sobota, 14 stycznia 2012

Kreatywne tłumaczenia.


Uwielbiam oglądać seriale. Nie tylko dlatego, że po prostu lubię je oglądać, ale również dlatego, że są niekończącym się materiałem na zajęcia szkolne dla moich dzieci. I bynajmniej nie chodzi tutaj o poznawanie akcentów, ćwiczenie budowy zdania, czy też uczenie się najpopularniejszych zwrotów. Chodzi tu przede wszystkim o kreatywne tłumaczenia. Całkiem jak kreatywna księgowość J. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tych seriali nie tłumaczą profesjonaliści, dopóki nie pojawią się w polskiej telewizji (a ostatnio zaczynam zauważać, że nawet wtedy nie ma szaleństwa), ale mimo wszystko skoro ktoś się za to bierze, to musi mieć świadomość, że to jednak nie bułka z masłem. Sama podjęłam to ryzyko i poszło mi nawet nieźle, ale w porównaniu do innych faktycznie byłam w tym gronie profesjonalistką.
Zacząć trzeba chyba od tego, że często takich seriali nie tłumaczy jedna osoba, a kilka. Ponadto autorzy szumnie ogłaszają, kto robił korektę. I niejednokrotnie najchętniej bym ich wszystkich na drzewo wysłała. Bo jeśli już tak duża grupa ludzi nie zauważa tak banalnych błędów, to raczej proponuję trzymać się z daleka od tłumaczeń. Żeby nie być gołosłowną, kilka przykładów. Te akurat pochodzą z American Horror Story, ale ostatnio zdarzyło mi się obejrzeć serial Chuck z równie wspaniałymi efektami.
„You can go ahead and make fun of us” – możesz iść dalej i świetnie się bawić.
Pewnie, tylko nie wszyscy świetnie bawią się przy tym tłumaczeniu, bo wyśmiewać kogoś, kpić z niego to  nie zawsze to samo, co dobrze się bawić. Na pierwszą część tłumaczenia spuszczę miłosierną zasłonę milczenia.
“Emergency c-section” – pogotowie ratunkowe.
No w sumie na cesarkę można jechać na pogotowie ratunkowe.
“I can beat the shit out of you” – mogę robić ci to gówno cały czas.
Nie wiem, jakie gówno chce robić komuś autor, ale warto byłoby zaznaczyć, że bohater będzie spuszczał wpierdol.
”Why does a ghost need a watch?” – dlaczego duchy muszą to oglądać?
Pewnie dosięgnęła ich klątwa źle przetłumaczonego serialu. A tak przy okazji: po co duchom zegarek?
“You disappeared on me.” – rozczarowałaś mnie.
Ty mnie rownież, dlatego wolałabym, żebyś zniknął, całkiem jak bohaterka.
“No, it’s too soon” – nie, jest za późno.
W sumie za wcześnie, za późno, co za różnica…
A już wisienką na torcie jest tłumaczenie w połowie seriali jakże popularnego „look,…” jako „patrz,…”. Zęby mnie bolą od ciągłego zgrzytania, bo nie trawię tego „patrz”. Jak można być tak ograniczonym, żeby po iluśtam latach oglądania amerykańskich seriali, w których „look” pada co trzy minuty nie wiedzieć, że najbardziej adekwatne tłumaczenie na polski to „posłuchaj”. I mamy takie wynalazki jak „look, we can’t be together any more” – „popatrz, nie możemy być dłużej razem”. Znaczy co, na czole ma to napisane, czy jak???
Takich wspaniałych tłumaczeń jest więcej. Niektóre wynikają z trudności usłyszenia jakiegoś słowa albo z trudności jego przetłumaczenia (dlatego na przykład Shrek, choć wybitny, chwilami różni się od oryginału, jak dzień od nocy) i te błędy mnie nie denerwują. Wiem, że samam miałabym z nimi problem. Ale takie, jak podałam, z pierwszego lepszego serialu, to doprawdy plaga złych tłumaczeń. Tłumaczeń robionych przez ludzi, którzy nie mają większego pojęcia o języku, a przy trudniejszych frazach zwracają się do internetowych translatorów, które też nie mają o nim pojęcia. Na szczęście są też przypadki doskonałych tłumaczeń (vide: Shrek, ale również choćby House) i za to trzeba być wdzięcznym.

wtorek, 10 stycznia 2012

Angielska język trudna język.


Uczniowie piszą wypracowania. Piszą, bo im każę. Każę im, bo na egzaminie gimnazjalnym jest wymóg, żeby umieli je pisać. Oczywiście krótkie i na miarę gimnazjum, ale zawsze. A że język angielski trudna język, to trzeba znaleźć sobie pomoc. Wszystko byłoby w porządku, gdyby pomocą okazywały się bryki, tak często znajdywane na stronach internetowych, ale widocznie nie wstrzelam się w tematy, bo moi uczniowie korzystają z Google translator.
Jakie są efekty? Natychmiastowe. Translatora wyczuję na kilometr i uważam, że jeśli jakiś nauczyciel nie jest w stanie tego wyczuć to nie powinien uważać się za nauczyciela. Bo wychwycić translatora jest więcej niż łatwe – jest dziecinnie proste. A oto kilka perełek z wypracowania na temat: How do I celebrate my birthday? (mogli też na pisać o ostatnich urodzinach, co byłoby w czasie Past Simple).
Birthday – Christmas custom handling (sometimes carnival) anniversary of the date on which someone was born. (w dość luźnym tłumaczeniu: Urodziny – świąteczny zwyczaj dawanie (czasami karnawał) rocznica daty, w której ktoś się urodził).
Birthday perhaps the most like children because they get presents and have a lot of sweets and even the cake. (Urodziny prawdopodobnie najbardziej lubić dzieci, bo dostają prezenty i mają dużo słodyczy i nawet tort).
Ok., poddaję się, nie jestem w stanie dłużej pisać tych bzdur, ale w dalszym ciągu jest podobnie. Całe wypracowanie jest w tym tonie. Czytając to, nawet jestem w stanie sobie wyobrazić, co ona wpisała do translatora, że pojawiły jej się takie cudaczki, ale to nie o to chodzi. Gdyby napisała to samo, korzystając z własnej wiedzy, pewnie wyszłoby jej 100 razy lepiej (mimo że z błędami), ale to byłby za duży wysiłek…
Dodam tylko, że kilka tygodni później ta sama osoba napisała kolejną pracę, tym razem recenzję filmu. I tutaj byłam w stanie podać zdania, przy których posiłkowała się translatorem, ale ogólnie było dużo lepiej. Albo korzystała również z czyjejś pomocy, albo napisała to sama, ale faktem jest, że poszło jej o niebo lepiej niż poprzednio.
Dlatego apeluję do uczniów – nie używajcie tych tłumaczy internetowych, bo jakkolwiek dobre by nie były, nie znają języka angielskiego. A ma on wiele niuansów, które jesteście w stanie wyłapać tylko ucząc się go samodzielnie, bo tłumacz internetowy ich nie zna.
A na koniec zagadka dla odważnych. Co miał na myśli translator, tłumacząc coś jako from mountain to feet?
Może nawet mała nagroda się znajdzie…
P.S. Uczennica od "from mountain to feet" korzystała najwidoczniej z jeszcze innego translatora, bo Google tłumaczy mi to dobrze. No ale nadal czekam na propozycje :)

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Koniec semestru nadchodzi.


Ostatnio po mojej stronie biurka zaczął się straszny okres – koniec semestru. Nie jest wprawdzie tak straszny, jak koniec roku, ale nerwówka jest porównywalna. Jednak, jak się okazuje, nerwówka w zasadzie dotyczy tylko i wyłącznie nauczycieli. Muszą wpisywać, podliczać, poprawiać, analizować, uzasadniać i w ogóle uwijać się jak w ukropie, żeby wszystko było na czas. Ja już nie wspomnę, jak okropny to czas dla wychowawców, bo póki wychowawstwa w tym roku nie mam, wolę o tym nie myśleć.
Tymczasem uczniowie podchodzą do tego z nieco większym luzem. W sumie skoro przepuszczali mnie do tej pory, czemu mieliby nie przepuścić teraz? W efekcie mam klasę, w której zagrożonych jest ponad 50% dzieciaków. I ktoś może powiedzieć, że to moja wina, bo wkońcu to ja ich uczę. Cały ambaras tkwi w tym, że – jak już wielokrotnie pisałam i po wielokroć jeszcze napiszę – do tego trzeba dwojga. Nauczyciel MUSI umieć dobrze wytłumaczyć, bo od tego się zaczyna. Jednak uczeń musi również dać coś od siebie. Tymczasem przy nauczaniu czasu Past Simple napotkałam na mur godny tego chińskiego.
Ci, którzy się uczą, wiedzą, że podstawą w tym czasie są czasowniki nieregularne. Trzeba je wkuć i innego sposobu nie ma. Nie ma też przebacz. Kto się nie wykuje, nigdy nie opanuje tego w zasadzie podstawowego czasu i nie ma co iść dalej. Jednak klasa, a przynajmniej większa jej część, uznała że te czasowniki do niczego im się nie przydadzą, w związku z tym sprawę olała. Efekt jest taki, że jedynki sypią się jak grzyby po deszczu i żadne prośby, groźby ani sugestie nie pomagają.
Pewnego dnia usłyszałam, że oni tego czasu nie rozumieją i pewnie dlatego tak ciężko im się tego nauczyć. Przygotowałam ćwiczenia – zero zainteresowania. Ani przy zabawach, ani przy ćwiczeniach pisemnych. Argument – my nadal nie rozumiemy. No ale ile można pałować się z jednym czasem??? Moja decyzja: przyjdźcie na konsultacje. Specjalnie dla was cała godzina do tłumaczenia. Zainteresowanie ogromne, wszyscy jednym głosem krzyczą, że przyjdą. Frekwencja ZEROWA. Nie przyszła ani jedna osoba.
I oczywiście wspaniała wisienka na torcie. Mam wytłumaczyć się, dlaczego postawiłam tak dużo ocen niedostatecznych w tej klasie. W zasadzie problemu nie ma, bo mogę to uzasadnić wieloma zmarnowanymi godzinami mojego czasu i żadną reakcją publiczności, tylko zastanawiam się, czy dla pani dyrektor te wyjaśnienia będą wystarczające…

piątek, 6 stycznia 2012

Coś za coś.


Wszystko zawsze dzieje się kosztem czegoś innego. Pół biedy, jeśli coś na tym zyskujemy, gorzej jeśli trzeba wybrać mniejsze zło i nijak nie można cieszyć się z dokonanego wyboru. Wybrałam pracę w pobliskim gimnazjum kosztem dojazdu do podstawówki i w zamian za spokojnych uczniów zyskałam możliwość chodzenia do pracy w kapciach. Pogodziłam się z tym i jest dobrze. Muszę odwalać warsztat, żeby dzieci mogły zdać egzamin zamiast porządnie ich nauczyć i to już jest wybieranie mniejszego zła. Frustruje mnie to.
Jest jednak coś, co frustruje mnie o wiele bardziej. Fałszywie pojęta integracja, brak dyskryminacji i poprawność polityczna. Nie powiem, czasem się to przydaje i nie jest złe samo w sobie, jednak użyte w niewłaściwy sposób i w nieodpowiednich celach potrafi napsuć nerwów. A o co konkretnie chodzi? O dzielenie uczniów na klasy lub na grupy.
Z pewnością istnieją szkoły, które są idealne i ich nauczyciele nie mają takich problemów, jak ja, jednak o takich szkołach pisać nie będę, bo w nich nie uczę. Napiszę przykład swój własny, z życia wzięty i bynajmniej nie fikcyjny.
Przychodzi nowy rok szkolny. Uczniowie podzieleni są już na klasy. I tu pierwszy zonk. Bo w ramach braku dyksryminacji dzieciaki nie są podzielone według ocen z podstawówki (wiem, że czasami te oceny nie są adekwatne do wiedzy, ale jednak nie rozmijają się z nią aż tak bardzo). To byłoby niesprawiedliwe i skandaliczne, gdybyśmy dzieci mieli dzielić na te „gorsze” i te „lepsze”. I nikt nie rozumie, że tu nie chodzi o podział na „gorsze” i „lepsze”. O ironio, tu chodzi właśnie o brak dyskryminacji. Bo kiedy mamy tak zróżnicowaną w poziomach grupę, zawsze ktoś zyskuje kosztem kogoś innego.
Albo przerabiam materiał powoli i od początku, żeby słabsi uczniowie mogli sobie poradzić, a tym samym uczniowie mocniejsi mdleją z nudów; albo gnam z materiałem, żeby ci mocniejsi mieli jakieś wyzwanie, ale wtedy ci słabsi siedzą z ustami „na karpika”, bo za nic w świecie nie są w stanie niczego zrozumieć. Uprzedzając pytania, nie jestem w stanie zrobić każdemu dobrze. Jeśli mocniejszej grupie dam trudniejsze zadania, to nie mam kiedy ich sprawdzić, bo muszę skupić się na grupie słabszej (próbowałam, więc wiem, jaki to koszmar i jak szybko kończy się porażką). Coś za coś.
A wystarczy, żeby uczniowie byli mniej więcej na tym samym poziomie i wszystko byłoby prostsze. Tempo dostosowywałabym do danej grupy i już, pozamiatane, wszyscy mieliby szansę się czegoś nauczyć, gdyby tylko chcieli.
Tak samo mam w tym roku z grupą podstawową. Mają jedną godzinę w tygodniu i podejrzewam, że gdyby mieli więcej, pozabijalibyśmy się na 100%. Bo połowa klasy miała angielski jako język dodatkowy w podstawówce i już coś z niego kuma, a „good morning” przyprawia ich o paroksyzmy ziewania, a druga połowa umie powiedzieć tylko „I love you” i „f****”. MUSZĘ zacząć od „good morning” i nie ma przebacz, ale przez to grupa mocniejsza gada, przeszkadza, nudzi się. I ja jestem w stanie to zrozumieć, co nie zmienia faktu, że denerwuje mnie to niezmiernie. Coś za coś.
Nie podoba mi się to, bo pod płaszczykiem integracji robimy krzywdę dzieciakom. Oni albo sobie nie radzą w „lepszej” klasie i załamują się bardzo szybko, a zaległości odrobić nie dają rady, co powoduje kolejne załamania; albo narzekają, że szkoła jest głupia i niczego ich nie uczy, a właściwie to tylko ich cofa i muszą brać korepetycje, żeby w ogóle czegoś się nauczyć. To również powoduje frustracje i załamania, bo tacy uczniowie po prostu nie mają przed sobą żadnych wyzwań, wszystko przychodzi im za łatwo i nudzą się przez to na potęgę.
Nie wiem, jak rozwiązać ten węzeł gordyjski, ale wiem, że dopóki będziemy kierować się głupio pojętą integracją, nie zmieni się nic.


środa, 4 stycznia 2012

Niedouczona.


Straszna wiadomość dla wszystkich uczniów, ich rodziców, mojej dyrektorki i mnóstwa innych osób, a przede wszystkim dla mnie samej. Jestem niedouczonym szarlatanem, który zamiast znać fachowe pojęcia ze swojej branży, po prostu robi swoje. Skąd takie przemyślenia? Ano ostatnio zdarza mi się uczestniczyć w kursach (z racji robienia awansu i tak ogólnie, w celach dokształcania się) i na jednym z tych kursów doszłam do wniosku, że jestem naprawdę wyjątkową ignorantką, na dodatek nie posiadającą teoretycznej wiedzy z zakresu pedagogiki i metodyki.
Panie prowadzące ten kurs są naprawdę sympatyczne i ja do nich nic nie mam, ale emanują taką wiedzą i roztaczają taką aurę profesjonalizmu, przy której moje poczucie wartości spada poniżej zera. I na dodatek robią to zupełnie bez wyrachowania, tak całkiem nieświadomie. Bo ja nie czytam każdej kolejnej ustawy, nowelizacji, rozporządzeń ani innych papierków, a one tak. Bo nie wgłębiam się w publikacje naukowe na temat metodyki, a tych ze studiów już dawno wyrzuciłam z pamięci, a one nie. Nie rozpoznaję żadnego z nazwisk, które te panie traktowały jako coś tak oczywistego (znaczy że powinnam znać te nazwiska i prace tych ludzi), że zrobiło mi się wstyd i się popłakałam.
Nie, to nie żart i nie ironia. Siedziałam tam, robiłam minę w stylu: znowu ta głupia alergia (a trzeba nadmienić, że żadnej alergii na stanie nie posiadam) i łzy spływały mi po policzkach, a oczy świeciły jak latarnie o północy. Nie chlipałam ani nie wydawałam żadnych innych serce rozdzierających jęków i pewnie dlatego panie miłosiernie spuściły zasłonę milczenia w temacie moich łez, bo nie wierzę, że tak po prostu ich nie zauważyły (chyba że wzięły moje ciągłe pocieranie gałek w celu pozbycia się wyżej wymienionych za oznakę zmęczenia).
No tak, wniosek jest jeden – należy się dokształcić, i to jak najszybciej i jak najrzetelniej. Jest jednak pewien problem, który chyba uwiera w tym wszystkim najbardziej i robi ze mnie jednostkę niedouczoną i niedorozwiniętą niemalże – ja po prostu wielu z tych rzeczy nie rozumiem. A nawet jak rozumiem, to nie widzę w nich sensu. Debatowanie nad tym, jakimi metodami uczę i jakich technik używam w pracy z dziećmi wydaje mi się absurdalne. Już samo poznawanie nazw tych metod, ich charakterystyki, już sam fakt, że ktoś miał ochotę i kaprys je ponazywać, scharakteryzować i kazać się komuś ich uczyć jest dla mnie fenomenem samo w sobie.
Nie teoretyzuję. Uczę. Może to dobrze, może źle. Nie mam czasu na czytanie tych wszystkim mądrych książek i ustaleń, rozporządzeń i innych papierków (chociaż właściwie powinnam, bo przecież traktują o moim zawodzie). Uczę. A przynajmniej staram się to robić, bo coraz bardziej rozszerzona papierologia zaczyna mi to skutecznie uniemożliwiać.
No i w końcu ostatnie stwierdzenie, które w zawodzie nauczyciela jest najbardziej adekwatne do sytuacji – papier wszystko przyjmie. Tak było do tej pory i tak będzie zawsze. Możemy napisać cuda na kiju i nawet wykazać się jakimś tam wynikiem, ale prawda jest taka (przynajmniej w moim przypadku), że robię, co mogę. Nie zawsze jest to zgodne z tym, co napisałam, bo jakim cudem w kwietniu mogę przewidzieć, na jakim poziomie będę miała uczniów i co uda mi się z nimi zrobić. A potem trzeba robić poprawki, aneksy, a potem zdarza się lepsza klasa i cały cyrk z papierkami zaczyna się od nowa. Ale papier wszystko przjmie.
No i postanowienie na nowy rok – dokształcić się w zakresie teorii.


poniedziałek, 2 stycznia 2012

Języki w gimnazjum.

Dużo się w szkole pozmieniało w ramach tej reformy edukacji. Przede wszystkim powstały gimnazja, które teraz wszystkim się czkawką odbijają. To nie był dobry pomysł i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. I nie chodzi mi nawet o to, że w najgorszym możliwym wieku dzieciaki rzucone są na pastwę hormonów w jedno miejsce. Raczej o to, że co kilka lat dostają nową klasę, nowych nauczycieli i zanim zdąży dojść do jakiejkolwiek przyjaźni, zanim klasa zdąży się zgrać, już czas zaczynać wszystko od nowa. To jest chore, niedobre i nic mnie nie przekona, że jest inaczej.
Druga rzecz to te egzaminy. Najpierw sprawdzian szóstoklasisty, który też ma się zmieniać i dodawać coraz to nowe wymagania i przedmioty do listy. Potem egzamin gimnazjalny, który mnie tak naprawdę dotknie dopiero w tym roku (bo dopiero od tego roku punkty z języka będą liczyły się do rekrutacji do szkoły średniej). Egzamin dzieli się na część podstawową i rozszerzoną. Podstawowa będzie liczyć się do rekrutacji już w tym roku, rozszerzona dopiero za kilka lat.  I w końcu po kolejnych trzech latach matura. To jest idiotyczne, ale niemal coroczne zmiany w tych egzaminach są jeszcze gorsze. Co chwila dowiaduję się, że znowu ma być inaczej, że nowa matura jest w zasadzie już bardzo starą maturą, bo teraz jest jeszcze nowsza nowa matura. Co chwila ktoś ma inny pomysł na egzamin gimnazjalny i wciela go w życie, jakby uczniowie byli masą, na której można bezkarnie eksperymentować. 
A tak nie jest. Uczniowie są bardzo zmęczeni (i widzę to doskonale po moich dzieciach). Przerzucani są wymaganiami do egzaminu z każdego przedmiotu. Gubią się w tych zmianach, nie potrafią tego wszystkiego ogarnąć. Żeby uczyć się dobrze, muszą zasuwać ponad miarę, a tu jeszcze czeka na nich projekt edukacyjny, czyli kolejny dziki pomysł, stworzony przez dziwnych ludzi w ministerstwie rzekomo dla dobra uczniów, w rzeczywistości gnębi ich niemiłosiernie. Dla tych lepszych nie ma przebacz – wykorzystywani są do wszystkiego i w trzeciej klasie wypruci są już ze wszelkich dobrych chęci (ale to materiał na dłuższego, i innego, posta).
Wracamy do reformy. Konkretnie do egzaminu gimnazjalnego z języka obcego. Mam trzy lata, żeby dzieciaki do niego przygotować. Tak, przygotować ich do egzaminu, bo na prawdziwą naukę zostaje niewiele czasu. Jeśli ktoś myśli, że w cztery godziny tygodniowo jestem w stanie zrobić to wszystko, czego się ode mnie oczekuje, to gratuluję dobrego samopoczucia. A już nie wspomnę o sytuacji, gdy jakiś nauczyciel ma tych godzin trzy. Nie wyobrażam sobie tego w żadnych koszmarach. I największym problemem nie jest to, że dzieciaki często przychodzą z niemal zerową wiedzą z podstawówki, bo i tak większość książek zakłada powtarzanie wszystkiego od czasownika „to be”. Problemem jest NAUCZENIE czegoś tych uczniów. Najlepiej uczy się poprzez ćwiczenia i powtórzenia (oczywiście nie mówię tu o bezmyślnych powtórkach  - robotach), a na ćwiczenia i powtórki trzeba mieć czas. Jednym wystarczają dwie lekcje, innym potrzeba pięć albo sześć. I tu jest pies pogrzebany – nie mam na to czasu.
Żeby przerobić narzucony mi materiał przez trzy lata na czterech lekcjach tygodniowo, musiałabym chyba mieć klasę geniuszy. Bo nie mam szans, nawet przy grupie trzynastoosobowej, przepytać ich wszystkich, nauczyć wymowy, poćwiczyć słówka (najczęściej w formie gier i zabaw, bo to sprawdza się najlepiej), wytłumaczyć i poćwiczyć gramatykę, nauczyć pisać poprawnie… Mogłabym pisać o tym godzinami, ale wniosek jest jeden – nie jestem w stanie tego zrobić.
A skoro nie mogę NAUCZYĆ, to pewnie mogę chociaż przygotować ich do egzaminu. Otóż pudło. Żeby przygotować ich do egzaminu, muszę ich najpierw czegoś nauczyć, bo jednak egzamin bazuje na wiedzy. Ale załóżmy optymistyczną wersję, że jednak coś tam im do głowy nakładłam, a dodatkowo oni sami są wyjątkowo zdolni i nawet czegoś się tam nauczyli. Przychodzi do egzaminu, który w takim razie powinien być bułką z masłem. I kupa. Bo okazuje się, że pojawia się tam takie coś, jak parafraza zdań. A dzieciaki w ogóle nie wiedzą, o co chodzi, bo nigdy wcześniej nie mieli z czymś takim do czynienia. Może nawet mają wiedzę, która jest od nich wymagana, ale wierzcie mi, parafraza jest naprawdę trudna. Tak samo jak słowotwórstwo, które również jest od nich nagle wymagane. I wszystkie moje dzieci poległy na tych zadaniach, chociaż już znały podstawy tworzenia parafraz i słowotwórstwa (dodam tylko, że mówię tutaj o tych mocniejszych dzieciakach). Dlatego właśnie szlag mnie trafia, kiedy myślę o egzaminach.
I ostatnia sprawa. Teoretycznie uczniowie mają wybór, który język chcą zdawać na egzaminie. Schody zaczynaja się w momencie, kiedy młody człowiek uświadomi sobie, że drugiego języka ma tylko jedną godzinę, szczęśliwcy może dwie (ucząc się od podstaw), a materiał do opanowania taki sam, jak ci przy czterech godzinach na część podstawową. Wtedy nagle przychodzi otrzeźwienie, że wybór jest pozorny i może otworzyć furtkę komuś, kto uczy się języka dodatkowo, na kursach, ale na pewno nie temu, kto zaczął nowy język w gimnazjum.
I tak kręci się to kwadratowe kółko, zwane w naszym pięknym kraju edukacją.

niedziela, 1 stycznia 2012

O kulinariach nieco inaczej.


Moja koleżanka kiedyś powiedziała mi, że jestem nienormalna, bo potrafię ugotować dwa różne obiady tylko dlatego, że chcę zjeść coś, co mojemu mężowi nie smakuje. Ona gotuje jednorazowo dla wszystkich i nie interesuje jej, że mąż czegoś nie lubi. Jest na stole to ma to zjeść i tyle. Skoro ona może, to on też. I on się na ten układ godzi. I tak jest dobrze. Tylko że u nas jest zupełnie inaczej.
Odkąd pamiętam, nikt w domu nie zmuszał mnie do jedzenia rzeczy, których nie lubiłam. Nie było ich wiele, ale mama za każdym razem pytała mnie, na co mam ochotę. Przy każdym posiłku. I często gotowała właśnie to, co sobie zażyczyłam (nie zawsze, czasami miała już gotowy obiad i podstawiała mi go pod nos). Jeśli czegoś nie lubiłam, nie gościło to na moim talerzu. Nie wiem, czy to mama nauczyła mnie lubić to samo co ona, czy po prostu odkąd się urodziłam nie jadła potraw, które ona lubi, a ja nie. Faktem jest, że nie musiałam wciskać w siebie znienawidzonego jedzenia tylko dlatego, że mama tak powiedziała.
Taką samą zasadę stosuję wobec mojego męża. Wiadomo, że każde z nas przyszło do tej wspólnej norki z własnymi przyzwyczajeniami i że w swoich rodzinnych domach mieliśmy własne upodobania. Docieramy się nawzajem, bo tak trzeba. Jednak docieranie nie polega na wzajemnym zmuszaniu się do przyjęcia zasad tej drugiej osoby. Docieranie się polega na kompromisach, również tych kulinarnych. Jeśli jego mama robiła jakąś potrawę inaczej niż ja to daję mu posmakować mojej, a potem staram się zrobić, jak u niego i sama jej posmakować. Raz tak, raz tak.
Jeśli mój mąż czegoś nie lubi (a ja owszem), mam trzy wyjścia. Postawić mu to pod nos i zażądać konsumpcji. Nigdy tego nie gotować. Ugotować dwa obiady. Pierwszej opcji nie wyobrażam sobie w ogóle. Druga wymagałaby ode mnie zbyt wielkiego poświęcenia. Jeśli coś lubię, chciałabym to od czasu do czasu zjeść. Dlatego w grę wchodzi tylko opcja trzecia. Dlatego jeśli ja akurat mam ochotę na szpinak, to mężowi smażę karkówkę (za którą sama nie przepadam). Jeśli on chce zjeść pierogi z mięsem (lubię, ale nie za często), ja gotuję sobie kurczaka w sosie śmietanowo – ziołowym. I tak dalej…
Jest to dla mnie tak naturalne, jak oddychanie. Jednak coraz częściej zauważam, że jestem raczej wyjątkiem niż regułą. Kobiety nie lubią chodzić na kompromis (nie tylko kulinarny), często żądają od partnera, żeby zachowywał się tak, jak one tego oczekują. Nie może iść z kolegami na piwo, bo się spije. Nie może oglądać się za kobietami, bo ją zdradzi. Nie może oglądać pornosów, bo na pewno jest zboczeńcem. I tak na okrągło. Za to ona może iść z koleżankami do kawiarni, bo one tak kulturalnie tylko sobie pogadają. Ona może być obiektem pożądania innych mężczyzn (wśród nich są mężczyźni innych kobiet, a te kobiety nie pozwalają się oglądać za innymi, itd.), bo to takie miłe.
Najwidoczniej ja jestem jakaś inna, ale dobrze mi z tym :)