Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matura. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Egzaminy.


Nie ma siły, jakoś wiedzę sprawdzić trzeba. Nie ma chyba doskonałej dla wszystkich metody. Słuchowcy (że tak nawiążę do swojego ostatniego posta) będą się męczyć czytając przez 60 minut. Kinestetycy zejdą, jak im się każe tyle siedzieć, dla wzrokowców słuchanie będzie drogą przez mękę. Ekstrawertycy nie będą mogli się skupić, bo dla nich działanie to życie, introwertycy stwierdzą, że pisanie egzaminu w ciszy przez 60 minut to marzenie ich życia.
Oczywiście z wyborem przedmiotów też jest problem. Bo na egzaminie gimnazjalnym to jest wszystko, więc stanowczo za dużo, na maturze obowiązkowa matematyka, która spędza sen z powiek maturzystom (też tego nie rozumiem i łączę się w bólu). A tu jeszcze trzeba wybrać coś, jeśli się chce startować na jakieś studia. Ogólnie rzecz biorąc, wszystkiego jest za dużo i całkiem nie tak, jak być powinno.
I tutaj moja osobista konkluzja. Owszem, egzaminy nie są idealnym sposobem, ale lepszego jak dotąd nie wynaleziono, więc pozostaje się nam z tym pogodzić. Jedno bym natomiast zmieniła – powinno być trudniej. Przez lata obniżaliśmy poziom, żeby (nie wiedzieć dlaczego) każdy miał maturę. Efekt tego jest jeden – matura jako papierek i jako egzamin całkiem się zdewaluowała. Teraz próbujemy ten poziom znowu wywindować, ale młodzież, przyzwyczajona do dobrego, tak łatwo nie odpuści. 
Egzaminy gimnazjalne też powinny być trudniejsze, ale to musiałoby wiązać się z pewną (kolejną zresztą) zmianą. A mianowicie – odsiew. Obowiązek nauki do 18 roku życia to bzdura. Wielu jest takich, którym to do życia zupełnie zbędne. Dla wielu katorga i sztuka dla sztuki. Podstawówka – tak, gimnazjum – być może, ale z możliwością wyrzucenia, szkoła średnia – dla chętnych.
To nadal nie jest ideał. Idąc o krok dalej i mieszając już całkiem tematy (tak mi się zebrało na podsumowanie), powinniśmy wrócić do modelu 8+4. Przerzucanie młodych ludzi z jednej szkoły do drugiej to i dla nich, i dla nas, prawdziwa katorga. Najpierw podstawówka, gdzie ledwo zdążymy się do czegoś przyzwyczaić, już jest to odbierane (klasy I-II, a potem IV-VI). Potem gimnazjum, gdzie w czasie potrzeby tworzenia się mocnych więzi, spędzamy ze sobą zaledwie trzy lata. Za mało, zarówno na przyswojenie wiedzy, jak i dla kontaktów międzyludzkich. W końcu szkoła średnia, gdzie niektórzy znaleźli się z przypadku, bo mają „obowiązek szkolny”. 
Ten system jest chory i tylko przykro, że niemalże nikt tego nie widzi. Znaczy niby widzą, bo coś przebąkują o kolejnej zmianie, ale ja w to nie wierzę. Całkiem niedawno obchodziliśmy dziesięciolecie powstania gimnazjów i ile się tam peanów usłyszało to uszy puchły. Dlatego myślę, że w rzeczywistości gimnazja mają się całkiem dobrze i ich pozycja ugruntowała się całkiem mocno, pomimo tego co mówi duża część nauczycieli (przecież to ciemna masa jest, nie warto ich słuchać), że to zło wszelakie i powinno się tego zakazać.

niedziela, 20 maja 2012

Edukacja.


Długo zbierałam się z tym postem i długo nie mógł się w mojej głowie on ułożyć. Dlaczego? Bo to post określający moje pojęcie edukacji, poparty opiniami Ryszarda Legutko, a także kilku moich znajomych, którzy może profesorami nie są, ale myśleć logicznie potrafią. Do napisania tego posta skłonił mnie wywiad, który przeczytałam tylko i wyłącznie dzięki naszej wspaniałomyślnej pani dyrektor, która wyszukuje informacje z dziedziny szkolnej i zapodaje je w pokoju nauczycielskim. I tak w pewnym momencie, gdy nie miałam niczego innego do roboty, usiadłam i przeczytałam sobie ten wywiad. I oczywiście okazało się, że pan Legutko nie mówi niczego odkrywczego. Niczego, czego nie wiedziałby i nie mówił niemal każdy nauczyciel z każdej szkoły, tyle że on ma głos w gazecie, a my nie. Problem polega na tym, że jego też nie usłyszą i oleją, bo taka rola rządu.
Ale do rzeczy. Czytam słowa, które są niczym miód na moje serce:

(...) nie ma czegoś takiego jak umiejętność bez wiedzy. Żeby wytworzyć w sobie umiejętność, trzeba przebrnąć przez spory obszar wiedzy. Nie można nabrać umiejętności czytania i rozumienia tekstów literackich, jeżeli nie czyta się książek. Postulat ograniczenia się do samych umiejętności jest postulatem niemądrym. Dziś, żeby zdać maturę, nie trzeba wcale znać literatury polskiej, historii, a nawet posiadać orientacji w – przepraszam za wyrażenie – polskim kodzie kulturowym.

Jak się to ma do języka angielskiego? Ano nie za bardzo możemy uznać wypowiedź za „komunikatywną”, jeśli uczeń nie zna podstawowych zasad gramatyki i operuje bezokolicznikami. Tymczasem według mojej pani dyrektor (i, jestem przekonana, wielu innych osób również) przywiązuję za dużą wagę do gramatyki zamiast do „komunikatywności” wypowiedzi. Ponadto jakim cudem uczeń ma umieć cokolwiek, jeśli nawet tych słówek nieszczęsnych się nie nauczy? Żeby używać języka jako całości, trzeba znać słówka, umieć ich poprawnie użyć w zdaniu i umieć ułożyć to zdanie poprawnie, co gwarantuje znajomość i umiejętność używania gramatyki.
Dygresja: moja nauczycielka od francuskiego w liceum uważała, że kartkówki ze słówek są śmieszne i zupełnie niepotrzebne, bo na pamięć to każdy idiota potrafi się nauczyć. Takie kartkówki sprawiają jedynie, że można podciągnąć sobie ocenę zwykłą pamięciówką. Dlatego też dawała nam zawsze zdania do tłumaczenia na kartkówkach, bo dopiero ułożenie zdania oznaczało prawdziwe sprawdzenie umiejętności. Ogólnie rzecz biorąc się z nią zgadzam, ale z czasem odtajałam nieco i stwierdziłam, że niech chociaż sobie tymi słówkami oceny poprawią. Nie zadziałało, nie uczą się nadal.
Druga strona tego medalu to właśnie wiedza i odnoszący się do tego system oceniania. W naszej szkole obowiązuje zasada 30% na zaliczenie. Co znajduję, czytając Wewnątrzszkolny System Oceniania? Taki zapis, który mówi, że uczeń „z pomocą nauczyciela jest w stanie rozwiązywać zadania o niewielkim stopniu trudności”. Czyli jak uczeń wyjdzie ze szkoły i nie będzie przy nim nauczyciela, to już nie musi umieć rozwiązywać tych samych zadań. A zaznaczę, że chodzi o zadania o niewielkim stopniu trudności. Jak potem ten sam uczeń ma sobie poradzić w życiu, bez nauczyciela u boku, tego nie wiem.
Kolejny cytat dotyczy wychowania:

„Wychowania w szkole już nie ma, i to nie ma go nawet w wersji śladowej odnoszącej się do prostych odruchów „proszę” czy „dziękuję”. Nauczyciele są coraz bardziej zastraszeni – przez uczniów, przez rodziców, przez regulacje prawne. Zwykle w sporach między uczniem a nauczycielem przegrywa ten ostatni. Są prawa ucznia, rzecznicy do wszystkiego się wtrącający, a nauczyciel zostaje sam. Dyrektor nie stanie po jego stronie, koledzy nauczyciele prywatnie pewnie będą go pocieszać, ale publicznie nie będą się z nim solidaryzować, dziennikarze też w większości nie poprą, więc co ma robić? Można odnieść wrażenie, ze ogromna część Polaków zgłupiała, uważając, że najlepsze wychowanie to brak wychowania.”

Tym razem jednak nie do końca się zgadzam. Wychowanie na poziomie najwcześniejszym się jeszcze odbywa. Dzieci uczą się kultury w przedszkolu czy nauczaniu początkowym. Potem i tak jest już za późno, bo czego mogę oczekiwać (poza drwiącym spojrzeniem i powiedzeniem „spierdalaj”) od ucznia gimnazjum, którego może i w szkole próbowali nauczyć, ale on potem wracał do swojego domu, gdzie są takie a nie inne warunki? I kolejna rzecz: jeśli dyrektor jest dobry, stanie jednak po stronie nauczyciela. Oczywiście istnieje wiele malutkich szpileczek, bo niby stanie po stronie nauczyciela, ale potem na dywaniku ten sam nauczyciel usłyszy, że „może Pani nie powinna się tak zachować/zareagować/unieść, etc?” Ale jednak jakieś tam wsparcie ma. 
Nie jest natomiast wsparciem rzekome uznanie nauczyciela za funkcjonariusza państwowego. Niby w teorii miało pomóc, teraz generuje niesmaczne żarty, jak to nauczyciele nie potrafią poradzić sobie ze zwykłym dzieciaczkiem. Także nauczyciele bardzo rzadko sięgają po ten sposób radzenia sobie z „trudną, niesforną” młodzieżą. Inna sprawa, że nawet zwrócenie się do sądu nie da niczego, czego taki uczeń by już nie znał. Przecież do poprawczaka go nie dadzą, a kuratora to ma już od dawna. Oczywiście zdarzają się sytuacje, kiedy jednak trafi on do poprawczaka, ale to są jednostkowe przypadki. Te przybytki i tak są już przepełnione i nie ma miejsca na dzieciaki, które zastraszają nauczycieli i stanowią potencjalne zagrożenie (głównie dlatego, że poza słowami niczego innego nie zrobili). Dramat zaczyna się dopiero, kiedy stanie się coś naprawdę tragicznego i wtedy właśnie słyszymy „dlaczego nikt wcześniej nie zareagował?” A może reagował, tylko go nie słuchano...
Co do dziennikarzy – w tym upatruję największej odpowiedzialności. Oczywiście nie twierdzę, że gdyby nie dziennikarze, to wszystkie dzieci by były grzeczne i kochane, a nauczyciele poważani. Jednak manipulacja informacjami w przypadku dziennikarzy jest zadziwiająca. Mówią i piszą to, co akurat jest im na rękę, co ładnie wygląda w druku czy na ekranie, a nie stan faktyczny. Jeśli nauczyciele skarżą się na jakiegoś ucznia, to najpewniej się na niego uwzięli, a on biedny ma ADHD i próbuje sobie z tym poradzić. Szkoła jest tu na przegranej pozycji, bo dziennikarze ustawią się murem za płaczącą matką i biednie wyglądającym dzieckiem, które może nawet kilka łez uroni przed kamerą. A potem ten sam uczeń trafia do gimnazjum i matka stwierdza, że może lepiej, żeby on jednak trafił do ośrodka, to w domu spokój już będzie, bo ona nie ma już siły. Przykład z życia wzięty, z własnego podwórka.
Jednak największej odpowiedzialności upatruję tutaj w rodzicach. To oni są odpowiedzialni za wychowanie swojego dziecka od najmłodszych lat. Mój syn ma 2,5 roku i już dziś ma swoje obowiązki (sprząta swoje zabawki zarówno w domu, jak i w przedszkolu – odkłada na miejsce po zabawie), mówi „przepraszam, proszę i dziękuję” i wymagana jest od niego elementarna kultura, czyli wszelkie „dzień dobry, do widzenia” i brak awantur. Wie, że wszystko jest do załatwienia bez awantury, a żadne histerie nie pomogą mu dostać to, czego akurat chce. Oczywiście to wszystko jeszcze raczkuje, ale wymagane jest od niego konsekwentnie codziennie. Tymczasem mam do czynienia z dziećmi, które nie mówią nawet „dzień dobry”, a co dopiero wymagać od nich kultury wyższej. One zajmują się awanturowaniem się w każdej sytuacji, wymuszaniem, mają wciąż nowe roszczenia, jakbym była na ich rozkazy. I tutaj znowu cytat:

Rodzice w ogromnej większości uważają, że obowiązek wychowawczy przejmuje szkoła i że oni w związku z tym chcą mieć święty spokój. A święty spokój oznacza, że nie chcą być nękani, nie chcą słyszeć, że jest jakiś problem, że coś trzeba zrobić. Zrzucają odpowiedzialność na szkołę, lecz nie przyjmują do wiadomości skutków, jakie z tego przeniesienia odpowiedzialności wynikają. Nauczyciele mają wychowywać, ale jednocześnie maja się naszych dzieci nie czepiać. Tak się nie da, a podobna postawa rodziców dowodzi niestety zdziecinnienia.

No i nadchodzi pytanie, czy da się coś z tym zrobić? Czy jest jeszcze nadzieja na poprawę sytuacji w polskiej szkole? Profesor Legutko ma jeszcze szczątki nadziei. Ja nie. Za dużo zniszczyliśmy, za wygodnie jest w polskiej szkole, żeby ktokolwiek teraz pozwolił na „pogorszenie” sytuacji uczniów. Trzeba by wrócić do modelu 8+4, który dawał lepsze warunki, jeśli chodzi o wychowywanie (lepsza integracja przez dłuższy czas przebywania ze sobą), trzeba by przywrócić szkoły zawodowe, które miały na celu wypuszczać ludzi przyuczonych do zawodu, bo przecież nie każdy, do jasnej cholery, musi mieć maturę. Trzeba by podnieść z powrotem poziom nauczania na tak wielu poziomach - zarówno w szkołach podstawowych, gdzie teraz nie można zostawić dziecka w klasach I-III, jeśli zgody na to nie wyrażą rodzice (czyli dziecko może nie umieć czytać ani pisać, a i tak trafi do klasy IV, jako analfabeta), jak i w każdym kolejnym etapie, tak by uczniowie mieli świadomość, że tylko nauka pozwoli im przejść do kolejnej klasy (czyli podniesienie progu do przynajmniej 40% na ocenę dopuszczającą). Trzeba by zrobić jeszcze wiele, wiele rzeczy, do których opisania potrzebna by mi była książka. 
A chwilowo tkwimy w tym bagnie po samą szyję i próbujemy się nie udusić.

P.S. W poście korzystałam z wywiadu, który ukazał się w gazecie "Uważam rze". Data publikacji: niedziela, 12 luty 2012 autor: Marzena Nykiel

niedziela, 13 maja 2012

Matura ustna welcome to.


Jak to jest prowadzić nową maturę ustną z kimś, kto ma wprawdzie uprawnienia egzaminatora, ale na temat nowej matury nie wie NIC? Koszmar. Prawda jest taka, że bałam się trochę prowadzenia tej matury. Jednak byłam pewna, że przewodniczący komisji, jako egzaminator, mnie w tym wyręczy, przynajmniej na początku. Popatrzę, wdrożę się i będzie git. Tymczasem okazało się, że dostała mi się pani, która nowej matury na oczy nie widziała bo w międzyczasie przestała uczyć w szkole, przeniosła się na studia i już nie jest na bieżąco, bo nie musi. Oczywiście okazało się, że ona liczy na mnie, bo pan dyrektor przekazał, że ma się nie martwić, że ja wszystko wiem (pominę nazwę szkoły i nazwisko dyrektora, bo chłopina szuka jak może, żeby znaleźć kogoś na sobotę – powiem tylko, że liceum prywatne).
W pierwszej chwili stanęłam w stuporze. Bo jak można zgodzić się na egzamin i właściwie nie wiedzieć, na co się zgadza? Uprawnienia egzaminatora są, ale żadnych szkoleń w kierunku nowej matury już nie. A wytyczne się zmieniły, zadania też. Ja rozumiem, że wiedza językowa połączona z czytaniem ze zrozumieniem pozwoli prowadzić tą maturę całkiem sprawnie, ale najpierw jednak trzeba mieć o niej jakieś pojęcie. Tymczasem najpierw musiałam panią wprowadzić w temat, a potem sama egzaminować, żeby pani mogła się wdrożyć. No to z sercem na ramieniu egzaminowałam.
A teraz kilka uwag odnoszących się do samego egzaminu:

  • mówienie po polsku. Wchodzi i mówi „dzień dobry”, czego nie powinien był robić, bo egzamin od początku do końca w języku obcym.
  • mówienie za długo. Elokwentna, ewidentnie z dużą wiedzą uczennica postanawia się popisać, a ja muszę jej przerywać. Mówienie zbyt wiele przy tak ograniczonym czasie nie popłaca.
  • odnoszenie pytań za bardzo do siebie. Pytanie „tell me about an unusual experience that you had when going to Mars”. Uczeń odpowiada “I never had such an experience” (no, może nieco mniej poprawnie, ale spuśćmy na to zasłonę milczenia). Powtarzam pytanie jeszcze trzy razy, bo ono nie brzmiało „have you ever had an unusual experience when going to Mars”. Miał opowiedzieć, więc musi opowiedzieć, a nie twierdzić, że takowego nie miał (oczywiście z powodów oczywistych pytanie nieco zmienione, ale sens ten sam).
  • niezrozumienie pytań w zadaniu trzecim. To jest właśnie to, czego bałam się najbardziej. Człowiek w nerwach, ma mało czasu na przyswojenie informacji, a tutaj nagle każą mu myśleć o tym, jaka restauracja będzie odpowiednia dla rodziców jego dziewczyny i dlaczego (pytanie z informatora, więcej o tym tutaj). Najczęściej odpowiadają, która restauracja IM się podoba i dlaczego by ją wybrali. I odpowiedź niezaliczona.

Nie wiem, może inni nauczyciele i egzaminatorzy będą bardziej łaskawi, ale ja oceniałam tak, jak mnie nauczyli na tych trzech kursach, na których byłam. Tam kazali ostro, a życie pewnie przyniesie inne rozwiązania.
P.S. Wszyscy zdali.

niedziela, 4 marca 2012

Poradnik dla maturzystów, część 4.


Już myślałam, że z tym wszystkim nie zdążę do samej matury, bo jakoś mi natchnienie sklęsło, ale jednak się spinam. Dochodzimy do końca naszej wędrówki przez maturę ustną. Ostatnie pytanie to szansa na popisanie się przez dawnych „maturzystów rozszerzonych”.
Na odpowiedź jest 5 minut, razem z minutowym przygotowaniem (czyli w rzeczywistości 4 minuty, chyba że ktoś przygotuje się szybciej). Zgodnie z poleceniem, należy wybrać jeden z obrazków, który najlepiej pasuje do sytuacji i podać argumenty, dlaczego się go wybrało, po czym wyjaśnić, dlaczego odrzuca się pozostałe dwa (lub jeden). Przykład (jak zwykle z informatora):
Twój chłopak/dziewczyna pochodzi z Wielkiej Brytanii. Odwiedzają Cię jego/jej rodzice, których chcesz zaprosić do restauracji. Masz do wyboru trzy miejsca. Wybierz tę restaurację, która będzie, Twoim zdaniem, najbardziej odpowiednia i uzasadnij swój wybór. Wyjaśnij, dlaczego odrzucasz pozostałe propozycje. 
I tu mamy trzy zdjęcia różnych rodzajów restauracji. Niestety, nie wystarczy powiedzieć „wybieram pierwszą, bo podoba mi się najbardziej, dwie pozostałe wyglądają dziwnie.” Nie przejdzie również nieco bardziej rozbudowana odpowiedź „Wybieram pierwszą, bo jest ładna i wygodna, dwie pozostałe wyglądają na drogie i zbyt wyszukane, jak dla mnie.” Dlaczego? Bo w poleceniu jest „Wybierz tę restaurację, która będzie, Twoim zdaniem, najbardziej odpowiednia i uzasadnij swój wybór.” Tak więc odpowiednia nie dla nas i naszego wyszukanego (bądź nie) gustu, ale do sytuacji, w której się znaleźliśmy (w tym przypadku obiad z potencjalnymi teściami). Można tutaj zmyślać fakty w temacie rodziców dziewczyny/chłopaka. Że są zupełnie odjechani i wizyta w restauracji – akwarium zrobi na nich najlepsze wrażenie, albo wręcz przeciwnie, że są zwolennikami purystycznych rozwiązań, więc wybieram restaurację numer 3. Można odnieść się do faktu, że na bolący kręgosłup ojca wybranki najlepsze są krzesła w restauracji trzeciej albo że uwielbienie matki dziewczyny/chłopaka do jasnych i przestronnych wnętrz powodują, iż wybieramy restaurację numer 1.
Innymi słowy – krasomówstwo jest w cenie. Dopiero gdy popiszemy się naprawdę rzetelną wiedzą, zadanie zostanie zaliczone na maksymalną ilość punktów. Dukaczom pozostają punkty za „nawiązanie, ale nie rozwinięcie”, ewentualnie okrągłe zero za nic :) 
Następnie egzaminator zadaje dwa pytania, niekoniecznie bezpośrednio związane ze zdjęciami. I tak w przypadku zdjęć restauracji mamy pytania:
Is the way we eat is as important as what we eat? (Why/why not?)
Why are there more and more fat people in the world? (Why/why not?)
Is foreign food popular in Poland? (Why/why not?)
What are the disadvantages of eating out?
Przypominam, egzaminator zadaje DWA z tych pytań, nie wszystkie cztery. Podane są cztery, ponieważ gdyby uczeń na któreś już odpowiedział w swojej wypowiedzi, mamy jeszcze trzy rezerwowe. Egzaminator nie może jednak zadać „swoich” pytań. Tym razem nie musimy się spinać i wymyślać cudów, wszystko mamy podane na tacy (są tego wady i zalety). Najważniejsze, że tutaj też musimy konkretnie i sporo mówić (ale tak, żeby nie przekroczyć czasu). Skoro zadano nam pytanie drugie, to nie mówimy, że na świecie są McDonaldsy i są one odpowiedzialne za całe zło tego świata. Trzeba się wysilić, wymyślić coś nieco bardziej błyskotliwego i na temat. 
I to chyba tyle teorii. Praktykę zobaczymy w maju. Może się nieco różnić od wytycznych, przekazanych nam na kursach. Dlaczego? Bo zawsze teoria różni się od praktyki. Teoria metodyki nie zakłada, że przyjdzie mi uczyć uczniów, których przez 30 minut lekcji będę musiała uciszać i przywoływać do porządku. Także drodzy maturzyści, nie stresujcie się AŻ TAK BARDZO. Lekki stres wystarczy, żeby jakiś tam stopień pobudzenia osiągnąć, ale stan otępienia nerwami jest niewskazany.
Gdyby były jakieś pytania, chętnie odpowiem, proszę pisać w komentarzach.

piątek, 24 lutego 2012

Poradnik dla maturzystów, część 3.


Zaniedbałam się nieco, ale już wracam.
W takim razie teraz przechodzimy do tego, JAK jest to wszystko oceniane i jak wyglądają same zadania. Jest to część wyjątkowo trudna, bo ciężko jest przewidzieć wszystkie sytuacje, które mogą wystąpić. Dlatego pozostaje mi jedynie udzielić kilku podstawowych wskazówek. O resztę będziecie musieli zatroszczyć się sami.
Wchodzi się do sali, pada nieśmiertelne „good morning”, ewentualnie „good afternoon” (pamiętajcie, że zaczynamy od razu z angielskim), siadacie, egzaminator przedstawia siebie i kolegę/koleżankę. Prosi Was o przedstawienie się, wylosowanie zestawu i zaczyna się część właściwa.
Rozmowa wstępna. Niby dla rozluźnienia, niby nie oceniana jako zadanie, ale jednak oceniana w ramach poprawności, wymowy i płynności. Co ta rozmowa ma wspólnego z rozluźnieniem, to zabijcie mnie, ale nie wiem. Ja bym się zestresowała jeszcze bardziej, gdybym na przykład nie zrozumiała jakiegoś pytania albo nie umiała na jakieś odpowiedzieć. Na szczęście nie trzeba się na tych pytaniach aż tak spinać. Jeśli nie wiemy, co powiedzieć, można się określić i egzaminujący może zadać inne pytanie. Może zadać jedno, jeśli uczeń się produkuje, może zadać 10, jeśli uczeń ma problemy. Także jeśli egzaminator zmienia pytanie, a w Waszych głowach jest pustka i coraz bardziej zaczynacie panikować, że skoro on zadaje już siódme to jest źle, przystopujcie z czarnymi myślami. Dodatkowo nauczyciel musi pytać z zakresu, który nie obejmuje Wasz zestaw. Więc jeśli w zestawie macie napisane, że zdajecie z „kultura, człowiek i nauka i technika” to egzaminator spyta Was z innych działów. Na tą część przewidziane są dwie minuty.
Potem zadanie pierwsze. Dostajemy polecenie i cztery „chmurki”, zwane też przez nauczycieli „jajami”. I tak na przykład (cytując za informatorem):
Przebywając za granicą, doznałeś/aś kontuzji w czasie zajęć sportowych. Jesteś u lekarza. Poniżej podane są 4 kwestie, które musisz omówić w rozmowie z egzaminującym.
  • okoliczności zdarzenia
  • objawy
  • wpływ kontuzji na Twoje najbliższe plany
  • zalecenia i następna wizyta
Trzeba poruszyć i rozwinąć WSZYSTKIE punkty. Czasami wystarczy jedno zdanie (i już traktowane jest jako rozwinięcie), czasem warto pogadać nieco dłużej. Wygląda znajomo? Bo jest podobne do rozmowy sterowanej, która była w tamtej maturze. Ale jednak jest trudniej i to o wiele. Ważne jest (po raz pierwszy, w przeciwieństwie do poprzedniej matury), żeby słuchać tego, co mówi do nas egzaminator. A skoro słuchać, to i rozumieć (co nie jest takie oczywiste, ale tu trzeba). Choćby dlatego, że trzeba reagować na to, co się do nas mówi, a nie tylko realizować „dymki”. Tutaj nie przejdzie numer, że egzaminator o coś nas pyta, a my płynnie przechodzimy do następnego tematu, bo w sumie to nie ważne, co on do nas powiedział, my mamy punkty do odhaczenia. Jak się nie zrozumie, a będzie udawało idiotę, zabiorą nam punkty. Na to zadanie przewidziane są 3 minuty (razem z czasem na przygotowanie).
Drugie zadanie to opis obrazka i odpowiedź na trzy pytania egzaminatora (nie, jak do tej pory, dwa). Nie ma czasu na przygotowanie, bo obrazek można zacząć opisywać z biegu. Jest tylko około 10 sekund na ogarnięcie obrazka. Najważniejsze informacje w tym przypadku to KTO? GDZIE JEST? i CO ROBI? Na te trzy pytania trzeba odpowiedzieć podczas opisu obrazka, żeby zostało to zaliczone jako odniesienie się i rozwinięcie. Oczywiście nie ograniczamy się do dwóch słów na zdanie, ale też nie robimy z tego epopei, łącznie z kolorem ubioru jakiejś osoby. Potem już można dodać kilka zdań od siebie, ale nie przesadzać, bo trzeba zostawić sobie czas na odpowiedzi na pytania. Pytania są w jakiś sposób (bezpośredni lub pośredni) z rysunkiem. Jeśli na przykład na rysunku jest kobieta (nauczycielka?) z grupą dzieci, które pracują z jakimiś wycinankami (przykład z informatora) pytania brzmieć mogą:

  1. Do you think the children are enjoying the lesson? (Why? Why not?)
  2. Would you like to be a teacher in the future? (Why? Why not?)
  3. What was your first English lesson like?
Na każde pytanie trzeba odpowiedzieć krótko, ale konkretnie, żeby wypowiedź została uznana za rozwinięcie (trzeba podać minimum dwa argumenty). W trzecim pytaniu ZAWSZE trzeba użyć czasu przeszłego. Minimum to Past Simple, więc ci, którzy go nie opanowali mają pytanie (a tym samym punkty) z głowy.
Jeśli ktoś zajrzał do informatora to ma jakieś pojęcie, jak opisane przeze mnie zadanie wygląda. A oto przygotowana przeze mnie przykładowa wypowiedź:
I can see a group of children with one adult woman. She is propably a teacher and they are in the classroom, having a lesson. I think this is a school in England, because the children are wearing uniforms. On the desk I can see pieces of paper, I think the children have to put them in oder to make words or a story. I think the children like the lesson, because they look very focused and engaged, they are working eagerly.
I tu zaczyna się mały problem. W zasadzie w tej wypowiedzi odpowiedziałam już na pierwsze pytanie. Co w takiej sytuacji? Egzaminujący poinformuje ucznia, że teraz zada mu dwa pytania, ponieważ na jedno już odpowiedział w swojej wypowiedzi. Czyli nie trzeba dwa razy powtarzać tego, co już zostało powiedziane.
A oto odpowiedzi na dwa pozostałe pytania:
2. I wouldn’t like to become a teacher, because it is a very difficult job. Children are very often rude and they don’t like to study. Also, a teacher must be patient, and I am not. This is also a very low – paid job, and in the future I want to make a lot of money.
Jest to oczywiście wypowiedź rozwinięta. Bez przesady, można by było oczywiście powiedzieć o wiele więcej, ale pamiętajmy, że czas goni.
4. I remember my first English lesson very well, although I was only seven years old, because our teacher was very young and pretty. She was smiling all the time and that is why we liked her from the first minute. The lesson was very involving, because the teacher prepared a lot of materials for us. We had to work alone, in pairs and in groups. It was a very nice lesson and time flew very quickly.
Wystarczy. Czas przewidziany na to zadanie to 4 minuty.
Na razie koniec. Ostatnie, najtrudniejsze (bo wzorowane na starej maturze rozszerzonej) zadanie następnym razem.

piątek, 17 lutego 2012

Poradnik dla maturzystow, część 2.


Ok., podstawowe zasady zdawania są jasne. Oczywiście pewnie zapomniałam o co najmniej kilku sprawach, do których odniosę się w epilogu. Teraz jednak chciałabym napisać o samym egzaminie. I znowu nie dam rady opisać całego na raz, bo okazuje się, że wychodzi z tego nie tylko dłuuuuuuugi post, ale i cała epopeja.
Maturę trzeba nauczyć się zdawać – taki jest mój wniosek po ostatnim szkoleniu. Teoria wygląda tak, że wystarczy znać język na poziomie komunikacyjnym, żeby poradzić sobie ze zdaniem matury ustnej. Szlachetny wniosek, ale z rzeczywistością ma niewiele wspólnego. Jak już wspomniałam w poprzednim poście, podczas symulacji udało mi się uzyskać 3 na 6 możliwych punktów, mimo że „grałam” prymuskę. Po prostu czegoś tam nie zauważyłam, bo 30 sekund na przeczytanie wszystkiego, przetworzenie tego i rozpoczęcie produkcji to stanowczo za mało. Jestem jednak przekonana, że zdawania matury można się nauczyć, trzeba tylko dużo ćwiczyć. I tutaj kilka rad.
Najpierw przyjrzyjmy się, CO jest oceniane.

  • po pierwsze za każde zadanie można otrzymać od 0 do 6 punktów. Zadań są trzy, więc jak można wywnioskować, punktów zdobywa się 18. I to jest baza.
  • potem zakres struktur leksykalno – gramatycznych, czyli po prostu jakie słownictwo i na jakim poziomie gramatyka jest przez ucznia używana. Jeśli uczeń opisuje mieszkanie jako „ładne, fajne, duże” (zamiast na przykład „przestronne, położone w spokojnej dzielnicy i urządzone ze smakiem”) dostanie mniej punktów. Jeśli użyje słów z wyższej półki, ma zapewnione maksimum. Ta sama sytuacja z gramatyką. Jeśli skupiamy się na Present Simple i nic więcej nie umiemy to lipa. Jeśli jest i Present Perfect, i tryby warunkowe, i strona bierna, jest git. (4 punkty)
  • dalej poprawność struktur leksykalno – gramatycznych. Oczywiście sam fakt używania strony biernej nie jest tożsamy z używaniem jej poprawnie. Tak samo jakiegoś słowa można użyć w niewłaściwym kontekście. I to właśnie jest tu oceniane. (4 punkty)
  • wymowa. Nie chodzi tu o to, żeby popisać się brytyjskim czy szkockim akcentem, ale o to, żeby mieć jakieś pojęcie o wymowie. Czyli „maj haus is big end weri nis” nie przejdzie (tak na marginesie – My house is big and very nice”).  Jakiekolwiek pojęcie wystarczy, żeby otrzymać minimum z 2 możliwych punktów. Już niezła (nie doskonała) wymowa zapewnia nam 2 punkty. 
  • na koniec płynność wypowiedzi. Jeśli ktoś co chwila wtrąca „yyyyy”, zacina się, często nie wie, co powiedzieć, więc długo milczy, to ma pecha. Od czasu do czasu można się zatrzymać, a nawet wtrącić „yyyy”, byle nie za często. (2 punkty)

Za cały egzamin można dostać 30 punktów. Jak łatwo obliczyć, wystarczy 9, żeby zaliczyć.

czwartek, 16 lutego 2012

Poradnik dla maturzystów, wstęp.


Ponieważ po wczorajszym kursie czuję się bardzo wyedukowana, postanowiłam dać maturzystom kilka rad odnośnie egzaminu ustnego z języka angielskiego (tudzież niemieckiego, ogólne zasady te same). Dzisiaj wstęp, bo temat przydługi i naprawdę tych absurdów nie da się wyczerpać jednym krótkim postem.
No właśnie, absurdy. Egzamin jest ich pełen. Pierwszym i nie jedynym jest brak czasu na przygotowanie. Zarówno dla ucznia, jak i nauczyciela. Skutki mogą być naprawdę opłakane i bolesne, o czym przekonałam się na symulacji. Okazało się, że mimo odgrywania roli prymuski, dostałam 3 punkty na 6 możliwych, bo sama nie wyczerpałam tematu, a nauczyciel nie miał już czasu mi pomóc. To naprawdę szaleństwo. Na przeczytanie zadania pierwszego jest 0,5 minuty, trzeciego 1 minuta, a drugiego wcale. Nerwy, rozbiegane literki, trzęsące się ręce… i nie mówię tu wcale o zdającym, a ten ma jeszcze gorzej. Ciężko jest się skupić w takim czasie, a egzaminujący ma do przeczytania więcej niż uczeń. No i przy którymś tam uczniu każdy jest najzwyczajniej w świecie zmęczony. 
Kolejna dziwna rzecz to kwestia tego, że jeśli uczeń nie przystąpi do jakiegoś zadania (ma takie prawo), odejmowane są mu punkty za gramatykę, wymowę i płynność. Jednak jeśli przystąpi do wszystkich zadań, ale na jedno lub dwa nie powie ani słowa (i mam tu na myśli siedzenie tych kilka minut w całkowitym milczeniu, bo uczeń nie ma nic do powiedzenia), tych punktów mu się nie odejmuje. Efekt niby jest taki sam, czyli uczeń nie wykonuje zadania, ale ocenianie inne. Wniosek: za żadne skarby NIE REZYGNUJCIE Z WYKONANIA ZADANIA!!! Lepiej sobie pomilczeć i przejść do następnego niż oficjalnie zrezygnować.
No i wisienka na torcie. Zadania muszą być wykonywane w takiej kolejności, w jakiej są w arkuszu. Kiedyś pytało się ucznia, czy woli zacząć od sytuacji, czy od obrazka. Teraz tego problemu nie będzie. Najpierw zadanie pierwsze, potem drugie, na końcu trzecie. I nie da się inaczej. Nie można też wrócić do poprzedniego zadania, żeby coś dodać, bo akurat przypomniał się jakiś zwrot czy jakieś słówko. Jedno zadanie od A do Z i koniec. Póki jesteśmy przy danym zadaniu, można coś dodawać, jak jest już następne to pozamiatane.
Ostatnią kwestią, jaką poruszę w tej części będzie rola egzaminatora. Bardzo trudna, choć może wydawać się banalna, bo przecież on język zna. I nie będę się rozpisywać, jak to jesteśmy zmęczeni po przepytaniu 10 uczniów, bo nie o to tu chodzi. Egzaminator ma pomagać, ale nie za bardzo. W żadnym razie nie może podpowiadać. Może tylko naprowadzać. Czyli jeśli ktoś nie zrealizuje jakiejś części zadania (bo się zdenerwował na przykład) egzaminator nie powie: „Jeszcze jedna kwestia”, tylko „czy ma Pan/Pani coś do dodania?”. To może być sygnał do tego, że o czymś zapomnieliście, ale nie musi. Egzaminator może o to samo zapytać, jeśli po prostu nie jest pewny, czy uczeń już skończył.
Po drugie egzaminator musi liczyć czas. I to nie tak, że „mniej więcej” dwie minuty na rozmowę wstępną, ale DOKŁADNIE dwie minuty na rozmowę wstępną. Czyli nerwowe spoglądanie na stoper czy zegarek nie będzie oznaczać tego, że egzaminator się nudzi czy chce szybciej skończyć, ale po prostu MUSI kontrolować czas. Jeśli więc zobaczycie zegarek, telefon ze stoperem czy stoper leżący na stole to nie denerwujcie się, drodzy maturzyści. Takie mamy procedury.
Egzamin przeprowadzany jest w całości w języku obcym. Od momentu wejścia do momentu wyjścia egzaminator i uczeń muszą mówić po angielsku (niemiecku/francusku/włosku…). Jest jednak JEDEN WYJĄTEK. Jeśli uczeń rezygnuje z jakiegoś zadania (co może zrobić, ale zupełnie mu się to nie opłaca) egzaminator musi poinformować go PO POLSKU, że nie ma możliwości powrócenia do tego zadania. Czyli jak już raz zrezygnowałeś to koniec, przepadło. Wszystkie pozostałe polecenia, pytania, rozmowy przeprowadzane są po angielsku.
No i egzaminator jest zobowiązany zwracać się do ucznia per Pan/Pani. Oczywiście to samo dotyczy drugiej strony. Angliści mają łatwo, bo niczym nie różni się to od "Ty", ale już w innych językach słychać różnicę. Także żadnych "koleżeńskich" wtrętów i luźnej atmosfery. Egzamin to egzamin, z całą jego powagą i oficjalnością. Dodatkowo egzaminator nie może być zbyt uśmiechnięty. Wiem, że brzmi to idiotycznie, ale nie powinniśmy uśmiechać się od ucha do ucha i przytakiwać przy każdym pytaniu, bo to może wprowadzać ucznia w błąd. Oczywiście to nie tak, że mamy siedzieć skwaszeni, miły uśmiech nie zaszkodzi. Ale jeśli egzaminator będzie miał poważną minę to nie dlatego, że źle mówicie, nie lubi Was czy też ma zamiar dać Wam banię, ale dlatego, że jest już zmęczony albo nie ma już siły przemiło, ale nie zanadto, się uśmiechać :)
W następnym odcinku napiszę o samych zadaniach, a na koniec o sposobie oceniania. Na każde pytanie odpowiem, czyli komentarze mile widziane. I na koniec zapraszam każdego maturzystę do odwiedzenia strony OKE (w linku wrocławski) i przeczytanie informatora maturalnego. To może naprawdę pomóc, a na pewno nie zaszkodzi.

sobota, 21 maja 2011

Matura ustna.

Dla potomnych. Kilka słów o maturze ustnej z języka angielskiego, która okazała się być szczęśliwa dla wszystkich zdających na mojej zmianie.
Wszystko było w porządku i naprawdę wszyscy zdali, postanowiłam jednak napisać krótki poradnik dla tych, którzy zdawać będą w przyszłym roku albo w sierpniu. Ponieważ egzaminator ma wiele spostrzeżeń, ja również zauważyłam kilka strachliwych spojrzeń, rzucanych w kierunku egzaminatorów i wyrażających nieme pytanie „Co pani tam pisze? / Naśmiewa się pani ze mnie? / Dlaczego znowu zadajecie mi to samo pytanie?” i kilka innych. Otóż śpieszę wyjaśnić wszelkie meandry matury ustnej (wiem, że w przyszłym roku będzie inna, ale zasady aż tak bardzo się nie zmieniają).
Na maturze rozszerzonej (a w przyszłym roku zapewne i na podstawowej) nauczyciele mają zadawać pytania wymyślone na poczekaniu. Niejednokrotnie nauczyciel egzaminujący nie ma pomysłu, o co tak naprawdę pytać, więc prosi swojego kolegę / koleżankę o podrzucanie mu pomysłów. Właśnie to tak namiętnie notujemy na karteczkach, które potem przekazujemy współpytającym. Nie rysujemy tam uśmiechniętych buziek, nie notujemy dowcipów tylko zapisujemy pytania (banalne, ale co mogę na to poradzić). Czasami również notujemy sobie błędy, popełniane przez uczniów, żeby potem lepiej ich ocenić, ale to zdarza się stosunkowo rzadko i nie ma formy prześmiewczej.
Po opisie rysunku w maturze podstawowej pojawiają się dwa pytania, które nauczyciel musi zadać. Tymczasem nagle okazuje się, że na jedno z tych pytań uczeń udzielił odpowiedzi w swoim opisie. Co mam wtedy robić? Nie zadawać tego pytania? Nie mogę. Muszę je zadać, bo uczeń ma usłyszeć dwa pytania. I kiedy już sformułuję swoje pytanie, widzę ten przestrach w oczach, że coś źle powiedział i dlatego pytamy go o to po raz kolejny, więc wymyśla różne farmazony, żeby było lepiej. Nie musi być lepiej, wystarczy powtórzyć to, co już zostało powiedziane. Pytamy o to samo, bo musimy, a nie możemy powiedzieć, że trzeba tylko powtórzyć raz już powiedzianą rzecz.
Kolejne sprawa – milczenie egzaminatorów. To nie jest tak, że jesteśmy wredni i nie chcemy wam pomóc. Nic by mnie bardziej nie uszczęśliwiło niż podpowiedzenie jednemu czy drugiemu kilku słówek, których mu brakuje, bo się zdenerwował. Jednak nie wolno nam. Tak po prostu i zwyczajnie nie wolno. Dlatego właśnie siedzimy w milczeniu i czekamy na dalszą wypowiedź, przez co uczeń jeszcze bardziej się denerwuje i zacina. Przykro mi, że tak musi być, bo my naprawdę te nerwy rozumiemy, ale takie są procedury. 
No i na końcu coś, co jest najtrudniejsze dla zdającego jakiegokolwiek egzamin. Pamiętam, jak miałam po raz trzeci zdawać egzamin licencjacki. Ktoś mógłby stwierdzić, że trzeci raz to już bułka z masłem i chleb powszedni, a ja denerwowałam się tak, jak nigdy w życiu. Uspokoiła mnie niemal cała buteleczka Neospasminy. Oczywiście użyta niezgodnie z instrukcją dała mi przy okazji niezłego kopa (byłam spokojna i wesoła jak rzadko, ale nie był to stan narkotycznego odurzenia), jednak w końcu wyluzowałam i zdałam ten licencjat. Ledwo ledwo, ale zdałam (z pewnością nie była to zasługa leku, ale przynajmniej nie mdlałam z nerwów na sali). Innymi słowy: „Tylko spokój może nas uratować”. Ja wiem, że nerwy są i nic nie da się na to poradzić (mojego sposobu nie polecam), ale  trzeba się opanować na tyle, na ile się da. Wmówić sobie, że jest ok., i na pewno jesteśmy dobrze przygotowani i powinno pójść nieźle.
I na koniec wszystkim jeszcze-tegorocznym oraz wszystkim przyszłym maturzystom – POWODZENIA.