenia parafraz i słowotwórstwa (dodam tylko, że mówię tutaj o tych mocniejszych dzieciakach). Dlatego właśnie szlag mnie trafia, kiedy myślę o egzaminach.
I ostatnia sprawa. Teoretycznie uczniowie mają wybór, który język chcą zdawać na egzaminie. Schody zaczynaja się w momencie, kiedy młody człowiek uświadomi sobie, że drugiego języka ma tylko jedną godzinę, szczęśliwcy może dwie (ucząc się od podstaw), a materiał do opanowania taki sam, jak ci przy czterech godzinach na część podstawową. Wtedy nagle przychodzi otrzeźwienie, że wybór jest pozorny i może otworzyć furtkę komuś, kto uczy się języka dodatkowo, na kursach, ale na pewno nie temu, kto zaczął nowy język w gimnazjum.
I tak kręci się to kwadratowe kółko, zwane w naszym pięknym kraju edukacją.

niedziela, 28 marca 2010

Powrót nauczycielki.


Nie, nie wracam do pracy… jeszcze. Chciałam tylko przez chwilę poczuć się znowu jak pani nauczycielka i poutyskiwać na swoją biedną dolę. Przeszłą i przyszłą, bo przecież w końcu do pracy powrócę, zostawiając Młodego na pastwę pań ze żłobka, które, jak ufam, dobrze się nim zajmą. Żal mi tylko, że być może przegapię pierwszy krok, które będzie stawiać moje dziecko, ale opiekuńcze i prorodzinne państwo nie umożliwia mi spokojnego wychowywania nowego pokolenia w domowym zaciszu. Ale do rzeczy.
Kilka dni temu we wszystkich wiadomościach trąbili o uczniach, których to szkoła pozwała do sądu, bo dość miała „wybryków” „niesfornych” uczniów. Oczywiście są to uczniowie gimnazjum, a skoro ja też uczę w gimnazjum to ciekawam, jak sobie inni radzą w takich sytuacjach. Postawiono im bodajże ponad sto zarzutów, a teraz oni czują skruchę i kajają się przed wszystkimi możliwymi instytucjami, zwłaszcza telewizją. Co ja na to? Przykro mi, nie wierzę w tą nagłą skruchę. Może i poprawił taki jegomość oceny, może lepiej się zachowuje, ale szczerze wątpię, żeby to było szczere. Po mojemu taki ktoś myśli sobie: „przystopuję trochę to dadzą  mi w końcu spokój. Jakoś skończę tą szkołę i wtedy wszyscy się ode mnie odwalą.”
Być może jest to nieco smutne, że tak właśnie myślę, być może niegodne nauczycielki, która powinna wierzyć w uczniów, ale zbyt wiele już widziałam. Nie powiem, wielu moich uczniów to po prostu zwykłe dzieciaki, które chcą się czegoś nauczyć, przeżyć szkołę i być może dojść do czegoś, o czym marzą. Jednak zawsze znajdą się wyjątki, które się wybijają, bo są z nimi największe problemy. Przykład: za każdym razem, kiedy wzywałam rodziców albo były pogadanki z kuratorem na temat, powiedzmy „Henia”, Henio był nad wyraz spokojnym, wyrażającym skruchę młodym człwiekiem. Kiedy tylko się odwracaliśmy, Henio pokazywał nam języki i po kilku dniach od takiej rozmowy zaczynał wszystko od początku. Skrucha i żal tylko na pokaz.
No i ostatnia rzecz, która w pewnej wypowiedzi pewnego pana wkurzyla mnie najbardziej. Nie pamiętam dokladnych słów, ale chodzi o to, że takich „niesfornych” gimnazjalistów można w ostateczności wyrzucić ze szkoły. Otóż NIE MOŻNA!!! Gdyby było można choćby zawiesić (oczywiście mam na myśli zawieszenie na styl amerykański), byłoby mniej problemów. Wtedy może by i się bali. Tylko że w Polsce każdy ma prawo do edukacji i do końca gimnazjum nie można nikogo wyrzucić. Sytuacja zmienia się w liceum, ale mnie to nie dotyczy i nie będę o tym pisać. Takiego gimnazjalistę można co najwyżej przenieść do innej szkoły (oczywiście tą nową szkołę musi załatwić stara szkoła), ale już widzę te wszystkie placówki, zabijające się o trudnego ucznia. A potem jeden z drugim, słysząc taki komentarz mówi mi „To go wyrzućcie”. Nie da się.
W sumie bardziej od całej chorej sytuacji z trudnymi uczniami wkurzają mnie właśnie takie przekłamania w telewizji czy prasie. To stąd bierze się przekonanie, że nasza praca to bułeczka z masłem, bo przecież skoro tak łatwo jest postąpić z trudnym uczniem, po prostu go wyrzucająć, to dlaczego z tego nie korzystamy? Lubimy się użerać i umartwiać? Jesteśmy jak te żony alkoholików, które wciąż wierzą, że dzięki ich miłości mąż się zmieni i przestanie pić?
No dobra, dość tych łez. Wracam do Młodego.

poniedziałek, 5 października 2009

Żale nauczycielki.


Czasami zastanawiam się, czy dobrze wybrałam zawód. Chyba czasami każdy zadaje sobie takie pytanie i nie zawsze znajduje na nie odpowiedź. Ja właściwie znajduję, bo zawsze po takich przemyśleniach wzdycham sobie pod nosem i idę dalej. Jednak takie przemyślenia pod tytułem „i co ja robię tu?” zdarzają mi się w złych chwilach. Najczęściej oczywiście wynika to z zachowania uczniów albo nawału pracy papierkowej, ale czasami przychodzi tak samo z siebie.
Dzisiaj miałam krótka rozmowę z panią dyrektor na temat zupełnie niezwiązany z przemyśleniami, ale pojawił się też wątek wymagań wobec uczniów. Otóż teraz kładzie się nacisk na „komunikację” językową. Co to oznacza? Można mówić byle jak, byle tylko ktoś, kto ma dobrą wolę, mógł to zrozumieć. Obniża się wymagania, bo wszystko jest dla uczniów za trudne. W związku z tym uczniowie uczą się jeszcze mniej, bo im się mniej chce. Efektem tego jest kolejne obniżenie wymagań, „bo uczniowie nie potrafią, bo za trudne”. I tak w kółko to samo…
I tak zaczynam się zastanawiać, po co to??!! Po co w ogóle uczyć, skoro zamiast wymagać rzetelnej wiedzy, mam „starać się” zrozumieć co uczeń miał na myśli i jak się domyślę to wystarczy. W związku z tym czytam potem kwiatki w sprawdzianach „Me names is Patryk” albo „fiveeti sewen” (powinno być „my name is Patryk” i „fifty-seven”). I co, mam to zaliczyć? Bo intencja jest zrozumiała bez wątpienia, przynajmniej dla mnie. Tylko właściwie dlaczego mam kogoś skazywać na rozszyfrowywanie złotych myśli ucznia, skoro jego obowiązkiem jest się tego nauczyć i nie robić byków. Ja wiem, że można nie mieć serca do języków, że można ich nie rozumieć, ale jednak słówek trzeba wykuć się na pamięć i nie ma tu większej filozofii.
Pamiętam, jak w szkole pani nie chciała mi postawić szóstki, bo napisałam zdanie POPRAWNIE, ale nie tak, jak ona chciała. Kłóciłam się o tą popapraną szóstkę, jak o nic innego w moim życiu, bo chciałam iść na filologię angielską. Wykłóciłam w końcu, ale wiele mnie to kosztowało. Przypominam jednak, że ja to zdanie napisałam bez błędu, spójnie i logicznie. Nie było wtedy mowy o „komunikacji”, bo komunikacja to była poprawność i bezproblemowe zrozumienie interlokutora. Nie było mowy o tym, żeby nauczyciel musiał domyślać się, co uczeń ma na myśli i jak zgadnie, to mu postawi dobrą ocenę. Trzeba było UMIEĆ. No i człowiek uczył się i musiał umieć. Jeden lepiej, drugi gorzej, tak bywa na każdym przedmiocie (ja byłam tępa z bilogii, ale podstaw nauczyć się musiałam, choćby na pamięć). Jednak na pewno żaden nauczyciel nie musiał domyślać się, co mam na myśli, bo jak robiłam błędy i gadałam bzdury to dostawałam banię i nie ma przebacz…
Podobne podejście mam do „zaliczeń” egzaminu gimnazjalnego czy matury. Pomijam już słynną amnestię dla maturzystów, którą zafundował nam minister Giertych, bo to już przeszłość i legenda. Mówię tylko i wyłącznie o tych nieszczęsnych 30%. No cóż, będę bezwzględna i być może niesprawiedliwa, ale uważam, że nawet małpa napisałaby na te 30%. Kilka pytań testowych, kilka trafień i po sprawie, taki człowiek ma maturę! Nie wiem, ile trzeba było mieć procent, kiedy ja zdawałam maturę, bo inaczej się wtedy oceniało, ale nie było szans na ściemnianie. Pisało się pracę i trzeba było wiedzieć, o czym się pisze. Potem studia, gdzie co bardziej sympatyczni wykładowcy dawali zaliczenie przy 60 procentach, ale byli i tacy, co cenili się na 75% (a to tylko minimalna ocena). Licencjat można było zaliczyć od 60%. Nie ma mowy, żeby ktoś z 30% się przedostał przez sito.
Dlatego właśnie tak bardzo teraz razi mnie i denerwuje wszystko, co wiąże się z „obniżeniem wymagań”, naciskiem na „komunikację” i inne bzdury. Uczniowie się nie uczą, a my tylko im w tym pomagamy. Kurczę, tak mnie szlag trafił, że nie mogę dalej pisać :(.