Wczoraj spotkałam pewną osobę, której koleżanka chce zostać
nauczycielką i która poprosiła o adres mojego bloga, żeby rzeczona koleżanka
mogła sobie poczytać, co ją czeka. Oczywiście przy okazji uraczyłam kobietę
standardowym „odradzałabym koleżance, to niewdzięczna praca, etc”. I tak teraz
sobie myślę, co tak naprawdę powiedziałabym osobie, gdyby ta na serio
poprosiłaby mnie o opinię i radę.
Przede wszystkim chyba jasno należy powiedzieć, że na zawód nauczyciela
powinna decydować się osoba, która naprawdę czuje taką potrzebę. To nie jest
praca „na przeczekanie”, „bo innej nie ma” (z drugiej strony nie raz takie
osoby właśnie odnajdywały swoje „powołanie”, czyli zaczynały się spełniać w tej
pracy, mimo że na początku nie traktowały jej serio). Trzeba mieć duże
zacięcie, żeby dobrze tę pracę wykonywać. Nie mam zamiaru się chwalić czy
twierdzić, że jestem wyjątkowa, ale chcę wierzyć, że dobrze wybrałam zawód. W
każdym razie spełniam się w nim i lubię swoją pracę pomimo tak wielu absurdów
jej towarzyszących i tak wielu gromów, które na nią rzucam.
Poza tym trzeba pamiętać, że jest to praca trudna. Bez względu na to,
co mówią ludzie, którzy nie raz twierdzą, że mam więcej wolnego niż pracy, a w
szkole to tylko siedzę i każę dzieciom czytać z książki i tak przez 45 minut.
To nieprawda. Potrzeba dużo pracy, silnej woli i cierpliwości, żeby pracować
dobrze. 45 minut niemal ciągłego gadania, zajęte przerwy, dodatkowe godziny po
lekcjach, w domu przygotowywanie się do lekcji, sprawdzanie lub układanie
testów, awanse, szkolenia, rady, papiery, dzienniki, imprezy pozalekcyjne,
wycieczki, telefony do rodziców, spotkania z rodzicami, nowe rozporządzenia,
stare rozporządzenia... można by wymieniać jeszcze kilka linijek. Trzeba się z
tym liczyć.
No i w końcu odpowiedzialność. Kiedyś myślałam, że nauczyciel nie
zwalnia nas z lekcji tylko ze względu na swoją wredotę. Że na wycieczce owszem,
musi nas pilnować, ale to przecież nic takiego. Oj, jakże byłam naiwna! Teraz
siedzę po drugiej stronie i jak pomyślę, że po wyjściu uczeń może wpaść pod
samochód, a ja będę za to odpowiedzialna to włos mi na głowie staje na
baczność. Z wycieczki nie mam żadnej przyjemności, bo przez większość czasu
jestem potwornie niewyspana (nocne pilnowanie, niejednokrotnie do trzeciej albo
czwartej) albo martwię się, co też tym razem dzieci wymyślą (a ich możliwości
są nieograniczone).
I jeszcze jedna, niewiele mniejsza, a jednak pomniejszana,
odpowiedzialność. Za sam poziom wiedzy takiego dzieciaka. Przeszła mi już misja
pod tytułem „każdego można nauczyć, a jak
nie umie, to wina nauczyciela”. Wiem, że ponoszę odpowiedzialność tylko
za swoją pracę, a nie za to, czy uczeń się nauczy, czy nie. Chodzi tu o to, czy
zrobiłam wystarczająco dużo, żeby ten uczeń się nauczył. Czy zrobiłam to
właściwie. Może trzeba było jeszcze raz zadzwonić do rodziców, może
niepotrzebnie dzwoniłam do jego rodziców, może mogłam mu jakoś pomóc, może on
nie potrzebował mojej pomocy, a ja okazałam się nadgorliwa... I tak w kółko.
Oczywiście nie jest tak, że nie śpię po nocach, ale to jednak daje popalić.
Są i zalety. I, pomimo opinii wielu, nie należy do nich zapłata.
Przyznaję jednak, że wolnego (nawet jeśli nie są to pełne dwa miesiące) nie
oddałabym za nic. Oczywiście rozumiem osoby, które narzekają, że wcale im nie
po drodze wolne w wakacje, gdzie ceny są najwyższe, bo jest sezon. Wolałyby
urlop w październiku, kiedy ceny do ciepłych krajów niższe, a pogoda tak samo
zachęcająca. Tyle że tego urlopu wziąć nie mogą (chyba że bezpłatny). I nie
marudzić mi tu, że ciepłe kraje to luksus. Są pożyczki i raz w roku można się
skusić (ale płacić dwa razy więcej, bo sezon, nie każdy musi, a my musimy).
Każda okazja, kiedy inni mogą wziąć urlop (choćby ślub w rodzinie) okupowany
jest dniem bezpłatnym, bo urlopu nie ma. Tyle że te prawie dwa miesiące wolnego
to jednak nie w kij dmuchał (ferii zimowych nie liczę, dla mnie mogłyby nie
istnieć, nienawidzę zimy).
Podsumowując. Wiele jest wad, kilka zalet się znajdzie. Jedno jest
jednak najważniejsze i bez tego ani rusz – trzeba tę pracę kochać.
U hu hu! Jak ja chcę być nauczycielem! Już sobie myślę jak będę podawał nowe słówka, gramatykę a potem uczniowie będą układać z nimi zdania. Pokażę im absurdy i logikę w angielskim. : D Ale się rozmarzyłem!
OdpowiedzUsuńOj, żeby Ci ten zapał nie skląsł to będzie wszystko dobrze.
Usuńcóż to za czasy mamy, że blog ma być zachętą lub nie do tego, by zostać nauczycielem...
OdpowiedzUsuńBlog nie musi być zachętą, nie musi też działać odstraszająco. Blog (przynajmniej mój) opisuje to, co dzieje się w mojej szkole z punktu widzenia jednego z nauczycieli (czyli mojego). Tematy też wybieram sobie sama, ostatnio akurat ten wpadł mi do głowy. Ale poza tym każdy decyduje za siebie.
UsuńWielu uczniom zawód nauczyciela wydaje się idealny - urlop w wakacje, uczenie innych i rozkazywanie im, co mają robić, klasówki... Ale ja po ukończeniu szkoły już będę miał dość tego zgiełku i raczej nie powrócę do niej po "innej stronie". Uczenie innych z pewnością by mi się w końcu znudziło. Poza tym nie uśmiecha mi się kiedyś użeranie z takimi samymi dzieciakami, jakie są teraz u mnie w klasie ;D
OdpowiedzUsuń