Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 stycznia 2010

Nasz kochany NFZ.


Po urodzeniu dziecka i szczęśliwym w końcu wyjściu ze szpitala, w którym spędziliśmy dwa tygodnie (zapalenie płuc), pani doktor dała mi listę zaleceń. Może i długa ona nie jest, ale jednak kilku lekarzy musimy odwiedzić. I co następuje: audiolog, ortopeda, okulista, neurolog i kardiolog. Kardiolog to mały pikuś, bo dopiero w szóstym miesiącu życia, ale okulista, neurolog i ortopeda na cito. Ponieważ mały miał dwa tygodnie, kiedy wyszedł ze szpitala, mamy kolejne dwa tygodnie na te wizyty, bo wszystkie powinny być odbębnione po miesiącu życia. Zasiadłam więc po przyjeździe do domu z komputerem, żeby sprawdzić numery telefonów i telefonem, żeby się zarejestrować.
Nie, nie miałam złudzeń, że wszystko pójdzie dobrze. Żyję w Polsce już niemal 30 lat i kilku lekarzy miałam okazję odwiedzić. I teraz właśnie w ramach rozrywki, czasami śmiesznej, czasami mniej, napiszę po kolei,  jak udało mi się załatwić wizyty u lekarzy.
Okulista. Dzwonię do poradni, gdzie dowiaduję się, że na ten rok już nie rejestrują, bo nie ma miejsc. Ani na NFZ, ani prywatnie. Na przyszły rok rejestracja dopiero od 17 grudnia. Myślę sobie-dobrze. Jednak na wszelki wypadek dzwonię do innej przychodni, żeby nie było, że poprzestaję na jednej. W drugiej przychodni sytuacja analogiczna, ale przyjmują już zapisy na przyszły rok… prywatnie. Niechże będzie, nie będę dziecku żałować. Termin: 13 stycznia. Kiedy mówię, że dziecko ma zalecenie na TERAZ, pani stwierdza, że tak mają wszystkie dzieci i wszystkie przychodzą za późno, bo nie ma terminów. No cóż, niech i tak będzie. Jednak 17 grudnia dzwonię do przychodni, gdzie są zapisy na NFZ, bo po co mam płacić. Pani oświadcza mi, że na styczeń NIE MA JUŻ WOLNYCH TERMINÓW!!! Przecież zapisy dopiero się zaczęły! No nic, inni byli szybsi ode mnie. Grunt, że mam termin prywatnie.
Neurolog. Zalecenia jak wyżej, czyli jak najszybciej, bo dziecko musi być przebadane po raz kolejny. Dzwonię do poradni, gdzie pani informuje mnie, że na ten rok nie rejestrują, bo nie ma już miejsc. Na przyszły rok proszę dzwonić w styczniu, bo nie wiedzą, jak ich NFZ zakontraktuje. Prywatnie na ten rok też nie ma terminów, na przyszły rok proszę dzwonić w przyszłym roku. I nie da się nic zrobić, że dziecko musi być przebadane TERAZ, bo teraz nie ma terminów.
Ortopeda. Zalecenia jak wyżej, czyli jak najszybciej. W poradni rejestrują, oczywiście na przyszły rok. Najbliższy termin: 19 marca. Co mam robić, rejestruję dziecko, bo nie mam innej opcji. Ani pani w rejestracji, ani ja nie możemy nic z tym zrobić, bo takie są terminy.
Cudnie. Zastanawiam się tylko, kiedy powinnam zarejestrować dziecko, żeby mogło się dostać do lekarza w wymaganym terminie. Miesiąc przed urodzeniem? Dwa miesiące? Pół roku? I dlaczego? Podobno mamy mały przyrost naturalny, dlaczego więc do lekarzy są takie terminy? Paranoja to mało powiedziane. Najciekawsze jest to, że nawet prywatnie nie ma terminów, bo większość rodziców oczywiście też chce dobrze dla swoich dzieci i jak się nie da na NFZ to próbują prywatnie. I tak się to wszystko kręci.

niedziela, 20 grudnia 2009

Szpitalna rzeczywistość.


Ostatnio przez dwa tygodnie byłam  w szpitalu. Ze mną wszystko było w porządku, to mój młody miał zapalenie płuc. Faktem jest jednak, że leżałam sobie w sali chorych i korzystałam ze wszystkich szpitalnych przywilejów. A przywilejów było wiele, oj wiele. Przede wszystkim mogłam jeść posiłki i po nich nie zmywać, nie musiałam sprzatać, właściwie tylko sobie leżałam, chodziłam karmić syna… i tyle. Pobyt w Hiltonie musi być bardziej męczący niż mój pobyt w szpitalu. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie…
Sprzątanie. Bardzo skromna wersja. Żadnych detergentów, żadnych tego typu dziwactw. No może w wodzie do mycia podłóg coś było, jednak w ilościach bardzo skromnych. Oczywiście mycie podłóg również w wersji skromnej, czyli byle jakie przejechanie wykładziny PCV, tak mniej więcej co kilka metrów. Pod łóżkami walał się brud, ale przecież nikomu nie przeszkadzał. Od czasu do czasu (czyli przed poniedziałkowym obchodem) wparowywała pani pielęgniarka i grzmiącym głosem nakazywała nam sprzątnie pod łóżkami, bo oni nie mogą czystości utrzymać! Po czym pani salowa znowu byle jak rozbełtała syf, który był obecny na podłodze. Jeśli chodzi o przecieranie umywalki, parapetów i stołu to bywało. Oczywiście umywalka zarośnięta kamieniem i kurzem, ale jak się nie będzie myć wystarczająco długo to odpadnie samo. W ciągu dwóch tygodni ta umywalka widziała detergent jeden jedyny raz, w dniu mojego wyjścia. Ta sama sytuacja w sanitariatach. Kiedy pewna kobieta zemdlała pod prysznicem i upadła, ślady jej krwi zostały zachowane na kafelkach jeszcze przez tydzień, pewnie w ramach tygodnia pamięci o zemdlałych. Toalety lśniły równie nienaganną czystością.
Jedzenie. Absolutnie boskie. Nie da się ukryć, że oczekiwać cudów  nie mogłyśmy, bo byłyśmy na diecie dla matek karmiących, ale nie o samo menu tu chodzi, ale o jego realizację. Wszystko - czy to był ryż, czy ziemniaki, czy cokolwiek innego - rozgotowane albo niedogotowane. Z rzadka zdarzało się, że coś było odpowiednio przygotowane. Hitem tygodnia była piątkowa ryba. Pulpet albo klops rybny - tak się to coś nazywało. W rzeczywistości była to zmielona masa śmierdzącej, jakby zepsutej ryby z puszki, oczywiście zmielonej razem z puszką. Nikt ze szczątkowym zmysłem powonienia nie był w stanie tego zjeść. Śniadania z „pastą” jajeczną lub serową również biły rekordy popularności. Nie za bardzo było wiadomo, co w tych cudach jest, ale z pewnością nie było to do końca jadalne. Próbowałam…
Przynajmniej na lekarzy i pielęgniarki nie muszę się skarżyć, z jednym wyjątkiem. Po trzech dniach leżenia przyszedł moment na genialne pytanie: „Kiedy pani wychodzi?” I niby ja miałam to wiedzieć. Dziecko na górze, leczą je na zapalenie płuc, człowiek drży o jego życie i zdrowie, a lekarze bardzo subtelnie dają do zrozumienia, że lepiej  by było, gdyby nas już tu nie było. Oczywiście pytanie powtarzało się codziennie. Ile razy miałam ochotę odpowiedzieć: „Oj, nie wiem, tak mi tu dobrze. Warunki pobytu lepsze niż w pięciogwiazdkowym hotelu, jedzenie jak w restauracji Gordona Ramseya, po co miałabym wychodzić.” Oczywiście nigdy, nawet w ostatni dzień, nie odważyłam się tak odszczeknąć. Jednak mimo wszystko lekarze i pielęgniarki byli mili.
Muszę też podziękować jednej pani salowej, która na przekór wszystkiemu starała się bardzo dobrze wykonywać swoje obowiązki. Przy tak marnych środkach, jakimi dysponowała, nawet miło było iść pod prysznic po tym, kiedy to ona sprzątała. Przecierała nawet podłogę pod łóżkami.  Niestety, z niewyjasnionych powodów, na naszym piętrze witała dośc rzadko.
Ja rozumiem, że szpital stary, że pieniędzy nie ma, że trudne warunki, ale jakieś podstawowe zasady obowiązują. A może nie?