Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 czerwca 2015

O pewnej pani, co dziecka mieć nie zdążyła.


O, zadziało się w internetach, zadziało. Pewna fundacja zrobiła pewną kampanię, pewnie miała nadzieję na wdzięczność społeczeństwa, a tu społeczeństwo zadkiem się odwróciło i kampanię skrytykowało. No to teraz fundacja mówi, że dokładnie o to im chodziło, ale też co innego ma mówić? 
Kilka słów o samej kampanii. Jest tak bezdennie głupia i nieprzystająca do polskich realiów, że to aż boli. Jeśli ktoś przypadkiem nie widział (bo czasem takie jednostki się zdarzają, czasem jestem to i ja), to jest pewna pani - atrakcyjna, stosunkowo młoda i ewidentnie bogata, bo chatę ma taką, że oko bieleje. I ona przechadza się po tym domu z uśmiechem na twarzy, wyliczając co też udało jej się w życiu osiągnąć. Zrobiła karierę, wyjechała gdzieś tam, kupiła dom. I tu następuje nagły i jakże dramatyczny zwrot akcji, bo nagle pani staje przed wielkim oknem, łza spływa jej po policzku i stwierdza, że tylko dziecka nie zdążyła mieć. Fini.
Ogólny zamysł słuszny - nie powiem. Dzietność spada, a dzieci są nam potrzebne. Dlaczego więc po obejrzeniu tej kampanii nie wskoczyłam z mężem do łózka? Może dlatego, że jeszcze nie zdążyłam zrobić tego wszystkiego co ta pani, a moja sytuacja życiowa po prostu nie pozwala mi na masowe rozmnażanie? Otóż to, brawo. I w mojej sytuacji jest większa część społeczeństwa. I nie mówię tu o kobietach (choć twórcy kampanii zapomnieli, że i pan by się przydał do tego dziecka - chyba że in vitro popierają, ale o tym za chwilę), a o całym społeczeństwie.
Zainspirowana kampanią weszłam na stronę fundacji. Taka sobie ciekawość mną szarpnęła, żeby sobie mózg zryć od czasu do czasu. No i się nie zawiodłam. Szczególnie wzruszył mnie list do pani Marii Lorek, twórczyni podręcznika MENowskiego. Doprawdy, płakałam jak czytałam. Sama nie wiem, czy ze śmiechu, czy z rozpaczy. Oto fragmenty, które trafiły do mnie najmocniej (wszystkie cytaty wzięte ze strony http://www.mamaitata.org.pl/petycje/list-otwarty-do-marii-lorek, zaznaczenia moje)

"Czytając niedawny wywiad z Panią widzimy presję różnych wpływowych środowisk, by w Pani podręczniku dominowała jedyna słuszna dziś perspektywa - perspektywa równości płci."

"Chcielibyśmy tylko, żeby podczas pracy nad podręcznikiem równą wrażliwość okazała Pani dla art. 18 Konstytucji RP, który mówi - Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej - oraz art. 48 - Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami."

"Chcielibyśmy, żeby pamiętała Pani, że miliony dzieci w Polsce wychowują się w klasycznych rodzinach. Nie jest rolą żadnego podręcznika podkopywanie w nich przekonania, że Mama i Tata to było, jest i będzie najlepsze środowisko dla dziecięcego rozwoju.

Chcielibyśmy, żeby nie ulegała Pani presji współczesnej poprawności politycznej, upowszechniającej sztucznie brzmiące neologizmy w rodzaju "inżynierek" i "naukowczyń".

Chcemy, żeby szanując nasze przywiązanie do szkoły wolnej od ideologicznych ambicji, stworzyła Pani podręcznik, który zgodnie z Konstytucją nie będzie naruszał naszego prawa do wychowania dzieci według naszych przekonań."

I po raz kolejny uderza mnie fakt, że tacy państwo (nie wiem dokładnie ile osób podpisało sie pod tymi wypocinami, ale trochę tego jest) pod płaszczykiem "nienarzucania mi swoich poglądów" wymuszają zmiany, które właśnie tym są - narzucaniem mi swoich poglądów. Oczywiście można się kłócić, że wpisana w podręcznik różnorodność byłaby narzucaniem im moich poglądów, tyle że prezentowanie różnorodności (w przeciwieństwie do ograniczania się do ideologii jedynie słusznej) sprawia, że można wyrobić sobie własne zdanie, patrząc pod wieloma kątami i podejmując pewne decyzje. Dostając gotowca na tacy nie mamy wyboru.
Jak się domyślacie, najbardziej wzruszył mnie ten pierwszy fragment. Doprawdy, co za skandaliczna perspektywa - perspektywa równości płci. No nie, nie może być, że mężczyzna i kobieta są sobie równi i powinni być traktowani tak samo (i nie mylmy tu zwykłej uprzejmości typu przepuszczanie w drzwiach za oznakę braku równości - czyli coś w rodzaju damskiej dominacji). To się nie godzi. Ta "jedyna słuszna dziś perspektywa" zaczyna mącić ludziom w głowach i doprowadzi do degeneracji społeczeństwa, ogólnej degrengolady i rozpadu rodziny. Nie zgadzam się, aby mój syn myślał, że ja i mój mąż jesteśmy równi! Ma być wychowany na pana i władcę, któremu kobieta ma usługiwać (sprzątać, gotować, podawać gazetę i jeszcze pracować, bo przecież z jednej pensji nie wyrobi) i rodzić i wychowywać dzieci! No i oczywiście ten apel, żeby pani w równym stopniu pamiętała o tym, że prawdziwa rodzina też istnieje i ma się dobrze. Siedzę w kąciku, kiwam się i łkam ze wzruszenia.
Ludzie, myślmy! O tej fundacji nie powinno być głośno (to co ja robię, siedząc i o niej pisząc :( ), bo robi polskiej rodzinie ogromną krzywdę. Zarówno jeśli chodzi o samą kampanię (pokażcie mi, gdzie trzeba być, żeby się ustawić jak ta paniusia, skoro duża część ludzi w Polsce - przynajmniej w moim środowisku - kopie się, jak dać radę od pierwszego do pierwszego), jak i o ich stronę i postulaty.
Skoro tak bardzo państwo martwią się o to, że nie pozwala im się wychowywać dzieci zgodnie z ich przekonaniami to niech wiedzą, że ja nie wychowuję dziecka zgodnie z ich przekonaniami i jeśli mi je narzucą to ja wstanę i napiszę wzruszający list. Czyżby bali się, że ich dzieci zaczną myśleć samodzielnie i coś im się nie spodoba? Czy że za dużo możliwości zobaczą i nie poprą tej jedynie słusznej? Powtórzę raz jeszcze - żeby mieć wybór, trzeba znać różne możliwości i opcje.
A tak w ogóle to zmieniam front i idę wychować dziecko na prawdziwie dobrego obywatela, bez mieszania mu w głowie tą równością płci. TFU!


sobota, 10 stycznia 2015

Matka niepokorna.


I kolejna burza w temacie rodzicielskim rozpętana przez jakąś panią, której wypowiedzi wprawdzie nie czytałam (znajduję tylko fragmenty, a oryginału nie chce mi się szukać), ale znam na tyle, żeby się wypowiedzieć. Wprawdzie nie mam zamiaru ustosunkowywać się do wypowiedzi tej pani, bo nie mam zdania w tej kwestii, ale napiszę co nieco w podobnym temacie niegdyś bardzo popularnym, czyli zakaz wstępu do restauracji rodzicom z dziećmi.
Głośno całkiem niedawno było, że właściciel jakiegoś baru czy restauracji zabronił przekraczać jej progi rodzicom z dziećmi. Ileż gromów się na niego posypało, ileż obrońców rodziców wystąpiło to nie zliczę. A ja, jako matka, jestem w stu procentach za. I to nie tak, że za a nawet przeciw. Całkiem za. Po prostu uważam, że skoro jest zapotrzebowanie (a czasami sama mam zapotrzebowanie pobyć bez swojego czy cudzych dzieci w okolicy) to jest i odpowiedź na owo zapotrzebowanie. I ja je popieram. Rozumiem ludzi, którzy nie chcą mieć w pobliżu dziecka, bez względu na to, czy ono będzie grzeczne czy nie. A biorąc pod uwagę doświadczenia własne raczej to drugie. Rozumiem ludzi, którzy chcą kontemplować posiłek czy zimne piwko bez słuchania ciągłych upomnień swojego potomka ze strony rodzica (i tak, zazdroszczę tym, których dzieci są taaaaaaaaaaaaaaaaakie grzeczne w restauracjach, ale siadając obok rodziny nie jestem w stanie tego przewidzieć, bo nawet mega grzeczne dziecko potrafi dać w kość - vide moja własne). Także dajmy tym ludziom możliwość poprzebywać we własnym towarzystwie, bo mają do tego prawo. Tak samo jak rodzice mają prawo wybywać na miasto ze swoimi dziećmi i tu przechodzimy do drugiej kwestii.
Jestem również za tym, aby restauracje czy kawiarnie, których ambicją jest lokal "przyjazny rodzicom z dziećmi" faktycznie takim był. To nie jest przymus, nikt nie musi mi przygotowywać atrakcji dla mojego dziecka tylko dlatego, że pojawiłam się w progach akurat tego lokalu. Jednak jeśli już ktoś wmawia mi, że fajnie jest tam przyjść z dzieckiem, bo nie wynudzi się ono jak mops, podczas gdy ja będę delektować się kawą to niech to będzie prawda. Nie wymagam niczego ponad kącik do rysowania, choć pewnie przez chwilę każdy pomyślał, że żądam co najmniej małpiego gaju, ale niech ten kącik będzie zadbany i wyposażony. Niech nie będzie tam tysiąca (tylko) połamanych kredek i pokolorowanych kolorowanek czy jedynie zużytych kartek. Niech to dziecko ma szansę coś pokolorować, pomalować. Niech ten właściciel zadba o to, żeby to miejsce realnie czemuś służyło, a nie było tylko stolikiem, przy którym dziecko sobie posiedzi. Bo skoro już obiecują, to niech tej obietnicy w minimalnym zakresie dotrzymają. A skoro jednak okazuje się, że to się nie opłaca, niech to miejsce zlikwiduje i niech rodzice mają jasną sytuację.
Także lokalom zakazującym wstępu rodzicom z dziećmi mówimy stanowcze i zdecydowane TAK!!!

wtorek, 11 listopada 2014

Papiery.


Ostatnio bardziej niż zwykle tonę w papierach. Są więc te nowe, jeszcze nieuzupełnione, bo nie ma kiedy, są i te zaległe, też nieuzupełnione, bo miałam nadzieję, że znikną... no dobra, po prostu zaniedbałam i ciągnie się to za mną jak nie powiem co. Zauważyłam ostatnio, że uczenie zeszło nawet nie na drugi, a wręcz na trzeci plan. Najpierw więc są papiery, potem konkursy, wydarzenia, wycieczki, a dopiero potem uczenie. W tym roku, niby takim samym jak poprzednie, a jednak zupełnie innym, całkowicie nie mogę się pozbierać.
Przede wszystkim przeprowadzka. Przeprowadzkowy potwór poprzekładał i pozabierał mi papiery, które powinnam mieć. To znaczy nie do końca jestem pewna, czy naprawdę powinnam je mieć, a przed przeprowadzką sama segregowałam papiery i wkładałam w "miejsca oczywiste, czyli tak, żeby żaden nie zginął i każdy był na wyciągnięcie ręki", czyli tak, żeby pozostały w ukryciu do momentu, kiedy po pięciu latach wcale nie będę ich potrzebowała. Bo zawsze tak jest kiedy tylko postanowię zrobić porządek w papierach. W bałaganie odnajdywałam wszystko w 0,5 sekundy, po zrobieniu porządków odkopywanie zajmuje mi miesiące, jeśli nie lata. Czyli porządki w papierach to BŁĄD. 
Druga sprawa to przeprowadzkowy potwór, który papiery mi po prostu pozabierał. Miałam, a nie mam. Możliwe, że jest on w zmowie z porządkowym potworem i razem teraz siedzą w kącie i się ze mnie nabijają. Trzeba było jednak przeprowadzać się tak, jak zakładał plan pierwotny, czyli niczego nie sprzątam ani nie segreguję, wrzucam do worów i pudeł jak leci, a potem przerzucam w tym samym stanie do nowych półek. Zachciało mi się porządków i ładnie poskładanych pudełek to mam. Oczywiście możliwe jest jeszcze, że wszelkie potrzebne mi papiery leżą sobie w nierozpakowanych pudłach, których zawartość przerzucałam tysiąc razy i na pewno nie znajdywałam tam niczego potrzebnego. Ale to mogła być wina potwora przeprowadzkowego. Problem pozostaje, choć miałam nadzieję, że zniknie samoczynnie - Pani Dyrektor nadal domaga się uaktualnienia papierów, których nie  mogę znaleźć i nie zadziałała tu zasada przedawnienia.
Inną sprawą są papiery aktualne. Te dopiero spadają kaskadą na moją zbolałą głowę. Cztery dzienniki do uzupełnienia, wysyłanie zgłoszeń na konkursy, wpinanie dokumentów do teczek, a już za plecami słychać oddech kontroli. Prawdziwa apokalipsa papierkowa. Terminy gonią, doba ma tylko 24 godziny, a moja głowa naprawdę niewielką pojemność. Jak czegoś nie zapiszę to tego nie ma, a i tak nie wszystko pamiętam zapisywać albo przeczytać po zapisaniu, bo ilość kartek oraz ilość miejsc, w które je powkładałam mnie przytłacza. Nie nadążam to mało powiedziane. Ja po prostu powoli przestaję istnieć i zamieniam się w te żółte karteczki, całkiem jak w reklamie. 
Jeśli przeżyję ten rok to obiecuję, że jedyne kartki, które dotknę będą te zapisane i złożone pięknie w formę książki.

wtorek, 28 października 2014

Jak uczyć się języków obcych?


Obejrzałam sobie filmik krążący w sieci, w którym pan znający biegle siedem czy osiem języków uświadamia ludziom, jak się ich uczyć, aby się nauczyć. Mówi też coś o tym, że szkoła jest "be", bo uczy gramatyki zamiast "zanurzać" w języku. No dobra, może nieco demonizuję, ale wiem, co by było, gdyby ten filmik zobaczyli moi uczniowie (albo już go zobaczyli i pastwią się po raz kolejny nad straszną szkołą). Ostatnio też po raz kolejny wpadłam na demota, z którego jasno wynika, jaka to szkoła jest niedobra i niepotrzebna, bo uczy totalnie beznadziejnych rzeczy. Na przykład można poznać "1000 wzorów potrzebnych do równań trygonometrycznych", a za Chiny nie umieć wypełnić druku PIT. Albo wiedzieć "jak powstają pseudopodia", a nie umieć dobrać sobie leku na przeziębienie.
No ale wróćmy do filmiku, bo wolałabym jednak skupić się na językach w kontekście tego, jak beznadziejna jest szkoła. Otóż co usłyszą prawdopodobnie moi uczniowie:
  1. Gramatyka jest totalnie niepotrzebna.
  2. Słówka potrzebne są w zakresie może 25, w tym wulgaryzmy, a że tyle już znają to resztę mogą sobie odpuścić.
  3. Szkoła jest bez sensu, bo katuje ich gramatyką, a skoro ona jest niepotrzebna to mogą olać szkołę i głupi angielski.
Czego moi uczniowie prawdopodobnie NIE usłyszą:
  1. W języku należy się "zanurzyć" na kilka godzin dziennie. Nie w piosenkach, których i tak w zasadzie nie słuchamy, a w realnym języku (wiadomości, filmy, programy) przez kilka godzin dziennie. Nie minut, godzin!
  2. Trzeba nie tylko słuchać, ale i powtarzać. Bo słuchając uczymy się jedynie pasywnie, prawdziwa nauka mówienia powstaje przez powtarzanie. No i kilka godzin dziennie.
  3. Trzeba nauczyć się co najmniej kilkanaście podstawowych czasowników i te kilkaset słówek (tak, w efekcie kilkaset, a nie 25). I powtarzać je przez te kilka godzin dziennie.
No i teraz dochodzimy do tego, dlaczego szkoła jest zła i nie uczy języka prawidłowo. Nie zanurza w języku. Pani najczęściej mówi po polsku, tłumaczy godzinami zawiłości Present Simple zamiast zabawiać konwersacją. I dlaczego się niby z tym nie zgadzam?
Po pierwsze primo nie mam czasu, żeby "zanurzyć" uczniów w języku. Prosty przykład - uczę aktualnie w społecznej szkole podstawowej, gdzie uczniowie mają siedem godzin języka w tygodniu. Tu jest zupełnie inna sytuacja. Tutaj mogę się popisać i rozmawiać z nimi na tyle, na ile oni są w stanie mnie zrozumieć. Siedem godzin tygodniowo to i tak mało, ale więcej niż w "normalnej" szkole. Uczę też nadal w gimnazjum i tutaj mam trzy godziny tygodniowo przy dobrych wiatrach. Jest różnica? Jest.
Po drugie primo założenie jest takie, że uczeń się uczy. Powtarza słownictwo samodzielnie, ćwiczy samodzielnie, ogląda programy, słucha tekstów i powtarza je samodzielnie. Jeśli tego nie robi wszystko jest do niczego. Bo nie powtarzając zapominamy. Taka smutna prawda. I te trzy godziny niczego nie zmienią, jeśli muszę po raz kolejny powtarzać te same słówka, bo uczniowie je zapomnieli, bo ich nie powtarzali. I nie, z reguły nie tłumaczę tak po prostu z angielskiego na polski, a gimnastykuję się pokazując, tłumacząc po angielsku, wygłupiając się, żeby była ta kwestia poznawcza, żeby nie było przełożenia słówko - tłumaczenie, ale samodzielne dochodzenie do tego, co ono znaczy.
I po trzecie primo trzeba mieć motywację. Motywację nieco większą niż dwója na świadectwie, bo takową zdobyć w miarę łatwo. Wielokrotnie zdarzało mi się uczyć dorosłych, od których słyszałam "pani mnie w szkole nie nauczyła, dlatego teraz płacę krocie za kurs". I szlag mnie jasny trafia, bo już wiem, na jaki typ człowieka trafiłam. Przez całą szkołę przebrnął ucząc się wcale albo na minimum, bo mu się nie chciało, bo po co mu głupi angielski. Teraz nagle okazało się, że w pracy to jednak wymagają i trzeba się nauczyć, nie ma przebacz. I zwalanie na "panią ze szkoły". Motywacją są pieniądze, potrzeba (na przykład zwiedzanie świata), zainteresowania albo świadomość autorozwoju. Jeśli jej nie ma, nie ma też nauki języka. Ani właściwie żadnej nauki, jeśli mam być szczera. I nie, motywacji nie da się wymyślić, "znaleźć", motywacją nie może być nauczyciel, bo co to za motywacja, że jak nauczyciel się zmieni to już się człowiek nie uczy? Nauczyciel może być pomocą albo przeszkodą, ale nic poza tym.
No i na koniec - wiem, że szkoła nie jest idealna. Ja nie jestem idealna. Powinnam więcej mówić, zmuszać do mówienia, a pewnie mniej tłumaczyć tej gramatyki, ale 45 minut nie jest z gumy, a wszystkich nas gonią wymagania do egzaminu, gdzie części mówionej nie ma (a szkoda). Chciałabym uczyć języka inaczej, ale do tego potrzebne są nie tylko zmiany systemowe, ale też odpowiednie podejście uczniów. Bo nawet jakbym miała 10 godzin języka i niemal cały czas mówiła i "zanurzała" uczniów w języku, a oni mieliby mnie gdzieś, to ile bym się nie nagimnastykowała, nic by z tego nie wyszło.
Dlatego bardzo proszę, zanim powiecie słowa "pani mnie w szkole nie nauczyła" zastanówcie się, ile daliście z siebie, żeby SIĘ nauczyć.

poniedziałek, 8 września 2014

Trudny wybór.


Przeczytałam ostatnio kolejną historię o tym, jak to dziewczyna zrezygnowała z chemioterapii ratującej życie, aby urodzić dziecko. Było takich wiele i za każdym razem wzbudzały u mnie silne uczucia. Różne uczucia, muszę dodać. Bo to nie jest tak, że ja te dziewczyny potępiam, ale też im nie kibicuję. Nie i już. Można nazwać mnie babą bez serca, ale nie zamierzam przyklaskiwać komuś, kto decyduje się umrzeć i zostawić własne dziecko.
I o to mi właśnie chodzi. Oczywiście decyzja, aby zachować dziecko jest szlachetna i wspaniała, i niemal jedynie słuszna. Każdy taką kobietę podziwia, a kościół pewnie wyniósłby ją na piedestał jako idealną matkę. Problem polega na tym, że ona matką nigdy nie będzie. Nie będzie usypiać swojego dziecka, tulić go, gdy będzie miało gorączkę, całować, kiedy obije sobie kolano, prowadzić je do przedszkola i nie będzie robić wielu innych rzeczy, które robią matki, bo jej już po prostu nie będzie. To kobieta, która daje życie i za to pewnie trzeba ją szanować, ale co się potem z tym życiem dzieje jest poza jej zasięgiem.
Mam ten sam problem z osobami, które rodzą chore dzieci, bo tak trzeba, bo nie wolno usunąć, bo Bóg tak chciał. Póki ci rodzice żyją i opiekują się swoimi dziećmi (czasem wiecznymi dziećmi, jeśli chodzi o ich rozwój psychiczny), wszystko jest w miarę w porządku. Co się natomiast dzieje, kiedy rodzice umierają, a wokół nie ma nikogo, kto mógłby się tym człowiekiem zająć? Oczywiście czasami jest rodzina, która podejmie odpowiedzialność, ale co, jeśli jej nie ma?  
Daleka jestem od tego, żeby namawiać kogoś do aborcji, nie uważam, że jest to lek na wszystko. Nie należę też do ludzi, którzy uważają, że niepełnosprawni nie mają prawa do życia w społeczeństwie. To nie o to tu chodzi. Uważam jednak, że osoby, które w takim przypadku zdecydowały się na aborcję czy też utrzymały chemioterapię kosztem życia dziecka nie zasługują na wieczne potępienie. Wybrały to, co w danym momencie uznały za słuszne i jestem niemal pewna, że nie robiły tego z lekkim sercem. Dlatego podziwiam tą kobietę, która poświęciła swoje życie dla dziecka, ale podziwiam też tą, która wybrała życie własne. 

niedziela, 10 lutego 2013

Telewizja kłamie.

Oczywiście jak zwykle, kiedy szkoły brak, inspiracji muszę szukać gdzie indziej. Tym razem dostarczyła mi je Kruszyzna, którą czytam regularnie i której reklamować wcale nie trzeba. Ale do sedna. Na blogu Kruszyzny wprawdzie nie było nic o telewizji, a raczej o gazecie, ale mechanizm zaobserwowałam ten sam. Czyli innymi słowy – wszystkie media kłamią. Może nie do końca kłamią, może tylko naginają rzeczywistość dla swoich potrzeb, niemniej efekt pozostaje dokładnie ten sam – kiedy już o tym wiemy, czujemy się manipulowani i oszukiwani. Co takiego skłoniło mnie do tak srogiej oceny? Otóż oglądałam niegdyś pewien reportaż. Dawno to było, więc nie powiem dokładnie jaki, ale z rodzaju tych interwencyjnych. Czyli komuś dzieje się krzywda, telewizja działa i wszyscy są szczęśliwi. Zanim jednak przejdę do historii właściwej, nieco wstępu. Mieszkałam kiedyś po zachodniej stronie miasta. Daleko za Placem Grunwaldzkim (kto zna Wrocław, pewnie kojarzy, dla reszty nie ma to znaczenia). Wystarczy powiedzieć, że autobus z mojego końca świata dojeżdżał tylko i wyłącznie do Placu Grunwaldzkiego właśnie, tam pozostawała mi przesiadka. A że w tamtych czasach jeździłam dość dużo, stanie na placu dwa razy dziennie to była norma. Codziennie spotykałam tam pewnego pana. W wieku średnim (pewnie coś koło 40 miał, tak myślę), niewysoki, szczupły, ale co najważniejsze – upośledzony umysłowo. I było to widać na pierwszy rzut oka. Oczywiście nie byłam w stanie określić zaburzeń (nie był to zespół Downa), ale że ma problemy, było widać. Ogólnie pan był zupełnie nieszkodliwy. Oczywiście żebrał, ale zdarzało się, że tylko chciał sie przywitać. Ważne, że widziałam go tam bez względu na porę. Pomijając oczywiście noc (rzadko wracałam późno), był na placu zarówno o ósmej rano, jak i o 17 na przykład. Ubrany odpowiednio do pogody, średnio zaniedbany. Nie wadził w zasadzie nikomu, nie był agresywny, czasami nieco zbyt nachalny, ale ogólnie nie było tragicznie. Raz tylko mnie telepnęło, kiedy postanowił się ze mną przywitać zaraz po wyjęciu ręki z gaci. Ale to już mały szczegół. A teraz historia właściwa (dla tych, co wytrwali, polecam szklaneczkę piwka :)). Oglądam sobie dnia pewnego reportaż w jakimś tam programie jakiejś tam telewizji. Gromy spadają na szpital za to, że wywieźli biednego człowieka na drugi koniec miasta karetką, a potem nawet nie zauważyli, że on ten szpital opuścił. Ogólnie afera, pretensje, płacze i krzyki. Tak dokładnie historii nie pamiętam, ale uwagę mą przykuł niemy bohater tej historii. I nagle – EUREKA – rozpoznałam w nim pana z Placu Grunwaldzkiego. Trochę mi to jednak zajęło, a to głównie za sprawą jego zmienionego wyglądu (pięknie ubrany w koszulę i twarzowy sweterek oraz spodnie od garnituru) oraz wypowiedzi jego rodziny. Okazało się, że pan ma bodajże siostrę czy inną krewną, która bardzo o niego dba i się nim opiekuje. Codziennie wychodzi z nim na spacery, zapewnia mu rozrywki i w ogóle cud, miód i malina. Czasami tylko pan wychodzi na spacery sam w teren, który zna. I właśnie w tym czasie jego samodzielnego spaceru coś się stało (o ile pamiętam potrącił go samochód, niegroźnie, ale zawsze), co wymagało interwencji pogotowia. Pan został zawieziony do niekoniecznie najbliższej placówki, a że okolicy nie znał, był przerażony. Rodzina nie powiadomiona, bo nie umie powiedzieć, jak się z nimi skontaktować. W końcu w nerwach, pan ze szpitala samodzielnie wychodzi, niezatrzymywany przez nikogo, bo zapewne przez nikogo niezauważony. I tak błąka się, aż w końcu (nie wiem, jak, nie pamiętam) wraca do domu. Rodzina zbulwersowana, sprawa trafia do telewizji. Byłoby wszystko w porządku, można by się było zbulwersować razem z widzami, gdyby nie ta moja wiedza i postać pana widywana codziennie na placu całkiem samego, bez żadnej opieki. Wyglądał inaczej (ubranie nieco „mniej zadbane”), błąkał się sam, żadnej siostry czy innej kuzynki nigdy tam nie widziałam. Żebrał i na tym właśnie polegały jego „spacery”, samodzielne czy nie. Oczywiście nie twierdzę, że nad panem nie trzeba się było litować. To, co go spotkało, było dla niego zapewne wielką traumą. Być może sprawa nadawała się do telewizji, być może nie. Mnie chodzi tylko o przedstawienie tej rodziny i sytuacji tego pana. Bo gdyby chcieli być uczciwi, wielu ludzi zapewne pochyliłoby się nad pana losem, ale rodzinkę wysłaliby do diabła. A tak wyszło na to, że nie dosyć, że pan ma problem, to jeszcze jego nad wyraz dbająca o niego rodzina została brutalnie skrzywdzona i jest wielce zbulwersowana nieczułością lekarzy. Może telewizja nie wiedziała o sytuacji tego pana, nigdy go pewnie nie spotkali na Palcu Grunwaldzkim, ale przecież rzetelne dziennikarstwo polega na tym, żeby dochodzić do takiej prawdy. I tu właśnie nasuwa się stwierdzenie – telewizja kłamie.

piątek, 24 sierpnia 2012

Kim mam być dla swoich uczniów?


Pod ostatnią notką pojawił się wpis od niejakiego Rémo. Ucznia. Nie mojego :) I dzięki niemu będzie dzisiaj ten wpis.
Kiedy nadchodzi czas, że przychodzi nam stanąć po drugiej stronie biurka, oprócz masy papierkowej roboty czeka nas jeszcze jeden (a właściwie jeden z wielu) problemów do rozwiązania. Kim mam być dla swoich uczniów? Srogą harpią, która tylko czeka na jego najmniejsze potknięcia i wytyka każdy błąd? Poganiaczem niewolników, który uważa, że jego i tylko jego przedmiot jest najważniejszy? Wielką Panią Profesor, która wszędzie już była, wszystko widziała i w końcu jest starsza, więc należy ją szanować? Spokojną i nawet trochę pierdołowatą panią od angielskiego, której można założyć kosz na głowę? Przyjacielem, który uśmiecha się życzliwie i twierdzi, że zawsze jakoś tam będzie?
Wiem, że wszystkie te postaci przedstawiłam dość tendencyjnie i właściwie żadna nie ma pokrycia w rzeczywistości (chociaż harpię i poganiaczy niewolników spotkałam osobiście, spuśćmy zasłonę milczenia). Jednak chodzi tu o ogólny zarys, a nie o naukowe przedstawianie nauczycielskich charakterów. Charaktery są różne, jak różni są ludzie, ale jednak w jakąś rolę musimy się wpisać. Nie ma siły, nie da się być wszystkim na raz.
Można jednak być wszystkim po trochu. Nie zamierzam być ani harpią (nie mam predyspozycji, wyraz twarzy nie pasuje, jakoś tak za miłą minę mam i jak robię groźną to się dzieciaki śmieją, a nie boją), ani poganiaczem niewolników. Z całą pewnością nie będę Wielką Panią Profesor, bo ani nie wszędzie byłam, ani nie wszystko widziałam, a szacunek zdobywa się innymi sposobami niż wiekiem. Nie dam sobie powiesić kosza na głowie. Ale przyjaciółką uczniów również nie będę.
Zaskoczeni? Być może. Jednak nie ma się co specjalnie dziwić. Nie da się być przyjacielem, kiedy przyszło nam pełnić całkiem inną rolę. Mam być nauczycielem. Po prostu. Ani przyjaciółką, ani popychadłem, ani osobą, która leczy sobie kompleksy wyimaginowanym poczuciem władzy (chociaż trochę jednak tej władzy tam jest...). I wiem, że ten termin jest nieco wyświechtany, ale mam być przede wszystkim mentorem. Mam dawać przykład, ale nie zapominać o swoim człowieczeństwie, o swoich słabościach. Nie mogę być dla uczniów alfą i omegą, bo nie jestem nią naprawdę. A jak mit runie? Co im pozostanie? Lepiej pozostać kimś, kto wskazuje drogę, pokazuje rozwiązania, ale pozwala też podejmować własne decyzje i ponosić za nie konsekwencje.
I to staram się robić. Nie zawsze wychodzi. Ja też popełniam błędy. Unoszę się, buntuję, czasami przestaje mi zależeć. Jestem tylko człowiekiem. Ale jednak wiem więcej niż oni, moi uczniowie. I czasem zdarza mi się mądrze mówić ludzkim głosem. A chcę wierzyć, że dzięki temu, że nie jestem wszystkowiedzącą wyrocznią, oni mnie słuchają.

piątek, 8 czerwca 2012

Geje i lesbijki.


Któregoś dnia (jak ten czas leci...) oglądałam program w TVN24 (Fakty po faktach) z niejakim panem Stanisławem Piętą. W sumie jego opinie nie zbulwersowały mnie aż tak bardzo, bo prezentuje swoją postawą ten sam pogląd, jaki prezentuje PiS, ale tym razem zamierzam jednak się do tego odnieść.
Wiele hałasu było ostatnio wokół pana posła. Nie za bardzo wiem, dlaczego, bo nie mówi niczego nowego. Może dlatego, że mówi to w odniesieniu do „nowej” propozycji ustawy, która powinna zostać poprawnie sformułowana i uchwalona już bardzo dawno temu. Nie ważne. Ważne jest to, co ten poseł głosi. I już sama nie wiem, czy płakać nad taką postawą, czy pozostaje mi się tylko śmiać. Bo pan poseł prezentuje postawę godną papugi, przynajmniej w programie telewizyjnym. „Polskie prawo powinno na ten temat milczeć”, „Nie będę się wypowiadał na ten temat”, „Polskie prawo chronić powinno tylko rodzinę” czy jakoś tak, powtarzane po tysiąckroć wcale nie staje się mądrzejsze ani nie nabiera większego znaczenia. 
Pan poseł, jak i wielu innym mu podobnym, twierdzi, że nie istnieje coś takiego jak „język nienawiści”, że nie ma potrzeby chronić osób homoseksualnych przed prześladowaniami, bo jest to zamach na wolność słowa. Pytam więc, dlaczego w takim razie można ścigać za obrazę uczuć religijnych, co jest jeszcze bardziej przedziwne i niejasne niż słowne, konkretne groźby. Chronione są osoby innego wyznania, innej rasy, więc dlaczego nie mogą być chronione osoby o innej orientacji seksualnej?
A jeśli ten sam pan poseł ma wątpliwości, czy istnieje coś takiego, jak język nienawiści, niech wpadnie na kilka dni do mojej szkoły. Przeraża mnie to, ile nietolerancji i nienawiści się tam tłamsi. Jakiś czas temu słyszałam hasła „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści” wykrzykiwane przez osoby, które nie miały pojęcia, kim byli komuniści i dlaczego niby mieliby zawisnąć na drzewach. Tak śpiewają, bo wszyscy tak śpiewają, bo to taka przyśpiewka kibica. Ci sami młodzi ludzie podczas wizyty osób o azjatyckich rysach twarzy w naszej szkole wołali za nimi „Chinole” i „Żółtki”, a jedyne pytania, które byli w stanie z siebie wyartykułować, to czy w Wietnamie jedzą psy. „Pedały do gazu” czy inne hasła typu „Ty pedale je***ny, zaraz ci prz****lę” też nie są wyjątkiem.
Nie wiem, skąd ta nienawiść. Nie wiem, po co ani dlaczego, nie wiem, dlaczego tym ludziom tak bardzo przeszkadzają inni. Wiem jedynie, że tak nie powinno być. Niech sobie polskie państwo chroni rodzinę, ile wlezie (ale pokażcie mi, gdzie ono tak naprawdę ją chroni, to konia z rzędem), ale niech nie pozwala na takie wypowiedzi, które przerażają. Nawet mnie, choć według pana posła jestem modelowym przykładem rodziny i teoretycznie nic ze strony takich ludzi mi nie grozi. Boję się, bo nie wiem, co im wpadnie do głowy jutro. Od czegoś się to wszystko zaczyna i nie wiadomo, do czego może doprowadzić.
Co wam przeszkadzają homoseksualiści? Rozumiem, że można nie lubić parady równości. Ja też za nią nie przepadam, chociaż gejów i lesbijki popieram w stu procentach. Parada to po prostu nieco zbyt obsceniczne i bardzo udziwnione przedstawienie, które ma na celu pokazanie nie wiadomo czego. Jednak mają oni prawo tak protestować, tak jak pan prezes ma prawo robić pielgrzymki pod pałac prezydencki dziesiątego co miesiąc i chociaż to też mi się nie podoba, nie zamierzam kruszyć o to kopii. Nie widzę przecież, żeby tak ubrani ludzie (homoseksualiści, transseksualiści, transwestyci czy inni) chodzili w ten sposób ubrani (albo rozebrani) cały rok. To zwyczajni ludzie, którzy chcą mieć takie same prawa, jak inni.
Dlatego też nie rozumiem, jak można aż tak bardzo nienawidzić ludzi, żeby odmówić im prawa do czucia się bezpiecznie.

środa, 10 sierpnia 2011

Inni mają gorzej...

Post ten będzie napisany pod wpływem impulsu, który postanowił mnie dotknąć w czasie czytania innego bloga, którego jednakowoż nie zareklamuję, bo wkurzyłam się jak nie wiem co. Otóż autorka zrobiła, a raczej napisała coś, co wkurza mnie za każdym razem, kiedy taką teorię słyszę: kobiety nie powinny skarżyć się na ból i trud podczas porodu, tylko powinny być wdzięczne, że je to spotkało, bo wiele jest kobiet, które o tym marzą, a nie mają szans na dziecko. 
O żesz ty... Jak ja nienawidzę takich frazesów! Proponuję biczować się za każdym razem, kiedy postanowimy coś zjeść, bo przecież dzieci w Afryce w tym samym czasie głodują. Uśmiechajmy się, kiedy złamiemy nogę, bo inni nóg nie mają. Tnijmy się, kiedy nasze dziecko ma 40 stopni gorączki i wołamy pogotowie, bo przecież jakieś inne dziecko ma raka. 
Takie gadanie jest tak absurdalne, że aż przykre. Ja rozumiem, że poród to nie koniec świata ani ból nie do przeżycia, ale każdy ocenia rzeczywistość swoją miarą. Boli i tutaj nie ma żadnych wątpliwości. Pewnie gdyby cięto mi nogę na żywca, bolałoby bardziej, ale czy z tego powodu nie mam prawa krzyczeć i narzekać, że poród boli? W takim razie przestańmy się w ogóle skarżyć, bo zawsze ktoś będzie miał gorzej od nas... Jakoś wątpię, żeby autorka bloga nigdy nie narzekała i to z pewnością na rzeczy o wiele bardziej błahe od bóli porodowych. A jednak nie widzi w tym zapewne niczego niewłaściwego.
Dlatego narzekajmy na co tylko chcemy, bo każdy w każdej sytuacji ma jakieś tam swoje problemy. I nie chodzi wcale o to, że Polacy to naród malkontentów. Każdy człowiek - Polak, Grek, Rosjanin czy Amerykanin, lubią narzekać na swój los. Tak po prostu jest. Trzeba tylko pamiętać, żeby narzekać z umiarem i wszystko będzie dobrze. 

P.S. Zostałam nominowana do pewnej nagrody, ale o tym następnym razem (zbieram się w sobie).  

czwartek, 23 czerwca 2011

Karmienie piersią.

Nie rozumiem wielu rzeczy w mojej rzeczywistości. I dobrze, nie wszystko trzeba rozumieć, kilka rzeczy można wytłumaczyć, a kilka pozostanie niezrozumianych na zawsze. I jedna z takich rzeczy jest właśnie na topie. Karmienie piersią w miejscach publicznych. Oj tak, temat ten wywołuje wielką dyskusję i niejeden wielki flejmik powstał dzięki takim wymianom zdań, dlatego też postanowiłam wyrazić swoje zdanie. Zaznaczam, że piszę jako osoba doświadczona, a nie jako kobieta, która nigdy matką nie była, piersią nie karmiła i w ogóle nie wie, jak to jest.
Rozumiem, że kobieta chce karmić piersią. Też chciałam. Udało mi się krótko, bo przez trzy miesiące, ale nie w tym rzecz. Rozumiem też, że piersi służą do karmienia, a nie są zabawkami dla mężczyzn, jak niektórym się zdaje. Tak, karmienie młodych to ich pierwotna i jedyna w rozumieniu natury funkcja. Rozumiem też, że w niektórych plemionach afrykańskich całkiem normalnym jest chodzenie z wywalonym cycem, żeby dzieć mógł się w każdej chwili do tej piersi przyssać. I jest ok. Problem w tym, że chociaż niejednokrotnie słyszę i sama mówię, że jesteśmy sto lat za murzynami (powiedzenie takie, nie jestem rasistką), to jednak w tej kwestii uważamy się za o wiele bardziej rozwiniętych i z gołymi piersiami po ulicach nie paradujemy (chociaż myśląc o niektórych młodych dziewczynach, widzianych przeze mnie na ulicy waham się, pisząc te słowa).
Jednak karmienie piersią w miejscach publicznych budzi we mnie ogromny sprzeciw. Nie mam nic do karmiących mam. Nie mam nic do widoku karmiących mam na mieście czy na placach zabaw. Nie wzrusza mnie widok piersi, zasłoniętej czy też nie. Skoro ona sama tak chce i na to się decyduje, jej wybór. Dziwi mnie to tylko. Karmienie piersią to bardzo osobista sprawa i jakoś nie wyobrażam sobie, żebym mogła siedzieć z małym przyczepionym do piersi na środku supermarketu i jeszcze się z tego cieszyć, a jednocześnie wyglądać jak gradowa chmura, bo „nikt mi nie będzie zabraniał karmić dziecka w miejscu publicznym, będę wywalać cycka, gdzie mi się żywnie podoba i nikomu nic do tego, a w ogóle to wszyscy nie zgadzający się z tym są wrednymi paskudami i mogą mnie pocałować w rzyć”. 
Takie właśnie mam podejście do matek karmiących po przeczytaniu miliona wątków na forach i tysiąca blogów karmiących matek. Ja osobiście chowałam się po kątach w trakcie karmienia (w domu normalnie, ale na zewnątrz już nie), bo uważałam, że moje piersi, moja sprawa. Nie czułabym się komfortowo, gdyby ktoś obcy na mnie patrzył w trakcie karmienia. Nie wiem, może jestem dziwna, ale karmienie w miejscach publicznych wywołuje we mnie tylko niesmak. Nie widzę niczego „słodkiego” w tym, że dziecko wcina mleko z piersi. Normalne. Nie słodkie, nie rozczulające, ale też nie obrzydliwe czy wstrętne, jak to uważają niektórzy. Normalne. Tyle że prywatnie, w domu. Ciekawe dlaczego to samo dziecko może zimą wytrzymać dłużej (bo matki jakoś nie garną się do wystawiania cycka na mróz, tylko czekają na to z powrotem do domu), a latem można już spokojnie karmić je co 20 minut „na żądanie” przez obojętnie jak długi czas na dworze, bo „to jest takie piękne, naturalne i cudowne”.
No cóż, pewnie zbiorę za to baty, ale takie właśnie jest moje zdanie.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Książki.

Post zainspirowany tym tekstem (nieco chaotycznym) pana Damiana Gajdy, znalezionym na Onet.pl.

Książki towarzyszyły mi od zawsze. Najpierw czytała mi mama, potem, kiedy nauczyłam się czytać, obie siedziałyśmy wieczorem na fotelach z książką w dłoni. Czytał też mój dziadek. Niemal ciągle widziałam kogoś z książką w swoim otoczeniu. Nie sposób w takiej sytuacji nie lubić czytania. Książki połykam w każdej wolnej chwili (częściowo teraz książki zastąpiły mi blogi). Jedyna rzecz, która nie podoba mi się w rodzicielstwie to fakt, że już nie mogę sobie usiąść w dowolnej chwili i poczytać. Nie ma czasu, żeby porządnie skupić się na książce, bo trzeba się liczyć z obudzeniem Młodego. No ale nic, nastaną lepsze czasy. Nie znaczy to, że przestałam czytać w ogóle, po prostu czytam rzadziej, a więc mniej. Nie jest to jednak istotne.

Wychowałam się na książkach lekkich, łatwych i przyjemnych (jakie inne mogło czytać dziecko, a potem nastolatka). Nigdy nie widziałam nic złego w tym, że ktoś zamiast dzieł Joyce’a trzyma na kolanach książkę Grocholi. Wręcz przeciwnie. Śmiem twierdzić, że wiele osób sięgających po tak zwaną „literaturę ambitną” niewiele z niej rozumie i wynosi. Czytają, bo tak jest modnie, bo tak wypada, ale w rzeczywistości ich nudzi, męczy, katuje. Mało tego – zaryzykuję nawet stwierdzenie, że niektórzy krytycy, wychwalający jakieś dzieło pod niebiosa robią to tylko dlatego, że go nie rozumieją i boją się przyznać, że to zwykła szmira, żeby nie zostać posądzonym o brak inteligencji przez innego płytkiego krytyka (dla ścisłości, mam takie samo zdanie względem sztuki, poezji czy filmu). Czy nie lepiej w takiej sytuacji poczytać dla przyjemności Musierowicz?

Jestem jedną z tych osób, które z literatury lekkiej czerpią ogromną przyjemność. Nie wstydzę się przyznać, że czytałam Siesicką, a teraz zaczytuję się w Grocholi czy J.K. Rowling. Nie mam nic przeciwko tym pisarzom, którzy ubarwiają rzeczywistość, sprawiają, że jest dla ich bohaterów lżejsza do zniesienia (vide: Judyta buduje dom niemal własnymi rękoma – jakim cudem nie tonie w długach i jest spokojna o swój byt codzienny? „Nigdy w życiu” Grocholi), nawet jeśli ci pisarze robią to tylko dla pieniędzy (a Szekspir to pisał dla przyjemności? no nie rozśmieszajcie mnie).

Nie rozumiem tego pędu za tym, żeby książka MUSIAŁA być poważna, smutna, dołująca, a jednocześnie przekazująca jakieś tam wartości, których ja jako czytelnik mam się w bólach domyślać. Nie wiem dlaczego tak bardzo lubujemy się w literaturze, która pokazuje nam to samo bagno i ten sam bezsens, który mamy na co dzień, wystarczy poczytać gazety albo włączyć telewizję.

Są ludzie, którzy w książce szukają chwili zapomnienia, lepszego dzisiaj i jeszcze lepszego jutra. Chcą wierzyć, że istnieje rycerz na białym koniu i że kiedyś po pocałowaniu żaby zobaczą pięknego księcia. Czy to jest złe? Przecież i tak potem wracają do tego świata pełnego głupich ludzi, beznadziejnej rzeczywistości, niepoważnych przepisów. A może po tej lekturze łatwiej jest żyć?

Oczywiście jest jeden warunek: należy pamiętać i zdawać sobie sprawę z tego, że fikcja jest tylko fikcją.

niedziela, 13 marca 2011

Ateiści prześladowani?

Wczoraj oglądałam „Uwagę” o żywych książkach. Było tam o schizofreniczce, transseksualiście i właśnie ateiście. I do tego ostatniego chciałabym nawiązać, jako do tematu mi najbliższego. Otóż tenże ateista skarżył się, jakoby ludzie go nie rozumieli i byli wobec niego bardzo nietolerancyjni. Nie sprecyzował, jak ta nietolerancja miałaby się manifestować, ale mniemam, że ktoś go wyzywał albo nie chciał dłużej znać, kiedy się dowiedział. Nie wiem. Doszłam jednak do wniosku, że albo ludzie w miejscu, w którym mieszkam są niebywale tolerancyjni, albo za słabo ogłaszam swój ateizm, skoro mnie nikt nie chce prześladować. 
A zadatki na prześladowania mam, bo przecież uczę w szkole, a tam praktycznie wszyscy wierzący i praktykujący. Musiałam się w końcu liczyć z pytaniem, dlaczego nie widać mnie w kościele. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że mi nie po drodze i że jestem ateistką. Pojawiły się od razu pytania, cóż to jest za twór. Spokojne tłumaczenie, uświadamianie dzieci, o co chodzi i dlaczego nie jestem sekciarą czy innym diabłem i na tym się skończyło. Rozniosło się szybko, tak więc nie tylko dzieci, ale też rodzice i nauczyciele wiedzieli. Przy czym księża z naszej szkoły zostali uświadomieni o wiele wcześniej niż uczniowie czy rodzice i do tej pory nie mają nic przeciwko. Rozmawiają ze mną, a nawet chyba trochę mnie lubią. Nie odsądzają od czci i wiary, nie żegnają się na mój widok ani nie odprawiają egzorcyzmów. Moi znajomi również nie mają nic przeciwko mojemu brakowi wiary. Nikt się ode mnie nie odwrócił. Na osiedlu nikt mnie nie wyzywa ani nie ucieka z krzykiem na mój widok. 
Nikt niczego do mnie nie ma. Skąd więc te prześladowania, którym jakoby jesteśmy na co dzień poddawani? Zgodzę się, że żyję w kraju wysoce religijnym i otaczają mnie symbole, które mi nie odpowiadają. W klasie na przykład mam krzyż, ale zegara brakuje. Uczniowie przez to zaglądają w telefon, bo przecież nikt nie pamięta, że kiedyś było coś takiego jak zegarki na rękę i wcale nie odeszły jeszcze do lamusa. W mojej klasie się nie modlę, ale krzyż mam. No cóż, nie będę się o to gryzła, zwłaszcza że czasami odbywa się tam lekcja religii. Nie podoba mi się ten krzyż i wolałabym, żeby w świeckiej z założenia szkole go nie było, ale kopii nie kruszę, nie zdejmuję go i nie wieszam do góry nogami. Trudno się mówi. 
Razi mnie też, że wiele decyzji w tym kraju podejmowanych jest pod wpływem kościoła, że instytucja ta bezprawnie zgarnia państwowe pieniądze, że wszędzie można zobaczyć tylko jej symbole, ale wiem, że z tym nie wygram. Choćbym chciała i bardzo się starała. Nie chcę walczyć z wiarą, chcę walczyć o świeckie państwo. Jednak politycy (nawet jeśli twierdzą inaczej) nie chcą walczyć ze mną, a sama niewiele zdziałam, więc odpuszczam. Jednak nie o to tu chodzi.
Chodziło o osobiste i jawne prześladowanie, a tego na pewno nie doświadczyłam, więc nie wiem, o czym ten pan mówił. Ponadto rozwaliło mnie stwierdzenie, że ludzie nienawidzą ateistów, bo nie rozumieją, a tym samym boją się ateizmu, a jak go pojmą, to będziemy żyć jak w raju, czyli w ogólnym poszanowaniu i miłości. Bzdura. Jeśli nienawidzę ludzi głupich to zrozumienie powodów ich głupoty nie sprawi, że zacznę ich kochać. Ja się ich nie boję, ja ich po prostu nie trawię. Nic nie sprawi, że zacznę z nimi żyć w zgodzie. Owszem, nie wyzywam ich, nie prześladuję, nie organizuję marszy przeciwko głupocie, ale ich nie lubię, nie szanuję i obawiam się, że się to  nie zmieni. Tak samo jest z ateistami. Jeśli ktoś nie lubi ateistów, nie mając pojęcia, na czym ateizm polega, to jego sprawa, ale jeśli ktoś po prostu nie akceptuje ateistów z przekonania to żadne rozumienie tego nie zmieni.  

wtorek, 22 lutego 2011

Penis w szkole.


Proszę mi wybaczyć, ale nie zdobyłam się jeszcze na tak wielki wysiłek psychiczny, jakim byłoby obejrzenie dalszej części pseudofilmu „Turysta”. Dzisiaj będzie więc o czymś innym.O czym? O seksie :)
Ostatnio jedna z uczennic przyniosła do sali kaktus w ramach upiększania otoczenia. Tak się złożyło, że kaktus był „pionowy”, prosty, z kolcami :). W pewnym momencie na dworze zaświeciło słońce, co poskutkowało natychmiastowym zaciągnięciem rolet. I tu naszym oczom ukazał się… kaktus, który do złudzenia przypominał kształtem cienia penisa. I co zrobili uczniowie? To samo, co ja, kiedy byłam jeszcze uczennicą. Zaczęli nerwowo chichotać. Spojrzałam w stronę, w którą kierowało się wiele ukradkowych spojrzeń i zobaczyłam to, co oni. 

- Co was tak śmieszy? – postanowiłam pozostać przy swojej niezawodnej roli pani nauczycielki.

Cisza. I dalej te ciche chichoty.

- Nie rozumiem, o co wam chodzi. – brnęłam dalej.

W końcu znalazł się jakiś odważny.

- Bo to wygląda, jak… no, jak…
- Jak co?
- Nie powiem, bo mi pani wstawi uwagę.
- Ależ skąd.
- No jak ku… (wszystkie niedomówienia oryginalne, czyli uczeń nie mówił tych wyrazów)
- Nadal nie rozumiem.
- Ale to jest przekleństwo.
- A możesz to powiedzieć tak, żeby nie było przekleństwem?
- No nie wiem… Fu… Tak nie. Chu… Też nie.
- A może penis?

Postanowiłam w końcu wybawić tego młodego człowieka z mąk piekielnych. Wszyscy wlepili we mnie te swoje ślepka, bo jak to tak, żeby pani nauczycielka używała takich słów. Już chyba lepiej, żeby użyła przekleństwa, bo do tego można się jakoś odnieść, oburzyć albo co. A jak powie penis, to nie wiadomo co z tym fantem zrobić. Niby nie obraźliwe, a zwyczajnie anatomiczne, a jednak ma w sobie posmak niedozwolonego.
I tu właśnie dochodzę do puenty. Dlaczego dzieci w szkole nie potrafią się wysłowić? Dlaczego jedyne słowa, które przychodzą im na myśl, to słowa niecenzuralne? Dlaczego wzbudzam wielką sensację, kiedy używam słowa „penis” na lekcji, podczas gdy jest to tylko poprawne określenie męskiego członka (na dodatek łacińskie, więc i kolejnego języka się nauczą)?
Otóż dopatruję się tutaj kilku powodów, nad którymi nie będę się rozwodzić, a jedynie je przytoczę. Po pierwsze – brak RZETELNEJ edukacji seksualnej w szkołach. Jeśli jest, to najczęściej omawia się tam po łebkach kwestię higieny, na sprawy seksualne brakuje już czasu (bo to przecież przygotowanie do życia w rodzinie, a w rodzinie ważniejsza jest higiena od jakiegoś tam brudnego seksu). Na dodatek jakże często okazuje się, że tego wychowania uczy katechetka, która z seksem miała tyle do czynienia co ja z zakonem, bądź też wstydliwa pani od biologii, która na sam widok słowa „penis” dostaje rumieńców. Jeśli już uczeń zgłębia tą wiedzę tajemną to najczęściej w praktyce albo wśród znajomych, którzy w domach słyszą tylko wulgaryzmy. I tu przechodzimy płynnie do punktu drugiego – dom. Czyli rodzice, dziadkowie, wujkowie, ciocie, bracia i siostry. Oni też nie przekazują dzieciom rzetelnej wiedzy w temacie seksu. Częstują ich półsłówkami albo w ogóle temat ignorują. Rzucają w przestrzeń „chu…” i „ku…”, kiedy się zdenerwują, a potem ich dzieci powtarzają te słowa, nie zastanawiając się, czy jest do tego w ogóle jakakolwiek alternatywa.
Skutki tych działań widzę w swoim gimnazjum. Przestałam już jakiś czas temu liczyć, ile uczennic zaszło w ciążę w drugiej albo trzeciej gimnazjum. Nie chcę nawet myśleć, ile jeszcze zajdzie w czasie mojej kariery zawodowej. I to nie jest już nic nienormalnego. Niektórzy jeszcze się burzą na widok piętnastolatki z brzuchem, bo taka głupia była i dała bez zabezpieczenia, ale w zaciszu miłosnym robią to samo w nadziei, że im się wpadka nie zdarzy. A potem doskwiera brak koleżanek i brak imprez, bo zamiast spotykać się po szkole, trzeba zająć się dzieckiem.
Nie potępiam młodych matek. Nie uważam, że każda dziewczyna w ciąży to puszczalska i każdej zdarzyła się wpadka, bo była głupia. Jednak boję się, że te dziewczyny nie wiedzą, na co się tak naprawdę porywają. I boję się, że tak naprawdę wcale się nie porywają, tylko liczą na łut szczęścia, zamiast iść do apteki i kupić paczkę prezerwatyw. Zresztą po co tam od razu do apteki… W niemal każdym sklepie można kupić prezerwatywy, to już nie jest takie tabu, jak kiedyś. A jednak w pewnym sensie jest, może nawet większe…

sobota, 29 stycznia 2011

Szanowny panie senatorze...


Ostatnio mało nie wybuchłam, kiedy w telewizji usłyszałam pana senatora, który z nieco złośliwym uśmiechem oświadczył, że dla dziecka najlepiej jest, żeby do trzeciego roku życia zostało w domu, najlepiej z matką. Dlaczego najlepiej z matką, tego nie wiem, i zanim zdążyłam się nawet nad tym zastanowić, zaczęłam rzucać bluzgi w kierunku telewizora. Ponieważ słowa te padły w okolicy pory kąpania Młodego, natychmiast udałam się do łazienki, żeby tylko więcej tych debilizmów nie słuchać (dla krótkiego wyjaśnienia: sprawa dotyczyła ustawy, która miała ułatwić powstawanie żłobków, a pan senator oczywiście był temu przeciwny). Małżonek, który siedział spokojnie i niewzruszenie, oglądając te bzdury zakomunikował mi jeno, że lepiej, że nie oglądałam ciągu dalszego, gdyż wyszło na to, że nasze dziecko (między innymi, tak jak cała reszta żłobkowej czeredy) nigdy nie będzie w stanie stworzyć normalnego związku z drugą osobą oraz zostanie alkoholikiem.
W pracy, kiedy zaczęłam się rzucać, opowiadając o jakże odkrywczych słowach pana senatora, koleżanka spytała mnie:
-Znaczy nie zgadzasz się z tym, co powiedział?
Oczywiście, że się zgadzam Z TYM co powiedział, nie zgadzam się jedynie z kontekstemi SPOSOBEM w jaki to powiedział. Wyszło na to, że moje dziecko poszło do żłobka, bo ja jestem wyrodną matką, która dodatkowo wpędza dziecko w alkoholizm i która koniecznie chce się tego dziecka na kilka godzin pozbyć z domu, a nie dlatego, że w tym chorym państwie nie umożliwia mi się zostania z nim w domu, bo chyba musiałabym mieszkać pod mostem i jeść trawę za te kwoty, które oni mi proponują.
Fakt, że dla dziecka jest lepiej, żeby zostało w domu przez pierwsze kilka lat życia jest dla mnie niemal bezdyskusyjne. Niemal, bo widzę, jak moje dziecko świetnie się rozwija i jak wiele się w żłobku uczy, więc żłobek to naprawdę nie jest diabeł ani żadne zło wcielone. Jednak gdybym miała wybór, na pewno siedziałabym z dzieckiem w domu. Problem w tym, że nie mam tego wyboru i szanowny pan senator powinien to wiedzieć, a nie wciskać mi głodne kawałki, jak to mojemu dziecku jest źle. Sznowny pan senator powinien pokazać mi alternatywę, a skoro jej nie ma, to o nią zadbać, a nie gadać co mu ślina na język przyniesie z tym swoim głupim uśmieszkiem. Właśnie dlatego tak bardzo się zburzyłam na to, co szanowny pan senator ogłosił w telewizji, żeby tylko zaistnieć.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Powrót do pracy.


Wkrótce, bo już za cztery dni, wracam do pracy. Najpierw trzeba będzie wypełnić 10000000000000000 papierków, zanim tak naprawdę zabierzemy się za to, czym powinniśmy zajmować się w pierwszej kolejności, a potem kolejne papierki nas przytłoczą. W ten właśnie sposób zapominamy, po co w ogóle w tej szkole jesteśmy, zalewa nas morze papierków i nic innego nie zostaje. Cały czas muszę tylko pamiętać, że jeszcze trzeba to uzupełnić, tamto poprawić, coś innego napisać. I tak się to kręci.
No dobra, nie zapominam tak do końca o uczniach. W końcu o to w tym wszystkim chodzi. Przez te kilka dni przed rozpoczęciem roku szkolnego, gdy Młody będzie brykał w żłobku, ja mam zamiar przygotować się do zajęć ze wszystkimi klasami pod kątem „okresu bezpodręcznikowego”. Wymyślać będę gry, zabawy, quizy, krzyżówki, zadania i inne cuda wianki. Trzeba będzie w tym celu odwiedzić piwnicę, gdyż tam zadekowałam wszystkie książki zebrane z półek przed urodzeniem Młodego. To przerażające, bo zupełnie nie mam pojęcia, gdzie ja mam to wszystko zmieścić.
Muszę w końcu zrobić porządek w swoim zawodowym życiu. Muszę w szkole uporządkować swoje półki i szafki, których nikt nie dotykał od prawie roku i w których oprócz kurzu i pajęczyn znaleźć można z całą pewnością książki, które tam zostawiłam. Muszę przynieść z piwnicy książki, które będą mi potrzebne i postawić je chyba sobie na głowie z prozaicznego braku miejsca na półkach. Muszę założyć jakiś segregator z ważnymi dla mnie rzeczami, bo inaczej zginę, jak ciotka w Czechach, na co nie mogę sobie tym razem pozwolić, bo wszystko zniszczy mi huragan, potocznie zwany Młodym. Muszę… Tyle rzeczy jeszcze muszę, żeby w miarę produktywnie i bezboleśnie przeżyć ten rok szkolny.
Już się boję.

czwartek, 29 lipca 2010

Magiczny guziczek.


We Wrocławiu są pewne autobusy nazywane niskopodłogowymi. Tak, wiem, że i w innych miastach się zdarzają, ale to mnie akurat chwilowo nie interesuje. Autobusy te są wspaniałym wynalazkiem zarówno dla osób niepełnosprawnych, jak i dla matek z dziećmi, a czasem nawet staruszek. Dwie z tych trzech sytuacji mam na co dzień (niepełnosprawny i matka z dzieckiem), tak więc mogę się do nich odnieść. W tych cudownych autobusach jest pewien magiczny guzik, który do ekstazy doprowadza wyżej wymienionych. Jest to mianowicie guziczek pokazujący człowieka na wózku, bądź też wózek z małym dzieckiem (albo są nawet dwa guziczki, wersja full wypas). Do czego ten magiczny guziczek służy? Ano do tego, żeby łaskawy kierowca w odpowiednim momencie mógł zniżyć poziom autobusu i ewentualnie otworzyć klapę, która dodatkowo ułatwia wchodzenie i wychodzenie z pojazdu. I tu zaczyna się problem. O ile z niepełnosprawnym nie ma jednak problemu, bo on po prostu nie wyjedzie, jeśli klapa nie będzie otwarta, bo wózek elektryczny silniczka do latania nie ma wbudowanego, o tyle już z wózkiem dziecięcym jest zgoła inaczej, bo ten ma wbudowaną matkę, która może wózek przez trudy życia codziennego pchać. I właśnie o tym będzie dzisiejszy post, obdarzony jakże rozwlekłym wstępem.
Mam nieodparte wrażenie, że ten wbudowany mechanizm sprawia, że kierowcy olewają sprawę udogodnień, wdrożonych między innymi właśnie dla matek z dziećmi, a raczej z wózkami. Zdarza mi się jeździć po Wrocławiu dość często. Może nie tak często, jak wtedy, gdy potomka nie było jeszcze na świecie, ale jednak stosunkowo często, zwłaszcza tą letnią porą. Z oczywistych powodów wybieram raczej autobusy oznaczone magiczną „N” – ką. I tu zaczyna się droga przez mękę. Mogę zrozumieć, że kierowca nie widzi tej chabety, którą potocznie nazywa się wózkiem, na przystanku, kiedy potok ludzi zalewa mu widok. Ok., niech będzie, jakoś do tego autobusu wchodzę, sama bądź z pomocą jakiegoś mile umięśnionego pana. Ale w autobusie już mam uśmiechniętą mordkę, bo przecież jest ON. MAGICZNY GUZICZEK! I już wiem, że nic nie przeszkodzi mi w wygodnym i wielkopańskim wyjściu z tegoż autobusu.
Nieco przed swoim przystankiem wciskam magiczny guziczek, zapala się światełko. Pan kierowca już wie, że trzeba obniżyć autobus. Zatrzymuje się na przystanku, otwiera drzwi, jeszcze przez parę sekund czekam… i nic. Nie ma obniżenia, nie ma uroczystego wyjmowania klapy (no dobra, tego nie oczekuję). Muszę prosić kolejnego umięśnionego pana, żeby mi pomógł. I gotuje się we mnie. Bo jak to tak? Guziczek wciśnięty, wózek przygotowany, pan kierowca poinformowany, a tu dupa. W trakcie swoich podróży JEDEN raz zdarzyło mi się, że kierowca zareagował na magiczny guziczek. Powtórzę: JEDEN RAZ. Na te kilkadziesiąt, kiedy zdarzyło mi się jechać. Dlaczego tak się dzieje? Nie wiem. Może wszystkie inne autobusy tak naprawdę miały zepsuty ten guziczek? Może kierowca ma mnie w dupie? Może jest jeszcze inny powód, o którym nie wiem.
Nie dalej jak wczoraj jechałam w autobusie z niepełnosprawnym. Pan kierowca ładnie autobus obniżył i przybiegł, żeby klapę otworzyć. Potem tenże niepełnosprawny nacisnął guziczek i pan kierowca po raz kolejny przybiegł radosny jak skowronek, żeby mu pomóc. Myślę sobie: dobrze jest. Znaczy, że magiczny guziczek działa, obniżanie działa i mi też obniży. Dojeżdżam do swojego przystanku, więc wciskam guziczek, autobus się zatrzymuje… i kolejny raz nic. Kierowca olewa mnie ciepłym moczem. Tak więc gramolę się z Młodym z pomocą umięśnionego pana, bo krawężnik za nisko i pewnie Młody by wypadł bez pomocy, jakbym go tak przechyliła. WHY???!!!
Również wczoraj zostałam opieprzona i pouczona przez pewnego pana, jak z autobusu wynosi się wózek. Okazało się, że pan jest ekspertem, tyle że w tym wszystkim był jeden problem – kierowca nie obniżył autobusu. Nawet mnie ten pan pouczył, że jestem w dużym mieście, a nie u siebie na wsi i tutaj w autobusach są magiczne guziczki. Powiedziałam mu, że wcisnęłam i zostałam zignorowana przez kierowcę, ale na pana ten argument nie podziałał i nadal udzielał mi światłych rad, jak mam wynosić wózek z autobusu.
Dlaczego kierowcy olewają magiczny guziczek? Dlaczego nie obniżają autobusu, kiedy go naciskam i daję do zrozumienia, że potrzebna mi pomoc? I ostatnie pytanie: dlaczego nie awanturuję się, kiedy tak się dzieje? Na to ostatnie mam odpowiedź: bo nie jestem asertywna. Nie umiem się domagać swoich praw, nie umiem opieprzyć pana kierowcy, że nie obniżył mi autobusu, chociaż od czegoś te guziczki są. Nie umiem być „tą wredną babą”, która się wykłóca. Nie umiem… Może czas się nauczyć…

niedziela, 11 lipca 2010

Chrzest.


No i znowu rozgorzał we mnie temat kontrowersyjny, trudny, a to wszystko przez inne blogi. Nie będę tutaj przytaczać linków, bo za dużo tego było, ale ogólnie rzecz biorąc wszystkie te posty dotyczyły chrztu. No i tak pomyślałam, że wypowiem się po raz kolejny, żeby sobie ulżyć.
Młody nie jest chrzczony. Nie będzie chrzczony. Nie będzie chodził na religię, do kościoła, na pielgrzymki. Nie będzie miał nic wspólnego z kościołem, przynajmniej dopóki to my będziemy decydować za niego. Jak będzie dorosły to może sobie nawet księdzem zostać, ale chwilowo za jego wychowanie odpowiedzialni jesteśmy my, a oboje zdecydowaliśmy, że religia nam nie po drodze.
No i czytam w tych wszystkich postach, że ludzie mają wątpliwości, bo jak to tak nie chrzcić dziecka. A co powiedzą sąsiedzi, a co powiedzą rodzice innych dzieci, co powiedzą panie w szkole, w sklepie, na podwórku… A w dupie mam, co powiedzą inni. Ważne jest, co mówię ja, a ja twierdzę, że chrzczenie dziecka dla samej idei jest idiotyzmem.
Po pierwsze, nie za bardzo mam kogo wybrać na rodziców chrzestnych, ale to pewnie jakoś bym przeskoczyła. W końcu mam tam jakąś dalszą i bliższą rodzinę, ktoś by się w końcu nadał. Po drugie, kto by to dziecko uczył, chodził z nim do kościoła? Ja? Wolne żarty. Mój mąż? Nie rozśmieszajcie mnie. Chrzestni? Daleko by byli, a pewnie też by się nie pchali. Jak więc to tak? Ochrzcić dziecko, a potem zostawić to tak bez ciągu dalszego? Już sobie to wyobrażam. Przychodzi małolat do szkoły (chociaż w sumie to już w przedszkolu się zaczyna) i tam ksiądz pyta go o chrzest. Młody odpowiada: „ano tak, jestem ochrzczony”. Ksiądz: „No to powiedz nam chłopczyku „Ojcze nasz”.” Młody na to: „Nie umiem.” Oooo, już widzę, jak byłoby pięknie. Z pewnością obrazka w nagrodę by nie dostał. A tam przecież jest jakaś formułka, że zobowiązuję się wychowywac dziecko w wierze.
Dlaczego więc mam ochrzcić dziecko? Po to, żeby mu dodatkową krzywdę zrobić? Żeby przyszło kiedyś i zapytało „po co? dlaczego?”, skoro żadne z nas nie jest w stanie wychować go w wierze katolickiej… ba, w jakiejkolwiek wierze. Ktoś w takim razie powie: „A może kiedyś przyjdzie i zapyta, dlaczego nie?” To mu wtedy odpowiem. Logicznie, spokojnie wytłumaczę mu, że nie wierzymy, że nie chodzimy do kościoła, ale jeśli tylko będzie chciał, to po osiągnięciu pełnoletności proszę bardzo.
Nie powiem, że nie mieliśmy wątpliwości. Owszem, zastanawialiśmy się, jak to będzie, gdy inne dzieci będą chodzić na religię, pójdą do komunii, a on nie. Mam jednak wrażenie, że to, co robimy, jest słuszne, bo nikogo nie okłamujemy. Nie chrzcimy dziecka dla świętego spokoju, żeby tylko było jak inni. Nie pozbawiamy go niczego, bo przecież można przyjąć wiarę później, świadomie. I tu właśnie doszukuję się największego problemu i mojego negatywnego podejścia do chrztu i religii.
ŚWIADOMOŚĆ. Jaką świadomość ma dziecko, które chrzci się, gdy nie potrafi jeszcze mówić (a nawet jak potrafi, to niewiele)? Ok., wtedy to my nakładamy na siebie obowiązek czuwania nad jego wychowaniem w wierze, więc spoko. Ale w czasie komunii świętej dziecko wybiera już samo. I to jest dla mnie wielka pomyłka. Dziecko ośmioletnie nie potrafi podejmować tak wielkich decyzji, jaką jest świadome wybranie wiary. Idzie jak owieczka, tam gdzie wszyscy. Nie rozumie do końca, o co chodzi i co tak naprawdę się dzieje. No tak, pięknie jest usłyszeć z małych usteczek, że przyjmuje pana Jezusa do swojego serduszka, ale co tak NAPRAWDĘ to dziecko z tego rozumie? Śmiem twierdzić, że nic.
Czy ktoś pamięta swoją komunię? Ja tak. I choć byłam wychowywana w wierze, biegałam na lekcje religii i wierzyłam mocno i ślepo, to sprawy komunii nie potrafiłam pojąć. Owszem, mówiłam te wszystkie piękne formułki, jak ta o przyjęciu do serca pana Jezusa, ale w rzeczywistości myślałam o pięknej sukience, wypasionych prezentach i gościach na przyjęciu. Do spowiedzi poszłam, bo mi kazali. Nie rozumiałam, co ja mogłam zrobić takiego strasznego, że miałabym się z tego spowiadać. W gruncie rzeczy wymyślałam „grzechy”, żeby nie stać tam jak kołek. I jeśli ktoś twierdzi, że on to w wieku 8 lat był nad wyraz rozwinięty i wszystko rozumiał, a do tego czuł wspaniałość tego momentu to proszę wybaczyć, ale jakoś nie za bardzo mam ochotę mu wierzyć. 
Świadomy wybór to ja podjęłam dopiero w kwestii bierzmowania i choć pewnie nie powinnam się do tego przyznawać, bo to szczyt hipokryzji, ale przyjęłam je tylko i wyłącznie dlatego, żeby potem móc kroczyć w białej sukni do ślubu. Nie miałam już wtedy z Bogiem po drodze. Nie powiem, że nie jestem z siebie dumna, tak po prostu wyszło. Natomiast teraz już bardzo świadomie mówię religii nie pod każdą postacią. Nie wzięłam w końcu tego ślubu kościelnego, nie kroczyłam w białej sukni, bo moja hipokryzja osiągnęłaby gigatnyczne rozmiary (rozumiem w wieku 16 lat mieć marzenia i zrobić głupotę, ale to samo w wieku lat 25 zakrawa na śmieszność). Nie chodzę do kościoła, nie zwracam się do ksiądza per „proszę księdza”, a do siostry zakonnej per „proszę siostry”, tak jak oni nie zwracają się do mnie per „pani profesor” czy „pani nauczycielko”. Mówię „proszę pana” i „proszę pani”, a do znajomych księży czy sióstr po imieniu. Nie umiałabym wychować dziecka w wierze, ucząc go klepania modlitw, nie umiałabym chodzić z nim do kościoła, żeby mógł się przez godzinę wynudzić.
I właśnie dlatego nie będę chrzcić dziecka. 

niedziela, 13 czerwca 2010

Oszukani.


No i znowu na początek mała prywata :) Dziękuję tym kilku osobom, które postanowiły coś poradzić na moją ostatnią chandrę. Dziękuję za komentarze. Była Was trójka, wobec czego wymienię Was z  "imienia": anulla, Astrid i pisacje. Dziękuję i pozdrawiam. Na razie niczego nie kasuję, z powrotem nabrałam wiatru w swe skromne skrzydła i piszę, piszę, piszę :) A teraz do rzeczy.
Ostatnio widziałam w TV historię ludzi pokrzywdzonych przez dyrektorkę szkoły. Nauczyciele i pracownicy, wierząc, że każdy z nich jest jedyny, pobrali dla pani dyrektor pożyczki. Potem owa pani się na nich wypięła, a pożyczkobiorcy zostali z długami poważnie przekraczającymi ich możliwości finansowe. Przypomniało mi to historię sprzed kilku lat. Sytuacja niemal ta sama, ale tym razem goleni byli parafianie, bo kaski zachciało się księdzu. Chodził po domach (a możliwości miał nieco większe niż pani dyrektor) i namawiał ludzi na branie dla niego kredytów. Oczywiście owieczki wierzyły księdzu, bo jak tu księdzu nie wierzyć???!!! [sic!] Ludzie pobrali kredyty, a księżulo zniknął i zostawił owieczki z długami. Nie wiem, czy pani dyrektor została zainspirowana rzeczonym księdzem czy też sama wpadła na doskonały pomysł wzbogacenia się małym kosztem i nie tym mam zamiar się zająć.
Przeraża mnie natomiast głupota tych ludzi, którzy pobrali kredyty, a teraz płaczą. Lecą do TV zamiast siedzieć w domu i przełykać łzy wstydu. Wprawdzie ludzie twierdzą, że to nie oni muszą się wstydzić tylko te potwory, co ich skrzywdziły (równam tutaj historię dyrektorki i księdza, bo zamierzam pojechać po wszystkich ofiarach po równo), ale chyba oczywiste jest, że trzeba być bardzo dziwnym człowiekiem, żeby aż tak zaufać tym ludziom.
Po pierwsze, kult księdza w naszym kraju. Przecież ksiądz nie może mnie okłamać, skrzywdzić, omotać, zbałamucić. Bo co? Bo jest nadczłowiekiem? Bo w seminarium istnieją specjalne testy na uczciwość i prawdomówność, dlatego właśnie z tych placówek wychodzą ludzie tylko i wyłącznie czyści w sercu i na duszy? Czy może coś mi umknęło? Póki co chyba jednak nic mi nie umknęło i mam wrażenie, że ksiądz taki sam człowiek jak ja czy mój sąsiad. Niektórzy są dobrzy, chcą pomagać i martwią się o swoje owieczki, a inni chcą je golić. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Księdza powinno się traktować jak każdego innego człowieka. Słuchać, szanować, ale ufać mu z rozwagą. Czy gdyby do tych ludzi przyszedł dobrze im znany sąsiad i poprosił o gigantyczną pożyczkę, jemu też tak chętnie pobiegliby do banku? Jakoś wątpię. Dlaczego więc polecieli księdzu?
Z drugiej strony pani dyrektor szkoły. Na wsi. Po kilku innych osobach, jak proboszcz czy komendant straży pożarnej najważniejsza i najbardziej poważana osoba. I ci nauczyciele i pracownicy są podobno straszeni zwolnieniami (oczywiście subtelnie i aluzyjnie). Biorą te pożyczki, bo pani dyrektor ładny dom ma, to ją stać na zapłacenie tych rat. Trochę płaci, całkiem jak ksiądz, po czym płacić przestaje i zostawia ludzi z długami. Nie jej małpy, nie jej cyrk.
No i tu dochodzę do sedna… Jak tak można??? Co ci ludzie myśleli, biorąc pożyczki dla tej dwójki? Co im chodziło po głowie, że podjęli akurat takie decyzje? Nie mogę bliżej odnieść się do sprawy księdza, bo niewiele mam z kościołem wspólnego, ale pracuję w szkole i mam dyrektorkę. Nie prosiła mnie ona nigdy wprawdzie o pożyczkę, ale załóżmy, że kiedyś by to zrobiła pod groźbą zwolnienia. Załóżmy, że pracowałabym wtedy na wsi, gdzie o pracę trudno. Co bym zrobiła? Mogłabym odmówić, ona by mnie zwolniła, ja bym poszła do sądu pracy, ale szantaż trudno udowodnić. Jej słowo przeciwko mojemu. I co? Wystarczyłoby nagrać rozmowę pomiędzy mną a panią dyrektor, jak to subtelnie i aluzyjnie daje mi do zrozumienia, że może mnie zwolnić jeśli nie załatwię jej kasy. Są dyktafony, telefony, mp3-ki, cuda wianki.
Przykro mi, nie rozumiem tych ludzi. Nie rozumiem, dlaczego decydują się na takie kroki. Nie rozumiem, dlaczego ślepo ufają obcym sobie ludziom. Nie rozumiem, co nimi kieruje. Wiem, że jeśli biorę duże kredyty na siebie, to sama jestem sobie winna, że wydałam te pieniądze na siebie i coś z tego mam (nie ważne, czy były mi potrzebne na leczenie czy na własne przyjemności). Natomiast branie pożyczki na kogoś… w grę wchodzi chyba tylko najbliższa rodzina, której ufam, nigdy obcy. A jednak ksiądz czy pani dyrektor to ludzie dla mnie obcy…

niedziela, 30 sierpnia 2009

Reklamy.

Zdarza mi się oglądać reklamy. I to nie tylko dlatego, że wciskają się one w sam środek filmu czy występują pomiędzy moimi ulubionymi programami, ale po prostu dlatego, że to lubię. Oczywiście nie za każdym razem, bo powtarzane po tysiąc razy mnie nudzą, ale gdy pojawia się jakaś nowa reklama, zatrzymuję się na chwilę i ją oglądam. To takie niemal hobby. Zastanawiam się przy tym, co kierowało ludźmi tworzącymi daną reklamę, dlaczego ona jest taka, a nie inna-zwyczajnie staram się je ocenić.
Zazwyczaj reklamy mnie drażnią. Coś takiego w nich jest, że oglądając je, czuję się albo jak ktoś, kogo na daną rzecz nie stać, albo jak ktoś, kto jest na tyle głupi, żeby daną rzecz kupić, wierząc w te wszystkie cudowności, które dany produkt ma mi zapewnić. Jednak jest kilka rzeczy w reklamach, których nie toleruję.
Po pierwsze, wszystko jest taaaaaakie idealne. Jeśli to samochód, to drogi są piękne i puste, bo przecież nie można pokazać korków czy polskich, dziurawych dróg, po których tenże pojazd się posuwa. Jeśli kosmetyki, to kobiety bądź mężczyźni są piękni, młodzi i bez żadnych wad. Nawet jeśli jest to kosmetyk do zmarszczek to nie ma takiej opcji, żeby coś odbiegało od ideału, chociaż wiadomo, że JAKIEŚ zmarszczki ma każdy, choćby kurze łapki od uśmiechu. Aha, no i te panie uśmiechać się za bardzo nie mogą, bo te kurze łapki będzie widać, wystarczy jakiś wymuszony grymas podobny do uśmiechu. Jeśli to jogurt poprawiający pracę jelit, to wszystkie brzuchy są idealnie płaskie (dozwolone ewentualnie brzuszki ciążowe). Wszelkie inne produkty przedstawiają same piękne kobiety i samych przystojnych mężczyzn.
Po drugie, teksty. Czasami jak słyszę kwestię wypowiadaną przez aktora, to wszystko we mnie krzyczy. Jak choćby reklama, w której synek chce kupkę, ale tylko u Tomka, bo tam jest coś, czego w domu nie ma (nie powiedziałam, że zapamiętuję produkty). Albo wrzeszczący (śpiewający?) pan, który drze się na pół c, bo to półcenowa oferta. Ostatnio pojawia się reklama jakiegoś faceta w rajtuzach, który wszystkich zawstydza, bo zawsze jest u niego czegoś o 50% więcej. Albo reklama, gdzie panie próbują dowiedzieć się, jaki to ból głowy ma ich koleżanka, wydając z siebie różne dźwięki. Doprawdy, zastanawiam się czasami, jacy ludzie to wymyślaja i piszą i kto im to pozwala zrealizować.
Po trzecie, adresaci. Mam wrażenie, że zęby myją tylko młodzi ludzie, piorą tylko szare kury domowe, do fast food’ów chodzą tylko atrakcyjni młodzieńcy i piękne kobiety, włosy myją jedynie panie z długimi włosami, ewentualnie panowie z łupieżem, etc. Każdy produkt ma swojego adresata, żeby nie powiedzieć target (aaaa, nienawidzę tego słowa) i ja to rozumiem, ale dlaczego wszystko jest zawsze takie samo? Żadnej różnorodności, jakby w tych reklamach występowały klony.
Jednak nie przeczę, są i reklamy, które naprawdę mi się podobają i nie mam do nich zastzreżeń. Zrobione są z jajem, mają w sobie coś, czemu nie można się oprzeć, nawet jeśli są zbyt idealne czy skierowane do konkretnej grupy odbiorców. Uwodzą jakimś szczegółem, czasami melodią, czasami osobą, czasami optymizmem czy humorem. Żeby tak kilka wymienić-metoda na głoda, dawniej babcia, która na motorze jeździła po benzynę. Miło zrobione, chwytliwe, ciekawe, niebanalne. Można? Można, ale nie zawsze się chce.

sobota, 22 sierpnia 2009

Rodzice głupsi od dzieci.

Zawsze lubiłam oglądać programy, gdzie nianie wychowują dzieci. Namiętnie oglądam i męczę męża tymi  programami, nie tylko polską Supernianią, ale też wydaniami angielskimi czy amerykańskimi. Po pewnym czasie stałej obserwacji zdałam sobie jednak sprawę, że te nianie tak naprawdę nie wychowują dzieci, ale ich rodziców. I to mnie trochę przeraziło. Nie powiem, że sama będę idealną mamą, bo tego nie wiem. Niemniej wiem, czego robić nie wolno, czego robić się nie powinno, bo robi się krzywdę dzieciom. Widzę jednak coraz częściej, że wielu rodziców tego nie wie, nie czuje, że dziecko to też człowiek i nie powinno w wieku 4 lat robić siusiu w pieluszkę czy w wieku 7 lat spać z mamą w łóżku, bo mu to nie służy. Już nie wspomnę o braku reakcji na przemoc, kiedy dziecko bije rodzeństwo czy też rodziców, bo „ono jest małe, niesforne i wyrośnie z tego na pewno”. I to mnie przeraża.
Przykład pierwszy z brzegu, świeży, bo właśnie odeszłam od telewizora :) (niania angielska, rodzina chyba amerykańska). Rodzina dwa plus trzy, dwójka chłopców w wieku 6 i 3 lata i dziewczynka 18 miesięcy. Ojciec bardziej zajmuje się gołębiami, bo to jego hobby, matka zajmuje się trójką dzieci i całym domem. Stereotypowo pomyślałam, że z tatusiem to będzie problem, bo skoro on ma swoje hobby i zdanie, że to żona powinna zajmować się dziećmi, to do reform podchodzić będzie ciężko. Kurczę, przepraszam, nie powinnam myśleć stereotypowo, pokarało mnie.
Ojciec dostosował się do porad niani natychmiast, bez dyskusji zaczął pomagać swojej żonie i zajmować się dziećmi. Dzieci w sumie też dość szybko przyzwyczaiły się do zmian. Za to matka… Szkoda słów. Ona będzie spać z dziećmi w jednym łózku, bo to jej sprawia przyjemność, lubi mieć dzieci przy sobie i się do nich przytulać. Ona będzie pozwalać synkowi siusiać w ogrodzie [sic!], bo on tak chce i boi się łazienki. Ona będzie nosić dziecko cały czas na ręku, bo tak lubi. Ona nie będzie konsekwentna, bo jak dzieci płaczą to trzeba im dać wszystko, czego chcą. I tak na okrągło. Krzyczeć mi się chciało i zastanawiałam się, czemu ta niania nie przemówi jej do rozsądku. W końcu porozmawiała z nią, matka wyglądała, jakby w ogóle nie wiedziała o co chodzi. Jednak po rozmowie z mężem, bo ten najprędzej się nawrócił i zaczął zwracać uwagę żonie (dzięki Bogu za takich mężów), zaczęła w końcu myśleć bardziej logicznie. Oczywiście, jak zwykle w takich programach, wszystko dobrze się skończyło i cała rodzina stała się idealna i szczęśliwa, ale to już inna bajka.
Ile razy oglądałam programy, gdzie dzieci były rozwydrzone, krzykiem wymuszały, co tylko się dało, biły i wyzywały rodzeństwo i rodziców, niszczyły wszystko na swojej drodze, bo tak… Nie mam pojęcia, jakim cudem rodzice doprowadzili swoje dzieci do takiego stanu, bo przecież skądś się to musiało wziąć. Dzieci nie rodzą się takie, ale są takiego zachowania uczone. Normalne przecież, że dzieciaki wypróbowują rodziców-ich cierpliwość, ich konsekwencję. I normalne jest, że rodzic powinien postawić jasną granicę, co wolno, a czego nie. Zauważam jednak, że coraz częściej rodzice tej granicy nie zauważają albo nie chcą jej widzieć, co ma właśnie wymienione wyżej i niżej skutki.
Jak choćby na moim osiedlu. Tuż pod oknem mam plac zabaw, a że mieszkam na parterze to mam okazję przyuważyć to i owo. Lato to moja ulubiona pora roku, ale czasami mam serdecznie dość wrzeszczących dzieci. Rozumiem, że dzieci krzyczą, bo taka ich natura i to jest w porządku. Chodzi mi o przypadki, kiedy to dzieci naprawdę głośno wrzeszczą na siebie albo ogólnie w powietrze, a rodzice udają, że nie słyszą, bo tak im wygodniej. Najczęściej mama siedzi ze swoimi koleżankami i jeśli czasami na swoje dziecko spojrzy to tylko po to, żeby sprawdzić, czy jeszcze żyje.
Albo autobusy. Jejku, ile razy zdarzały mi się sytuacje, gdy dzieci wchodziły i sadowiły się na jedynym wolnym miejscu, a gdy tylko matka próbowała wziąć je na kolana wrzeszczały tak, że głowa boli. Co robi wtedy matka? Oczywiście odpuszcza i pozwala dziecku na wszystko. Ja rozumiem, że awantura w autobusie jest jej nie w smak, ale skądś się to dziecko musiało tego nauczyć, nie wierzę, że to jego pierwszy raz. Gdyby od początku uczone było, że siada u mamy na kolanach albo wcale, nie byłoby tego problemu.
I coś, co rozumiem najmniej-bicie. Nie wierzę w teorię, że jak rodzic bije dziecko to i dziecko bije rodziców. Ja też dostawałam klapsy, ale w życiu nie wpadłam na pomysł, żeby uderzyć własną matkę! Nie rozumiem, jak rodzic może nie reagować albo reagować ewidentnie za słabo w momencie, kiedy dziecko pozwala sobie na bicie kogoś. Tutaj nie powinno być dyskusji-jasna reakcja rodzica, kara, rozmowa, cokolwiek odnosi skutek, ale stanowcze, konkretne. Tymczasem jakże często tego nie ma. Znam przypadki, kiedy rodzic wybucha śmiechem, bo jak te małe piąstki zaczynają machać to takie słodkie. I na pewno z tego wyrośnie, i jest takie niesforne… TO MNIE PRZERAŻA.
I w końcu wtrącę swoje trzy grosze jako nauczycielka. Skoro dzieci wychowywane są w ten sposób, nie maja pomocy genialnej niani, a potem w efekcie trafiają do takiego gimnazjum, gdzie są już w pełni rozwinięte, a rodzice sobie z nimi stanowczo nie radzą, to co JA mam powiedzieć? Przykład pierwszy z brzegu, z własnego doświadczenia. Dzieciak wyzywa mnie od ku… i szmaty. Jedyne co mogę zrobić to napisać mu uwagę, co robię i wezwać rodzica, co robię. Matka przychodzi, wysłuchuje mojej skargi, kiwa głową i odchodzi bez słowa. Nie słyszę słowa „przepraszam” ani od dziecka, ani od matki. Pewnie powinnam była wezwać policję i żałuję teraz, że tego nie zrobiłam (chociaż jak znam życie to policja by mnie wyśmiała, bo przecież dzieciak jest niesforny-moje „ulubione” słowo). Ta sama matka u pedagoga dochodzi do wniosku, ze ona chce, żeby jej dziecko trafiło do ośrodka, bo przynajmniej w domu byłby spokój! Ludzie, na jakim świecie ja żyję???