wtorek, 27 grudnia 2011

Cztery miesiące.

Dokładnie tyle mnie nie było. Znaczy byłam, ale tylko fizycznie, bo mentalnie pływałam po morzach i oceanach zupełnie innych niż mój dom i życie. Najpierw była operacja i dochodzenie do siebie. Potem była intensywna praca, konkursy, szkolenia, spotkania, przygotowywanie się do lekcji, sprawdziany i inne takie. Nie było mnie. Wróciłam.
Ciężko było rozmawiać z mężem po tylu miesiącach stłamszonych żalów. I wiem już, że – choć brzmi to tandetnie – nie można przestać ze sobą rozmawiać. Trzeba mówić, nie milczeć, nawet jeśli ta druga osoba nie od razu usłyszy, zrozumie. Bo można stracić to, co budowało się w pocie czoła, przez lata, w ciągu zaledwie paru miesięcy.
Wiem, że piszę niczym autorka bestsellerowych powieści miłosnych, ale olśniło mnie, że nasze życie nie jest niczym innym niż właśnie taką powieścią. Może bez tych wzlotów i upadków, może nam pisany jest większy constans, większa nuda, ale idea jest ta sama.
Także powoli wracam do żywych.

niedziela, 27 listopada 2011

Te nieszczęsne korepetycje.

W zawodzie nauczyciela można spotkać się z czymś, co szumnie nazywab się korepetycjami. Oczywiście niektórzy nie chcą, by sugerować im brak wiedzy i korepetycje nazywają lekcjami – taka poprawność polityczna. Jakby nie było, korepetycje można podzielić na dwie kategorie: desperackie i dodatkowe. Krótkie rozwinięcie – desperackie to takie, które mają na celu gwałtowne i w miarę szybkie podniesienie poziomu wiedzy, a dodatkowe to takie, które służą faktycznemu podniesieniu swojej wiedzy.
W swojej pracy zbyt często spotykam się z tą pierwszą opcją. Nauczyciel jest głupi, nie potrafi niczego nauczyć, opierdala się na lekcjach, więc żeby pociecha zdała egzaminy, pozostaje tylko zatrudnienie korepetytora za ciężkie pieniądze. I bardzo często są to faktycznie ciężkie pieniądze, bo wydanie 40-100 złotych za godzinę kilka razy w tygodniu to wydatek szaleńczy. No ale czego nie robi się dla swojego dziecka, żeby mu ten nierób nie zmarnował życia i możliwości poznania języka. Największy dramat zaczyna się, gdy również korepetytor, pomimo ładowania w jego kieszeń dukatów, nie jest w stanie poprawić wyników dziecka. Wtedy zaczyna się szukanie kolejnego i kolejnego, i kolejnego…
A czasami wystarczyłoby zapędzenie dzieciaka do pracy. Bo czasami naprawdę do tego się to wszystko sprowadza. Dziecko nie uczy się, bo mu się nie chce, rodzice nijak nad tym nie panują, sypią się jedynki, a po jakimś czasie dziecko ma takie braki, że nie sposób nadrobić ich w kilka tygodni. Jeśli dziecko nadal uparcie się nie uczy, nadrobienie zaległości jest po prostu niemożliwe. Dziecko zwala wszystko na głupiego nauczyciela, który się na niego uparł, rodzice wyzywają korepetytora od najgorszych, bo jak to – on nie potrafi nauczyć ich dziecka w 60 minut tego, czego powinno uczyć się i powtarzać w domu przez wiele godzin? Kolejny jakiś nieudacznik! Ostatnio moja znajoma powiedziała, że zrezygnowała z korepetycji, bo dziewczyna się nie uczyła. „Odważna jesteś” – powiedziałam. A ona na to: „Nie zawsze tak było. Jak się potrzebuje pieniędzy, to się tkwi w takim układzie miesiącami albo latami. Ale teraz mam więcej kasy i nie potrzebuję tracić swojego czasu i nerwów ani szarpać swojej reputacji dla jakiegoś lenia.” I to była święta prawda.
Czasami korepetytor nie potrafi powiedzieć rodzicom, że ich dziecko jest pie… noooooooo, leniem i żadne lekcje nic nie dadzą. Nie potrafi tego zrobić, bo to niechybna utrata zarobku. Nie jestem bez winy, sama trwałam po wielokroć w takim bagnie (na szczęście w większości byli to dorośli, którzy wiecznie mieli co innego do roboty, mimo że sami wzięli lekcje na własny rachunek). A rodzice, zamiast posłuchać nauczyciela, który chce naprawdę dobrze, wywalają go z pracy i biorą sobie takiego, co się nie wychyli, ale dziecku też nie pomoże.
Kolejne rzecz, która mnie dziwi, to fakt, dlaczego dzieci nie korzystają z innych możliwości nauki. Wynaleziono coś takiego, jak konsultacje nauczycieli (są już w większości szkół). I, co ciekawe, przychodzi na nie bardzo mało uczniów. A czym są konsultacje, jeśli nie prywatnymi lekcjami? Rozumiem, jeśli nauczyciel jest rzeczywiście do kitu (czy ja mówiłam kiedykolwiek, że my jesteśmy bez winy?) albo konsultacje nakładają się na inne lekcje, ale najczęściej (mówię tu z doświadczenia) jest to efekt lenistwa, a nie warunków zewnętrznych. Dlatego zanim wyda się kupę kasy na korepetycje warto sprawdzić, czy one są rzeczywiście potrzebne.
Dochodzimy w końcu do drugiej grupy, ukochanej przez wszelkiej maści nauczycieli i korepetytorów. Ktoś płaci ciężką kasę za lekcje i naprawdę z nich korzysta. Uczy się pilnie i regularnie (no, może okazjonalnie coś tam zawali, ale każdemu się zdarzy). Widać, że mu zależy i naprawdę próbuje, a co za tym idzie, ma efekty. I tu powiem coś, co jest bardzo niepopularne wśród nauczycieli – to nie jest nasza zasługa. To znaczy nie bezpośrednio. Bo oczywiście jesteśmy po to, by wytłumaczyć, rozwiać wątpliwości i niejasności, ale nauczyć każdy się musi sam. Nikomu nie wbiję do głowy słownictwa czy czasowników nieregularnych, a bez tego ani rusz. I dlatego za sukcesy swoich uczniow nie przypisuję sobie wyłącznej zasługi. Na sukcesy pracujemy wszyscy razem, dając z siebie wszystko, ale jeśli coś nie wychodzi to oznacza, że ktoś w tej machinie nawala. Czasem jest to nauczyciel, ale w dzisiejszych czasach o wiele częściej uczeń. I to, że przyszło mi pracować w takich czasach, smuci mnie niezmiernie.

Awans na mianowanego.

W tym roku, po kilku latach zawodowego migania się, postanowiłam zacząc w końcu staż na kolejny stopień w awansie zawodowym nauczyciela. Migałam się, ponieważ 304 złote brutto nie są dla mnie wystarczającą rekompensatą za trzy lata wyjęte z życia i stresy egzaminacyjne. Przez te trzy lata zabijam setki biednych drzewek, bo papierologia przewyższa średnią około 10000000 kopii miesięcznie do około zyliona kopii miesięcznie. Innymi słowy – skoro czegoś nie ma na papierze, to jakby w ogóle się nie zdarzyło. I nie jest istotne to, że podobno już nie wymagają teczki stażu per se, istotny jest fakt, że aby coś udowodnić, muszę mieć to na piśmie, a więc w teczce stażu.
No i te genialne pytania… O pracy z dziećmi mogłabym opowiadać godzinami. Jakie metody stosuję, co z nimi robię, co robię dla nich, bo to dla mnie chleb powszedni. Jednak od zawsze wiedziałam, że to nie może być takie proste. I w końcu wpadł mi w ręce taki spis, który ktoś nazwał 100 pytań do… znaczy na mianowanego. I tu zacytuję kilka pytań:

Kto powołuje komisję na egzamin dla nauczycieli ubiegających się o stopień nauczyciela mianowanego?
Wymień organy szkoły i powiedz, które z nich są organami społecznymi?
Co sądzisz o reformie edukacji?

Na to ostatnie pytanie Państwo egzaminatorzy z pewnością nie chcą znać mojej szczerej odpowiedzi, bo mogłoby paść zbyt dużo bluzgów, a to z pewnością nie jest mile widziane na egzaminie. Co do pozostałych pytań… No cóż, posiadam internet, umiem nawet czytać, więc dobranie się do książki bądź źródła internetowego nie stanowi dla mnie problemu. Dlaczego więc zadaje mi się pytania, które do niczego nie są mi potrzebne i w żaden sposób nie wpływają na jakość mojej pracy? Jeśli zaś będą mi potrzebne, wystarczy pogrzebać w internecie i odpowiedź zawsze się znajdzie.
Właśnie dlatego unikałam tego awansu jak ognia – bo gromadzenie papierków i odpowiadanie na głupie pytania nigdy nie było moim hobby. Uważam że swoją pracę wykonuję dobrze, a weryfikacja tego powinna następować nie w formie dziwnego egzaminu, najeżonego dziwnymi pytaniami. Jaka więc forma by mnie satysfakcjonowała? Otóż świetnie sprawdziłaby się opinia pani dyrektor oraz opiekuna stażu. Dodatkowo można zostawić prezentację swoich działań (bo taka część egzaminu również obowiązuje). Powołując się na moje odpowiedzi Państwo egzaminatorzy naprawdę będą mieli problemy z rzetelną oceną mojej pracy, bo ja po prostu nie lubię i nie umiem lać wody aż tak, żeby ich to zadowoliło.
Swoją pracę wykonuję najlepiej jak umiem, w warunkach, w których przyszło mi ją wykonywać. Staram się dać tym uczniom wszystko, co najlepsze, wykorzystując wszelkie możliwe źródła. Nie jestem i nie czuję się odpowiedzialna za ich wyniki, bo poza tym, co ja daję z siebie w szkole, ich obowiązkiem jest uczyć się w domu i tylko wtedy moja praca może przynieść jakieś efekty. Jeśli tego nie robią, czuję się zwolniona z odpowiedzialności za cokolwiek. Jednak zawsze, naprawdę ZAWSZE, staram się dać dzieciakom wszystko, co najlepsze.

środa, 2 listopada 2011

Zajęcia opiekuńczo - wychowawcze.

W szkole wynaleziono coś, co nazywa się zajęciami opiekuńczo – wychowawczymi. Na czym to polega? Otóż jeśli uczeń nie przyniesie kartki, że ma się nim kto zająć w dni wolne (albo ustalone przez szkołę jako wolne, jak na przykład w poniedziałek), to ma obowiązek stawić się w szkole. Nie ma lekcji (dni wolne od zajęć dydaktycznych), a jedynie nauczyciele mają nad nim sprawować opiekę, żeby sobie krzywdy nie zrobił. Oczywiście w praktyce wygląda to nieco inaczej.
Podam przykład naszej szkoły. W piątek pojawił się plan lekcji sklecony dla osób, które kartek nie przyniosły. Ku mojemu zdziwieniu pojawił się tam napis „język angielski”. Tylko co ja mam z tymi dziećmi robić, skoro nie mogę robić angielskiego, bo nie ma zajęć dydaktycznych (poza tym połowa klasy została zwolniona przez rodziców, więc i tak musiałabym robić ten sam temat dwa razy). Oczywiście efekt końcowy jest taki, że w szkole pustki, nikt nie przyszedł, a zgraja nauczycieli siedzi w pokoju nauczycielskim. Po uporządkowaniu i uzupełnieniu papierków pozostaje nam siedzieć i patrzeć się na siebie nawzajem. Nikt nie wziął żadnych sprawdzianów ani kartkówek do sprawdzania, bo przecież miały być zajęcia.
No i siedzimy sobie w pokoju nauczycielskim i gadamy o dupie Maryni. Jedni siedzą na necie, inni (moi) piszą posty na blogi, jeszcze inni grają na telefonie. Nie rozumiem tej idei. Mamy teraz siedzieć do 11, bo taka jest zasada. Siedzieć kompletnie bezproduktywnie.

czwartek, 29 września 2011

Moja praca.

Jestem świeżo po lekturze wywiadu z pewnym panem, który znalazłam w pewnym brukowcu. Nie będę podawała ani nazwiska owego pana, ani tym bardziej nazwy pisemka, wspomnę tylko o wniosku, jaki wyciągnęłam z tego całkiem niezłego zresztą wywiadu. Otóż pan ten czuje się spełniony i szczęśliwy, bo jego praca daje mu satysfakcję, a życie prywatne dostarcza wielu radości. I tak sobie w związku z tym pomyślałam, że mnie też praca dostarcza wiele satysfakcji. Właściwie na równi z frustracją, niestety, ale zdałam sobie bardzo mocno sprawę z tego, że ja lubię uczyć.
Ile już razy obiecywałam sobie, że rzucę tą robotę i najmę się do jakiejś korporacji do prowadzenia szkoleń z języka albo na tłumacza. Przynajmniej zarobię normalne pieniądze i nie będę musiała kombinować od pierwszego do pierwszego. I za każdym razem na czczych pogróżkach się kończyło. A czemuż to? Bo kocham to, co robię. Wśród tych wszystkich żalów, które wylewam wartkim strumieniem, wśród tej papierkowej roboty, której nienawidzę, kryje się coś, co uwielbiam, co jest moim motorem, napędza mnie i pozwala cieszyć się życiem – uczeń.
Kocham te dzieciaki. Czy ten lepszy, czy ten gorszy, każdy jest w jakimś stopniu mój. Każdego w jakimś stopniu kształtuję. Czy robię to dobrze, czy źle, policzone mi zostanie nieco później. Nie jestem w stanie tego zweryfikować, bo rzadko kiedy mam okazję usłyszeć kilka słów prawdy od swoich uczniów. Kiedy dorastają, nie bawią się w odwiedzanie starych nauczycieli. A jeśli nawet odwiedzają, to nie wychodzi się poza zwyczajowe ramy (co tam w nowej szkole, jak Ci wyszło życie, co teraz robisz?). Nikt nie mówi: „wiele Pani zawdzięczam, chcę podziękować”, czy „strasznie Pani nie lubiłam, była Pani zbyt ostra” (dementuję przekonanie, że ostrych nauczycieli pamięta się najmilej – do dziś wspominam swoją ostrą nauczycielkę ze szczerą nienawiścią). 
Natomiast na pewno kocham to, co robię. Kiedyś, gdy szłam na kolejny kurs czy inne szkolenie, usłyszałam od męża: „Ty chyba to lubisz. Tak latać z kursu na kurs czy na inne głupie rady pedagogiczne”. Wtedy zaparłam się tego, jak żaba błota. Teraz odpowiedziałabym inaczej. Tak, lubię to. Nie dlatego, że mogę się czegoś nowego nauczyć, ale dlatego, że to jest część pracy nauczyciela, a ja kocham być nauczycielką. Pomimo wielu problemów, trudności, kłód rzucanych nam pod nogi.
Przygotowuję każdą lekcję najstaranniej jak się da. To nieprawda, że po kilku latach nauczyciel ma system i już nic nie musi robić. Dobry nauczyciel uczy się każdej klasy z osobna i do dzieci dostosowuje prowadzone lekcje. Czasem można zrobić więcej, czasem mniej, zawsze trzeba być na bieżąco. Można wymyślać nowe lekcje, chodzić z dziećmi do kina, na wycieczki, pracować z tablicą multimedialną, wchodzić na strony internetowe. To wszystko zajmuje czas, wymaga mojego poświęcenia, czasem kosztem dziecka i rodziny. Tyle że, jak już napisałam, tam też są „moje” dzieci, które mniej lub bardziej świadomie, ale jednak na mnie liczą. Czasem cierpi rodzina, czasem szkoła. Nie można mieć wszystkiego.
Najważniejsze jednak, że daję z siebie wszystko, a czasem nawet więcej. Dlatego właśnie czuję się spełniona. Bo wiem, że nie odwalam fuszerki i jestem w porządku w stosunku do samej siebie. Ostatnio pewien dyrektor z pewnej szkoły powiedział kilka bardzo mądrych zdań. Brzmiało to mniej więcej tak:
„Jako nauczyciele jesteśmy odpowiedzialni tylko i wyłącznie za to, co robimy, jak nauczamy, czy robimy to dobrze. Nie jesteśmy jednak w najmniejszym stopniu odpowiedzialni za wyniki uczniów. Co oni robią z tą wiedzą, zależy od nich. My mamy ich uczyć, ale nauczyć muszą się sami.”
I niech te słowa, które stały się moim mottem, będą tu puentą.

One Lovely Blog Award.

Chociaż największy bum na One Lovely Blog Award już się skończył, ja właśnie teraz zebrałam się do skończenia tego posta. Jego część powstała już jakiś czas temu, ale nie miałam jakoś serca go opublikować. Dlatego jakiekolwiek nieścisłości proszę złożyć na karb rozciągnięcia w czasie :)

Szczerze nienawidzę wszelkiego rodzaju łańcuszków szczęścia, idiotycznych maili w stylu „przedstawiamy ofertę SPECJALNIE DLA PANI”, czy tym podobnych rzeczy. Nie mogę patrzeć, gdy nagle milion osób ma te same znaczki, bransoletki, łańcuszki czy inne ozdóbki. Rozumiem łączenie się w bólu czy też ogólną solidarność narodu, a mimo wszystko tego nie lubię. Ok., moje prawo :).
Jednak kiedy dostałam nominację do One Lovely Blog Award od racjoo pomyślałam, że głupio byłoby nie skorzystać i olać. W końcu była ona tak miła, że uznała między innymi mój blog za warty uwagi i nominacji. Jakże mogłabym zrobić jej taki afront i olać dziewczynę, no jak? Zwłaszcza że jej nominacja, jak i sam fakt, że mojego bloga czyta, był dla mnie nie lada zaskoczeniem :). Dlatego też zacznę od faktu, że dziękuję za nominację i w końcu piszę tego posta.



Zasady są takie:
1. Trzeba umieścić u siebie link do bloga osoby, która przesłała nominację.
2. Należy wkleić logo na swoim blogu.
3. Napisać 7 rzeczy o sobie.
4. A na końcu nominować 16 osób i poinformować je o tym, pisząc odpowiedni komentarz.

Dwa pierwsze punkty to pan pikuś, dwa ostatnie już mi nieco doskwierają. Niby wiem, że te siedem rzeczy to nie musi być grom z jasnego nieba ani żaden wielki sekret, który do tej pory pozostawał ukryty, ale jednak mam wrażenie, że czytający chętnie poznaliby kilka ciekawych szczegółów na temat mojej skromnej osoby. Zaś nominowanie 16 blogów to już doprawdy wyzwanie. Owszem, czytam tyle blogów albo i więcej, ale komu tu wysłać nominację??? Są tacy, co już zostali nominowani, tacy, którzy prawdopodobnie nie są zainteresowani i tacy, którzy pewnie by się ucieszyli, ale pewności nie ma.

A ponieważ zabawa już nikogo nie rajcuje, jak jeszcze kilka miesięcy temu, postanowiłam nie nominować nikogo konkretnego. Jeśli kogoś tym uraziłam, przepraszam.

Także pozwólcie, droga gawiedzi, że poniżej rozprawię się z ostatnim punktem.

SIEDEM RZECZY O MNIE:
  1. Kocham swoją pracę. Nie ważne, jak bardzo narzekam, jak mało dostaję pieniędzy i jak wiele mam w niej problemów – nie mogłabym pracować niegdzie indziej. Znaczy moglabym, ale nie chcę.
  2. Zaczynam lubić siebie. Nie swój charakter, ale wygląd. Jednak chudnięcie pomaga. Nie czułam się dobrze w rozmiarze 48. Wczoraj spojrzałam w lustro (tak naprawdę spojrzałam, a nie rzuciłam okiem na świeżo ułożone włosy) i spodobało mi się to, co tam zobaczyłam. Teraz muszę tylko zmienić oprawki okularów, żeby lepiej było widać moje piękne, duże oczy ze zmysłowo długimi rzęsami.
  3. Jestem złą matką. Często denerwuję się na syna, czasem krzyczę, kilka razy zdarzyło  mi się przeklnąć, a niejednokrotnie (o zgrozo!) dostał po łapach. Kwalifikuję się właściwie do patologii. I mam to w nosie. Wierzę i widzę, że mój syn jest szczęśliwy. I mam nadzieję, że jednak nauczę się mniej denerwować.
  4. Tak samo często denerwuję się na dzieciaki w szkole. Nie przeklinam ani nie walę po łapach, ale ciśnienie skacze mi, jak po dobrym espresso. Staram się mniej przejmować, ale zależy mi na tych dzieciakach. Co począć?
  5. Jestem leniwa. Jak nie wiem co. Mogłabym spać całą dobę. Czasami tylko dostaję jakiegoś kopa od losu i wtedy moglabym góry przenosić. Na co dzień wolę spać.
  6. Jestem głupia i nie mam hobby. Nie chodzi o taką „prawdziwą” głupotę, ale raczej o ignorancję. Jeśli coś mnie nie interesuje, nie zajmuję się tym. Nie czytam na ten temat, nie wgłębiam się w problem, olewam innymi słowy. Moim hobby jest język i praca w szkole, ale nie wiem, czy to można tak do końca nazwać hobby. Nie zbieram znaczków, nie śmigam po falach, nie chodzę po górach, w ogóle jestem mało mobilna.
  7. Kocham swoje życie. Już pisałam o tym obszerniej tu, więc proponuję się przenieść, jeśli kogoś to interesuje. Tyle że odkrywam to co jakiś czas na nowo. Jestem spełniona, a mam dopiero 31 lat :).

wtorek, 20 września 2011

Egzaminy poprawkowe.

Jestem, żyję i mam się całkiem dobrze. Okazało się, że nie takie kłopoty straszne, jak wyobraźnia je maluje. Dlatego też wyszłam z tych kłopotów dość szybko. Wtedy jednak na horyzoncie pojawił się pan woreczek żółciowy, który postanowił zejść z tego padołu na skutek posiadania kamieni. O pobycie w szpitalu, a właściwie klinice, pisać nie będę, gdyż był on nudny jak flaki z olejem (czyt. wszyscy byli mili i kochani, ufałam im bezgranicznie i nie mam się na co skarżyć :)). A jak już pan woreczek zszedł to wszystko w środku zaczęło jakby bardziej dawać o sobie znać, czyli prozaicznie boleć. I dlatego właśnie, pomimo posiadania, pardon, sraczki umysłowej, nie poradziłam sobie z zamieszczaniem tejże na blogu. Niniejszym poprawiam się i zarzekam, że kolejny tydzień będzie obfitował w notki.
Na pierwszy ogień pójdą egzaminy poprawkowe. W tym roku było pomieszanie z poplątaniem, gdyż z powodu chwilowej nieobecności jednej z pań dyrektor, nad wszystkimi egzaminami czuwała druga pani dyrektor. Egzaminów było dużo, więc żeby nie było mega zamieszania, pani dyrektor zarządziła egzaminy łączone. Czyli pisemny wszyscy piszą w jednej sali, a na ustne wchodzi się wahadłowo, czyli po jednej osobie na każdy przedmiot. W mojej sali ustne zdawał angielski (nic dziwnego) i historia.
Z historii za dobra nie jestem, więc stwierdziłam, że może się  nieco poduczę, słuchając kwiatu młodzieży. I do dziś nie wiem, czy to kwiat młodzieży okazał się istnym chwastem, czy też Bozia mózgu nie dała, bo stało się w kolejce po urodę. Dialog, który pojawi się poniżej, nie ilustruje dokładnych słów ani nauczycielki, ani uczennicy, postaram się jednak być jak najbardziej dokładna (pamięć w końcu nie aż taka zła). Ponadto proszę sobie przed każdą odpowiedzią postawić pauzę, gdyż w tym czasie dziewoja myślała intensywnie, co widać było po wyrazie uroczej twarzyczki, chociaż na mój gust mogły tam zachodzić zgoła inne procesy (może fermentacja), sądząc po udzielanych odpowiedziach.
- Powiedz mi, jakich znasz bogów greckich.
- Nie znam żadnego.
- A jest taki jeden, najważniejszy, często na rycinach przedstawiany z piorunami.
- Nie wiem. 
- A może w takim razie znasz takie powiedzenie, że jak ktoś nie jest z czegoś dobry to jest to jego pięta…?
- Nie wiem.
- Ok., przejdźmy do następnego pytania. Wiesz, że w Polsce jest Sejm i Senat.
Nieśmiałe kiwnięcie głową na tak.
- A gdzie one się znajdują? W jakim mieście?
- Nie wiem.
- A oglądasz czasem jakieś wiadomości w telewizji?
- Nie. – prawie obrażona, jakby oglądanie wiadomości godziło w jej honor.
- No dobrze, to inaczej. Co jest stolicą Polski?
- Nie wiem.
W tym momencie stwierdziłam, że moje szare komórki wołają o natychmiastową pomoc i reanimację, bo większość z nich zeszła na zawał. Siedziałam na swoim miejscu (to jakże biedne dziecko siedziało tyłem do mnie) i stroiłam przedziwne miny osoby, która się dusi, dławi i ogólnie jest w agonii.
- To chyba nie mam co pytać cię o poprzednie stolice Polski?
- Nie wiem.
- A kto jest prezydentem w Polsce?
- Lech Kaczyński.
Panienka spóźniła się o rok i trochę, ale nic to, najważniejsze, że na ten temat miała jeszcze jakiekolwiek pojęcie. Pewnie nie ominął jej szał smoleński, choć podejrzewam, że bardzo się o to starała.
Ogólnie rzecz biorąc, padłam, słuchając jej odpowiedzi. Jakby ktoś pytał – nie zdała. Podobnie było z językiem angielskim i niemieckim, ale z powodów problemów językowych występujących w przekazie, napiszę o tym tylko na wyraźną prośbę czytelników :).