Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzice. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 stycznia 2013

Wypadek w szkole.


Mało kto zdaje sobie sprawę, co się dzieje, kiedy w szkole wydarzy się wypadek. Nie musi to być wcale poważny wypadek, typu złamanie nogi czy omdlenie. Wystarczy, że dziewczyna (w ramach zalotów zapewne) dostanie śnieżką w oko. Na początku słabo widzi, potem jest lepiej. Pozostają popękane naczynka i nieco spuchnięty policzek. I tu właśnie zaczyna się historia w trzech aktach.
AKT I
Wzywamy rodzica, który szczęśliwie może przyjechać. I tu się zaczyna. Dostała w oko, więc zdarzyć wszystko się może. Teraz jest OK, ale co będzie za dwie godziny albo jutro? To jednak oko, w pierwszej chwili może wydawać się, że dobrze, a potem będzie zadyma. Matka wraz ze mną podejmuje decyzję – wzywamy pogotowie. Jako kobieta wiem, że wzywanie karetki do spuchniętego oka nie jest zagrożeniem życia. Jako nauczycielka nie mam zamiaru iść do więzienia. Dlatego właśnie wykręcam potulnie 999 i przekazuję sprawę dyspozytorce. Proszę czekać, karetka przyjedzie.
Jest. Wchodzi dwóch ratowników. Jeden bada dziewczynę i rozmawia z mamą. Niby wszystko w porządku, na pierwszy rzut oka jest zdrowa, widzi dobrze, ale i tak trzeba zbadać. Można zawieźć karetką, można samemu, można iść do okulisty na własny rachunek. Matka już wcześniej podjęła decyzję, że karetką będzie szybciej i za darmo, a tu nagle... zmienia zdanie. Jednak nie pojedziemy, dziękujemy za przyjazd.
W tym samym czasie drugi ratownik stojący z boku szepcze pod nosem „W ogóle nie trzeba było wzywać karetki.” Ja też stoję z boku, więc go słyszę, nikt inny nie. Mam ochotę odwinąć się i mu przywalić. Bo gdyby coś się stało, matka zażądałaby przyjazdu, a ja bym odmówiła, na mnie spadłaby odpowiedzialność. Też mam dziecko, nie zamierzam spędzić części życia w sądach albo w więzieniu.
No ale nic, stało się. Dziewczyna kilka minut później wesoło bryka po szkole, zaśmiewając się w głos z koleżankami (wcześniej histeria, płacz, krzyki i cały wspaniały cyrk). W porządku, nie mnie oceniać.
AKT II
Dwie godziny lekcyjne później chłopak (a jakże, też z mojej klasy wychowawczej) biega po korytarzu. Sadzi po kilka stopni po schodach, szaleje po całej szkole. Zwraca mu uwagę każdy nauczyciel dyżurujący, w tym pani dyrektor, ale przecież po co słuchać dorosłych, zwłaszcza jak się ma ADHD. W którymś momencie w szalonym biegu na połowie długości schodów nagle zaczyna wpadać w poślizg. Żeby nie polecieć na głowę, skacze. Ląduje na tyle niefortunnie, że kostka pada. Nie wiadomo co się dokładnie dzieje, ale noga puchnie.
Wzywamy matkę, przychodzi. Dzieciakowi w międzyczasie smarujemy kostkę maścią, bo tylko tyle możemy zrobić. Twierdzi, że jest lepiej. Kiedy matka przyjeżdża i zdejmuje opatrunek, trzęsie się jak osika. Wielki macho ma łzy w oczach (czemu wcale się nie dziwię), ale nadal gra odpornego. Widać jednak, że ze spaceru do domu nic nie będzie. Na tramwaj też nie dokuśtyka, więc zapada decyzja (jako że matka samochodu nie ma) – wzywamy pogotowie. Przynajmniej tu wyraźnie widać, że bez interwencji się nie obejdzie. Oczywiście po karetkę dzwonię ja. Już zastanawiam się, czy po podaniu adresu nie stwierdzą, że jakiś dzieciak sobie jaja robi.
Zespół przyjeżdża, oczywiście ten sam. Tym razem ratownik już nie komentuje. Może przemyślał, może pogadał z tym drugim, nie wiem. Żartuje tylko „Następnym razem kawa i ciastka nam sie należą.” Takie żarty są w porządku, więc szybko zapewniam, że nie ma sprawy. Oczywiście, jak przypuszczałam, na ostry dyżur trzeba jechać, nie ma bata.
AKT III (matriksowy nieco jakiś)
Na drugi dzień przychodzi do szkoły uczennica z podbitym okiem i pyta, czy ma wziąć od prywatnego okulisty fakturę albo paragon, bo w sumie to może domagać się będzie od chłopaka zwrotu pieniędzy za wizytę. No cóż, nie ukrywam, że miałam ochotę roześmiać jej się w twarz. Oczywiście to byłoby bardzo nieprofesjonalne, tłumaczę więc tylko, że przecież było wzywane pogotowie, miała szansę zrobić badanie szybko i za darmo. Skoro zdecydowała się na prywatne, raczej sama musi zapłacić. Dziewczyna przyjmuje do wiadomości, ale pewnie i tak decyzję o dalszym postępowaniu podejmie matka. Doprawdy, zdumiewa mnie tupet niektórych ludzi...

niedziela, 20 maja 2012

Edukacja.


Długo zbierałam się z tym postem i długo nie mógł się w mojej głowie on ułożyć. Dlaczego? Bo to post określający moje pojęcie edukacji, poparty opiniami Ryszarda Legutko, a także kilku moich znajomych, którzy może profesorami nie są, ale myśleć logicznie potrafią. Do napisania tego posta skłonił mnie wywiad, który przeczytałam tylko i wyłącznie dzięki naszej wspaniałomyślnej pani dyrektor, która wyszukuje informacje z dziedziny szkolnej i zapodaje je w pokoju nauczycielskim. I tak w pewnym momencie, gdy nie miałam niczego innego do roboty, usiadłam i przeczytałam sobie ten wywiad. I oczywiście okazało się, że pan Legutko nie mówi niczego odkrywczego. Niczego, czego nie wiedziałby i nie mówił niemal każdy nauczyciel z każdej szkoły, tyle że on ma głos w gazecie, a my nie. Problem polega na tym, że jego też nie usłyszą i oleją, bo taka rola rządu.
Ale do rzeczy. Czytam słowa, które są niczym miód na moje serce:

(...) nie ma czegoś takiego jak umiejętność bez wiedzy. Żeby wytworzyć w sobie umiejętność, trzeba przebrnąć przez spory obszar wiedzy. Nie można nabrać umiejętności czytania i rozumienia tekstów literackich, jeżeli nie czyta się książek. Postulat ograniczenia się do samych umiejętności jest postulatem niemądrym. Dziś, żeby zdać maturę, nie trzeba wcale znać literatury polskiej, historii, a nawet posiadać orientacji w – przepraszam za wyrażenie – polskim kodzie kulturowym.

Jak się to ma do języka angielskiego? Ano nie za bardzo możemy uznać wypowiedź za „komunikatywną”, jeśli uczeń nie zna podstawowych zasad gramatyki i operuje bezokolicznikami. Tymczasem według mojej pani dyrektor (i, jestem przekonana, wielu innych osób również) przywiązuję za dużą wagę do gramatyki zamiast do „komunikatywności” wypowiedzi. Ponadto jakim cudem uczeń ma umieć cokolwiek, jeśli nawet tych słówek nieszczęsnych się nie nauczy? Żeby używać języka jako całości, trzeba znać słówka, umieć ich poprawnie użyć w zdaniu i umieć ułożyć to zdanie poprawnie, co gwarantuje znajomość i umiejętność używania gramatyki.
Dygresja: moja nauczycielka od francuskiego w liceum uważała, że kartkówki ze słówek są śmieszne i zupełnie niepotrzebne, bo na pamięć to każdy idiota potrafi się nauczyć. Takie kartkówki sprawiają jedynie, że można podciągnąć sobie ocenę zwykłą pamięciówką. Dlatego też dawała nam zawsze zdania do tłumaczenia na kartkówkach, bo dopiero ułożenie zdania oznaczało prawdziwe sprawdzenie umiejętności. Ogólnie rzecz biorąc się z nią zgadzam, ale z czasem odtajałam nieco i stwierdziłam, że niech chociaż sobie tymi słówkami oceny poprawią. Nie zadziałało, nie uczą się nadal.
Druga strona tego medalu to właśnie wiedza i odnoszący się do tego system oceniania. W naszej szkole obowiązuje zasada 30% na zaliczenie. Co znajduję, czytając Wewnątrzszkolny System Oceniania? Taki zapis, który mówi, że uczeń „z pomocą nauczyciela jest w stanie rozwiązywać zadania o niewielkim stopniu trudności”. Czyli jak uczeń wyjdzie ze szkoły i nie będzie przy nim nauczyciela, to już nie musi umieć rozwiązywać tych samych zadań. A zaznaczę, że chodzi o zadania o niewielkim stopniu trudności. Jak potem ten sam uczeń ma sobie poradzić w życiu, bez nauczyciela u boku, tego nie wiem.
Kolejny cytat dotyczy wychowania:

„Wychowania w szkole już nie ma, i to nie ma go nawet w wersji śladowej odnoszącej się do prostych odruchów „proszę” czy „dziękuję”. Nauczyciele są coraz bardziej zastraszeni – przez uczniów, przez rodziców, przez regulacje prawne. Zwykle w sporach między uczniem a nauczycielem przegrywa ten ostatni. Są prawa ucznia, rzecznicy do wszystkiego się wtrącający, a nauczyciel zostaje sam. Dyrektor nie stanie po jego stronie, koledzy nauczyciele prywatnie pewnie będą go pocieszać, ale publicznie nie będą się z nim solidaryzować, dziennikarze też w większości nie poprą, więc co ma robić? Można odnieść wrażenie, ze ogromna część Polaków zgłupiała, uważając, że najlepsze wychowanie to brak wychowania.”

Tym razem jednak nie do końca się zgadzam. Wychowanie na poziomie najwcześniejszym się jeszcze odbywa. Dzieci uczą się kultury w przedszkolu czy nauczaniu początkowym. Potem i tak jest już za późno, bo czego mogę oczekiwać (poza drwiącym spojrzeniem i powiedzeniem „spierdalaj”) od ucznia gimnazjum, którego może i w szkole próbowali nauczyć, ale on potem wracał do swojego domu, gdzie są takie a nie inne warunki? I kolejna rzecz: jeśli dyrektor jest dobry, stanie jednak po stronie nauczyciela. Oczywiście istnieje wiele malutkich szpileczek, bo niby stanie po stronie nauczyciela, ale potem na dywaniku ten sam nauczyciel usłyszy, że „może Pani nie powinna się tak zachować/zareagować/unieść, etc?” Ale jednak jakieś tam wsparcie ma. 
Nie jest natomiast wsparciem rzekome uznanie nauczyciela za funkcjonariusza państwowego. Niby w teorii miało pomóc, teraz generuje niesmaczne żarty, jak to nauczyciele nie potrafią poradzić sobie ze zwykłym dzieciaczkiem. Także nauczyciele bardzo rzadko sięgają po ten sposób radzenia sobie z „trudną, niesforną” młodzieżą. Inna sprawa, że nawet zwrócenie się do sądu nie da niczego, czego taki uczeń by już nie znał. Przecież do poprawczaka go nie dadzą, a kuratora to ma już od dawna. Oczywiście zdarzają się sytuacje, kiedy jednak trafi on do poprawczaka, ale to są jednostkowe przypadki. Te przybytki i tak są już przepełnione i nie ma miejsca na dzieciaki, które zastraszają nauczycieli i stanowią potencjalne zagrożenie (głównie dlatego, że poza słowami niczego innego nie zrobili). Dramat zaczyna się dopiero, kiedy stanie się coś naprawdę tragicznego i wtedy właśnie słyszymy „dlaczego nikt wcześniej nie zareagował?” A może reagował, tylko go nie słuchano...
Co do dziennikarzy – w tym upatruję największej odpowiedzialności. Oczywiście nie twierdzę, że gdyby nie dziennikarze, to wszystkie dzieci by były grzeczne i kochane, a nauczyciele poważani. Jednak manipulacja informacjami w przypadku dziennikarzy jest zadziwiająca. Mówią i piszą to, co akurat jest im na rękę, co ładnie wygląda w druku czy na ekranie, a nie stan faktyczny. Jeśli nauczyciele skarżą się na jakiegoś ucznia, to najpewniej się na niego uwzięli, a on biedny ma ADHD i próbuje sobie z tym poradzić. Szkoła jest tu na przegranej pozycji, bo dziennikarze ustawią się murem za płaczącą matką i biednie wyglądającym dzieckiem, które może nawet kilka łez uroni przed kamerą. A potem ten sam uczeń trafia do gimnazjum i matka stwierdza, że może lepiej, żeby on jednak trafił do ośrodka, to w domu spokój już będzie, bo ona nie ma już siły. Przykład z życia wzięty, z własnego podwórka.
Jednak największej odpowiedzialności upatruję tutaj w rodzicach. To oni są odpowiedzialni za wychowanie swojego dziecka od najmłodszych lat. Mój syn ma 2,5 roku i już dziś ma swoje obowiązki (sprząta swoje zabawki zarówno w domu, jak i w przedszkolu – odkłada na miejsce po zabawie), mówi „przepraszam, proszę i dziękuję” i wymagana jest od niego elementarna kultura, czyli wszelkie „dzień dobry, do widzenia” i brak awantur. Wie, że wszystko jest do załatwienia bez awantury, a żadne histerie nie pomogą mu dostać to, czego akurat chce. Oczywiście to wszystko jeszcze raczkuje, ale wymagane jest od niego konsekwentnie codziennie. Tymczasem mam do czynienia z dziećmi, które nie mówią nawet „dzień dobry”, a co dopiero wymagać od nich kultury wyższej. One zajmują się awanturowaniem się w każdej sytuacji, wymuszaniem, mają wciąż nowe roszczenia, jakbym była na ich rozkazy. I tutaj znowu cytat:

Rodzice w ogromnej większości uważają, że obowiązek wychowawczy przejmuje szkoła i że oni w związku z tym chcą mieć święty spokój. A święty spokój oznacza, że nie chcą być nękani, nie chcą słyszeć, że jest jakiś problem, że coś trzeba zrobić. Zrzucają odpowiedzialność na szkołę, lecz nie przyjmują do wiadomości skutków, jakie z tego przeniesienia odpowiedzialności wynikają. Nauczyciele mają wychowywać, ale jednocześnie maja się naszych dzieci nie czepiać. Tak się nie da, a podobna postawa rodziców dowodzi niestety zdziecinnienia.

No i nadchodzi pytanie, czy da się coś z tym zrobić? Czy jest jeszcze nadzieja na poprawę sytuacji w polskiej szkole? Profesor Legutko ma jeszcze szczątki nadziei. Ja nie. Za dużo zniszczyliśmy, za wygodnie jest w polskiej szkole, żeby ktokolwiek teraz pozwolił na „pogorszenie” sytuacji uczniów. Trzeba by wrócić do modelu 8+4, który dawał lepsze warunki, jeśli chodzi o wychowywanie (lepsza integracja przez dłuższy czas przebywania ze sobą), trzeba by przywrócić szkoły zawodowe, które miały na celu wypuszczać ludzi przyuczonych do zawodu, bo przecież nie każdy, do jasnej cholery, musi mieć maturę. Trzeba by podnieść z powrotem poziom nauczania na tak wielu poziomach - zarówno w szkołach podstawowych, gdzie teraz nie można zostawić dziecka w klasach I-III, jeśli zgody na to nie wyrażą rodzice (czyli dziecko może nie umieć czytać ani pisać, a i tak trafi do klasy IV, jako analfabeta), jak i w każdym kolejnym etapie, tak by uczniowie mieli świadomość, że tylko nauka pozwoli im przejść do kolejnej klasy (czyli podniesienie progu do przynajmniej 40% na ocenę dopuszczającą). Trzeba by zrobić jeszcze wiele, wiele rzeczy, do których opisania potrzebna by mi była książka. 
A chwilowo tkwimy w tym bagnie po samą szyję i próbujemy się nie udusić.

P.S. W poście korzystałam z wywiadu, który ukazał się w gazecie "Uważam rze". Data publikacji: niedziela, 12 luty 2012 autor: Marzena Nykiel

środa, 9 maja 2012

Dys...


Dysleksja, dysortografia, dysgrafia, dyskalkulia... Nie wiem, ile jeszcze tych dys... mogłabym wymienić, ale wszystko sprowadza się do tego samego – dziecko ma problem. A skoro ma problem, to trzeba próbować go rozwiązać. Prawda? Nie prawda. Przynajmniej nie w dzisiejszej szkole, nie według dzisiejszych rodziców (oczywiście piszę bardzo ogólnie, są rodzice wyjątki, ale to jednak nadal margines). Dzisiaj wystarczy stwierdzić dys..., żeby dziecko miało spokój i nigdy więcej nie musiało się przejmować swoim problemem. Takie przynajmniej jest podejście rodziców. Coś, co miało służyć pomocy dzieciom, czyli stwierdzanie wszelkich dys... i co miało prowadzić do zorganizowanej i bardzo rozwiniętej pomocy i pracy z dzieckiem, dziś stało się przepustką do lenistwa i usprawiedliwień.
Pierwsza lepsza z brzegu rozmowa pomiędzy nauczycielem a rodzicem.
- Moje dziecko ma dysleksję, wie Pani.
- No tak, wiem, ale co Pani robi z nim w domu? Ćwiczy Pani?
- Ale jak to? Przecież moje dziecko ma dysleksję!
I tyle. Koniec. Klamka zapadła. Dziecko ma dysleksję, ADHD, czy jakiekolwiek inne zaburzenie, więc odczepmy się od niego i dajmy mu spokój. Niech nic nie robi, bo się jeszcze zestresuje tą swoją dysleksją, zakmnie w sobie i nie odkryjemy jego wyjątkowych talentów. A i dziecko jest już na tyle cwane, że będzie wykorzystywało ten fakt na prawo i lewo (uczy się od najlepszych). Nie odrobił pracy, bo ma dysleksję i nie wiedział, jak to napisać. Nie napisał dyktanda, bo przecież przy dysortografii nie ma sensu się męczyć. I tak w koło Macieju. 
Tymczasem stwierdzenie dys... to dopiero początek drogi, która jest dłuuuuuuga i wyboista. Trzeba ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć, a nie iść na łatwiznę i usprawiedliwiać wszystko opinią z poradni. Trzeba wyrobić u siebie zdolność, którą inni tak po prostu posiadają. To nie jest ani przyjemne, ani łatwe, ani sprawiedliwe i wywołuje mnóstwo frustracji, ale tak właśnie być powinno. Wychodzi jednak na to, że podejście pod tytułem „przecież ja/moje dziecko ma dysleksję” jest o wiele bardziej popularne. Wkurza mnie to, ale muszę to respektować. Znaczy muszę respektować opinię z poradni, nawet jeśli uważam, że dziecko oprócz otrzymania diagnozy powinno również obowiązkowo korzystać z pomocy. Nie mam tu nic do gadania. 
I nawet nie chodzi mi o to, że za naszych czasów dysortografia była uważana za jakiś wymysł, a uczniowi kazało się po prostu ćwiczyć i uczyć więcej. To pewnie też nie było zbyt fortunne rozwiązanie. Chodzi mi po prostu o to, żeby wszelkiego rodzaju stwierdzenia dys... nie były końcem, a dopiero początkiem. Żeby z tymi dziećmi ktoś obowiązkowo pracował, pomagał, uczył i ćwiczył, nie tylko w szkole, ale też w domu. Bo praca w szkole nie wystarczy.

sobota, 28 stycznia 2012

Rodzice.


Wspaniale jest dostawać od Was, drodzy czytelnicy, komentarze, bo z nich rodzą się kolejne pomysły na posty. Czasem o czymś zapominam, czasem nie mam weny, a jak zobaczę jakiś komentarz, to nagle wszystko się odblokowuje i piszę, piszę i piszę… (dzięki, pewnakobieto).
Rodzice. Temat rzeka. Nie odfajkuję go jednym postem. Spróbuję przynajmniej dotknąć powierzchni.
Tak, jak jest kilka rodzajów uczniów, tak samo jest co najmniej kilka rodzajów rodziców. Są tacy, którzy mnie denerwują; tacy, których podziwiam; tacy, których najchętniej pozbawiłabym praw rodzicielskich; i tacy, którzy są w porządku. Cóż mogę powiedzieć – po uczniu widać, jakich ma rodziców i te przypuszczenia w 99% się sprawdzają. Jeśli dziecko jest miłe, grzeczne, spokojne na lekcji, okazuje drugiemu człowiekowi szacunek – z pewnością w domu jest dopilnowane. Jeśli ma wszystkich w dupie i na dodatek jest mega bezczelne – prawdopodobnie w domu jest źle. Niekoniecznie tak źle, że patologia, alkohol, narkotyki albo inne wynalazki. Wystarczy, że rodzice nie ogarniają swoich dzieci. 
Powtarzający się schemat to dzieci z rodzin wielodzietnych. Tu jest „na dwoje babka wróżyła”. Albo jest w miarę dopilnowany i spokojny, albo bezczelny, bo rodzice przestali zajmować się dzieciakami, a zaczęli je hodować (przykro mi, ale i tak bywa). Jak się trafi na typ pierwszy to ma się szczęście. Może i to dziecko nie będzie do końca dopilnowane, bo w końcu ciężko jest z siedmiorgiem dzieci odrabiać lekcje czy pomagać im w nauce, ale przynajmniej odpada nam chamstwo. Jeśli zaś przechodzimy do hodowli to zaczyna się rzeź. Rodzice sobie nie radzą z czeredą i wymagają od nauczycieli, żeby ci przejęli odpowiedzialność wychowania ich dzieci, bo oni muszą zająć się młodszymi. Nie przychodzą na wywiadówki, nie interweniują, bo nie mają siły ani czasu. A my się szarpiemy.
Inna grupa to na przykład eurosieroty. Nie, nie potępiam ludzi, że jadą za granicę za pracą, ale dlaczego oboje? I dlaczego najczęściej zdarza się, że są to rodzice „trudnego” dziecka? Bywało i tak. Bardzo ciężka sytuacja. Bardzo. Właściwie nie wiadomo, co robić. Można zgłosić do sądu, że nad dzieckiem nie ma opieki (zazwyczaj jest jakieś starsze rodzeństwo albo dalsza rodzina, która niekoniecznie ma ochotę NAPRAWDĘ zająć się dzieciakiem), ale to oznacza bardzo prawdopodobne wysłanie do jakiegoś ośrodka, a czy to pomoże? Najgorsze jest to, jeśli ci rodzice wracają i mają DO NAS pretensje, że nie zajęliśmy się odpowiednio ich dzieckiem. Koszmar.
Są i tacy rodzice, którzy gdzieś w rejonie końca podstawówki tracą kontrolę nad swoimi dziećmi. Niby przychodzą na wywiadówki, niby się interesują, ale jak to wygląda od strony domu – nie wiem, bo materacem nie jestem i wglądu do domu nie mam, ale nie może być dobrze, skoro dzieciak szaleje. Rodzic tego nie rozumie, bo przecież on/ona był takim wspaniałym dzieckiem, takim grzecznym, a nagle zszedł na manowce. Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak, nie wiadomo nic. Pozostaje rodzic, który staje się zupełnie bezradny i my, którzy próbujemy coś zrobić, ale zazwyczaj się nie udaje (trzy lata pracy z dzieckiem to jednak bardzo krótki okres czasu).
No i najgorszy typ: kochał dziecko miłością niekontrolowaną i tym samym szkodliwą, pozwalając mu na wszystko, a teraz dzieciak wymusza, terroryzuje, ma nad rodzicami pełną władzę. Po wielokroć miałam z takimi do czynienia i muszę bez bicia stwierdzić, że to absolutnie największy koszmar nauczyciela. Dzieciakowi brak szacunku do kogokolwiek (bo już nie wymagam szacunku do nauczyciela konkretnie). Póki widujemy się z samym rodzicem, wydaje się, że panuje on nad swoim dzieckiem. Opowiada, jakie to daje mu kary i jaki to on/ona jest w domu potulny. Cały cyrk zaczyna się, kiedy próbujemy to skonfrontować.
Na spotkaniach z rodzicem i dzieckiem jesteśmy świadkiem terroru, bo ono się zupełnie nie wstydzi swojej władzy nad „starymi”. Dyktuje im warunki, pyskuje, odzywa się chamsko i bynajmniej nie delikatnie. A rodzice siedzą jak trusie. Nie odezwą się mocniej, a już na pewno nie przywalą, bo to niepedagogiczne, no i jak tak w ogóle można, „przecież mój synuś/córeczka nie powiedział niczego złego, to tylko tak wygląda”. Na takich nie ma sposobu, bo oni doskonale wiedzą, że nic im nie możemy zrobić. Nawet jeśli dostaną kuratora – ten też nie może im nic zrobić. I wykorzystują to do końca.
I na koniec, dla odpoczynku – rodzice „idealni” (w cudzysłowiu, bo tak naprawdę to idealni nie istnieją). Przychodzą na każdą wywiadówkę, a jeśli akurat nie mogą to umawiają się od razu z nauczycielem na inny termin. Panują nad ocenami i zachowaniem dziecka. Panują nad jego frekwencją. Niewiele możemy im powiedzieć, poza tym, że z dzieckiem nie ma żadnych problemów. I to wcale nie muszą być dzieci piątkowe. Zdarza się, że dziecko ma trójki i czwórki, a czasem nawet dwóje, bo orłem nie jest (naprawdę nie wszyscy muszą być), ale daje z siebie wszystko i nie sprawia żadnych problemów. I wtedy też jest dobrze.

niedziela, 15 maja 2011

Sfrustrowana.

Robię się coraz bardziej sfrustrowana. Szkolnie sfrustrowana. Poważnie zastanawiam się nad zmianą zawodu, bo ciężko już wytrzymać w szkole takiej, jaką się stała po tych wszystkich przedziwnych reformach i zmianach. Coraz więcej pracy, coraz mniej czasu na cokolwiek, coraz większa bezsilność i nerwy. Ja naprawdę nie wiem, jak pokolenie moje i kilka przede mną dało radę wszystkiego się nauczyć, zdać i przejść bez tych wszystkich bajerów i udoskonaleń dostępnych dzisiejszej młodzieży.
Nauczyciele mają być nowocześni, interaktywni, motywujący, kreatywni, stymulujący i w ogóle mlekiem i miodem płynący. Nie do pomyślenia jest, żeby teraz tak po prostu uczyli. Uczniowie też nie mogą się tak po prostu uczyć, oni muszą być pozytywnie zmotywowani, nauczyciel musi być na ich usługi. A w sumie to nie muszą robić nic, bo przecież kiedyś i tak go z tej szkoły wypuszczą, bo nie będą go chcieli wiecznie trzymać, a poza tym klasy są za małe, bo niż demograficzny, więc przepuszczać trzeba wszystkich.
Tak, my to wiemy i oni to wiedzą, dlatego skutki są, jakie są i nie ma co spodziewać się cudów. Jeśli uczeń widzi, że każdy przechodzi pod koniec roku, jeśli tylko zrobi jeden plakat, to widzi również, że nie ma sensu się starać (mam tu na myśli uczniów, którym nie zależy na dobrej ocenie, a jedynie na przejściu z klasy do klasy).
Ostatnio pani dyrektor zwróciła się do nas z prośbą o wypełnienie kart, w których mieliśmy zapisać, co zrobiliśmy, żeby uczeń poprawił swoje oceny. My, jako wychowawcy. Mam nieprzepartą ochotę napisać, że już poprawiłam ocenę z biologii za pana X, a z chemii za panią Y. No bo co ja mam tam pisać??? Znaczy wiem, co mam tam pisać. Że rozmawiałam z uczniem, jego rodzicem, nauczycielem, u którego ma banię i każdy z  nich ma to potwierdzić swoim podpisem (żeby nie  było, że tak sobie wymyśliłam). Tylko że stąd już tylko krok do tego, żeby poprawiać za nich oceny. To podobno bat na tych rodziców, którzy awanturują się, że ich biedne dzieci nie wiedziały, co mają zrobić i dlatego się nie poprawiały, a w ogóle to my jesteśmy nierobami i dzieci nie miały w ogóle szansy się poprawić, bo nas nigdy w pracy nie ma. Tyle że ja bym takiego rodzica posłała na drzewo, a nie produkowała dla niego kartki z wyjaśnieniami.
Bo rodzice niejednokrotnie są o wiele gorsi od dzieci. Mają oczekiwania, wymagania, pretensje, a kiedy mówi im się, że ich dziecko nie jest tak genialne, jak im się wydaje, to pomstują na nauczyciela, wytykając mu brak kompetencji i chęci. No i oczywiście twierdzą, że jestem głupia (nie do mnie osobiście, ale do innych matek i do dzieci), że nie ma się co mną przejmować i że jestem wredna i uparłam się właśnie na ich dziecko. Ręce opadają.
Prawda jest taka, że nie chcę wcale zostawiać tych uczniów na kolejny rok. Problem polega jednak na tym, że oni nie dają mi szansy na to, żeby ich przepuścić. Nie chodzi nawet o to, że czegoś nie umieją, nie rozumieją, bo to bym jeszcze zniosła (angielski naprawdę nie jest najważniejszym przedmiotem na świecie), ale o to, że oni w ogóle nie pracują. Nie uczą się w domu, nie uważają na lekcjach, nie noszą książek ani zeszytów, nie notują, nie tłumaczą sobie słówek… Innymi słowy – nie robią nic. A potem pod koniec roku wydaje im się, że będą w stanie wszystko poprawić, choćby cały rok, bo przecież tu napiszą jakiś referat, a tam jakiś plakat i po sprawie. A ja w tym roku się zaparłam i powiedziałam – NIE. Jeśli chcesz się poprawić to napisz kartkówki i sprawdziany i tylko pod tym warunkiem będziesz mógł/mogła przejść do następnej klasy. Chwilowo nikt się nie kwapi, bo przecież jest dopiero połowa maja.
A dlaczego się zaparłam? Bo od przyszłego roku wynik egzaminu gimnazjalnego z języków będzie liczył się do rekrutacji. I ja potem nie mam zamiaru wysłuchiwać od dyrektorki połajań, dlaczego nasza szkoła jest w jakiejś tam staninie albo w takim a nie innym miejscu na wykresie czy w tabelce. Wszystko sprowadza się do tego, że mamy słabe wyniki. Dlaczego? Dlatego, że przepuszczamy z litości, jak leci, a potem oczekujemy wysokich wyników i tego, że oni na egzaminach wypadną dobrze. Cudów nie ma, pani dyrektor. Ktoś, kto raz poczuje, że można go przepuścić bez żadnego wkładu własnego, nie zacznie się nagle uczyć, bo wisi nad nim egzamin gimnazjalny. 
I tak wąż zjada własny ogon.

poniedziałek, 28 września 2009

Zero wstydu.


Jest sobie uczeń, powiedzmy Jacuś. Tenże Jacuś regularnie psuje nauczycielom nerwy na lekcjach nie tylko przez znikomy poziom wiedzy, a często jakikolwiek jej brak, ale również przez to, że jest po prostu bucem. Pewnie nie powinnam tak mówić, dostanę cięgi, ale taka jest prawda i skoro mogę w ten sposób nazwać dorosłego, to mogę i dziecko. Cham nieprawdopodobny, bezczelny, awanturuje się z uczniami, za nic ma nauczycieli. Uczeń jakich wiele tak ogólnie teraz w polskich szkołach, ale ten naprawdę działa na nerwy, jak mało kto. Nadszedł czas interwencji u rodziców Jacusia. I tu zaczyna się zonk.
Bo Jacuś to eurosierota. Rodzice pojechali na zarobek, a Jacuś został pod opieką pełnoletniego brata. Brat, jak wiadomo, posłuch ma u Jacusia znakomity. Pewnie wieczorami oboje nabijają się z głupich nauczycieli, że cały czas narzekają. Z rodzicami żadnego kontaktu. I tak cały rok nauczyciele męczą się z Jacusiem w imię mniejszego zła. Można by iść do sądu i burzyć się o brak opiekuna, ale Jacuś pełnoletniego opiekuna ma. Rodzice pieniądze przysyłają, dzieci żyją, rodzice dzwonią, interesują się, a że do szkoły nie dzwonią i z nauczycielami nie chcą rozmawiać to już inna bajka. Efekt do przewidzenia, Jacuś zostaje w klasie trzeciej gimnazjum na drugi rok. 
Przyjeżdżają rodzice. Jacuś nadal nie rokuje nadziei na bezbolesną współpracę. Wiedzę uważa za zbędny bagaż życiowy, a kulturę za coś dla głupków. Ale teraz można już wezwać rodziców. Hura! No i rodzice w końcu się pojawiają. Problem w tym, że zamiast rozmawiać z nauczycielami, zieją ogniem. Krzyczą, że ich syn jest tu prześladowany, że nauczyciele są wredni, bo mają ciągłe pretensje do ich grzecznego, kulturalnego, bystrego synka! Poprzednia wychowawczyni była zła, bo go prześladowała, a teraz zaczyna się wszystko od nowa! Hańba! Nie jestem pewna, czy wyjechali już z argumentem, że skargę do kuratorium złożą, ale jeśli tego nie zrobili, to z pewnością tylko kwestia czasu. Nauczyciel nie może oczywiście wbić się w tą „rozmowę”, bo nie ma takich kulturalnych słów, które oppisałyby ich bystrego i wspaniałego synka. Poza tym przecież my go prześladujemy, więc cokolwiek powiemy, jest to dalsza część szykanów. I co z takim fantem zrobić? Nic się nie da zrobić, trzeba czekać, co będzie dalej i w razie potrzeby i konieczności bronić się przed wyższą instancją, bo z tym państwem nie da się rozmawiać.
Zastanawiam się, jak można być tak ograniczonym… Najpierw zostawia się dziecko, które i wcześniej nie było aniołkiem, samopas i udaje się, że wszystko jest ok. Potem przychodzi się z awanturą, która w ogóle nie powinna mieć miejsca. Jakby to chodziło o moje dziecko, to chyba bym się ze wstydu spaliła zanim bym poszła do tej szkoły, a w szkole siedziałabym cicho jak myszka i słuchała porad tych wszystkich ludzi, którzy z gruntu jednak chcą mi pomóc. No ale to ja. Inni rodzice nie zawsze są tacy. Ja wiem, że dziecka trzeba bronić do ostatniej kropli krwi, bo taka rola rodziców, ale dzieci trzeba też wychowywać, o czym szanowni państwo chyba zapomnieli.
Sama jestem ciekawa, jak dalej potoczy się sprawa…

czwartek, 17 września 2009

Ciężki dzień.


Oj, nerwy dzisiaj były, jak nie wiem co. Ciężko jest to wszystko przedstawić tak, żeby każdy mógł zrozumieć (zwłaszcza ten, który o pracy nauczyciela wie niewiele:)), ale postaram się.
Zaczęło się od tego, że po południu mieliśmy zostać na specjalne zebranie Rady Pedagogicznej, a dokładnie zostać mieli nauczyciele, którzy uczą klasy 2a i 2b. Zostaliśmy, a jakże, wyjścia nie było. Temat: rodzice przychodzą i skarżą się, że nauczyciele nic nie robią, dzieci się nudzą, a dyscypliny brak. Rodzice szantażują nas wypisaniem dziecka ze szkoły, co w efekcie grozi połączeniem klas i zmniejszeniem etatów. Tak więc i rodzice, i pani dyrektor mają na nas haka. Tylko, że o jakim haku mówimy, skoro nikt nie wie tak naprawdę, o co chodzi… Pani dyrektor bowiem postanowiła nie ujawniać ani nazwisk rodziców, którzy przyszli na skargę, ani nauczycieli, co do których pretensje zostały zgłaszane. W związku z tym siedzimy sobie przez godzinę i gadamy o niczym właściwie, czego wnioskiem ma być: co robić dalej?
Tyle że kto i co ma robić dalej, skoro nie wiadomo, o co chodzi? I tak na okrągło… W końcu pada wniosek, żeby ujawnić, o kogo chodzi, zrobić konfrontację, bo inaczej się nie da. Na zebraniu pani wicedyrektor wydelegowana przez panią dyrektor, bo główna na jakimś spotkaniu. Słyszę:
-To trzeba powiedzieć pani dyrektor.
-To trzeba powiedzieć.-odpowiadam bezczelnie, bo w końcu to ona ma taki obowiązek.
Wnioski: nie wiem. Przykro mi. Siedziałam na spotkaniu godzinę, każdy pogadał i ponarzekał, ale w gruncie rzeczy żadnych wniosków nie było, bo nie było ich z czego wysnuć.
Co w takim razie wynikało z tych pogaduszek… Ano to, że wkrótce chyba będziemy musieli tańczyć na rurze, bo przecież uczniowie się nudzą i trzeba zrobić coś, co ich zainteresuje. Nooooooooooo, z całą pewnością nie będzie to zdobywanie wiedzy, bo jakże to tak?! Uczyć się w szkole?! A ja pytam, czego ja mam uczyć, jak, skoro na ostatniej lekcji czworo z niemal dwudziestu uczniów miało książkę. Reszta siedziała sobie, nic nie robiła całą lekcję, co najwyżej gadała. Jak ich ochrzaniłam to się uspokoili, ale do odpowiedzialności się nie poczuwają. Jak oni mają się nie nudzić, skoro w ogóle nie mogą wiedzieć, o czym ja mówię, nie mając książki przed sobą? Nie wspomnę nawet o uczniach, którym wydaje się, że wszystkie rozumy pozjadali i wszystko już umieją, a błędy robią takie, że aż zęby od zgrzytania bolą.
-Dlaczego nic nie robisz?-pytam.
-Bo ja to umiem i się nudzę.
No to zadaję proste pytanie z aktualnego tematu. Delikwent bredzi tak, że aż paznokcie mnie bolą. Udowadniam mu błędy, zwracam uwagę, że jednak nie wie wszystkiego i powinien trochę uważać. Widzę głupie miny i dąsy, delikwent wie lepiej. Obraził się na mnie, bo udowodniłam mu, że ma zbyt wysokie mniemanie o sobie. Nie wygram. Skoro pani dyrektor nie daje mi szansy na obronę, na konfrontację, żeby uświadomić rodzicom, że ich dzieci nie są kryształowe, a nauczyciele nie są nierobami.
Mój wniosek: albo oni, albo ja. Zamierzam rozpocząć walkę. Może nie brzmi to szlachetnie, ale mam dość pięknych słówek. Dość mam nazywania uczniów bezczelnych-niesfornymi, a beznadziejnych rodziców-niewydolnymi wychowawczo. Dlatego właśnie zamierzam ich zgnębić, Wydam majątek na telefony, bo zamierzam dzwonić do rodzica za każdym razem, kiedy uczniowie nie mają podręczników albo nadepną mi na odcisk w jakikolwiek inny sposób, ale trudno. Zamierzam robić kartkówki co lekcję, bo dość mam powtarzania cały czas tego samego. Oj, jeszcze kilka rzeczy zamierzam, ale post już za długi nieco, poniosło mnie. Wyniki przedstawię pewnie wkrótce.