Pokazywanie postów oznaczonych etykietą głupoty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą głupoty. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lipca 2015

Pomysły pani minister.


Gdybym nie została poniekąd poproszona o napisanie tego postu, pewnie nigdy bym się do niego nie zabrała. Przykro mi, ale treść tych tematów przekracza moje granice pojmowania i zupełnie nie wiem, jak się do tego wszystkiego odnieść. Jednak spróbuję.
Otóż zacznijmy od tego, że pani minister edukacji narodowej, niejaka Joanna Kluzik Rostkowska, od wielu miesięcy twierdzi i powtarza, że na sercu jej leżą sprawy uczniów. Wszystko chce dla nich zrobić, serce i duszę oddała tym biednym dzieciom dręczonym przez złych nauczycieli i bezlitosny system. Doprawdy, moje wzruszenie tutaj się zaczyna. Nie dosyć, że ustawa o systemie oświaty ma służyć uczniom, to jeszcze Karta Nauczyciela też ma służyć uczniom. Łkam już w kąciku ze wzruszenia. No i na koniec rozmowy ze związkowcami, a konkretnie z prezesem Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomirem Broniarzem, wiceprzewodniczącą Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ "Solidarność" Teresą Misiuk i przewodniczącym Branży Nauki, Oświaty i Wychowania Forum Związków Zawodowych Sławomirem Witkowiczem okazały się być wielką walką o ucznia, bo (i tu walnę cytat, bo nie zdzierżę) "Mnie zależy na dobru dziecka, a państwu zależy na pieniądzach" (by Joanna Kluzik Rostkowska). No cóż, sprawdźmy, jak bardzo w swojej trosce posunęła się pani minister w tworzeniu tematów do dyskusji. 
Było ich pięć, postaram się dokładnie przeanalizować każdy z nich, a nie będzie to łatwe.

Dyrektor szkoły – nauczyciel, urzędnik, manager, wykonawca poleceń? – autonomia i kompetencje dyrektora, sposób wyboru.
No tak, rola dyrektora w szkole rzecz ważna. Do tej pory dyrektor nie wie, jak się nazwać i jak się określić, co znacznie wpływa na ucznia, który jest zupełnie zdezorientowany w obecności dyrektora, który może być nauczycielem, a w następnej chwili bezlitosnym urzędnikiem, a już jak zacznie wykonywać czyjeś polecenia to umarł w butach. Doprawdy, rola dyrektora w szkole jest od dawna określona i mimo że istnieją pewne problemy w tej kwestii to omawianie ich i robienie z tego wielkiego halo to już lekka przesada.

Kierunek: potrzeby dzieci. Kształcenie przyszłych nauczycieli. Co warto zmienić?
Kiedy nauczyciele chcieli rozmawiać o tym, że szkolenie przyszłych kadr ma wielkie braki i może powinno się zmienić nieco profil, pani minister nie była zainteresowana. Nie tym tematem, w ogóle nie była zainteresowana rozmową. Teraz nagle chce o tym rozmawiać, i to ze związkowcami. Niewłaściwy czas na właściwy temat. Może i dyskusja pomoże uczniom, ale na pewno nie jest to właściwy moment na takie rozmowy (kilka miesięcy przed wyborami, doprawdy). Temat ważny, ale na inny czas. Spokojny, stabilny czas (tylko że wtedy pani minister nie będzie chciała z nami rozmawiać).

Dlaczego uczniowie muszą brać korepetycje? Szkoła sprzyjająca rozwojowi ucznia – rola rodziców, nauczycieli, dyrektora.
A to już jest mega bezczelność, żeby wywalać takie działa. Problem korepetycji istnieje, ale obawiam się, że w większości nie jest to problem szkoły. Ostatnio nawet miałam taką sytuację, a właściwie dwie.
1. Uczeń ma problemy z nauką. Proponuję mu konsultacje, spotkania, pomoc (takie "szkolne korepetycje" i to nawet całkiem darmowe), ale uczeń nie przychodzi. Potem przychodzi matka i narzeka, ile to pieniędzy musiała utopić w korepetycjach. Nie zdzierżyłam, skomentowałam, że jakby chciał, to i w szkole by sie nauczył, bo możliwości jest wiele. Może mnie nie lubił i nie chciał się ze mną uczyć - nie ma sprawy, nie jestem jedyną anglistką, a i na takie sytuacje nie mam wpływu. Pomoc mógł otrzymać, nie był zainteresowany.
2. Uczeń był słaby, nie jakiś totalnie olewacki, ale problemy miał. Nagle zaczął się wybijać, idzie mu świetnie i w ogóle cud, miód i orzeszki. Co też się stało? Poszedł na korepetycje? Otóż nie, zaczął się uczyć (i wiem to od niego samego).
Korepetycje bierze się z dwóch powodów - albo uczeń sobie nie radzi, albo chce więcej. W pierwszym przypadku w większości szkół po to są nauczyciele i  ich konsultacje, żeby pomagać. Z doświadczenia wiem, że niemal nikt na te zajęcia nie przychodzi (chyba że chce poprawić sprawdzian). W drugim przypadku też często (choć nie zawsze, rozumiem) są w szkole zajęcia dodatkowe, rozwijające zainteresowania i jeśli ich nie ma albo są niewystarczające, to decyzja rodziców, żeby posłać dziecko na korepetycje. Nic mi do tego, że ktoś chce, aby jego dziecko było jeszcze lepsze. Sama chodziłam z tego powodu na korepetycje i do głowy mi nie przyszło, żeby obwiniać szkołę, że nie uczy mnie więcej, bo nie byłam jedyną uczennicą w klasie, a nie wszyscy chcieli więcej.
Także najpierw radzę się zastanowić, co chcemy powiedzieć i osiągnąć, a potem peplać i dawać do dyskusji tak niepoważne tematy.

Dni wolne od nauki, niewolne od opieki – jak szkoły radzą sobie z obowiązkiem zapewnienia opieki uczniom w trakcie m.in. przerw świątecznych.
NAPRAWDĘ???!!! Po tej burzy, która rozpętała się w zeszłym roku teraz nagle pani chce rozmawiać, i to ze związkowcami? Po co, pytam? Szkoły się dostosowały, sama pani tak twierdziła, teraz nagle wymaga to dyskusji?
Już pomijam drobny fakt, że sam temat jest idiotyczny, bo szkoła to nie jest miejsce, w którym zapewnia się opiekę, a w którym się uczy. No ale rozumiem, że sześciolatka ciężko zostawić samego w domu (jako siedmiolatka sama zostawałam, więc się nie wypowiem już nawet na temat braku samodzielności w dzisiejszych czasach). Dlatego właśnie szkoły (bardzo często bez żadnych odgórnych nakazów) oferowały opiekę. Tyle że zmuszanie do tego cyrku dyrektorów i nauczycieli na niemal każdym poziomie (szkoły ponadgimnazjalne nie są wliczone, ciekawe czemu, skoro są tam niepełnoletnie dzieci? - i tak, to był sarkazm) to już lekka przesada.
I dla tych, którzy chcą mnie ukamienować mam propozycję - niech szkoła będzie otwarta 24/7/365. Nie ograniczajmy się do Wigilii czy dni między świętami. Bo przecież jakiś rodzic może mieć nocne zmiany i co wtedy z dzieckiem zrobi? Ktoś może mieć dyżur w święta (jakiś strażak czy inna pielęgniarka) i co wtedy z maluszkiem? Naprawdę, rozszerzmy działalność szkoły, nie pozwólmy się robić w konia głupim, leniwym nauczycielom. Niech pracują nieroby 24/7, żeby pomóc dzieciaczkom, wtedy na pewno będzie lepiej. 

Nauczyciel – przyjaciel, mistrz, wychowawca, współczujący obserwator? Jak pomóc nauczycielom w wypełnianiu tej roli? Szkoła wolna od przemocy, przyjazna, bezpieczna, czyli jaka?
To jedyny temat, który uważam za godny dyskusji. Problem polega na tym, że ta dyskusja już ma miejsce. Jest wiele programów, projektów, które są w szkołach wdrażane i to bez "pomocy" pani minister. Oczywiście dobrze, żeby nie były to wyjątki, ale reguła, tyle że jest to jeden z pięciu tematów, na który warto rozmawiać. To trochę za mało.

Dlatego właśnie uważam, że coś tu nie gra.
Pisząc tego posta korzystałam z informacji z tego artykułu.
 

czwartek, 11 czerwca 2015

O pewnej pani, co dziecka mieć nie zdążyła.


O, zadziało się w internetach, zadziało. Pewna fundacja zrobiła pewną kampanię, pewnie miała nadzieję na wdzięczność społeczeństwa, a tu społeczeństwo zadkiem się odwróciło i kampanię skrytykowało. No to teraz fundacja mówi, że dokładnie o to im chodziło, ale też co innego ma mówić? 
Kilka słów o samej kampanii. Jest tak bezdennie głupia i nieprzystająca do polskich realiów, że to aż boli. Jeśli ktoś przypadkiem nie widział (bo czasem takie jednostki się zdarzają, czasem jestem to i ja), to jest pewna pani - atrakcyjna, stosunkowo młoda i ewidentnie bogata, bo chatę ma taką, że oko bieleje. I ona przechadza się po tym domu z uśmiechem na twarzy, wyliczając co też udało jej się w życiu osiągnąć. Zrobiła karierę, wyjechała gdzieś tam, kupiła dom. I tu następuje nagły i jakże dramatyczny zwrot akcji, bo nagle pani staje przed wielkim oknem, łza spływa jej po policzku i stwierdza, że tylko dziecka nie zdążyła mieć. Fini.
Ogólny zamysł słuszny - nie powiem. Dzietność spada, a dzieci są nam potrzebne. Dlaczego więc po obejrzeniu tej kampanii nie wskoczyłam z mężem do łózka? Może dlatego, że jeszcze nie zdążyłam zrobić tego wszystkiego co ta pani, a moja sytuacja życiowa po prostu nie pozwala mi na masowe rozmnażanie? Otóż to, brawo. I w mojej sytuacji jest większa część społeczeństwa. I nie mówię tu o kobietach (choć twórcy kampanii zapomnieli, że i pan by się przydał do tego dziecka - chyba że in vitro popierają, ale o tym za chwilę), a o całym społeczeństwie.
Zainspirowana kampanią weszłam na stronę fundacji. Taka sobie ciekawość mną szarpnęła, żeby sobie mózg zryć od czasu do czasu. No i się nie zawiodłam. Szczególnie wzruszył mnie list do pani Marii Lorek, twórczyni podręcznika MENowskiego. Doprawdy, płakałam jak czytałam. Sama nie wiem, czy ze śmiechu, czy z rozpaczy. Oto fragmenty, które trafiły do mnie najmocniej (wszystkie cytaty wzięte ze strony http://www.mamaitata.org.pl/petycje/list-otwarty-do-marii-lorek, zaznaczenia moje)

"Czytając niedawny wywiad z Panią widzimy presję różnych wpływowych środowisk, by w Pani podręczniku dominowała jedyna słuszna dziś perspektywa - perspektywa równości płci."

"Chcielibyśmy tylko, żeby podczas pracy nad podręcznikiem równą wrażliwość okazała Pani dla art. 18 Konstytucji RP, który mówi - Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej - oraz art. 48 - Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami."

"Chcielibyśmy, żeby pamiętała Pani, że miliony dzieci w Polsce wychowują się w klasycznych rodzinach. Nie jest rolą żadnego podręcznika podkopywanie w nich przekonania, że Mama i Tata to było, jest i będzie najlepsze środowisko dla dziecięcego rozwoju.

Chcielibyśmy, żeby nie ulegała Pani presji współczesnej poprawności politycznej, upowszechniającej sztucznie brzmiące neologizmy w rodzaju "inżynierek" i "naukowczyń".

Chcemy, żeby szanując nasze przywiązanie do szkoły wolnej od ideologicznych ambicji, stworzyła Pani podręcznik, który zgodnie z Konstytucją nie będzie naruszał naszego prawa do wychowania dzieci według naszych przekonań."

I po raz kolejny uderza mnie fakt, że tacy państwo (nie wiem dokładnie ile osób podpisało sie pod tymi wypocinami, ale trochę tego jest) pod płaszczykiem "nienarzucania mi swoich poglądów" wymuszają zmiany, które właśnie tym są - narzucaniem mi swoich poglądów. Oczywiście można się kłócić, że wpisana w podręcznik różnorodność byłaby narzucaniem im moich poglądów, tyle że prezentowanie różnorodności (w przeciwieństwie do ograniczania się do ideologii jedynie słusznej) sprawia, że można wyrobić sobie własne zdanie, patrząc pod wieloma kątami i podejmując pewne decyzje. Dostając gotowca na tacy nie mamy wyboru.
Jak się domyślacie, najbardziej wzruszył mnie ten pierwszy fragment. Doprawdy, co za skandaliczna perspektywa - perspektywa równości płci. No nie, nie może być, że mężczyzna i kobieta są sobie równi i powinni być traktowani tak samo (i nie mylmy tu zwykłej uprzejmości typu przepuszczanie w drzwiach za oznakę braku równości - czyli coś w rodzaju damskiej dominacji). To się nie godzi. Ta "jedyna słuszna dziś perspektywa" zaczyna mącić ludziom w głowach i doprowadzi do degeneracji społeczeństwa, ogólnej degrengolady i rozpadu rodziny. Nie zgadzam się, aby mój syn myślał, że ja i mój mąż jesteśmy równi! Ma być wychowany na pana i władcę, któremu kobieta ma usługiwać (sprzątać, gotować, podawać gazetę i jeszcze pracować, bo przecież z jednej pensji nie wyrobi) i rodzić i wychowywać dzieci! No i oczywiście ten apel, żeby pani w równym stopniu pamiętała o tym, że prawdziwa rodzina też istnieje i ma się dobrze. Siedzę w kąciku, kiwam się i łkam ze wzruszenia.
Ludzie, myślmy! O tej fundacji nie powinno być głośno (to co ja robię, siedząc i o niej pisząc :( ), bo robi polskiej rodzinie ogromną krzywdę. Zarówno jeśli chodzi o samą kampanię (pokażcie mi, gdzie trzeba być, żeby się ustawić jak ta paniusia, skoro duża część ludzi w Polsce - przynajmniej w moim środowisku - kopie się, jak dać radę od pierwszego do pierwszego), jak i o ich stronę i postulaty.
Skoro tak bardzo państwo martwią się o to, że nie pozwala im się wychowywać dzieci zgodnie z ich przekonaniami to niech wiedzą, że ja nie wychowuję dziecka zgodnie z ich przekonaniami i jeśli mi je narzucą to ja wstanę i napiszę wzruszający list. Czyżby bali się, że ich dzieci zaczną myśleć samodzielnie i coś im się nie spodoba? Czy że za dużo możliwości zobaczą i nie poprą tej jedynie słusznej? Powtórzę raz jeszcze - żeby mieć wybór, trzeba znać różne możliwości i opcje.
A tak w ogóle to zmieniam front i idę wychować dziecko na prawdziwie dobrego obywatela, bez mieszania mu w głowie tą równością płci. TFU!


niedziela, 1 marca 2015

Darmowy podręcznik w gimnazjum.


I oto stało się - darmowy podręcznik wchodzi do gimnazjum. Już kiedy myślałam, że większych bzdur nie da się wyprodukować, ministerstwo udowodniło mi, jak małej wiary człowieczkiem jestem. Niby wiedziałam, że kiedyś to nastąpi, ale jednak wierzyć mi się nie chciało. Teraz przyszła koza do woza i darmowy podręcznik puka i do moich drzwi.
Żeby być dokładnym i nie wprowadzić czytelnika w błąd - darmowy podręcznik nie wygląda bynajmniej tak samo, jak w podstawówce. Nie dostaniemy ministerialnego gotowca. Dostaniemy dotację. Czyli nadal będziemy mogli wybierać swoje własne podręczniki według własnego widzimisię, ale w ramach dotacji rządowej. Zanim jednak przejdę do samej dotacji, która sprawila, że mózg mi uszami wypłynął i zapłakałam w kąciku nad rządową hojnością, napiszę co zmienia się w podręcznikach (z racji posiadanych sprawdzonych informacji odniosę się tylko do podręczników z angielskiego).
Po pierwsze primo nie można po podręczniku pisać. To dosyć jasne, jako że ma on być wieloletni. Starczyć ma ni mniej ni więcej jak na trzy lata. Czyli każda kolejna klasa pierwsza będzie dostawać ten sam podręcznik w latach 2015/16, 2016/17, 2017/18. We wrześniu podręcznik jest wypożyczany, w czerwcu oddawany. Sprawa jasna i przejrzysta jak dzisiejsze słońce. Tylko jak tu rozwiązywać ćwiczenia choćby ze słuchu, skoro w książce pisać nie można? Ano w zeszycie. Przepisać i rozwiązać. Każde kolejne ćwiczenie. No tak, to przecież oczywiste. Potem taki uczeń zeszyt otwiera, a tam jakże wiele mówiące:
ćwiczenie pierwsze: A, G, H, B, C, F, E, D.
A w książce, którą oczywiście się podpiera, patrzy rozbieganymi oczyma, gdzie te literki mają pasować. No ale dobra, nie pastwmy się nad tym, najwyżej uczeń dostanie na pracę domową przepisanie książki, a ćwiczenia robić będziemy na lekcji. Małostkowa jestem jakaś.
Po drugie primo nie może być w książce żadnych odniesień do egzaminu gimnazjalnego. Dzięki temu można go będzie zmieniać co roku, a w podręcznikach wszystko będzie aktualne. Pięknie i zacnie. Wydawnictwa, w ramach zabawy w kotka i myszkę, zmieniły dotychczasowe podręczniki według wytycznych. "Wskazówka do egzaminu" stała się teraz "wskazówką". "Zadanie egzaminacyjne ze słuchu" cudownie przemieniło się w "zadanie ze słuchu".  No supcio. Cud, miód i orzeszki.
No i po trzecie primo dotacja. Na szkoleniu przeczytałam sobie, że na podręcznik mam 250 zł. Sama radość. Toż za taką kwotę to można taki podręcznik napisać, że się nie śniło (pomyślała, nieco zdezorientowana hojnością państwa polskiego). Ależ, ależ, pani na szkoleniu ukróciła mój entuzjazm, gdyż jest to wprawdzie 250 zł, ale na WSZYSTKIE podręczniki. Tak, nie ma błędu. Wszystkie podręczniki muszą zmieścić się w sumie 250 zł. No dobra, ale pozostają jeszcze ćwiczenia, gdzie dotacja przyznawana jest corocznie (bo po nich można pisać). I tutaj szoczek - bo dotacja to całe 25 zł na ćwiczenia ze WSZYSTKICH przedmiotów. Nie, nie pomyliło mi się, DWADZIEŚCIA PIĘĆ ZŁOTYCH (ja już pominę kwestię, że 1% idzie na jakieś tam opłaty manipulacyjne, przyjmijmy, że jest 25). Oszalałam ze szczęścia.
Wydawnictwa już dwoją się i troją, żeby ze wszystkim wyrobić, ale to też ich problem, mnie nic do tego. Jak chcą zarobić, to one muszą, ja nie. Odniosę się jeszcze tylko do jednej kwestii. Podręcznik ma być rozpoczęty i zakończony w ciągu jednego roku. I tak we wszystkich szkołach. Teraz proszę sobie wyobrazić szkołę A i szkołę B.
Szkoła A: uczniowie zdolni jak brzytwy, wygrywają olimpiady i wykraczają daleko poza minimum programowe. Żyć nie umierać. Rozpoczynają naukę powiedzmy że z drugą częścią podręcznika we wrześniu i idą jak burza, bo informacje przyswajają szybko i sprawnie. Mają trzy godziny języka, więc materiał kończy się powiedzmy około marca.
Szkoła B: uczniowie potrzebują wielu powtórek i ćwiczeń, mają wyraźne problemy, a angielskiego nienawidzą jak nie wiem co. Rozpoczynamy częścią pierwszą i mamy trzy godziny w tygodniu. Żeby uczniów nauczyć, a nie odwalić pańszczyznę, nauczyciel robi minimum programowe, ale rzetelnie dzieciaki uczy. W czerwcu jest na rozdziale 8 z 10.
Co mają zrobić podani nauczyciele? Nikt tego nie wie, bo ministerstwo nie odpowiada na tak skomplikowane pytania, bo nie wzięło takiej sytuacji pod uwagę (i wiem to od pani, która z ministerstwem ma kontakt). Każdy ma zacząć i skończyć podręcznik na czas i nie ma że boli. Jak się pospieszy albo wlecze to jego wina i nieudolny jakiś widocznie jest. 
Dygresja: Już pominę kwestię tego, że u nas w szkole na poziomie podstawowym jest jedna godzina w tygodniu, przez co NIE MA OPCJI żebym przerobiła podręcznik w rok. Kiedyś mogłam mieć jeden na dwa lata, teraz nie wiem co zrobię, nie mam koncepcji. Ale to może tylko w mojej szkole...  Koniec dygresji.
Jest jeszcze kwestia tego, że w ramach szerokiej oferty (żeby złowić uczniów w tych trudnych demograficznie czasach) niektóre szkoły oferują języki obce dość interesujące, niestandardowe, jak na przykład hiszpański czy chiński. Podręczniki do takich języków są drogie, a jak nauczyciel ma powiedzieć, że jego książka "zabiera" połowę dotacji, bo jego wydawnictwo nie pójdzie nikomu na rękę i cen nie obniży. No i nie wspomnę, że miejsca na wypełnianie ćwiczeń w książce też nie zamaże. Ministerstwo nie przewidziało takiej sytuacji.  I nie, nie można powiedzieć rodzicom, że jak sobie wybrali taką szkołę to mają płacić - mają zagwarantowane darmowe podręczniki i nie można od nich niczego wymagać. I sytuacja patowa, bo taki nauczyciel nie ma pojęcia, co go czeka. Niby można (chyba, o ile dobrze pamiętam) prosić o większą dotację, ale jak znam życie to się ją dostanie na święty nigdy.
Ten pomysł odbije się czkawką albo nam (nauczycielom i uczniom), bo tańsze to gorsze i wydawnictwa będą równały w dół i cięły koszty (ale wtedy ministerstwo będzie "zadowolone", a nam biada, bo w szkołach będą się działy cuda, jakich świat nie widział), albo ministerstwu, bo na poziomie gimnazjum trzeba będzie wpakować tyle kasy, że nagle okaże się, że takie rzeczy to jednak tylko w podstawówce. I to tylko na poziomie 1-3. Zobaczymy, co nastąpi szybciej.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Darmowy podręcznik.


Pomysł jedynie słuszny, cudowny i zbawienny. Oraz taki, który wywołał wojnę u mnie w domu. DARMOWY PODRĘCZNIK. Oczywiście chwilowo jedynie dla klasy I szkoły podstawowej, ale to przecież dopiero początek, dajmy sobie czas na rozkręcenie się. Szczegółów wprawdzie nikt nie zna, ale co tam, ZROBI SIĘ. Oczywiście idea jest szlachetna, nie uważam tego pomysłu za zbytnio krzywdzący, zwłaszcza że niegdyś już dzieci uczyły się z jednego elementarza i jakoś nie widzę, żeby było im jakoś szczególnie źle. Problem leży gdzie indziej. A raczej problemy leżą gdzie indziej.
Otóż pierwszym problemem jest kwestia czasu. W cztery miesiące trzeba napisać podręcznik. Dlaczego w cztery? Dlatego, że już w czerwcu nauczyciele muszą się zadeklarować z jakim podręcznikiem będą pracować na przyszły rok. Już samo to jest głupie. Wybieram podręcznik dla grupy dzieci, których w ogóle nie znam. Nie wiem, na jakim są poziomie, czy poradzą sobie z wybranym przeze mnie podręcznikiem czy też może będą się nudzić, porażeni jego łatwością (a uwierzcie mi, rozrzut trudności jest duży), ale możemy lekko przyjąć, że trudność podręcznika w przypadku dzieci sześcio- czy siemioletnich nie ma aż takiego znaczenia. Chodzi jednak o czas pisania podręcznika. Skoro w czerwcu nauczyciele mają zadeklarować, z jakim podręcznikiem przyjdzie im pracować, muszą znać jego dane - tytuł, autorów, wydawnictwo, etc. Tymczasem z tego, co wiem, oprócz określenia wykonawcy zlecenia, którym okazał się Ośrodek Rozwoju Edukacji, który de facto zajmuje się raczej szkoleniem nauczycieli (chociaż projekt e-podręcznik też się tam załapał), nie ma żadnych ustaleń. Nie wybrano konsultantów merytorycznych, nie wybrano autorów, a gdzie pisanie, a gdzie korekta, a gdzie ocena podręcznika? Czyżby zamierzano skrócić drogę prawną i czas dopuszczenia podręcznika do obiegu? Oj, słabo to widzę.
Druga sprawa to kwestia używania podręcznika oraz dokupowania ćwiczeń do tegoż. Podręczniki mają być dostępne w szkole przez okres kolejnych trzech lat. Czy ktoś zastanowił się, co będzie, jeśli podręczniki zostaną karygodnie zniszczone już przez pierwszy rocznik? Nie mało jest dzieci, które nie są nauczone szacunku do rzeczy, zwłaszcza jeśli te rzeczy do nich nie należą. Czy drugi rocznik ma dostać niekompletną sztukę lub podręcznik wyglądający, jakby go ktoś przeżuł i wydalił? Ja, jako matka i jako nauczyciel ostro się temu sprzeciwiam. Oczywiście prawdopodobnie podręczniki będą dostępne w regularnej sprzedaży i takie francuskie pieski jak ja będą mogły sobie kupić nówkę sztukę, nieśmiganą. Problem polega na tym, że jak darmowy to darmowy. No ale dobrze, pal sześć wygląd. Co jeśli ktoś rzeczywiście wyrwie strony? Kupujemy nowe podręczniki w szkole? Każe się rodzicom kolejnych roczników kupić nowy na własny koszt, bo jakiś dzieciak nie uszanował? Skąd brać na to pieniądze i jak niby szkoła ma być rozliczana ze zużycia tych podręczników? Bo przecież nie ma takiej opcji, aby podręczniki zostawiać w szkole, a w domu uczyć się "na czuja". No i ćwiczenia. Skoro podręcznik ma służyć tylko do czytania (brak naklejek, ćwiczeń) to trzeba sprokurować jakieś dodatkowe elementy. Ile one będą kosztować? Jak wyglądać? Czy tutaj będą jakieś wytyczne, czy też po prostu zabroni się korzystania z ćwiczeń i pozostanie podręcznik i zeszyt? I co z książkami choćby do języka? Też w ramach jednego słusznego podręcznika? Czy damy się dalej wyzyskiwać tym wstrętnym wydawcom, którzy chcą zarobić i zarabiają krocie? A przypominam, że język jest już obowiązkowy od pierwszej klasy, nie ma więc możliwości zignorowania tej kwestii.
No i w końcu ostatnia sprawa, najmniej ważna, więc na końcu. Wybór nauczyciela. Pan premier cudownie to podsumował na którejś tam konferencji - że wybór podręcznika przez nauczycieli jest fikcją i nie powinien mieć miejsca, bo przecież co tam taki nauczyciel może wiedzieć, on tylko bierze łapówki i jeździ na Hawaje, gdzie raczy się drinkami z palemką (no dobra, może pojechałam, to nie był cytat).
I jeden tylko wniosek się nasuwa - jeśli tak bardzo zależy rządowi na zmniejszeniu kosztów i odciążeniu rodziców, niech to zrobią z głową. Wystarczy nakazać wydawcom druk na papierze niższej jakości, zmniejszenie liczby rysunków czy zdjęć całkiem nikomu niepotrzebnych (w aż takiej ilości), zracjonalizowanie kosztów i prawdopodobnie problem byłby rozwiązany. Można by oczywiście pomyśleć o jakichś innych rozwiązaniach, na jakie ja niekoniecznie muszę wpaść ot tak, na poczekaniu. Ale doprawdy, ludzie, jeśli chcemy obniżyć ceny podręczników, droga do tego celu powinna być całkiem inna.

wtorek, 10 grudnia 2013

Co robi nauczyciel?


Myliłby się ten, który zawód łączyłby z jego etymologicznym znaczeniem. Dziś ten zawód powinien nazywać się "kursobieg" albo "szkoleniokurcgalopek" (no dobra, trochę za długo). Bo tym właśnie dzisiaj jesteśmy. W tym roku pobiłam chyba jakiś rekord. W przeciągu tych kilku miesięcy byłam na sześciu szkoleniach, kursach doskonalących czy jak tam zwał. I to nie takich dwu- czy trzygodzinnych, część trwała po 20 godzin, część z nich wciąż trwa. Oczywiście kilka tych wielogodzinnych odbywało się w weekendy, co skutecznie zabiło moje życie rodzinne.
Niby nic takiego, nauczyciel ma obowiązek się doszkalać i doskonalić swój warsztat pracy. I wszystko byłoby dobrze, gdybym ja ten warsztat rzeczywiście doskonaliła. Tymczasem w ciągu tych kilkunastu (no dobra, w sumie dwunastu, ale dziesięciu brzmi mało dumnie :)), jakby nie było, latach pracy były dokładnie CZTERY szkolenia, które realnie mi coś dały. Jedno traktowało o pracy wychowawcy i podsunęło mi dużo pomysłów na pracę z wychowankami, drugie uczyło o zapobieganiu szeroko pojętej dyskryminacji, trzecie dotyczyło awansu zawodowego, a czwarte trwa teraz i odsłania mi kulisy Worda i Excela, którego nienawidzę i muszę ujarzmić.
Cztery na dziesiątki, bo przesadziłabym pewnie mówiąc o setce (chociaż kto wie, kto wie...). I nie ma tu znaczenia, czy szkolenie wybrałam sama, bo miało ciekawy i fascynujący opis i założenia, a okazało się totalną klapą, czy też wysłała mnie na nie Pani Dyrektor. Nie miało też znaczenia, czy zapłaciłam za nie z własnej kieszeni, zapłaciła szkoła czy też było to szkolenie darmowe. Nic tu nie ma znaczenia, nie ma żadnej regularności, żadnych zasad i powtarzalności. Czyli lecimy na chybił trafił.
Nie jest też tak, że jestem okropną malkontentką i nic mi się nie podoba, a moi znajomi są zachwyceni. Większość osób uważa te szkolenia, które nam się oferuje za stratę czasu i energii, bo o pieniądzach już nie wspomnę. Niby próbuje się ofertę do nas dostosować, niby wychodzi się nam naprzeciw, ale efektów nie widać żadnych. Ciągle to samo, ciągle mało praktycznie.
No i tutaj oczywiście pada pytanie - jak w takim razie rozwiązać problem szkoleń, które zapewne być powinny, tak żeby każdy (albo niemal każdy, bo przecież jeszcze się taki  nei urodził...) byl zadowolony. Prowadzący - bo zarobi, a na szkoleniach na przykład unijnych zarobić się da niemało (wiem, bo koleżanka prowadziła i albo miała wyjątkowego fuksa, albo kaska spływa strumieniami), nauczyciel - bo ma realne korzyści dotyczące jego warsztatu pracy.
Otóż po pierwsze - nie zmuszać nikogo do niczego. Nie posyłać na szkolenie, bo miasto zapłaciło, bo się miastu wydawało, a jak przyszło co do czego to się nasłuchałam rzeczy, które już dawno wiedziałam. Jeśli będę czuła potrzebę, szkolenie znajdę sama. Po drugie - pisać to, co się naprawdę zamierza robić, ewentualnie modyfikować pod potrzeby uczestników w trakcie. Nie ściemniać, że dowiem się tego czy tamtego, a jak idę na szkolenie to się mnie zmusza do zalogowania na pewnej stronie bez żadnej chęci i przede wszystkim podstawowej wiedzy po co (bo tak).
I w końcu po trzecie - realia. Jeśli pani na szkoleniu zapobiegania agresji nie jest w stanie powiedzieć mi jak poradzić sobie z agresją tylko podaje wyświechtane schematy, które już przerobiliśmy to jest to dla mnie pomyłka. Ewentualnie niech powie - "nic już nie mogą państwo zrobić, ewentualnie proszę poczekać aż kogoś zabije to się nim nawet media zainteresują". A nie wciskać cały czas ten sam kit i jeszcze twierdzić, że gdzieś coś chyba jednak zrobiliśmy źle, bo to powinno zadziałać.
Ogólnie rzecz biorąc ciężko dzisiaj znaleźć szkolenie, które faktycznie coś by ze sobą niosło, czemuś służyło (albo ja na takie nie trafiam, co też jest możliwe, nie powiem...). I mam tylko nadzieję, że tak nie będzie do końca mojej kariery.

sobota, 2 listopada 2013

Zlikwidujmy pracę domową.


Ha, ha, ha, ale mi się tytuł udał :) Doprawdy, nie mogę przejść obok problemu obojętnie.
Ostatnio strasznie wpadają mi w oczy artykuły o tematyce wiadomej. A to sześciolatki w szkołach, a to o przedszkolu za złotówkę, a to w jeszcze jakimś tam innym temacie. Oczywiście się oburzam i zieję prawdziwym ogniem (nauczyciele tak mają). I, jak zwykle, mam własne zdanie.
Po pierwsze - przeładowany program. Chyba nie wiemy, o czym mówimy. "Za moich czasów" (i żeby nie było, że tak strasznie mi żal i tęsknię) materiału było więcej, a  źródeł wiedzy o wiele mniej. Drogie dzieci, nie otwierało się laptopka i nie wchodziło na wiecznie żywą Wikipedię, bo ich po prostu nie było (przynajmniej nie w Polsce, bo rozszerzonej historii internetu nie znam). Ani laptopa, ani Wikipedii, a jak ktoś miał komputerek z SuperMarioBros to był szał ciał i klękajcie narody. Ja nie miałam, a pewnie jakbym miała to bym nie zdawała z klasy do klasy, bo gierkę uwielbiałam z uporem wartym większej sprawy.
Trzeba było iść do biblioteki albo posłużyć się podręcznikiem, a potem jeszcze zdobytą wiedzę utrwalić długopisem na papierze, bo nie było szans postukać w klawiaturę, że o drukowaniu nie wspomnę. Żadne prezentacje też nie wchodziły w rachubę... no, chyba już wicie, rozumicie.
Pracy było o wiele więcej, a jednak nie czułam się przesadnie ciemiężona. Odrabiałam lekcje (tak, nawet po kilka stron zadań z matematyki), a potem szłam na dwór szaleć z koleżankami albo w razie wyjątkowo niesprzyjających warunków atmosferycznych - siedziałyśmy u którejś z nas, uskuteczniając dokładnie takie same wariactwa i ploteczki.
Dzisiaj biedne dzieci się nie wyrabiają i w związku z tym rodzice chcą im zafundować kolejną rewolucję - czyli po drugie - zlikwidujmy pracę domową, bo jest zua, nie poczebna, gupia i w ogóle bezurzyteczna. Fajnie się czyta? No i super! Zwija mi się wszystko w supełek jak czytam radosną tfórczość tych, co zapewne nie odrabiali pracy domowej, jeśli w ogóle mieli czas i ochotę zawitać do szkoły, bo fejsbuś i słit focia stoją nieco wyżej w hierarchii. A takiej twórczości w komentarzach, na forach, a nawet w przestrzeni publicznej coraz więcej.
I coraz częściej słyszę opinie moich kolegów i koleżanek z pracy, że ja głupia jestem i po co czytam te wszystkie niepoważne wypociny i babram się w tym syfie. Otóż po to, żeby w przeciwieństwie do nich wiedzieć czym żyją uczniowie. Już i tak niejednokrotnie nie nadążam, bo nie oglądam Szpitali, Wawy non stop, Pamiętników z wakacji czy innych ambitnych programów, ale przynajmniej choć trochę wiem, o czym mówią uczniowie na przerwach.
Swoją drogą ciekawe, że ta jakże przeładowana młodzież nie ma doprawdy czasu usiąść nad dwoma czy trzema zadaniami, a ostatni odcinek Szpitala są w stanie streścić z precyzją godną cięcia chirurga z dwudziestoletnim stażem. Może to i jakieś rozwiązanie - każmy im pisać streszczenia i charakterystyki postaci z serialików zamiast jakichś tam "Kamieni na szaniec" czy innych bzdurnych książek. Bo któż dziś czyta jakieś tam książki, skoro dzisiaj wszystko można dostać w skróconej, zzipowanej formie.
I tylko na koniec malutki pozytyw i kaganek oświaty - są jeszcze dzieci, które nie do końca oszalały i chociaż oglądają Pamiętniki... to pracę domową też odrabiają, a nawet się jej domagają. I jeszcze jedna scenka rodzajowa, pokazująca, że jednak w narodzie drzemie potencjał. W dobie Justinów Bieberów przebija się taka piosenka, która (tu cytat moich dzieci) "ma jakiś taki tekst o dzieciach i nauczycielach, coś z kids i teachers". Tak, chodziło o "Another brick in the wall", którąś gdzieś kiedyś słyszeli i która im się spodobała. Jest więc nadzieja...