Odpocznijmy chwilowo od tematyki maturalnej i popłyńmy na nieco inne
wody. Wiele razy podczas swojej kariery pytano mnie, co lepsze – kursy czy
korepetycje, a może jeszcze jakiś inny wynalazek. Głównie pytanie pochodziło od
rodziców małych dzieci albo rodziców moich uczniów, rzadziej od ludzi
dorosłych. I jak ja mam na to odpowiedzieć? Dla każdego coś dobrego.
Zacznijmy od małych dzieci. Tutaj polecałabym metodę kursu. Dziecko
jest w grupie, uczy się przy okazji i choć nam może wydawać się, że jest na
wiedzę wyjątkowo odporne, bo nie recytuje angielskich wierszyków w domu to tak
naprawdę korzysta na tym więcej niż nam się wydaje. Efekty widać słabo, bo
takie małe dziecko nie jest jeszcze nastawione na produkcję. Nie można od niego
oczekiwać, że zacznie płynnie mówić po angielsku, a nawet że powtórzy słówka
uczone na lekcji. I to jest właśnie często błąd rodziców, posyłających dziecko
na lekcje czy zatrudniających korepetytora. Oczekują, że skoro płacą to mogą
trenować dzieciaka i oczekiwać, że będzie ładnie wszystko powtarzał przy nich i
oczywiście przy gościach (najbardziej szkoda mi dzieci znajomych, których
odwiedzam i którzy w dobrej wierze chcą pokazać „cioci, która uczy
angielskiego”, jak to potomek nauczył się angielskiego). A tak nie ma. Dzieci
mają swoje tempo, swoją nieśmiałość czy inne hamulce. Jeden będzie powtarzał
wszystkie piosenki i wierszyki, które choćby raz zostaną zaśpiewane w
przedszkolu, a inny będzie udawał, że nie wie, o co chodzi, aż złapiemy go w
jakimś kąciku nucącego jakąś tam melodyjkę, która okaże się tą wymarzoną. Oczywiście
nie każde dziecko lubi przebywać w grupie. Można więc zainwestować w
korepetytora, ale (tak samo jak w przypadku kursu) nie odsądzajmy nauczyciela
od czci i wiary tylko dlatego, że potomek nie chce powtarzać słówek. Niech za
przykład posłuży tu historyjka jednej mojej znajomej, której dziecko za żadne
skarby nie chciało powtórzyć żadnego słówka, którego się nauczyło. Pewnego dnia
wybrali się do ZOO i nagle okazało się, że dziecko lata od jednego zwierzaka do
drugiego i krzyczy ich nazwy… po angielsku. Także nie wszystko stracone. Jedno
jest pewne – nie wolno pod żadnym pozorem zmuszać dziecka do powtarzania, Ono
może i się nauczyło, ale powtarzać nie chce. Zmuszanie go do tego sprawi tylko
tyle, że dziecko zniechęci się do uczenia się języka.
Człowiek młody (taki już szkolny powiedzmy) potrzebuje większej uwagi,
skupienia na nim samym, dokładnego wytłumaczenia w sposób przystępny i wesoły
wszystkich tych regułek i słówek. Ponadto zaczyna się szkolny rygor, gdzie nie
tylko MOŻE umieć, ale już MUSI umieć pewne rzeczy. Dlatego tym razem możemy od
potomka wymagać, żeby coś powtórzył, zaprezentował, zaśpiewał czy wyrecytował
(bo i tak tą wiedzą musi wykazać się w szkole). Oczywiście taki siedmiolatek
pewnie nie musi stać przed całą klasą i recytować regułek gramatycznych, ale
jakąś tam wiedzą powinien się wykazać, choćby kolorując angielskie malowanki i
nazywając kolory. Im starszy, tym więcej można wymagać. I tutaj wkracza
korepetytor. Grupa nie załatwi sprawy, moim skromnym zdaniem. W grupie można
łatwo zniknąć, pozostać niezauważonym, jeśli tylko się chce. Z korepetytorem
trzeba się wysilić. I tutaj prośba do rodziców – jeśli korepetytor mówi, że
dziecko się nie uczy to nie dlatego, że chce być wredny (przecież poniekąd
strzela sobie w kolano), tylko po to, żeby uświadomić rodzica, że jego
pieniądze się marnują i może powinien uświadomić w tym względzie potomka. Znam
jednakże takich rodziców, którzy posyłali dziecko na korepetycje tylko i
wyłącznie dla prestiżu posiadania korepetytora i nie interesowało ich, że
dziecię się nie uczy. No ale nie można mieć wszystkiego. Punkt widzenia
korepetytora to zupełnie inna bajka.
Wkraczamy w erę gimnazjum i szkoły ponadgimnazjalnej. I tutaj upierać
się będę, że tylko korepetytor załatwi sprawę. Oczywiście nie mówię o osobach,
które świetnie uczyły się angielskiego w szkole i potrzeba im tylko lekkiego
treningu, który uzyskają w jakichśtam szkołach pracując jakimiś tam metodami,
ale o dzieciach, z którymi trzeba pracować, żeby sobie dali radę. Czyli
dzielimy na dwie grupy. Tym słabszym dajemy osobistego nauczyciela. Musi się
sprężyć i ćwiczyć, żeby się poprawić i być może nawet osiągnąć całkiem fajny
poziom. To można osiągnąć metodę „one on one”. Nauczyciel przychodzi i wymaga,
bo w grupie po raz kolejny zniknie i będzie jak w szkole. Lepsi uczniowie,
którzy w szkole przyswoili wszystko, co mogli, mogą pokusić się o kursy, ale
tylko wtedy, gdy mają na tyle samozaparcia, że będą dużo pracować w domu.
Oczywiście ten z korepetytorem też musi pracować trochę sam, ale ten na kursach
chyba jednak bardziej. No i trzeba być na tyle otwartym, żeby zgłaszać się na
lekcjach i udzielać, bo takie siedzenie w kąciku niewiele da.
A dorośli? Tutaj radzę korepetytora i to takiego, który nie pozwoli
sobie w kaszę dmuchać i będzie wymagał. Wiele razy popełniałam ten błąd, że
„wie pani, jak to jest, dzieci, praca, pranie, zmywanie, sprzątanie, nie
miałam/em czasu zrobić tej pracy domowej i przygotować się do lekcji”. I
odpuszczałam. A to tak nie działa. Nie dosyć, że w pewnym wieku jest nam
trudniej uczyć się języków, to jeszcze wymyślamy sobie tysiąc powodów, żeby
tego nie robić, mimo że wydajemy własne
pieniądze na tą późną edukację. Dlatego pierwszym zadaniem takiego nauczyciela
jest pilnowanie i naciskanie na ucznia. Po tylu latach pracy doszłam do
wniosku, że jest to mimo wszystko najbardziej niewdzięczny typ uczących się. Bo
co mam powiedzieć? „Przecież jedynym Pana/i obowiązkiem jest się uczyć”? (to
jest metoda „na ucznia”). Skoro tak nie jest. „No tak, rozumiem, ok., odpuszczę
Panu/i tym razem”… i następnym, i następnym. I przychodzę tylko po to, żeby
posiedzieć, bo skoro nie ma opanowanego materiału z poprzednich zajęć to co mam
właściwie do roboty? A kaska leci. Tutaj trzeba ostrego zawodnika, który
uświadomi szybko i boleśnie, że skoro nie ma nauki, nie ma lekcji. I trudno,
niech tak się stanie za cenę moich pieniędzy (po raz kolejny strzelam sobie w
kolano), ale nie będę udawać, że uczę tylko po to, żeby potem usłyszeć, jaka to
ja jestem nieudolna, że dawałam korepetycje przez ileś tam, a on/a nadal nic
nie umie.
Postanowiłam sobie, że nie zająknę się o przeróżnych metodach,
krążących w świecie, ale ponieważ nie jestem zbyt konsekwentna to może jednak
się skuszę. Ale na to trzeba dużo czasu i muszę zaprzęgnąć swój ośrodek badań
(bo sama nie uczę żadną konkretną metodą), a to może potrwać. Także proszę nie
czekać z zapartym tchem na notkę o metodzie Helen Doron czy innym Callanie.