piątek, 10 lutego 2012

Kolejne reformy.


Ktoś gdzieś ostatnio pastwił się nad pomysłem ministerstwa w temacie specjalizacji w szkołach ponadgimnazjalnych.  Jak to ma wyglądać w praktyce? Ano znalazłam coś takiego:

  • kontynuacja kształcenia ogólnego w I klasie i wybór przedmiotów do wyboru w klasach II i III (możliwy również od klasy I), w tym obowiązkowa kontynuacja języka polskiego, języków obcych, matematyki, wychowania fizycznego i religii/etyki oraz realizacja 2-3 przedmiotów według programu rozszerzonego i przynajmniej jednego przedmiotu uzupełniającego;
  • możliwość wyboru trzeciego języka obcego;
  • możliwość odejścia od systemu klasowo-lekcyjnego i tworzenie z mniejszej liczby klas większej ilości grup, co w efekcie daje obniżenie liczebności uczniów w grupie i zwiększenie efektywności nauczania;
  • wprowadzenie dodatkowych zajęć uzupełniających do wyboru przez uczniów: zajęć artystycznych oraz ekonomii w praktyce;
  • wprowadzenie obowiązujących uczniów bloków uzupełniających edukację: historia i społeczeństwo – dla uczniów, którzy wybrali przedmioty przyrodnicze w zakresie rozszerzonym lub przyroda – dla tych, którzy w zakresie rozszerzonym uczą się przedmiotów humanistycznych;
  • nowa organizacja egzaminu maturalnego.
Z tych wszystkich punktów najbardziej zainteresowały mnie pierwszy i trzeci. Oznacza to, że przechodzimy na „system amerykański”, że tak to nazwę na potrzeby tego postu. I tu zaczyna się wojna. Oczywiście powstały dwie grupy. Jedna broni dotychczasowej „ogólnej” edukacji jak niepodległości, a druga zachwyca się, że w końcu nie trzeba będzie zakuwać wszystkiego, nie wynosząc z tego kucia niczego. I tutaj, jako nauczyciel, mam oczywiście swoje zdanie.
Chodziłam do liceum ogólnokształcącego. Nie wynikało to raczej z faktu, że byłam jakoś szczególnie zdolna czy też chciałam być wielce wykształcona w zakresie ogólnym, a z tego, że żadna inna szkoła nie miała mi do zaoferowania takiego profilu, jakim byłam zainteresowana, czyli nauki języka angielskiego po to, żeby w efekcie zostać nauczycielką. Za moich czasów nie było już szkół nauczycielskich, które na poziomie liceum przygotowywały uczniów do pracy.
Problem polega na tym, że nauka wszystkiego to był dla mnie koszmar. Fizyki, chemii i biologii nie rozumiałam WCALE. I to naprawdę nie jest przenośnia. Nie byłam w stanie nauczyć się choćby podstaw fizyki, nie byłam w stanie niczego zapamiętać. Biologia była chyba nawet gorsza niż fizyka. Z geografią i historią miałam mniejsze problemy, ale nie powiem, że jakoś szczególnie je sobie ukochałam (choć to w zasadzie przedmioty humanistyczne). Polskiego nienawidziłam (ale to z powodu mojej „ukochanej” pani, bo w podstawówce polski uwielbiałam), a resztę przedmiotów tolerowałam. Skupiałam się tylko i wyłącznie na angielskim, bo tu tkwiła moja pasja. I można sobie nazywać mnie ograniczoną, źle wyedukowaną ignorantką, ale taka jest prawda. Dopiero kiedy stałam się dorosła i byłam czegoś ciekawa, samodzielnie wyszukiwałam interesujące mnie informacje, bo ze szkoły nic nie pamiętałam, a uczyłam się nieźle (szkoła nie była może wybitna, ale to nie wina szkoły, że uczniowie nie do końca mają ochotę zdobywać wiedzę, kiedy mają ciekawsze rzeczy do roboty :)).
Kochałam, doprawdy uwielbiałam w czasie liceum „system amerykański” i gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że są plany wprowadzenia go w Polsce, pewnie bym się popłakała ze szczęścia. Co się zmieniło w moim postrzeganiu? Niewiele. Nadal jestem zdania, że ten system nie jest taki zły, jak się wszystkim wydaje. Owszem, kształci ludzi wybitnie uzdolnionych w jednym kierunku kosztem edukacji ogólnej, ale czy to naprawdę jest takie złe? I proszę darować sobie komentarze, które działają na mnie, jak płachta na byka, że przez tą edukację Amerykanie są idiotami i nie wiedzą, gdzie leży Polska. A czy my wiemy, gdzie dokładnie jest stan Ohio czy Utah? Czy znamy historię Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, że już nie wspomnę o RPA? Więc gdzie ta nasza ogólna wiedza, wynikająca z edukacji?
Dlatego właśnie uważam, że tamten system jest absolutnie wystarczający. Kształci ludzi, którzy staja się specjalistami w jednej konkretnej dziedzinie i (zakładam) w tej dziedzinie pracują. Rozwija zainteresowania i pasje i przekształca je w zawód. Problem z przeniesieniem tego systemu do Polski kryje się gdzie indziej. My po prostu nie mamy takiego zaplecza, jakie zobaczyć możemy w pierwszym lepszym amerykańskim filmie. I mam tu na myśli zwykłe szkoły ponadgimnazjalne, a nie te profilowane (bo takie jest założenie reformy). Nie mamy porządnych laboratoriów chemicznych, fizycznych, czy biologicznych, w których uczniowie mogliby ćwiczyć. Nie mamy porządnych pracowni artystycznych, żeby rozwijać talenty plastyczne czy muzyczne. Nie mamy porządnego zaplecza sportowego, żeby zająć się talentami sportowymi.
Dlatego właśnie uważam, że to jednocześnie dobry i zły pomysł. Dokładnie tak samo, jak posyłanie sześciolatków do szkoły (tak, tak, jestem za, ale nie na tych warunkach, jakie oferuje nam państwo). Zabieramy się do reformy od dupy strony już nie pierwszy raz. Zamiast przestudiować, dostosować i dopiero wtedy wprowadzać, państwo najpierw wprowadza, licząc, że jakoś to będzie i to „jakoś” zostaje już na stałe, bo nie stać nas na dostosowanie, a skoro działa bez dostosowania, to po co to zmieniać i się szarpać?

17 komentarzy:

  1. Do mnie ta reforma nie przemawia.
    Amerykański model edukacyjny nijak się ma do polskiej rzeczywistości.
    Oby to nie skończyło się totalną katastrofą.
    Humaniści nie będą potrafić liczyć a ścisłowcy pisać.
    Genialnie!
    No i jeszcze trzeba dodać, że wielu nauczycieli straci pracę, bo zabraknie dla nich godzin.
    Ech...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nauczyciele i tak tracą pracę. Co roku jesteśmy terroryzowani tekstem, że jest niż i nie ma godzin, bo nie ma uczniów. Jak przyjdzie wyż to i tak dodadzą nam godziny, bez względu na system, a jak znowu kolejny niż to znowu będziemy ciąć godziny.
      A co do amerykańskiego modelu edukacji. To nie tak, że ścisłowcy nie będą umieli czytać, a humaniści liczyć. Jakiś poziom podstawowy jest i zobowiązuje. A co mi dała geometria czy rachunek prawdopodobieństwa na matematyce (którą lubiłam i nie miałam z nią większych trudności)? Nie ogarniałam i nie ogarniam do dziś, a mnożyć i dzielić umiem. I o to chodzi.

      Usuń
  2. Mnie sie taka idea bardzo podoba, tzn. to co nazwalas amerykanskim systemem. Doprawdy ubolewam ze ja na to nie trafilam. Z drugiej strony, trzeba pamietac o tym, ze pewne upodobania sie zmieniaja z czasem, a pewne umiejetnosci dopiero na pewnym poziomie rozwijaja, po przyswojeniu wiedzy pokrewnej.

    Pomimo ze ani mnie ani mojego dziecka ta reforma raczej nie obejmie (ku pamieci: przypomniec sobie jak wyglada system edukacyjny w UK) ale pewnie okaze sie porazka, nie dlatego ze jest zla, tylko tak jak sama napisalas, dlatego ze bierzemy sie do niej od dupy strony - jak zwykle. Bardzo bym chciala, zeby jakakolwiek reforma w Polsce, zostala przemyslana, zaplanowana, zeby narod byl na nia odpowiednio przygotowany, zeby zamiast pseudonaukowego belkotu podano nam scisle fakty, zeby wlasnie to zaplecze, jak to slusznie ujelas bylo przygotwane zawczasu, a nie improwizowane. Wtedy to dopiero bylaby reforma :D

    >Humaniści nie będą potrafić liczyć a ścisłowcy pisać.
    Przeciez i tak humanisci nie potrafia liczyc a umysly scisle pisac, cos sie zmieni? ;) Dac im wymagane minimum, zeby do mnozenia nie musieli uzywac kalkulatora, zeby umieli czytac i pisac (no dobra, troche to minimalizuje). Ale po co katowac humaniste calkami a umysl scisly rozprawkami, jesli to sie im nigdy nie przyda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie o to mi chodzi i zawsze chodziło.

      Usuń
  3. off topic: Blogging, dzisiejsza nocia na Dzieciowie niemal doprowadziła do rękoczynów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ad off - domyślam się, że uwaga odnośnie "wydumania" była w moim kierunku? Cóż, zawsze pozostają obrazki. ;)

      Usuń
  4. Myślę, że nauczyciele również skorzystaliby na reformie, która z zajęć wymiotłaby męczenników, a pozostawiła jedynie zainteresowanych tematem pasjonatów. Obopólna przyjemność ( chociaż tyle w obliczu comiesięcznej mizerii na koncie...wiem, jak jest, bom z belfrowskiego gniazda). Żałuję, że zamiast wysiłku wkładanego w zlewanie się z kolorem lamperii w sali na lekcjach chemii, nie miałam możliwości wyboru na przykład kolejnego języka obcego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedyna moja wątpliwość polega właśnie na tym, że nadal nie miałabyś wyboru, bo nie byłoby nauczycieli i koniec pieśni, i musiałabyś wybrać coś jak chemia dla początkujących, co przypominałoby zwykłe lekcje chemii. I znowu lamperia :)
      Po raz kolejny - zaplecze, zaplecze, zaplecze.

      Usuń
  5. Oczywiście - bez zaplecza ani rusz. :) Jeśli zaś chodzi o nauczycieli, to za moooich czasów - że tak geriatrycznie pojadę - był wyż więc i pogłowie belfrów wzrosło. Niestety spektrum wyboru dodatkowych przedmiotów było mizerne, zdaje się, że tylko łacina i coś tam jeszcze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za moich czasów też był wyż i też nauczycieli jak mrówków. Tyle tylko, że z uwagi na system nauczyciele byli od "zwykłych" przedmiotów, bo nie było potrzeby wprowadzać takich przedmiotów, jak na przykład fotografia, rysunek, rzeźba, nauka pisania wierszy czy opowiadań, itp.

      Usuń
  6. Prócz faktu, że to wszystko ma zacząć działać z dniem 1 września tego roku, a tak naprawdę niewiele się jeszcze do niedawna na ten temat wiedziało, zmiana mi się podoba. Jako uczennica byłabym wdzięczna, gdybym nie musiała się uczyć na nie wiadomo jakim poziomie przedmiotów, z którymi przyszłości nie wiązałam. Inna rzecz, że trzeba mieć zainteresowania i plany sprecyzowane, a nie rzucać kostką przy wyborze przedmiotów, to już jednak inna para kaloszy. Nieco niepokoi mnie fakt, że ministerstwo wycofało się z grup minimum siedmioosobowych i pozostawia liczebność grup do uznania organu prowadzącego, a nasz piekielnie lubi oszczędzać na szkole, więc będzie cisnął na ilość. Również jeżę się na twierdzenie, że Amerykanie są "tłokami", bo nie mają szerokiej wiedzy encyklopedycznej, bo zwykle taki argument się w dyskusji pojawia. Naszym uczniom się ją do głów pcha, a efekt tego i tak pozostaje mizerny. Może i dobrze, moim skromnym zdaniem: nie noszę dzieciaków wykutych na pamięć, niemyślących. Informację można zawsze sprawdzić, pod warunkiem, że się wie jak i gdzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mało albo wcale się o tym nie mówi, bo dużo mówiło się o zmianie programowej, jak ona wchodziła, czyli te kilka lat temu. Teraz to tylko ciąg dalszy, obejmujący szkoły ponadgimnazjalne.
      Tak, jak pisałam, reforma idzie w dobrą stronę, ale od końca, zamiast od początku. Powinno się najpierw dać materiały, warunki, wytłumaczyć, na jakich zasadach ma to działać, a potem wprowadzać.
      A szkoła już na dzień dzisiejszy powinna właśnie uczyć szukania informacji i poznawania własnych zainteresowań (ewentualnie odkrywania zainteresowań, bo faktycznie nie wszyscy mają je sprecyzowane), a nie podawać suchą teorię ze wszystkiego, co nam się pod rękę nawinie.

      Usuń
  7. A moim zdaniem ta reforma to jakiś dramat. I tak dzieciaki z roku na rok mniej wiedzą - pomijam różnice w wiedzy moich rodziców i mojej, bo to jest przepaść, ale dużą różnicę można zauważyć także między mną a moimi siostrami (10 lat różnicy). I będzie moim zdaniem tylko gorzej.
    Ohio a Polska to trochę nie ten kaliber ;) Państwo znacznie mniejsze, ale jednak państwo! Lichtenstein będziemy porównywać do gminy?
    No i może nie jestem specjalistką od historii USA, ale coś tam wiem. A o Wielkiej Brytanii można (można było) ze szkoły całkiem sporo wynieść. Tak że chyba jednak jest różnica.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ok, Polska i Ohio to jednak inna bajka, ale młodzi ludzie z mojego pokolenia (w tym z mojego liceum) nie wiedzieli gdzie leży mnóstwo państw, bo było na zasadzie trzech Z (zakuć, zdać, zapomnieć) i żadnej wiedzy z tego nie wynosili (żeby nie było, ja też).
      Różnice w edukacji wynikają z obniżania wymagań, a to nie ma nic wspólnego (przynajmniej nie bezpośrednio) z reformą szkolnictwa. Mechanizm jest taki: wyniki egzaminów były coraz niższe, więc ministerstwo postanowiło obciąć materiał. Jak się uczniowie zorientowali, że mogą uczyć się mniej, to zaczęli uczyć się jeszcze mniej. To znowu wyniki były słabe, i znowu obniżanie wymagań... I tak do dzisiejszych 30% i tej całej szopki.
      Może Ty mogłaś wynieść sporo o USA czy Wielkiej Brytanii, ale u mnie w szkole właściwie się o tym nie mówiło (brak czasu, brak potrzeby), nawet na lekcjach angielskiego. USA to tylko Indianie, a o GB mówiło się w kontekście II wojny światowej. Także wszystkiego tak naprawdę dowiedziałam się na studiach albo samodzielnie. Teraz przekazuję tą wiedzę uczniom.

      Usuń
    2. Zgoda, ale czy wyrzucanie kolejnych treści z programu - na przykład większości biologii dla humanistów - to jest rozwiązanie?? No moim zdaniem nie. Kolejne pokolenia będą wiedzieć jeszcze mniej. Na specjalizację jest czas i miejsce na studiach. Albo w zawodówkach. Matura/wykształcenie średnie do czegoś zobowiązuje i moim zdaniem pewną ogólną wiedzę o świecie (a więc także o prawach fizyki czy biologii) należy mieć.
      Nie twierdzę, że dzisiejsze braki są efektem wprowadzenia gimnazjów - nie jestem przeciwniczką gimnazjum, ja akurat na nim wiele skorzystałam - ale nowa reforma to zupełnie co innego i ona akurat znacząco wpłynie na poziom ogólnej wiedzy. Bo nawet jeśli ktoś opanuje te 30% fizyki, to już coś tam wie. Przynajmniej obije mu się o uszy. A to jest reforma w stylu "nie umiemy uczyć, więc po co męczyć dzieciaki".

      Strasznie, okropnie drażni mnie takie gadanie, że w szkole się uczymy "niepotrzebnych rzeczy". O rany, jeśli ktoś tak minimalistycznie podchodzi do każdego wysiłku, czy to intelektualnego, czy fizycznego, to gratuluję. Uczymy się, żeby wiedzieć coś o otaczającym nas świecie. A tak widzę tę reformę. Wyrzucanie tego, co się humanistom/umysłom ścisłym nie przyda - bo po co? Jak ktoś nie chce, to niech po gimnazjum idzie do zawodówki i szerokiej drogi.
      Heh.

      Usuń
    3. A moim zdaniem wyrzucenie biologii czy fizyki dla humanistów to jest doskonałe rozwiązanie na poziomie szkół ponadgimnazjalnych. W podstawówce i gimnazjum dowie się na tyle o fizyce, na ile będzie mu to potrzebne, żeby nazwać to edukacją ogólną.
      A jeśli ktoś nie może iść do zawodówki, bo tam nie mają takiego profilu, jaki go interesuje (że znowu nawiążę do siebie i nauczania angielskiego)? Pozostało mi liceum ogólnokształcące, w którym przez większość czasu się męczyłam, wkuwając zupełnie zbędne mi rzeczy po to tylko, żeby po sprawdzianie wszystko zapomnieć.
      I tak na marginesie - jeśli ktoś dostał 30% to nie dlatego, że coś tam umie tylko dlatego, że jakoś tam zaliczył (i znowu mówię o sobie, choć za moich czasów nie było konkretnie 30%). Zaliczałam biologię czy fizykę psim swędem, NIC dzisiaj nie pamiętam, nie czuję się ogólnie wyedukowana.

      Usuń