Mało kto zdaje sobie sprawę, co się dzieje, kiedy w szkole wydarzy się
wypadek. Nie musi to być wcale poważny wypadek, typu złamanie nogi czy
omdlenie. Wystarczy, że dziewczyna (w ramach zalotów zapewne) dostanie śnieżką
w oko. Na początku słabo widzi, potem jest lepiej. Pozostają popękane naczynka
i nieco spuchnięty policzek. I tu właśnie zaczyna się historia w trzech aktach.
AKT I
Wzywamy rodzica, który szczęśliwie może przyjechać. I tu się zaczyna.
Dostała w oko, więc zdarzyć wszystko się może. Teraz jest OK, ale co będzie za
dwie godziny albo jutro? To jednak oko, w pierwszej chwili może wydawać się, że
dobrze, a potem będzie zadyma. Matka wraz ze mną podejmuje decyzję – wzywamy
pogotowie. Jako kobieta wiem, że wzywanie karetki do spuchniętego oka nie jest
zagrożeniem życia. Jako nauczycielka nie mam zamiaru iść do więzienia. Dlatego
właśnie wykręcam potulnie 999 i przekazuję sprawę dyspozytorce. Proszę czekać,
karetka przyjedzie.
Jest. Wchodzi dwóch ratowników. Jeden bada dziewczynę i rozmawia z
mamą. Niby wszystko w porządku, na pierwszy rzut oka jest zdrowa, widzi dobrze,
ale i tak trzeba zbadać. Można zawieźć karetką, można samemu, można iść do
okulisty na własny rachunek. Matka już wcześniej podjęła decyzję, że karetką
będzie szybciej i za darmo, a tu nagle... zmienia zdanie. Jednak nie
pojedziemy, dziękujemy za przyjazd.
W tym samym czasie drugi ratownik stojący z boku szepcze pod nosem „W
ogóle nie trzeba było wzywać karetki.” Ja też stoję z boku, więc go słyszę,
nikt inny nie. Mam ochotę odwinąć się i mu przywalić. Bo gdyby coś się stało,
matka zażądałaby przyjazdu, a ja bym odmówiła, na mnie spadłaby
odpowiedzialność. Też mam dziecko, nie zamierzam spędzić części życia w sądach
albo w więzieniu.
No ale nic, stało się. Dziewczyna kilka minut później wesoło bryka po
szkole, zaśmiewając się w głos z koleżankami (wcześniej histeria, płacz, krzyki
i cały wspaniały cyrk). W porządku, nie mnie oceniać.
AKT II
Dwie godziny lekcyjne później chłopak (a jakże, też z mojej klasy
wychowawczej) biega po korytarzu. Sadzi po kilka stopni po schodach, szaleje po
całej szkole. Zwraca mu uwagę każdy nauczyciel dyżurujący, w tym pani dyrektor,
ale przecież po co słuchać dorosłych, zwłaszcza jak się ma ADHD. W którymś
momencie w szalonym biegu na połowie długości schodów nagle zaczyna wpadać w
poślizg. Żeby nie polecieć na głowę, skacze. Ląduje na tyle niefortunnie, że
kostka pada. Nie wiadomo co się dokładnie dzieje, ale noga puchnie.
Wzywamy matkę, przychodzi. Dzieciakowi w międzyczasie smarujemy kostkę maścią,
bo tylko tyle możemy zrobić. Twierdzi, że jest lepiej. Kiedy matka przyjeżdża i
zdejmuje opatrunek, trzęsie się jak osika. Wielki macho ma łzy w oczach (czemu
wcale się nie dziwię), ale nadal gra odpornego. Widać jednak, że ze spaceru do
domu nic nie będzie. Na tramwaj też nie dokuśtyka, więc zapada decyzja (jako że
matka samochodu nie ma) – wzywamy pogotowie. Przynajmniej tu wyraźnie widać, że
bez interwencji się nie obejdzie. Oczywiście po karetkę dzwonię ja. Już
zastanawiam się, czy po podaniu adresu nie stwierdzą, że jakiś dzieciak sobie
jaja robi.
Zespół przyjeżdża, oczywiście ten sam. Tym razem ratownik już nie
komentuje. Może przemyślał, może pogadał z tym drugim, nie wiem. Żartuje tylko
„Następnym razem kawa i ciastka nam sie należą.” Takie żarty są w porządku,
więc szybko zapewniam, że nie ma sprawy. Oczywiście, jak przypuszczałam, na
ostry dyżur trzeba jechać, nie ma bata.
AKT III (matriksowy nieco jakiś)
Na drugi dzień przychodzi do szkoły uczennica z podbitym okiem i pyta, czy
ma wziąć od prywatnego okulisty fakturę albo paragon, bo w sumie to może
domagać się będzie od chłopaka zwrotu pieniędzy za wizytę. No cóż, nie ukrywam,
że miałam ochotę roześmiać jej się w twarz. Oczywiście to byłoby bardzo
nieprofesjonalne, tłumaczę więc tylko, że przecież było wzywane pogotowie,
miała szansę zrobić badanie szybko i za darmo. Skoro zdecydowała się na
prywatne, raczej sama musi zapłacić. Dziewczyna przyjmuje do wiadomości, ale
pewnie i tak decyzję o dalszym postępowaniu podejmie matka. Doprawdy, zdumiewa
mnie tupet niektórych ludzi...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz