Wyszłam za mąż, zaraz wracam... Wróć, to nie ta piosenka. Właściwsze byłoby wyszłam do pracy, zaraz wracam, ale to się nie rymuje. Notka powstaje w wielkich fragmentarycznych bólach, więc musicie mi wybaczyć jeszcze te kilka dni milczenia.
środa, 24 października 2012
sobota, 22 września 2012
Komitet rodzicielski.
I znowu jasny szlag mnie trafił, bo przez całkowity przypadek trafiłam
na ten cudny artykuł. Och, ach, jak wspaniale, pani minister. Ależ oczywiście,
że rodzice nie muszą płacić. I mają tego świadomość, o mają.
Swego czasu, gdy byłam wychowawczynią, zdarzyło mi się organizować na
przykład klasową wigilię. Oczywiście, że mogłam wszystko zrzucić na uczniów,
ale nie miałam sumienia. Normalnie talerzyki, kubeczki, serwetki i tego typu
rzeczy zakupiłabym z pieniędzy „klasowych”, czyli właśnie z komitetu, ale
niemal nikt nie wpłacił, więc kupowałam ze swoich. Tak samo było na inne
okazje. Koniec roku nadszedł i „moje” dzieci nie dostały nagród (choćby za
dobrą frekwencję czy cokolwiek) jako jedyne. Bo nie miałam z czego im ich
kupić. Było im przykro, choć udawali twardzieli.
Dodam tylko, że komitet w naszej szkole to zawrotne 20 złotych za rok,
niekoniecznie płatne we wrześniu. A jeśli chodzi o to, że szkoła powinna
załatwiać takie rzeczy jak nagrody to proszę w takim razie, niech pani da
szkole przyzwoite pieniądze. Nie tylko na prąd, ogrzewanie i marne środki
czyszczące, z którymi potem muszą zmagać się panie sprzątające.
Kurczę, muszę przestać czytać takie rzeczy, bo mi się spać odechciało
(a pewnie napisałabym coś lepiej i składniej, gdyby nie to, że padam na
klawiaturę).
wtorek, 18 września 2012
Demotywacja.
Oczywiście nie czarujmy się, wszystkich zadowolić się nie da. Zawsze
znajdzie się taki, któremu coś nie pasuje, czegoś nie da się zrobić i w ogóle
bida z nędzą. Ostatnio po prostu bardzo myślałam nad zagadnieniem dodatku
motywacyjnego. Komu powinien przysługiwać, ile, za co. I z przykrością
stwierdzam, że w wielu szkołach dodatek ten przyznawany jest albo każdemu po
równo, albo według bliżej nieokreślonych zasad, bo dzieli przecież dyrektor. Nie wiem, jak to jest w mojej szkole i nie będę tutaj rzucać kalumni,
ale doświadczenie mi mówi, że i w naszym kurniku nie wszyscy są bez winy.
Usłyszałam kiedyś, że dodatek motywacyjny powstał po to, żeby poratować
marną pensję nauczyciela. Dawany był odgórnie, bez żadnych konkretnych zasług
czy win. Podobno. Nie wiem, ile w tym prawdy. Możliwe, że to tylko taka bzdurna
plota. Nie podlega jednak dyskusji, że wzbudza on kontrowersje wśród ludzi.
Buntują się, że przecież nauczyciele nic nie robią, dostają za to kasę, a
jeszcze im dodatki we łbach. Żarty żartami oczywiście, ale faktem jest, że
przydział dodatków motywacyjnych jest dla mnie nieco niezrozumiały. Niby jest
jakiś system, ale w zasadzie to trudno powiedzieć, żeby on działał, skoro
najwięcej do powiedzenia ma tutaj dyrektor szkoły.
Myślałam, jak zmienić ten system tak, żeby posiadał choć znamiona
sprawiedliwości i faktycznej nagrody za zasługi. Szukałam w internecie, ale tam
znalazłam tylko albo ciągłe jęki i narzekania, że nauczycielom za dobrze i
powinni nam obciąć wszystko, albo postulaty, żeby nagrody dostawali tylko
nauczyciele olimpijczyków. O absurdalności takich pomysłów, mam nadzieję, nie
muszę pisać. Dość powiedzieć, że choć staram się jak mogę, a czasem nawet ponad
swoje siły, żadnego olimpijczyka ani laureata konkursu nie wypuściłam spod
swoich skrzydeł. Z wielu powodów. Choćby dlatego, że zbyt często laureaci
takich konkursów czy olimpiad chodzą do szkół dwujęzykowych i nie nie można ich
poziomu zrównać z moimi (i wieloma innymi) uczniami.
No tak, ale nadal brak odpowiedzi, za co w takim razie nauczyciele
powinni dostawać te nieszczęsne dodatki motywacyjne. Wydaje mi się, że dobrym
wyjściem byłoby dawanie ich za faktyczne zasługi, realną pracę. Ale nie za
ilość laureatów w życiorysie, a za to, jak dany nauczyciel pracuje w danej
placówce. Wtedy każdy nauczyciel (który chce zdobyć dodatek), będzie musiał
robić coś „ponad podstawę” i jest szansa, że uczniowie baaaaardzo na tym
skorzystają. Oczywiście oceny nadal dokonywałby dyrektor po uprzednim
dostarczeniu choćby raportu z pracy (tak jak to dzieje się na przykład w
trakcie stażu). Można to robić rocznie albo semestralnie, ale to już taki pan
pikuś.
Jak sobie tak pomyślałam, to mi wyszło, że (na dzień dzisiejszy)
właściwie wszyscy „nasi” nauczyciele powinni dostać dodatek motywacyjny. Nie ma
nauczyciela, który przychodziłby tylko na swoje lekcje i wychodził
ukontentowany, że swoją pańszczyznę odrobił. A byli i tacy w trakcie mojej
kariery, w każdej szkole zapewne taki się znajdzie. Tymczasem każdy nauczyciel
(czy matematyki, fizyki, czy wf-u) mógłby zrobić coś więcej. I chyba
najważniejsze – te dodatki powinny być jawne. Wszyscy wiedzą wszystko o
wszystkich. Ja nie wstydzę się wysokości swojego dodatku. Jak nic nie robię,
potrafię się do tego przyznać i pogodzić się z potencjalnymi konsekwencjami. Można
mnie kontrolować wzdłuż, wszerz i w poprzek. Nie bardzo rozumiem, czemu
niektórzy tak bardzo się przed tym bronią.
Nie mam gotowej recepty na wszystko. Być może i ten pomysł ma wiele
wad, których nie widzę, bo patrzę na niego z mojego punktu widzenia. Wydaje mi
się jednak, że gdyby grono kompetentnych ludzi zebrało się razem, z pewnością
wymyśliliby coś mądrego i trzymającego się kupy.
poniedziałek, 17 września 2012
Nauczycielski pozew.
Nie byłabym sobą, gdybym nie zareagowała na tak wspaniały artykuł,
który swoim echem odbił się nawet w ogólnopolskich wiadomościach. I teraz
oczywiście chwila zastanowienia, czy sympatyzuję z tą nauczycielką, czy też ją
potępiam.
Na pewno nie potępiam jej tak, jak większość ludzi, którzy już zdążyli
ją ocenić jako marnego pedagoga i beznadziejną nauczycielkę. Bo tak naprawdę
niewiele mogę zrobić, jeśli uczeń na przykład słucha na lekcji muzyki. Mogę go
wysłać do pedagog albo do dyrektora, tyle że on niewiele sobie z tego robi. Ta
sama sytuacja ma miejsce, gdy wzywam rodziców. Albo nie przychodzą, albo nic
sobie z tego nie robią, bo oni sami nie potrafią sobie z dzieckiem poradzić.
Jakoś nie słyszałam, żeby dziecko, nad którym rodzic panuje, wyciągało na lekcji
telefon czy chamsko odzywało się do nauczyciela. Dlatego też „normalne” sposoby
nic nie dają.
Można oczywiście ignorować sytuację. Tylko że sygnał dawany reszcie
uczniów jest wtedy doprawdy żałosny. Można z nami robić wszystko, a my będziemy
tę sytuację znosić potulnie, bo jakie mamy inne wyjście. Dlatego właśnie
poniekąd rozumiem tę panią. I, doprawdy, nie wnikam, czy ona jest dobrą czy złą
nauczycielką. Czy ma powołanie, czy tylko robi wszystko „na odwal się”. Kiedy
ja chodziłam do szkoły, nie była ona pełna nauczycieli godnych miana pedagoga,
ale nie przyszłoby mi do głowy, żeby im pyskować czy robić na złość (o
telefonach wtedy jeszcze nie słyszano, więc nie mogłam wyjmować go na lekcji
:)).
I nadal nie wiem, czy pani zareagowała zbyt gwałtownie, czy po prostu w
końcu puściły jej nerwy i postanowiła skorzystać ze swojego prawa. Wiem
natomiast, co stanie się teraz. Pani zostanie odsądzona od czci i wiary, bo
przecież z „niesforną” młodzieżą mogła poradzić sobie sama (taaaaaaa). Będą się
na niej wyżywać, bo przecież jak to tak, skoro ona jest dorosła, a nie potrafi
poradzić sobie z „dzieciaczkiem”. A „dzieciaczki” przechodzą właśnie okres
dojrzewania i jest im tak trudno, i oni tak naprawdę są dobrzy, i pomagają
bezdomnym zwierzątkom, a tylko w szkole im się agresor włącza.
Tak, jestem trochę poirytowana i zgorzkniała, bo tą rzeczywistość mam
na co dzień. I wiem, że nie wszystko można wytrzymać. Że można stracić
cierpliwość i że mogą puścić wszelkie tamy. I wtedy pozywa się do sądu, gdy już
wszystkie pozostałe sposoby zawodzą. Wiem też, jak doskonale potrafią
manipulować faktami uczniowie, jak świetnie potrafią robić z siebie niewiniątko
i ofiarę, gdy im to na rękę. Wiem jednak też, że ciężko jest zdobyć się na ten
krok, na który zdecydowała się ta pani właśnie przez ten wszechobecny ostracyzm
społeczny. Bo ludzie jeszcze nie zdają sobie sprawy, jakie potrafią być te
„dzieciaczki”.
Wiem też jednak, że w każdej szkole znajdzie się klasa bądź uczeń, dla
którego warto pracować. Dla którego warto się poświęcać, szarpać i dzięki
któremu się wie, po co wybrało się ten zawód. I tylko tacy trzymają mnie przy
życiu.
czwartek, 6 września 2012
O podręcznikach.
Ostatnio po raz kolejny stało się modne narzekanie na złych
nauczycieli. Tym razem jednak powodem nie są zarobki czy ilość wolnego, ale
podręczniki. Temat powtarza się co jakiś czas, wraca jak bumerang i oczywiście
winni jesteśmy my. Tymczasem nie zawsze tak jest. Nie mówię, że nigdy. Czasami
rzeczywiście nauczyciele (zwłaszcza ci od angielskiego) często zmieniają
podręczniki. Głównie przez to, że często się zmieniają, a każdy następny ma
inne zdanie co do przydatności podręcznika niż ten poprzedni. Jednak najczęstszym
powodem zmian podręcznika są albo sami uczniowie (i zaraz przejdę do
szczegółów), albo reformy. Siłą rzeczy ograniczę się do podręczników z
angielskiego, bo po pierwsze będę wiedziała, o czym piszę, a po drugie to
właśnie ich ceny przyprawiają rodziców o największe palpitacje.
Jak wiadomo, rynek pełen jest w dzisiejszych czasach podręczników. Do
wyboru, do koloru, milion wydawnictw prześciga się w ciekawszej ofercie. A
jeśli chodzi o książki do angielskiego to już natura obrodziła przewybornie.
Jedno wydawnictwo potrafi mieć w ofercie trzy pozycje na tym samym poziomie. Z
jednej strony to dobrze, bo nauczyciele mają wybór i mogą dobrać podręcznik do
ucznia. Z drugiej strony żadna pozycja nie jest doskonała dla każdego i nadmiar
przyprawia nawet nauczycieli o ból głowy. Jednak nie da się ukryć, że wybór
podręcznika zależy tylko i wyłącznie od nauczyciela i na nas spoczywa
odpowiedzialność za jego właściwe dobranie.
Na początek (bo temat rozwlekły) opowiem, jak to było przed reformą. Bo
wtedy nie było większych zmian w podręcznikach, a jedyną przesłanką do zmiany
było... No właśnie, co takiego mogło być tak ważne, że trzeba było zmieniać
podręcznik? Dwie rzeczy mogły o tym decydować. Zmieniający się nauczyciele oraz
zmieniający się uczniowie. O co chodzi? Otóż swego czasu rotacja nauczycieli
angielskiego w szkołach była wielkości epickiej. Co roku (a bywało, że i
częściej) przychodził ktoś nowy. I ten ktoś nowy miał już inną wizję. Nie lubił
podręcznika X jak zarazy, za to podręcznik Y uważał za cudo objawione. Rok
później przychodził nowy nauczyciel i cała szopka zaczynała się od nowa. A
rodzice bulili, bo nie mogli odkupić podręczników od starszych roczników.
Uczniowie zmieniają się co roku, każdy głupi to wie (oczywiście jeśli
chodzi o pierwsze klasy). I zdarza się, że w jednym roku trafią nam się lotni,
a w innym nieco mniej. Jakim cudem ja w takim razie mam tak samo tych uczniow
traktować? W ich własnym interesie jest, żeby grupa słabsza miała inne
podręczniki niż ta mocna, bo inaczej będzie się z nimi katowała, a i tak
niczego się nie nauczy (wiem z doświadczenia). Dlatego zmiana podręcznika nie
zawsze jest taka zła.
A teraz sytuacja po reformie. Właściwie reformach, bo one nadal trwają
i zmienia się coś co chwila. Otóż po reformia nagle okazało się, że podręcznik,
którego do tej pory używałam, nie jest wystarczająco dobry. W związku z tym
musiały zostać naniesione zmiany. Co z tego, że zmiany są kosmetyczne. Stary
był be, a nowy jest cacy. Pewnie myślicie, że wydawnictwa były zachwycone
zmianami i tym, że muszą wszystko zatwierdzać od nowa. Otóż wcale nie. Dla nich
to jest taki sam problem, jak dla nas. Trzeba wszystko przeanalizować,
pozmieniać, dać do zatwierdzenia, a w końcu wydrukować nową partię. Stara
oczywiście (jeśli jakieś egzemplarze się ostały) idzie na przemiał. Czyli
straty. Rok później cała szopka zaczyna się od nowa, bo znowu zarządzili w
ministerstwie jakieś zmiany i stary podręcznik nieważny.
I tak w koło Macieju. Wydawnictwa mają dwa razy więcej pracy i
zamieszania, my z szaleństwem w oczach sprawdzamy, czy nowy podręcznik dostał
zatwierdzenie czy nie, a w efekcie uczeń musi kupić nową książkę w zwariowanej
cenie, bo wersja od starszych uczniów nieaktualna. Zanim więc winą obarczymy
wydawnictwa czy nauczycieli, zastanówmy się, kto tak naprawdę decyduje o
reformach, zmianach w edukacji czy zatwierdzeniach podręczników. Nie
nauczyciele, nie wydawnictwa, a ministerstwo. I do nich proszę zgłaszać
zażalenia.
Oczywiście każda zmiana podręcznika niesie za sobą potężne koszta.
Zdaję sobie z tego sprawę. I ciężko mi powiedzieć, z jakiego powodu te koszta
są takie duże. Wiadomo, że książki wydane na ładnym papierze, pełne rysunków i
zdjęć (akurat też nie za bardzo to lubię, ale uczniowie niby narzekają, a jak
dostaną książkę bez obrazków to patrzą na mnie jak na marsjankę), najczęściej
wydawane w Anglii, ale czy to jest wystarczający powód? Nie wiem. Mnie też te ceny
przyprawiają o zawrót głowy, ale jeśli mam wybrać książkę tanią w zamian
książki dobrej (niestety zazwyczaj jedno idzie w opozycji do drugiego) to
wybieram jednak dobrą.
I ostatnia rzecz (naprawdę, ostatnia) to sól w oku większości osób.
Łapówki, które nauczyciele dostają od wydawnictw. Te wszystkie Seszele, drinki
z parasolką i weekendy w SPA. Otóż NAJDROŻSZYM gadżetem, który dostałam była
torba na ramię. Z nadrukiem wydawnictwa. Poza tym dostajemy jedynie zestaw
książek dla nauczyciela, czasem jakiś długopis czy dodatkową książkę z
ćwiczeniami i kalendarz. Doprawdy, mdleję z zachwytu. Poza tymi gadżetami „dla
nas” są jeszcze gadżety dla szkoły i te o wiele bardziej mnie ineteresują.
Tabele do powieszenia w klasie, plakaty, dodatkowe materiały. Czy to naprawdę
aż tak wielka łapówka, żeby wybrać akurat tę konkretną książkę zamiast jakiejś
innej?
niedziela, 2 września 2012
Aaaaaaby wykonywać zawód nauczyciela.
Wczoraj spotkałam pewną osobę, której koleżanka chce zostać
nauczycielką i która poprosiła o adres mojego bloga, żeby rzeczona koleżanka
mogła sobie poczytać, co ją czeka. Oczywiście przy okazji uraczyłam kobietę
standardowym „odradzałabym koleżance, to niewdzięczna praca, etc”. I tak teraz
sobie myślę, co tak naprawdę powiedziałabym osobie, gdyby ta na serio
poprosiłaby mnie o opinię i radę.
Przede wszystkim chyba jasno należy powiedzieć, że na zawód nauczyciela
powinna decydować się osoba, która naprawdę czuje taką potrzebę. To nie jest
praca „na przeczekanie”, „bo innej nie ma” (z drugiej strony nie raz takie
osoby właśnie odnajdywały swoje „powołanie”, czyli zaczynały się spełniać w tej
pracy, mimo że na początku nie traktowały jej serio). Trzeba mieć duże
zacięcie, żeby dobrze tę pracę wykonywać. Nie mam zamiaru się chwalić czy
twierdzić, że jestem wyjątkowa, ale chcę wierzyć, że dobrze wybrałam zawód. W
każdym razie spełniam się w nim i lubię swoją pracę pomimo tak wielu absurdów
jej towarzyszących i tak wielu gromów, które na nią rzucam.
Poza tym trzeba pamiętać, że jest to praca trudna. Bez względu na to,
co mówią ludzie, którzy nie raz twierdzą, że mam więcej wolnego niż pracy, a w
szkole to tylko siedzę i każę dzieciom czytać z książki i tak przez 45 minut.
To nieprawda. Potrzeba dużo pracy, silnej woli i cierpliwości, żeby pracować
dobrze. 45 minut niemal ciągłego gadania, zajęte przerwy, dodatkowe godziny po
lekcjach, w domu przygotowywanie się do lekcji, sprawdzanie lub układanie
testów, awanse, szkolenia, rady, papiery, dzienniki, imprezy pozalekcyjne,
wycieczki, telefony do rodziców, spotkania z rodzicami, nowe rozporządzenia,
stare rozporządzenia... można by wymieniać jeszcze kilka linijek. Trzeba się z
tym liczyć.
No i w końcu odpowiedzialność. Kiedyś myślałam, że nauczyciel nie
zwalnia nas z lekcji tylko ze względu na swoją wredotę. Że na wycieczce owszem,
musi nas pilnować, ale to przecież nic takiego. Oj, jakże byłam naiwna! Teraz
siedzę po drugiej stronie i jak pomyślę, że po wyjściu uczeń może wpaść pod
samochód, a ja będę za to odpowiedzialna to włos mi na głowie staje na
baczność. Z wycieczki nie mam żadnej przyjemności, bo przez większość czasu
jestem potwornie niewyspana (nocne pilnowanie, niejednokrotnie do trzeciej albo
czwartej) albo martwię się, co też tym razem dzieci wymyślą (a ich możliwości
są nieograniczone).
I jeszcze jedna, niewiele mniejsza, a jednak pomniejszana,
odpowiedzialność. Za sam poziom wiedzy takiego dzieciaka. Przeszła mi już misja
pod tytułem „każdego można nauczyć, a jak
nie umie, to wina nauczyciela”. Wiem, że ponoszę odpowiedzialność tylko
za swoją pracę, a nie za to, czy uczeń się nauczy, czy nie. Chodzi tu o to, czy
zrobiłam wystarczająco dużo, żeby ten uczeń się nauczył. Czy zrobiłam to
właściwie. Może trzeba było jeszcze raz zadzwonić do rodziców, może
niepotrzebnie dzwoniłam do jego rodziców, może mogłam mu jakoś pomóc, może on
nie potrzebował mojej pomocy, a ja okazałam się nadgorliwa... I tak w kółko.
Oczywiście nie jest tak, że nie śpię po nocach, ale to jednak daje popalić.
Są i zalety. I, pomimo opinii wielu, nie należy do nich zapłata.
Przyznaję jednak, że wolnego (nawet jeśli nie są to pełne dwa miesiące) nie
oddałabym za nic. Oczywiście rozumiem osoby, które narzekają, że wcale im nie
po drodze wolne w wakacje, gdzie ceny są najwyższe, bo jest sezon. Wolałyby
urlop w październiku, kiedy ceny do ciepłych krajów niższe, a pogoda tak samo
zachęcająca. Tyle że tego urlopu wziąć nie mogą (chyba że bezpłatny). I nie
marudzić mi tu, że ciepłe kraje to luksus. Są pożyczki i raz w roku można się
skusić (ale płacić dwa razy więcej, bo sezon, nie każdy musi, a my musimy).
Każda okazja, kiedy inni mogą wziąć urlop (choćby ślub w rodzinie) okupowany
jest dniem bezpłatnym, bo urlopu nie ma. Tyle że te prawie dwa miesiące wolnego
to jednak nie w kij dmuchał (ferii zimowych nie liczę, dla mnie mogłyby nie
istnieć, nienawidzę zimy).
Podsumowując. Wiele jest wad, kilka zalet się znajdzie. Jedno jest
jednak najważniejsze i bez tego ani rusz – trzeba tę pracę kochać.
wtorek, 28 sierpnia 2012
Niemoc twórcza.
Już na początku tego roku szkolnego zostałam mianowana na koordynatora
do spraw projektów oraz koordynatorem do spraw WKE. Nie ważne nawet, co to
oznacza. Dla mnie oznacza to po prostu masę roboty. Dodatkowo muszę prowadzić
swój własny projekt (bo już najwyższy na to czas). Oczywiście poza tym mam i
tak kupę pracy, bo łapię się za wszystko w związku z awansem.
I właśnie przez te wszystkie jakże kreatywne aktywności zdałam obie
sprawę z jednej podstawowej rzeczy – nie jestem kreatywna. Jestem odtwórcza.
Onieśmiela mnie fakt, że są wokół mnie ci wszyscy kreatywni ludzie, którzy mają
tyle pomysłów podczas gdy ja siedzę i nie potrafię wymyślić nawet głupiego tematu
dla własnego projektu. Oni wszyscy wymyślają nie tylko tematy, ale mają w
głowie całe scenariusze. A ja potrafię jedynie wykonać polecenia, skorzystać z
czyichś pomysłów i wprowadzić je w życie, ale kiedy przychodzi do wymyślania,
zastygam jak żona Lota. Spełniam się w realizacji. Wymyślanie to nie dla mnie.
Nie wiem, czy to coś złego. W dzisiejszym, jakże pełnym kreatywności,
świecie - pewnie tak. Przynajmniej tak czuję. Zastanawiam się jednak, czy tak
być powinno. Nie wszyscy muszą być super kreatywni, tak jak nie wszyscy muszą
mieć maturę. Nie powinnam czuć się gorsza tylko dlatego, że zamiast rzucać
pomysłami jak z rękawa potrafię jedynie grzecznie siedzieć i te pomysły
przyjmować. W grupie takich ludzi czuję się jednak jak nieudacznik, który nie
umie wykrztusić z siebie słowa. I to nie jest wina tych ludzi, bo oni nijak nie
dają po sobie poznać, że uważają mnie za gorszą. Ale przecież musi tak być.
Skoro zgadzam się na wszystko, nie wysuwam własnych pomysłów, nie wyrażam
swoich myśli, to musi być ze mną coś nie tak.
I tu dochodzi drugi problem. Nie potrafię pracować w grupie. Samej mi
lepiej. Jak tak sobie spokojnie usiądę w kąciku to jest szansa, że może coś
jeszcze spłodzę. Kluczem jest samotność i dużo czasu. A w grupie czuję się
głupio. Patrzę na tych ludzi pełnych werwy, przerzucających się pomysłami i
zastygam. Prawdopodobnie nie za dobrze wybrałam sobie zawód, skoro mam problemy
pracować w grupie. Tyle że ja się spełniam w pracy z uczniami. To jest mój
żywioł, to kocham. I myślę sobie, co z tymi uczniami, którzy tak jak ja zupełnie
się w grupie nie odnajdują, a każe im się pracować nad projektem z kilkorgiem
innych osób. Jak biedne muszą być te dzieciaki, którym głos zastyga w gardle i
wydaje się, że nic do pracy nie wnoszą? Dlaczego zmuszane są do czegoś, w czym
się nie odnajdują? Dlaczego każe im się działać wbrew sobie, przymusza do
„nauki” pracy w zespole, skoro oni wspaniale radzą sobie sami ze sobą?
Nie rozumiem tego i chyba nie będzie mi dane zrozumieć. Być może to ja
nie mam racji i powinnam zastanowić się nad zmianą zawodu, ale mimo wszystko
uważam, że również jako nauczyciel wcale nie muszę mieć talentu pod tytułem
„pracujmy wszyscy razem i bądźmy kreatywni”.
P.S. Temat projektu wstępnie wymyśliłam i brzmi chyba dumnie :)
‘W krainie skrzatów i elfów, czyli jakie legendy
i baśnie skrywają Wyspy Brytyjskie?’
Oczywiście do dalszych konsultacji z
dzieciakami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)