Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 września 2016

Zeszły rok i nowy początek.

Cóż mogę napisać... Poprzedni rok był dla mnie bardzo ciężki z kilku powodów, których teraz nie będę drążyć, bo nie czas na to ani miejsce. Było dużo pracy, mało czasu, były studia podyplomowe, było zaniedbywanie rodziny... No nic, działo się i nie chcę do tego wracać. Potem nadeszły wakacje i były one dla mnie wielkim wybawieniem. Spokojem, oderwaniem, przyjemnością po zeszłorocznym kołowrotku. 
A teraz nadszedł nowy rok szkolny i znowu będzie się działo, bo wprawdzie studia już skończyłam, ale za to w swojej szkole mam prawie półtora etatu. Nie, nie skarżę się, raczej cieszę. Biorąc pod uwagę to, co potencjalnie gotowa nam zafundować pani minister dobrze jest zebrać parę groszy więcej na oszczędności. 
No i właśnie stąd wziął się nowy początek. Otóż wracam! Nie wiem, jak często będę pisać, ale na pewno będę. No i kolejna rzecz - odsłaniam się nieco. Większość moich uczniów i tak odkryła już mój blog, a jeśli jeszcze tego nie zrobiła to może ktoś im to uświadomi. A jeśli nie uświadomi to po prostu nie będą tego wiedzieć. W końcu nie każdy musi czytać mojego bloga. Pewne jest jedno - prywatność moich uczniów pozostaje zachowana.
Co do odsłony, być może nie będzie taka wielka. Pewnie każdy już wie, że rzecz dzieje się we Wrocławiu, a oczywistym jest, że w pewnym małym gimnazjum. Małym, bo mamy tylko dwie klasy na poziomie, czyli nasz zakres nie wychodzi poza klasę A i B. Znajdujemy się na końcu miasta, niektórzy mówią, że to już w zasadzie wieś... Także kto ma wiedzieć, kim jestem, ten wie. Kto nie wie, ten nie musi :)
Do zobaczenia wkrótce.

sobota, 25 kwietnia 2015

O uczeniu się słów kilka.


Wiele jest teorii, jak nauczyć się czegokolwiek, a języków w szczególności. Cudowna zasada "Powiedz mi, a zapomnę.
 Pokaż – zapamiętam.
 Pozwól wziąć udział, a… wzbudzisz we mnie pragnienie." Konfucjusz
W nieco zmienionej formie "pozwól wziąć udział a zapamiętam". Zasada "zanurzania się" w języku, chłonięcia go całym sobą. Metoda powtarzania do skutku, jak papuga. Metoda Callana, czyli mówienie tylko po angielsku, bez względu na to, czy uczniowie rozumieją czy nie. Metoda dedukcji, czyli "domyślania się", czyli właśnie "brania udziału".
No cóż, te zasady z pewnością coś w sobie mają. Nie zamierzam teraz obalać tylu lat badań nad ludzkim rozumem. Napiszę tylko, jak to się ma w stosunku do mnie. Czyli kilka słów o tym, jak JA się uczę, a najbardziej jak ja się uczyłam, bo teraz - mimo że dowiaduję się wielu nowych rzeczy - o takim typowym uczeniu się na razie nie ma mowy. Zaznaczę jeszcze raz - JA. Nie każdy, nie większość, a ja.
Przede wszystkim nie lubię nie rozumieć. Żadna metoda poznawcza ani dedukcyjna nie robiła na mnie wrażenia, a jedynie mnie frustrowała. Jakim cudem mam wywnioskować coś z niczego? Moje zdolności dedukcyjne może nie dorównują Holmes'owi, ale też nie są upośledzone, a mimo to zawsze miałam zamknięty umysł na takie zagadki "wywnioskuj coś z niczego". Jak nie wiem to nie wiem. Jak ktoś mi pokaże podobny mechanizm to pewnie go skopiuję, głupia nie jestem, ale to nie jest równoznaczne z nauczeniem się czy zrozumieniem. Chcę się dowiedzieć, zrozumieć, zastosować, poćwiczyć i zapamiętać. Dokładnie w tej kolejności.
Słówek trzeba się wykuć. Nie słuchać ich do śmierci próbując odgadnąć ich znaczenie z kontekstu. Ewentualnie jeśli coś jest podobne do języka polskiego to super, ale w przeciwnym razie trzeba sprawdzić co ono znaczy i nauczyć się go na pamięć, a potem powtarzać. Inaczej nie ma bata, nie zapamiętam. Nie pomagają mi żadne mapy myśli, żadne "skojarzenia", żadne tego typu sztuczki. Tłumaczenie, wykucie, powtarzanie. W tej kolejności.
Nie umiem uczyć się z kimś. Grupa nigdy nie była dla mnie inspiracją czy pomocą, a jedynie przeszkodą. Owszem, w przypadku, gdy trzeba było coś wymyślić, wpaść na nowy pomysł - wtedy grupa jest nieoceniona. Gdy trzeba się czegoś nauczyć muszę być sama. Sama ze swoimi myślami, swoimi dziwnymi przyzwyczajeniami i swoimi metodami.
Wiem, jestem jednostką upierdliwą i niewyuczalną. Nie dostosowuję się do nowych metod nauczania. Nie jestem kreatywna i wszechstronna, ale też na taką nie pozuję. Uczę się po cichu, po swojemu i niech nikt mi się do tego nie wciska tylko pozwoli na moje własne sposoby i metody. I co z tego, że niezgodne z tymi nowoczesnymi?

sobota, 10 stycznia 2015

Matka niepokorna.


I kolejna burza w temacie rodzicielskim rozpętana przez jakąś panią, której wypowiedzi wprawdzie nie czytałam (znajduję tylko fragmenty, a oryginału nie chce mi się szukać), ale znam na tyle, żeby się wypowiedzieć. Wprawdzie nie mam zamiaru ustosunkowywać się do wypowiedzi tej pani, bo nie mam zdania w tej kwestii, ale napiszę co nieco w podobnym temacie niegdyś bardzo popularnym, czyli zakaz wstępu do restauracji rodzicom z dziećmi.
Głośno całkiem niedawno było, że właściciel jakiegoś baru czy restauracji zabronił przekraczać jej progi rodzicom z dziećmi. Ileż gromów się na niego posypało, ileż obrońców rodziców wystąpiło to nie zliczę. A ja, jako matka, jestem w stu procentach za. I to nie tak, że za a nawet przeciw. Całkiem za. Po prostu uważam, że skoro jest zapotrzebowanie (a czasami sama mam zapotrzebowanie pobyć bez swojego czy cudzych dzieci w okolicy) to jest i odpowiedź na owo zapotrzebowanie. I ja je popieram. Rozumiem ludzi, którzy nie chcą mieć w pobliżu dziecka, bez względu na to, czy ono będzie grzeczne czy nie. A biorąc pod uwagę doświadczenia własne raczej to drugie. Rozumiem ludzi, którzy chcą kontemplować posiłek czy zimne piwko bez słuchania ciągłych upomnień swojego potomka ze strony rodzica (i tak, zazdroszczę tym, których dzieci są taaaaaaaaaaaaaaaaakie grzeczne w restauracjach, ale siadając obok rodziny nie jestem w stanie tego przewidzieć, bo nawet mega grzeczne dziecko potrafi dać w kość - vide moja własne). Także dajmy tym ludziom możliwość poprzebywać we własnym towarzystwie, bo mają do tego prawo. Tak samo jak rodzice mają prawo wybywać na miasto ze swoimi dziećmi i tu przechodzimy do drugiej kwestii.
Jestem również za tym, aby restauracje czy kawiarnie, których ambicją jest lokal "przyjazny rodzicom z dziećmi" faktycznie takim był. To nie jest przymus, nikt nie musi mi przygotowywać atrakcji dla mojego dziecka tylko dlatego, że pojawiłam się w progach akurat tego lokalu. Jednak jeśli już ktoś wmawia mi, że fajnie jest tam przyjść z dzieckiem, bo nie wynudzi się ono jak mops, podczas gdy ja będę delektować się kawą to niech to będzie prawda. Nie wymagam niczego ponad kącik do rysowania, choć pewnie przez chwilę każdy pomyślał, że żądam co najmniej małpiego gaju, ale niech ten kącik będzie zadbany i wyposażony. Niech nie będzie tam tysiąca (tylko) połamanych kredek i pokolorowanych kolorowanek czy jedynie zużytych kartek. Niech to dziecko ma szansę coś pokolorować, pomalować. Niech ten właściciel zadba o to, żeby to miejsce realnie czemuś służyło, a nie było tylko stolikiem, przy którym dziecko sobie posiedzi. Bo skoro już obiecują, to niech tej obietnicy w minimalnym zakresie dotrzymają. A skoro jednak okazuje się, że to się nie opłaca, niech to miejsce zlikwiduje i niech rodzice mają jasną sytuację.
Także lokalom zakazującym wstępu rodzicom z dziećmi mówimy stanowcze i zdecydowane TAK!!!

sobota, 1 listopada 2014

Aby język giętki...


Jakiś czas temu dopadła nas rewolucja językowa. Powszechność Internetu i telefonów komórkowych, a wraz z nimi smsów wymusiła "skracanie języka". Uproszczenie pewnych zwrotów, stosowanie sztucznych skrótów, z których kilku nie udaje mi się zrozumieć do dziś. Wstyd się przyznać, ale kilka lat temu zdarzyło mi się rozmawiać z koleżanką na gadu gadu i w pewnym momencie ona napisała "zw". Nie zrozumiałam, musiałam się zapytać. Wstyd, czyż nie? Po paru dniach sama posługiwałam się tym zwrotem, choć do dziś nie przyzwyczaiłam się do wszelkiego rodzaju skrótów. No cóż, jestem dinozaurem. I choć rozumiem tę potrzebę, ba, popieram ją nawet, bo język powinien ewoluować, to jednak sama nie do końca podporządkowuję się postępowi. 
To jednak tylko przydługi wstęp. Wcale nie chcę pisać o smsach i komunikatorach ani nawet o twitterze, który również wymusza skrót informacji i który w Polsce nie odniósł jeszcze zbyt wielkiego sukcesu w porównaniu z facebookiem (może dlatego, że twitter nie pyta o to, co myślimy i nie każe tych cudownych tworów mózgu wysylać w świat). Chciałam napisać o zmianach w języku nieco bliższych memu dinozaurowemu sercu. Weźmy choćby przykład, który ostatnio poruszyłam z moimi uczniami (to była lekcja o Halloween, która tylko przypadkiem ewoluowała w dyskusję na temat zmian w języku dzięki pytaniu o to, skąd się wzięła nazwa Halloween). 
Słowo "masakra". Teraz wszystko jest masakrycznie nudne, masakrycznie drogie albo ogólnie wszystko jest po prostu masakrą. Osobiście bardzo chętnie używam tego słowa. Można nawet powiedzieć, że w niektórych sytuacjach go nadużywam. Wiele rzeczy jest dla mnie masakrą. Cały dzień może być masakryczny, a uczniowie to już w ogóle. I dlatego ostatnio obiecałam sobie, że czas chyba zacząć używać ładnego języka polskiego. Nie ma bata, błędy będę popełniać, bo "polska język trudna język", ale przynajmniej będę na siebie bardziej uważać.
Brakuje mi ładnego języka polskiego. Tak samo jak brakuje mi dobrych filmów, dobrych programów telewizyjnych, nawet dobrych wiadomości (nie brakuje mi jedynie dobrych seriali, których obrodziło, może w zamian za brak dobrych filmów). Brakuje mi ładnego wysławiania się, dbania o język i o sposób mówienia. I wbrew pozorom wcale nie piszę tego pod wpływem choćby przekleństw, które produkują uczniowie. Nie, wcale nie, bo przeklinać trzeba umieć. To też jest sztuka i dbanie o język (tutaj oprę się o post z bloga pewnego nauczyciela, choć to napędzanie konkurencji). Tymczasem moi uczniowie i w tym względzie wykazują całkowitą prowizorkę, prostotę i amatorszczyznę. I wcale nie zależy im, aby się w tym podszkolić. 
Dlatego też mam zamiar zwracać o wiele większą uwagę na słowa. W każdym ich aspekcie.
P.S. Musiałam włączyć weryfikację w komentarzach, bo ilość odwiedzin i "komentarzy" z USA mnie pokonał.

sobota, 29 grudnia 2012

Niezły biznes.


O Średzkim Parku Wodnym brać blogowa już co nieco napisała, ale ja wypowiem się w nieco innym kontekście, gdyż właśnie zdarzyło mi się w tym przybytku gościć. A że tematów szkolnych trochę mi ostatnio brak, to popastwię się nad naszym wspaniałym, polskim „byznesem”. Może i jestem niesprawiedliwa, może i on nie tak całkiem polski, może w innych krajach też tak ludzi robią w bambuko, ale ja nie w innych krajach mieszkam, tylko w Polsce i dlatego się czepiam (podejrzewam, że nie chodzi tu również o Środę Śląską konkretnie, ale tylko tam zdarzyło  mi się odwiedzić Park Wodny, co – tak na marginesie – brzmi o wiele dumniej niż zwykły basen). A czepiać się jest czego.
Już pomijam kwestię windy, którą podniosła Kruszyzna, bo udało mi się bez ofiar w ludziach wózek do góry wnieść. Problem zaczyna się, kiedy kupujemy bilet. Mówimy, że na godzinę, bo jesteśmy (ja i babcia) z dzieckiem, a wiem, że Młody nie wytrzyma całej godziny w wodzie, więc zostanie nam te 15 minut na przebranie się i wysuszenie czupryny. Pani pyta, czy może jednak na dwie godziny (pewnie nauczona doświadczeniem), ale grzecznie stwierdzamy, że dziękujemy. O my naiwne!
Nie mam pretensji o to, że ma się godzinę na WSZYSTKO, od wejścia i przebrania się począwszy, a na wymyciu, przebraniu i wysuszeniu się skończywszy. Byłabym wtedy zbyt czepialska, gdyż – jak już pisałam – z pewnością ta sama zasada działa w innych przybytkach zwanych szumnie aquaparkami. Przyczepię się do czegoś innego. W swej bezgranicznej wierze i nadziei nie przewidziałam bowiem dwóch rzeczy. Primo, prysznice siąpią wodą, jak przy suszy w Afryce, przez co choćby umycie włosów staje się sportem ekstremalnym. No ale spoko, czuprynę mogę sobie w domu umyć, nie bądźmy tacy małostkowi.
Secundo, suszenie szanownej rozczochranej. O ile myć nie muszę, co zaoszczędzi mi jakieś 10 minut (dokładne spłukanie szamponu niewykonalne), o tyle z mokrym łbem na mróz wyjść się nie podejmuję. I co widzę? Dwie (DWIE!!!) suszarki do włosów, które swoją mocą powalają. Podejrzewam, że prędzej wysuszyłabym włosy dmuchaniem mojego syna. Doprawdy, żenujące. Albo spodziewali się dwóch klientów na godzinę, przy czym oboje musieliby być niemal łysymi osobnikami (w końcu kobieta też może być łysa), albo poważnie sobie w kulki lecą, próbując wyrolować ludzi na kasie. Bo przecież licznik bije, a suszarek na zewnątrz brak. Oczywiście można przynieść swoją turbo suszarkę i zaoszczędzić pewnie jakieś 20 minut przy moich włosach, ale po pierwsze trzeba o tym wiedzieć, a po drugie trzeba mieć siłę nosić te toboły (jak przynieść prysznic?).
I tu właśnie mózg  mi stanął w poprzek. Cena za godzinę wprawdzie nie powala (za to już we wrocławskim aquaparku i owszem, a zasady te same, tyle że nie wiem, jak działają prysznice i suszarki), ale biorąc pod uwagę wszystkie czynności towarzyszące, które muszę wykonać przed wejściem i po wyjściu z wody na samo pluskanie zostaje mi jakieś 20 minut i to tylko wtedy, jeśli nie natrafię przy wyjściu na tłum ludzi pod suszarką choćby. Oczywiście mogę zapłacić za dwie godziny, względnie pominąć wszelkie czynności towarzyszące, ale nie sądzę, żeby klienci byli z takich opcji szczególnie zadowoleni.
Dlatego właśnie uważam, że aquaparki to świetny biznes i naciąganie ludzi na kasę. W ogólnym rozrachunku posiadam dwa wnioski. Uno, do aquaparku w Środzie zajrzę od czasu do czasu, jak będę cierpiała na nadmiar gotówki. Do wrocławskiego nigdy, żeby nawet rafę koralową mi tam zainstalowali. Nie za te pieniądze. Duo, albo ludzie są szaleni, albo biznes szybko przestanie być opłacalny i aquapark w Środzie obniży swoje loty albo zniknie. Stawiam na to drugie, bo nawet wspaniała zjeżdżalnia, z której korzystałam pierwszy raz w życiu i niemal jestem gotowa zamontować ją u siebie w domu nie przekona mnie do tego, żeby bywać tam częściej (chociaż oczywiście aquapark sam w sobie jest świetny). Bo nie lubię, jak się mną manipuluje i robi się mnie w ..... sami wiecie w co.

czwartek, 27 grudnia 2012

Grube, chude i niepiękne.


Oczywiście, że czytam portale plotkarskie i się tego nie wstydzę. Więcej wiem o „gwiazdach niż o polityce i z pewnością na dobre mi to wychodzi, przynajmniej jeśli chodzi o zdrowie psychiczne... No dobra, to nie tak, że siedzę godzinami i zachwycam się Kardshiankami, ale jednak codzienną porcję plotek przyjmuję tak samo jak porcję wiadomości. Pewnie ani to szlachetne, ani mądre, ale już tak mam.
I właśnie w ramach tych plotek byłam świadkiem nowej nagonki – na Grycanki. Oczywiście miało to miejsce już jakiś czas temu, ale wtedy nie miałam humoru, żeby o tym pisać, a teraz temat znowu został odgrzany. I oczywiście od razu urósł we mnie nową porcją furii, a że nie mam teraz wentylka w postaci o wiele ważniejszych spraw szkolnych, więc wyżyję się medialnie.
Przede wszystkim należy co nieco nakreślić aferę. Otóż panie (bo jakoś na paniach afera się skupiła) postanowiły z bliżej niewyjaśnionych przyczyn zaistnieć w życiu publicznym. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo wiele mamy teraz takich „gwiazdek, celebrytów”, gdyby nie fakt, że panie odbiegają nieco od aktualnego pojęcia piękna, bliżej im do wzorców Rubensowskich, czyli oscylują co nieco w moim kształcie. Właśnie dlatego wszyscy rzucili się na nie jak hieny na padlinę i jęli wymyślać coraz to nowe żarty i docinki oraz przerzucać się błyskotliwymi komentarzami. 
A to że Grycanki zjadają komentarze na blogach, a to że promują otyłość i niezdrowy styl życia, a to że są upasionymi wieprzami i w ogóle nie powinny istnieć, ewentualnie mogą przepraszać, że żyją. I właśnie tutaj moja cierpliwość się kończy. Bo pomimo że wcale mi się te panie nie podobają i uważam, że mówienie jak to fajnie jest być grubą jest zwykłym fałszem, to mimo wszystko uważam też, że nagonka na nie przekroczyła wszelkie granice.
Nikt nie zarzuca Anji Rubik, że wygląda jak szkielet i promuje anoreksję, która jest równie niezdrowa jak otyłość. Nikt nie wyszydza modelek, które przypominają wieszaki i wzbudzają mój niesmak w stopniu równym co panie Grycanki. Nie, te panie się promuje, stawia na piedestał i podaje za wzór piękna. O nich tworzy się programy, hołubi się je i pokazuje gdzie tylko się da. Ale wystarczy, żeby na światło dzienne wyszła jedna otyła osoba (niegdyś Dorota Wellman, dziś Grycanki), a od razu robi się z tego sensację.
Doprawdy, żal bierze, jak się tego słucha, ogląda, czyta. Nie wiem, co takiego w tych ludziach jest, że muszą się wyżyć i za cel niezmiennie wybierają osoby otyłe. Dlaczego bycie grubszym jest piętnem, a osoby, które schudły niezmiennie pogardzają tymi, którym się nie udało (znam takie przypadki nie tylko z własnego podwórka)? Dlaczego z grubego można żartować i kpić bezkarnie, a chudy (niejednokrotnie szkieletowato chudy) zbiera laury za piękno i wzór urody? Doprawdy, pozostanie to dla mnie kolejną niewyjaśnioną tajemnicą wszechświata...

środa, 12 grudnia 2012

W skrócie.


Pociągnęłam sto srok za ogon. Na szczęście część tych srok postanowiła się uwolnić i skończyła swój żywot w odpowiednim czasie, czyli została zrealizowana. Reszta czeka. Zapewne na moje załamanie nerwowe, które jest już całkiem blisko, bo czas przecieka mi przez palce i zdecydowanie go za mało na realizację wszystkich zadań, które przypadły mi w udziale. Ciągle sobie powtarzam, że za dużo na siebie wzięłam, ale chyba jednak uciągnę. Jeszcze się taki nie urodził, co by mi zaszkodził.
Dodatkowo zostałam wychowawczynią, czyli z radością powitałam kolejne zwały papierkowej roboty. Wiele lasów zginie, aby edukacja mogła trwać, doprawdy. Ostatnio moja klasa zapytała mnie, czy cieszę się, że zostałam ich wychowawczynią. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bo cieszę się, że mam konkretny kontakt z dzieciakami nie tylko na swoich lekcjach, że być może mam na nich jakiś bardziej realny wpływ niż „pani od angielskiego”, ale z drugiej strony ilość papierkowej roboty zwala z nóg i nie pozostawia już czasu na tą część, w której można się naprawdę wykazać. Każdy kij ma dwa końce.
No i z „radością” zawiadamiam, że według moich dzisiejszych skrupulatnych obliczeń ponad jedna czwarta moich uczniów zagrożona jest ocenami niedostatecznymi. Niewiele się zmieni w tej materii, bo zamierzam być „chwilowo niedostępna”, tak żeby nie mogły na mnie podziałać złe siły zwane też miękkim sercem. Nie poprawiam na siłę, nie przepuszczam, może obudzą się w drugim semestrze.
I tak to w skrócie wygląda...

 

wtorek, 28 sierpnia 2012

Niemoc twórcza.


Już na początku tego roku szkolnego zostałam mianowana na koordynatora do spraw projektów oraz koordynatorem do spraw WKE. Nie ważne nawet, co to oznacza. Dla mnie oznacza to po prostu masę roboty. Dodatkowo muszę prowadzić swój własny projekt (bo już najwyższy na to czas). Oczywiście poza tym mam i tak kupę pracy, bo łapię się za wszystko w związku z awansem.
I właśnie przez te wszystkie jakże kreatywne aktywności zdałam obie sprawę z jednej podstawowej rzeczy – nie jestem kreatywna. Jestem odtwórcza. Onieśmiela mnie fakt, że są wokół mnie ci wszyscy kreatywni ludzie, którzy mają tyle pomysłów podczas gdy ja siedzę i nie potrafię wymyślić nawet głupiego tematu dla własnego projektu. Oni wszyscy wymyślają nie tylko tematy, ale mają w głowie całe scenariusze. A ja potrafię jedynie wykonać polecenia, skorzystać z czyichś pomysłów i wprowadzić je w życie, ale kiedy przychodzi do wymyślania, zastygam jak żona Lota. Spełniam się w realizacji. Wymyślanie to nie dla mnie.
Nie wiem, czy to coś złego. W dzisiejszym, jakże pełnym kreatywności, świecie - pewnie tak. Przynajmniej tak czuję. Zastanawiam się jednak, czy tak być powinno. Nie wszyscy muszą być super kreatywni, tak jak nie wszyscy muszą mieć maturę. Nie powinnam czuć się gorsza tylko dlatego, że zamiast rzucać pomysłami jak z rękawa potrafię jedynie grzecznie siedzieć i te pomysły przyjmować. W grupie takich ludzi czuję się jednak jak nieudacznik, który nie umie wykrztusić z siebie słowa. I to nie jest wina tych ludzi, bo oni nijak nie dają po sobie poznać, że uważają mnie za gorszą. Ale przecież musi tak być. Skoro zgadzam się na wszystko, nie wysuwam własnych pomysłów, nie wyrażam swoich myśli, to musi być ze mną coś nie tak.
I tu dochodzi drugi problem. Nie potrafię pracować w grupie. Samej mi lepiej. Jak tak sobie spokojnie usiądę w kąciku to jest szansa, że może coś jeszcze spłodzę. Kluczem jest samotność i dużo czasu. A w grupie czuję się głupio. Patrzę na tych ludzi pełnych werwy, przerzucających się pomysłami i zastygam. Prawdopodobnie nie za dobrze wybrałam sobie zawód, skoro mam problemy pracować w grupie. Tyle że ja się spełniam w pracy z uczniami. To jest mój żywioł, to kocham. I myślę sobie, co z tymi uczniami, którzy tak jak ja zupełnie się w grupie nie odnajdują, a każe im się pracować nad projektem z kilkorgiem innych osób. Jak biedne muszą być te dzieciaki, którym głos zastyga w gardle i wydaje się, że nic do pracy nie wnoszą? Dlaczego zmuszane są do czegoś, w czym się nie odnajdują? Dlaczego każe im się działać wbrew sobie, przymusza do „nauki” pracy w zespole, skoro oni wspaniale radzą sobie sami ze sobą? 
Nie rozumiem tego i chyba nie będzie mi dane zrozumieć. Być może to ja nie mam racji i powinnam zastanowić się nad zmianą zawodu, ale mimo wszystko uważam, że również jako nauczyciel wcale nie muszę mieć talentu pod tytułem „pracujmy wszyscy razem i bądźmy kreatywni”.

P.S. Temat projektu wstępnie wymyśliłam i brzmi chyba dumnie :)
‘W krainie skrzatów i elfów, czyli jakie legendy i baśnie skrywają Wyspy Brytyjskie?’
Oczywiście do dalszych konsultacji z dzieciakami.


piątek, 24 sierpnia 2012

Kim mam być dla swoich uczniów?


Pod ostatnią notką pojawił się wpis od niejakiego Rémo. Ucznia. Nie mojego :) I dzięki niemu będzie dzisiaj ten wpis.
Kiedy nadchodzi czas, że przychodzi nam stanąć po drugiej stronie biurka, oprócz masy papierkowej roboty czeka nas jeszcze jeden (a właściwie jeden z wielu) problemów do rozwiązania. Kim mam być dla swoich uczniów? Srogą harpią, która tylko czeka na jego najmniejsze potknięcia i wytyka każdy błąd? Poganiaczem niewolników, który uważa, że jego i tylko jego przedmiot jest najważniejszy? Wielką Panią Profesor, która wszędzie już była, wszystko widziała i w końcu jest starsza, więc należy ją szanować? Spokojną i nawet trochę pierdołowatą panią od angielskiego, której można założyć kosz na głowę? Przyjacielem, który uśmiecha się życzliwie i twierdzi, że zawsze jakoś tam będzie?
Wiem, że wszystkie te postaci przedstawiłam dość tendencyjnie i właściwie żadna nie ma pokrycia w rzeczywistości (chociaż harpię i poganiaczy niewolników spotkałam osobiście, spuśćmy zasłonę milczenia). Jednak chodzi tu o ogólny zarys, a nie o naukowe przedstawianie nauczycielskich charakterów. Charaktery są różne, jak różni są ludzie, ale jednak w jakąś rolę musimy się wpisać. Nie ma siły, nie da się być wszystkim na raz.
Można jednak być wszystkim po trochu. Nie zamierzam być ani harpią (nie mam predyspozycji, wyraz twarzy nie pasuje, jakoś tak za miłą minę mam i jak robię groźną to się dzieciaki śmieją, a nie boją), ani poganiaczem niewolników. Z całą pewnością nie będę Wielką Panią Profesor, bo ani nie wszędzie byłam, ani nie wszystko widziałam, a szacunek zdobywa się innymi sposobami niż wiekiem. Nie dam sobie powiesić kosza na głowie. Ale przyjaciółką uczniów również nie będę.
Zaskoczeni? Być może. Jednak nie ma się co specjalnie dziwić. Nie da się być przyjacielem, kiedy przyszło nam pełnić całkiem inną rolę. Mam być nauczycielem. Po prostu. Ani przyjaciółką, ani popychadłem, ani osobą, która leczy sobie kompleksy wyimaginowanym poczuciem władzy (chociaż trochę jednak tej władzy tam jest...). I wiem, że ten termin jest nieco wyświechtany, ale mam być przede wszystkim mentorem. Mam dawać przykład, ale nie zapominać o swoim człowieczeństwie, o swoich słabościach. Nie mogę być dla uczniów alfą i omegą, bo nie jestem nią naprawdę. A jak mit runie? Co im pozostanie? Lepiej pozostać kimś, kto wskazuje drogę, pokazuje rozwiązania, ale pozwala też podejmować własne decyzje i ponosić za nie konsekwencje.
I to staram się robić. Nie zawsze wychodzi. Ja też popełniam błędy. Unoszę się, buntuję, czasami przestaje mi zależeć. Jestem tylko człowiekiem. Ale jednak wiem więcej niż oni, moi uczniowie. I czasem zdarza mi się mądrze mówić ludzkim głosem. A chcę wierzyć, że dzięki temu, że nie jestem wszystkowiedzącą wyrocznią, oni mnie słuchają.

piątek, 9 marca 2012

Uczniowie na mojej głowie.


 
Co roku mam ten sam problem. Być groźną, zasadniczą, rzadko uśmiechającą się kosą czy też raczej spokojną, uśmiechniętą nauczycielką, z którą można czasem pożartować. I uwierzcie – jedno wyklucza drugie. Nie można być trochę groźną, a jak trzeba to uśmiechniętą, tak jak nie można być trochę w ciąży. To tak nie działa.
W zasadzie co roku sobie obiecuję, że będę jednak tą srogą, groźną. Bo uczniowie już nie tacy sami, bo tak jest lepiej dla moich nerwów, bo lżej się wtedy pracuje (nikt albo mało kto podskakuje). Można wtedy założyć, że coś tam się będą uczyć, bo „ta wredna małpa znowu będzie pytać i dostanę pałę, a wtedy powtórkę mam zapewnioną”. Są jednak zasadnicze wady takiej postawy. Jeśli chce się być srogim, to na zawsze. Terror niestety musi trwać, bo rozluźnienie stosunków choć na chwilę grozi permanentnym chaosem. I głównie o to właśnie chodzi – o terror. Nie o szacunek wyrobiony ciężką pracą, nie o dobrą atmosferę, a właśnie o terror. 
Pamiętam swoją nauczycielkę matematyki, która była właśnie taka. Wysoka, chuda, wyprostowana, z kokiem na głowie (co tylko dodawało +1000 do terroru za sam wygląd), a przy tym straszna kosa. Nie było z nią dyskusji. Nie nauczyłaś się – pała. Trzeba jej jednak przyznać, że nauczycielką przy tym była świetną. Potrafiła tłumaczyć do skutku, i to przystępnie. Problem polegał na tym, że mało kto z naszej klasy w tej atmosferze miał odwagę przyznać, że czegoś nie rozumie i prosi o wytłumaczenie po raz kolejny. Także na nic się zdała jej rzeczywista dobrotliwość, skoro nikt nie miał odwagi jej o nic prosić.
Dygresja: ta sama pani na studniówce przetańczyła z nami całą noc. Bawiliśmy się wszyscy przednio i dopiero wtedy okazało się, jaka równa z niej babka. Tylko że to nie zmazało czterech lat terroru (tak, tak, czterech, ja z tych przedpotopowych jestem, co to do gimnazjum nie chodzili). Koniec dygresji.
No i jest jeszcze jeden problem - ja tak nie potrafię. Próbowałam, naprawdę. Tylko że kiedy próbuję być groźna i zasadnicza, wyobrażam sobie, jak śmiesznie muszę wyglądać i niemalże zaczynam się śmiać na głos. Nie jestem groźnym typem, nie odnajduję się w takim stylu nauczania. I w sumie się cieszę. Dlaczego? Bo wiele moich znajomych przyjęło właśnie taką taktykę i stali się podobni w swoim prywatnym życiu. A niewiele jest rzeczy, których nie lubię tak bardzo, jak życiowa zgryźliwość i zgorzkniałość. Oczywiście nie zawsze tak jest, ale te przypadki, które znam w zupełności mi wystarczą.
Nie powiem, są też wady podejścia z uśmiechem i pewną pobłażliwością. Dość często uczniowie pozwalają sobie na zbyt wiele i zaczyna się chaos. „Wchodzą mi na głowę”, jak to się niegdyś mówiło. I ja z nimi na tej głowie już muszę żyć, bo zrzucić ich stamtąd jest niezwykle trudno. Czasem jest ciężko, nie przeczę. Kiedy po raz kolejny ktoś odmawia współpracy, bo ostatnio przecież tak fajnie oglądało się film, więc dlaczego dzisiaj nie? A skoro nie, to ja na złość nie będę pracować, bo trzeba się wysilić, a nie tylko wpatrywać w ekran. Kiedy wydaje im się, że przy mnie można wszystko, a nie tylko więcej. I tak „próbują” mnie, pytając z niewinną miną „A co to znaczy „dick” po angielsku?”
Dygresja. Kiedyś pewien uczeń cały czas drażnił się ze mną właśnie w ten sposób. Za każdym razem wynajdywał sobie słówko (przekleństwo) i pytał mnie na lekcji, co to znaczy. Jeśli tylko miało drugie znaczenie, podawałam je i widziałam, jak się męczy, żeby wydobyć ode mnie właściwą odpowiedź. Jeśli alternatywy nie było, mówiłam, że to przekleństwo i nie mogę podawać im takich słówek. Kiedyś jednak, zmęczona już nieco tymi podchodami spytałam, dlaczego on to robi (bo wyraźnie służyło to tylko jego rozrywce, a nie faktycznej ciekawości). Odpowiedź: „Bo wiem, że mogę. Że pani nie poleci z tym do dyrektorki na skargę, że przeklinam.” Nie wiedziałam, czy cieszyć się, czy płakać. Jedyny plus – dzieciak jednak czegoś się nauczył, nawet jeśli były to tylko przekleństwa :) Koniec dygresji.
Z drugiej strony gdybym miała tylko prowadzić nudne lekcje, strofować, wyglądać groźnie, to jeszcze mogłoby mi tak zostać. A ja lubię się uśmiechać. W zasadzie uśmiech nie schodzi mi z  twarzy. Ma to pewnie coś wspólnego z amerykańską filozofią „I’m fine, thank you”, ale przede wszystkim lubię myśleć, że po prostu jestem optymistką. Owszem, kiedy mnie ktoś zdenerwuję, to jestem czerwona jak burak ze złości, ale dość szybko mi przechodzi. Nigdy nie wyładowuję się na uczniach, do kolejnej klasy wchodzę z uśmiechem. I muszę przyznać, że mnie atmosfera na moich lekcjach bardzo odpowiada. Nie wiem, czy uczniowie podzielają mój samozachwyt, ale myślę, że nie jest tak źle :) I niech tak już zostanie.

niedziela, 1 stycznia 2012

O kulinariach nieco inaczej.


Moja koleżanka kiedyś powiedziała mi, że jestem nienormalna, bo potrafię ugotować dwa różne obiady tylko dlatego, że chcę zjeść coś, co mojemu mężowi nie smakuje. Ona gotuje jednorazowo dla wszystkich i nie interesuje jej, że mąż czegoś nie lubi. Jest na stole to ma to zjeść i tyle. Skoro ona może, to on też. I on się na ten układ godzi. I tak jest dobrze. Tylko że u nas jest zupełnie inaczej.
Odkąd pamiętam, nikt w domu nie zmuszał mnie do jedzenia rzeczy, których nie lubiłam. Nie było ich wiele, ale mama za każdym razem pytała mnie, na co mam ochotę. Przy każdym posiłku. I często gotowała właśnie to, co sobie zażyczyłam (nie zawsze, czasami miała już gotowy obiad i podstawiała mi go pod nos). Jeśli czegoś nie lubiłam, nie gościło to na moim talerzu. Nie wiem, czy to mama nauczyła mnie lubić to samo co ona, czy po prostu odkąd się urodziłam nie jadła potraw, które ona lubi, a ja nie. Faktem jest, że nie musiałam wciskać w siebie znienawidzonego jedzenia tylko dlatego, że mama tak powiedziała.
Taką samą zasadę stosuję wobec mojego męża. Wiadomo, że każde z nas przyszło do tej wspólnej norki z własnymi przyzwyczajeniami i że w swoich rodzinnych domach mieliśmy własne upodobania. Docieramy się nawzajem, bo tak trzeba. Jednak docieranie nie polega na wzajemnym zmuszaniu się do przyjęcia zasad tej drugiej osoby. Docieranie się polega na kompromisach, również tych kulinarnych. Jeśli jego mama robiła jakąś potrawę inaczej niż ja to daję mu posmakować mojej, a potem staram się zrobić, jak u niego i sama jej posmakować. Raz tak, raz tak.
Jeśli mój mąż czegoś nie lubi (a ja owszem), mam trzy wyjścia. Postawić mu to pod nos i zażądać konsumpcji. Nigdy tego nie gotować. Ugotować dwa obiady. Pierwszej opcji nie wyobrażam sobie w ogóle. Druga wymagałaby ode mnie zbyt wielkiego poświęcenia. Jeśli coś lubię, chciałabym to od czasu do czasu zjeść. Dlatego w grę wchodzi tylko opcja trzecia. Dlatego jeśli ja akurat mam ochotę na szpinak, to mężowi smażę karkówkę (za którą sama nie przepadam). Jeśli on chce zjeść pierogi z mięsem (lubię, ale nie za często), ja gotuję sobie kurczaka w sosie śmietanowo – ziołowym. I tak dalej…
Jest to dla mnie tak naturalne, jak oddychanie. Jednak coraz częściej zauważam, że jestem raczej wyjątkiem niż regułą. Kobiety nie lubią chodzić na kompromis (nie tylko kulinarny), często żądają od partnera, żeby zachowywał się tak, jak one tego oczekują. Nie może iść z kolegami na piwo, bo się spije. Nie może oglądać się za kobietami, bo ją zdradzi. Nie może oglądać pornosów, bo na pewno jest zboczeńcem. I tak na okrągło. Za to ona może iść z koleżankami do kawiarni, bo one tak kulturalnie tylko sobie pogadają. Ona może być obiektem pożądania innych mężczyzn (wśród nich są mężczyźni innych kobiet, a te kobiety nie pozwalają się oglądać za innymi, itd.), bo to takie miłe.
Najwidoczniej ja jestem jakaś inna, ale dobrze mi z tym :) 

wtorek, 27 grudnia 2011

Cztery miesiące.

Dokładnie tyle mnie nie było. Znaczy byłam, ale tylko fizycznie, bo mentalnie pływałam po morzach i oceanach zupełnie innych niż mój dom i życie. Najpierw była operacja i dochodzenie do siebie. Potem była intensywna praca, konkursy, szkolenia, spotkania, przygotowywanie się do lekcji, sprawdziany i inne takie. Nie było mnie. Wróciłam.
Ciężko było rozmawiać z mężem po tylu miesiącach stłamszonych żalów. I wiem już, że – choć brzmi to tandetnie – nie można przestać ze sobą rozmawiać. Trzeba mówić, nie milczeć, nawet jeśli ta druga osoba nie od razu usłyszy, zrozumie. Bo można stracić to, co budowało się w pocie czoła, przez lata, w ciągu zaledwie paru miesięcy.
Wiem, że piszę niczym autorka bestsellerowych powieści miłosnych, ale olśniło mnie, że nasze życie nie jest niczym innym niż właśnie taką powieścią. Może bez tych wzlotów i upadków, może nam pisany jest większy constans, większa nuda, ale idea jest ta sama.
Także powoli wracam do żywych.

sobota, 27 czerwca 2009

Coś o mnie.

Mało będzie o mnie. Znaczy dużo, ale nie konkretnie o mnie, tylko o artystach, których lubię albo za coś cenię, więc trochę i o mnie. Podobno sympatie człowieka świadczą o nim samym, więc może dzisiaj kilka osób przestanie czytać tego bloga :)
Po pierwsze Sting. Jest on dla mnie inspiracją, pełnią talentu i absolutnym wzorem idola. Jego głos uspokaja mnie zawsze i w każdej sytuacji. Kocham jesgo piosenki z czasów The Police, uwilebiam te z czasów solowej kariery. Z wiekiem wprawdzie coraz bardziej przemawia do mnie The Police, ale nadal kojący szept Stinga w jego piosenkach ma na mnie ogromny wpływ. Chyba żaden inny piosenkarz ani zespół tak bardzo do mnie nie przemawia.
Nie może tu też zabraknąć Michaela Jacksona. I to nie dlatego, że nie żyje. Wprawdzie myślałam o tym, czy by go nie opuścić, bo ostatnio stracg lodówkę otworzyć. Patrzy na mnie z gazet, telewizji i portali. Jednak kiedyś byłam jego prawdziwą fanką :) Taką, która zbiera artykuły i zdjęcia, słucha bez przerwy jego utworów, etc. Dlatego muszę jego też uwzględnić. Z tym, że jego ostatnie płyty do mnie nie przemawiają, wolę czasy "Bad" czy "Thriller".
Jeśli chodzi o aktorów to najbardziej lubię Christiana Slatera. I tu muszę się przyznać, że nie zawsze ze względu na jego talent aktorski... po prostu mi się podoba. Nie jest może Bradem Pittem, ale taki już mój gust. Nie powiem, że wszystkie jego filmy są cudne, bo miał sporo wpadek, ale wśród moich ulubionych jest niezapomniane "Morderstwo Pierwszego Stopnia" i "Prawdziwy Romans". Na pierwszym zawsze płaczę, drugi zapiera mi dech w piersiach.
Poza tym w sumie w jednym rzędzie stoi Tom Hanks, Kevin Bacon, Robert Downey Jr. i kilku innych. Z aktorek najbardziej lubię Whoopi Goldberg. Żadna inna tak naprawdę nie przychodzi mi do głowy.
Wśród pisarek i pisarzy najbardziej cenię Krystynę Siesicką i Małgorzatę Musierowicz. To one mnie ukształtowały, kiedy byłam jeszcze smarkulą. Znaczy wtedy wydawało mi się, że jestem dorosła i wszystkowiedząca (kurczę, moje dziecko też takie będzie!). Poza tym mam mnóstwo sympatii wśród pisarzy, bo dużo czytam, choćby taki Stephen King czy Jonathan Caroll. Jednak ostatnio, czyli w ciąży, odpuściłam sobie nieco poważniejszą literaturę, bo się relaksuję. Dość mam stresów z ciążą, żeby jeszcze się dołować.
O filmach pisać nie będę, bo jako filmowa maniaczka oglądam zbyt wiele, żeby rozpisywać się o ulubionych dziełach.
Może jestem płytka, może nie czytam ani nie oglądam wielkich dzieł. Może wolę lekką literaturę czy śmieszne filmy od tych wszystkim "wielkich i nagradzanych" (nie, harlequinów nie czytam), ale mnie ze sobą dobrze. Czasami, gdy jeździłam jeszcze pociągiem, ale już nie musiałam się uczyć, bo byłam po studiach, obserwowałam tych wszystkich wielce mądrych studentów, którzy wyjmowali wspaniałe dzieła, a ja w tym czasie czytałam jakieś głupawe pisemko, jakiś tabloid. Widziałam te ich litościwe spojrzenia. Widziałam też, że wyjątkowo rzadko zmieniali strony... I za każdym razem myślałam sobie, jaka to szkoda, że nie potrafimy przyznać, że lubimy w gruncie rzeczy te wszystkie tabloidy...
Ja lubię. Nie będę kombinować ani kłamać. Czytam, nieregularnie, ale jednak, większość tabloidów, których z tytułu nie wymienię. Czytam też portale plotkarskie. Co mi to daje? Nic, ale to lubię, przyzwyczaiłam się. Wiem dzięki temu, kto jest kim i kto co zrobił, chociaż-gwoli ścisłości-w niewiele plotek tak naprawdę wierzę.
Nie uważam, żeby osoby umilające sobie w ten sposób czas były mniej warte czy gorsze. Oczywiście pomijam osoby uzależnione, które poza gwiazdami i ich życiem nie mają innych zainteresowań... Chociaż żal mi czasów, kiedy miałam swój scrapbook. Teraz już nie mam, jestem zbyt dorosła i zbyt poważna :) Może kiedyś będę zbierać zdjęcia i artykuły z moim dzieckiem ;) 
I to chyba na razie wszystko o mnie.

piątek, 26 czerwca 2009

Jestem fleją.

Nie da się ukryć-guilty as charged. Kiedy dwa dni temu weszłam do mieszkania mojej sąsiadki, było mi wstyd. Oczywiście nie jej mieszkania, ale mojego. I mogę sobie tłumaczyć, że oni przeprowadzili się trochę później, że zrobili sobie mieszkanie ładniej niż moje, że mają więcej miejsca na przechowywanie rzeczy... nie pomaga. Ona ma kilkumiesięczne dziecko, a jej mieszkanie wygląda, jakby dopiero co zrobiła w nim wiosenne porządki. 
Tymczasem moje mieszkanie wygląda... gorzej. Nie powiem, że jest tak źle, żeby śmieci walały się wokoło, żeby resztki jedzenia leżały na stołach. Nie aż tak źle. Jednak nie da się ukryć, że gości ot tak bym nie wpuściła. Najpierw musiałabym posprzątać albo przekręciłabym się ze wstydu. No cóż... pewnie trzeba  z tym coś zrobić. Tylko że tak naprawdę to ja nie wiem co ja mam  z tym zrobić.
Zaczęłam wczoraj sprzątać kuchnię i łazienkę, co nieco poprawiło sytuację na zewnątrz, ale przecież w szafkach i tak mam kupę rzeczy, które są mi potrzebne i których nie za bardzo mam jak ładnie ułożyć. Dzisiaj wzięłam się za książki, których część poszła do piwnicy, ale też tylko na czas, kiedy nie wrócę do szkoły po dziecku, potem znowu będą mi potrzebne. I gdzie ja je wtedy ułożę? Znowu będzie sajgon książkowy.
Mam też zamiar zrobić dzisiaj miejsce dla dziecka w szafie i pewnie mi się to uda, tyle że nie zmieni to sytuacji, że w rzeczywistości w domu nadal nie będzie nieskazitelnie. A nawet jeśli, to jak długo ten stan się utrzyma?
Kurczę, jestem fleją. Nie lubię sprzątać, sprawia mi to niemal fizyczny ból. NIENAWIDZĘ zmywać, a na zmywarkę na razie nie ma perspektyw. Nie lubię ściarać kurzu, bo pięć minut później wszystkie szafki wyglądają dokładnie tak samo, jak przed starciem. Nie lubię odkurzać... bo nie lubię i już. 
Tak więc chyba, biorąc te wszystkie punkty pod uwagę, czas się z tym pogodzić. Moje dziecko nie będzie wychowywało się w nieskazitelnym domu, będzie musiało zapraszać koleżanki czy kolegów po uprzednim uzgodnieniu tego z mamą, która będzie miała wtedy szansę posprzątać. Będzie musiało pogodzić się z tym, że mama nie zmywa naczyń zaraz po obiedzie i że kurze nie zawsze są starte.
Oczywiście nie znaczy to, że moje dziecko będzie żyło w chlewie. Jak już wspomniałam, daleko mi do takiego stanu. Jednak do stanu doskonałości jest mi chyba jeszcze dalej...