Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nerwy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nerwy. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 maja 2013

Etaty.


Dorwała mnie przykra rzeczywistość. Zawsze twierdziłam, że angliście bezrobocie nie grozi, że zawsze gdzieś znajdzie pracę. Że zawsze jakaś szkoła będzie szukać nauczycieli, bo dobrych nauczycieli ubywa. I, prawdę mówiąc, nadal tak twierdzę. Problem polega na tym, że ja chcę pracować w TEJ, KONKRETNEJ szkole. Tymczasem w mojej szkole coraz mniej godzin, coraz mniej etatów. Bo uczniów coraz mniej. Ciągle czekamy na wyż, bo w gimnazjum nadal króluje mała ilość uczniów.
I to nie tylko w moim gimnazjum. Gimnazja biją się o uczniów, bo każdy chce zatrzymać nauczycieli, mieć etaty i pracę. W zeszłym roku po raz pierwszy zaliczyliśmy ogromny kryzys, kiedy to padały etaty, a nauczyciele odchodzili, bo z pieniędzy za dziewięć godzin przeżyć się nie da. W tym roku, choć już nie tak tragicznie, wcale nie jest lepiej. Po raz kolejny dostaję umowę na dziewięć godzin. Być może we wrześniu będzie lepiej, być może będzie więcej uczniów niż zakładamy. Ale to tylko być może.
Na pewno będziemy wiedzieć we wrześniu, czyli za późno, żeby szukać pracy. W takim razie powinnam zacząć szukać już teraz. Zapewne jakaś szkoła przyjmie mnie na  pół etatu z pocałowaniem ręki. Problem pojawi się, gdy we wrześniu okaże się, że jednak wydoliliśmy na szesnaście czy siedemnaście godzin, bo o etacie już nie wspomnę. Wtedy pozostanie mi zrezygnować z tej wyszukanej pracy. Oni zostaną bez nauczyciela na dzień pierwszy września, ja spokojnie popracuję u siebie. Niby nic takiego, ale jeśli ta sytuacja powtarza się co roku, przestaję być wiarygodna i pewnego dnia moje CV zostanie odrzucone już we wstępnym etapie. 
Albo drugi scenariusz. Nie będę szukać pracy, bo zapewne we wrześniu będzie lepiej, przecież zawsze pani dyrektor zakłada najgorszy scenariusz. Tymczasem w efekcie zostanę z dziewięcioma godzinami dnia pierwszego września. Na szukanie pracy będzie nieco za późno, z pieniędzy za dziewięć godzin żyć się nie da. Zostaję z ręką w nocniku.
Nie ma idelanego rozwiązania. Albo ja kogoś wydymam, albo potencjalnie sama zostanę wydymana (i to nie w ten przyjemny sposób).

czwartek, 10 stycznia 2013

Dodatek motywacyjny - epilog.


Wróciłam do szkoły i to widać od razu. Znowu rwę sobie włosy z głowy i znowu brać nauczycielska i uczniowska dostarcza mi nowego materiału na posty. Nie będzie więc farmazonów w stylu łapówek i basenów, wracamy na własne podwórko i do dalszego kalania własnego gniazda.
Kilka dni temu pani dyrektor uszczęśliwiła nas arkuszem, w którym musimy wyspowiadać się ze wszystkich swoich działań. Ma to służyć sprawiedliwemu przyznawaniu dodatków motywacyjnych. Byłam wniebowzięta, choć miałam zastrzeżenia co do samej treści dokumentu. Powód był prosty - po ostatnim dodatku motywacyjnym zwątpiłam w sens jego dostawania, bo kwota tak bardzo mnie oszołomiła, że nie wiedziałam, czy najpierw kupować zegarek Cartiera, czy pierścionek z brylantem (oczywiście sarkazm).
W pokoju nauczycielskim oczywiście od razu usłyszałam, jaka to wielka niesprawiedliwość i bezsens produkować kolejne papiery. A ja oczywiście stanęłam okoniem i stwierdziłam, że ja się cieszę, bo czuję się niesprawiedliwie potraktowana i uważam, że teraz będzie przynajmniej jaśniej i konkretniej. To, co usłyszałam od jednej z nauczycielek, powaliło mnie na kolana (cytat „mniej więcej”, ale sens zachowany):
- No tak, bo TY latasz teraz na kursy, bo młoda jesteś, a ja 20 LAT PRACUJĘ i wszystkie te szkolenia już przeżyłam!
I powiem, co mi się od razu nawinęło do głowy: „Dodatku motywacyjnego nie dostaje się przez zasiedzenie, a za lata pracy jest wysługa. Jak się chce dostawać więcej, trzeba zasuwać.” Nie odpyskowałam, bo mimo że zazwyczaj mam cięty język i mówię szybciej niż pomyślę to wiem, że z tą panią rozmowy nie ma. Starszy ma mieć zagwarantowany szacunek i młody nie będzie jej pyskował – takie jest jej zdanie.
No tak, nie ma już ochoty wiele robić, bo swoje przepracowała i swego czasu udzielała się jak mogła. I ja to rozumiem i szanuję. Nie wiem, czy sama nie odpuszczę sobie po zrobieniu awansu na kilka lat. Trzeba przystopować, nie da się na 150% cały czas. Tylko że wtedy nie będę oczekiwała wysokiego dodatku. Będę musiała zadowolić się średnim, bo po mnie przyjdą zapewne następni. Tymczasem pani uważa, że skoro pracuje dłużej, to powinna dostawać więcej nie tylko pensji (wysługa lat, wyższy stopień awansu), ale też wszystkich pozostałych apanaży, które zależą od nieco innych warunków niż lata pracy.
Nie przejmuję się jednak aż tak bardzo (choć ciśnienie mi podniosła), bo najczęściej najgłośniej krzyczą ci, którzy mają niewiele do napisania. Ja tam wypełniłam arkusz i wysłałam go do oceny, a z jego zawartości byłam całkiem zadowolona, choć oczywiście mogłam robić jeszcze więcej...

sobota, 29 grudnia 2012

Niezły biznes.


O Średzkim Parku Wodnym brać blogowa już co nieco napisała, ale ja wypowiem się w nieco innym kontekście, gdyż właśnie zdarzyło mi się w tym przybytku gościć. A że tematów szkolnych trochę mi ostatnio brak, to popastwię się nad naszym wspaniałym, polskim „byznesem”. Może i jestem niesprawiedliwa, może i on nie tak całkiem polski, może w innych krajach też tak ludzi robią w bambuko, ale ja nie w innych krajach mieszkam, tylko w Polsce i dlatego się czepiam (podejrzewam, że nie chodzi tu również o Środę Śląską konkretnie, ale tylko tam zdarzyło  mi się odwiedzić Park Wodny, co – tak na marginesie – brzmi o wiele dumniej niż zwykły basen). A czepiać się jest czego.
Już pomijam kwestię windy, którą podniosła Kruszyzna, bo udało mi się bez ofiar w ludziach wózek do góry wnieść. Problem zaczyna się, kiedy kupujemy bilet. Mówimy, że na godzinę, bo jesteśmy (ja i babcia) z dzieckiem, a wiem, że Młody nie wytrzyma całej godziny w wodzie, więc zostanie nam te 15 minut na przebranie się i wysuszenie czupryny. Pani pyta, czy może jednak na dwie godziny (pewnie nauczona doświadczeniem), ale grzecznie stwierdzamy, że dziękujemy. O my naiwne!
Nie mam pretensji o to, że ma się godzinę na WSZYSTKO, od wejścia i przebrania się począwszy, a na wymyciu, przebraniu i wysuszeniu się skończywszy. Byłabym wtedy zbyt czepialska, gdyż – jak już pisałam – z pewnością ta sama zasada działa w innych przybytkach zwanych szumnie aquaparkami. Przyczepię się do czegoś innego. W swej bezgranicznej wierze i nadziei nie przewidziałam bowiem dwóch rzeczy. Primo, prysznice siąpią wodą, jak przy suszy w Afryce, przez co choćby umycie włosów staje się sportem ekstremalnym. No ale spoko, czuprynę mogę sobie w domu umyć, nie bądźmy tacy małostkowi.
Secundo, suszenie szanownej rozczochranej. O ile myć nie muszę, co zaoszczędzi mi jakieś 10 minut (dokładne spłukanie szamponu niewykonalne), o tyle z mokrym łbem na mróz wyjść się nie podejmuję. I co widzę? Dwie (DWIE!!!) suszarki do włosów, które swoją mocą powalają. Podejrzewam, że prędzej wysuszyłabym włosy dmuchaniem mojego syna. Doprawdy, żenujące. Albo spodziewali się dwóch klientów na godzinę, przy czym oboje musieliby być niemal łysymi osobnikami (w końcu kobieta też może być łysa), albo poważnie sobie w kulki lecą, próbując wyrolować ludzi na kasie. Bo przecież licznik bije, a suszarek na zewnątrz brak. Oczywiście można przynieść swoją turbo suszarkę i zaoszczędzić pewnie jakieś 20 minut przy moich włosach, ale po pierwsze trzeba o tym wiedzieć, a po drugie trzeba mieć siłę nosić te toboły (jak przynieść prysznic?).
I tu właśnie mózg  mi stanął w poprzek. Cena za godzinę wprawdzie nie powala (za to już we wrocławskim aquaparku i owszem, a zasady te same, tyle że nie wiem, jak działają prysznice i suszarki), ale biorąc pod uwagę wszystkie czynności towarzyszące, które muszę wykonać przed wejściem i po wyjściu z wody na samo pluskanie zostaje mi jakieś 20 minut i to tylko wtedy, jeśli nie natrafię przy wyjściu na tłum ludzi pod suszarką choćby. Oczywiście mogę zapłacić za dwie godziny, względnie pominąć wszelkie czynności towarzyszące, ale nie sądzę, żeby klienci byli z takich opcji szczególnie zadowoleni.
Dlatego właśnie uważam, że aquaparki to świetny biznes i naciąganie ludzi na kasę. W ogólnym rozrachunku posiadam dwa wnioski. Uno, do aquaparku w Środzie zajrzę od czasu do czasu, jak będę cierpiała na nadmiar gotówki. Do wrocławskiego nigdy, żeby nawet rafę koralową mi tam zainstalowali. Nie za te pieniądze. Duo, albo ludzie są szaleni, albo biznes szybko przestanie być opłacalny i aquapark w Środzie obniży swoje loty albo zniknie. Stawiam na to drugie, bo nawet wspaniała zjeżdżalnia, z której korzystałam pierwszy raz w życiu i niemal jestem gotowa zamontować ją u siebie w domu nie przekona mnie do tego, żeby bywać tam częściej (chociaż oczywiście aquapark sam w sobie jest świetny). Bo nie lubię, jak się mną manipuluje i robi się mnie w ..... sami wiecie w co.

czwartek, 20 grudnia 2012

Historia pewnej lekcji...


Są chwile, kiedy nie mam już siły i to zazwyczaj wtedy stwierdzam, że się do tego zawodu jednak nie nadaję. Właśnie dzisiaj jest dzień przeplatający momenty dobre i złe, ale że muszę się wyładować, to odniosę się tylko do tych złych. 
Jest sobie klasa. Zwykła, całkiem przeciętna. Nie ma w niej jednostek całkiem tragicznych, które rozwalają cała lekcję i przyprawiają o stan, w którym sepuku wydaje się być pieszczotą. Nic z tych rzeczy. Na lekcji cisza, nikt nie przeszkadza, nie odzywa się. I wbrew pozorom w tym tan naprawdę jest problem. NIKT SIĘ NIE ODZYWA. WCALE. Nikt nic nie wie, nie umie, nie odpowiada na żadne moje pytanie. Jedyną reakcją jest „Nie wiem, nie umiem, niech mi pani wstawi banię.” I nie ważne, czy chodzi o powtórzenie, czy o rzeczy, które przed chwilą tłumaczyłam. 
I właśnie z tej klasy przychodzi do mnie na przerwie jeden z uczniów i mówi, że on chce się poprawić i co on może zrobić. Pękłam. Powiedziałam, że skoro on nic nie robił przez cały semestr, to ja nie zrobię teraz niczego dla niego. Miał szansę poprawiać się przez pół roku, konsultacje były, nie przyszedł. Podjął pewną decyzję i czas w końcu ponieść jej konsekwencje. Mam dość.
A teraz właśnie siedzimy sobie w ławkach, nie robimy kompletnie nic i w sumie wszystko jest jak zwykle. Bo oni nie robią nic bez względu na to, czy ja prowadzę lekcję czy nie. I już załączają mi się wyrzuty sumienia i że tak nie powinnam robić, że może jednak powinnam dać im szansę, że tak nie postępuje prawdziwy pedagog... Ale zaraz przypominam sobie, że dawałam im już niezliczoną ilość szans i że próbowałam ich wyciągnąć niezliczoną ilość razy. I zagłuszam te wyrzuty sumienia stukotem klawiatury.
Tak, siedzę na lekcji i piszę posta, a wszyscy uczniowie siedzą i nie robią nic.