niedziela, 13 czerwca 2010

Oszukani.


No i znowu na początek mała prywata :) Dziękuję tym kilku osobom, które postanowiły coś poradzić na moją ostatnią chandrę. Dziękuję za komentarze. Była Was trójka, wobec czego wymienię Was z  "imienia": anulla, Astrid i pisacje. Dziękuję i pozdrawiam. Na razie niczego nie kasuję, z powrotem nabrałam wiatru w swe skromne skrzydła i piszę, piszę, piszę :) A teraz do rzeczy.
Ostatnio widziałam w TV historię ludzi pokrzywdzonych przez dyrektorkę szkoły. Nauczyciele i pracownicy, wierząc, że każdy z nich jest jedyny, pobrali dla pani dyrektor pożyczki. Potem owa pani się na nich wypięła, a pożyczkobiorcy zostali z długami poważnie przekraczającymi ich możliwości finansowe. Przypomniało mi to historię sprzed kilku lat. Sytuacja niemal ta sama, ale tym razem goleni byli parafianie, bo kaski zachciało się księdzu. Chodził po domach (a możliwości miał nieco większe niż pani dyrektor) i namawiał ludzi na branie dla niego kredytów. Oczywiście owieczki wierzyły księdzu, bo jak tu księdzu nie wierzyć???!!! [sic!] Ludzie pobrali kredyty, a księżulo zniknął i zostawił owieczki z długami. Nie wiem, czy pani dyrektor została zainspirowana rzeczonym księdzem czy też sama wpadła na doskonały pomysł wzbogacenia się małym kosztem i nie tym mam zamiar się zająć.
Przeraża mnie natomiast głupota tych ludzi, którzy pobrali kredyty, a teraz płaczą. Lecą do TV zamiast siedzieć w domu i przełykać łzy wstydu. Wprawdzie ludzie twierdzą, że to nie oni muszą się wstydzić tylko te potwory, co ich skrzywdziły (równam tutaj historię dyrektorki i księdza, bo zamierzam pojechać po wszystkich ofiarach po równo), ale chyba oczywiste jest, że trzeba być bardzo dziwnym człowiekiem, żeby aż tak zaufać tym ludziom.
Po pierwsze, kult księdza w naszym kraju. Przecież ksiądz nie może mnie okłamać, skrzywdzić, omotać, zbałamucić. Bo co? Bo jest nadczłowiekiem? Bo w seminarium istnieją specjalne testy na uczciwość i prawdomówność, dlatego właśnie z tych placówek wychodzą ludzie tylko i wyłącznie czyści w sercu i na duszy? Czy może coś mi umknęło? Póki co chyba jednak nic mi nie umknęło i mam wrażenie, że ksiądz taki sam człowiek jak ja czy mój sąsiad. Niektórzy są dobrzy, chcą pomagać i martwią się o swoje owieczki, a inni chcą je golić. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Księdza powinno się traktować jak każdego innego człowieka. Słuchać, szanować, ale ufać mu z rozwagą. Czy gdyby do tych ludzi przyszedł dobrze im znany sąsiad i poprosił o gigantyczną pożyczkę, jemu też tak chętnie pobiegliby do banku? Jakoś wątpię. Dlaczego więc polecieli księdzu?
Z drugiej strony pani dyrektor szkoły. Na wsi. Po kilku innych osobach, jak proboszcz czy komendant straży pożarnej najważniejsza i najbardziej poważana osoba. I ci nauczyciele i pracownicy są podobno straszeni zwolnieniami (oczywiście subtelnie i aluzyjnie). Biorą te pożyczki, bo pani dyrektor ładny dom ma, to ją stać na zapłacenie tych rat. Trochę płaci, całkiem jak ksiądz, po czym płacić przestaje i zostawia ludzi z długami. Nie jej małpy, nie jej cyrk.
No i tu dochodzę do sedna… Jak tak można??? Co ci ludzie myśleli, biorąc pożyczki dla tej dwójki? Co im chodziło po głowie, że podjęli akurat takie decyzje? Nie mogę bliżej odnieść się do sprawy księdza, bo niewiele mam z kościołem wspólnego, ale pracuję w szkole i mam dyrektorkę. Nie prosiła mnie ona nigdy wprawdzie o pożyczkę, ale załóżmy, że kiedyś by to zrobiła pod groźbą zwolnienia. Załóżmy, że pracowałabym wtedy na wsi, gdzie o pracę trudno. Co bym zrobiła? Mogłabym odmówić, ona by mnie zwolniła, ja bym poszła do sądu pracy, ale szantaż trudno udowodnić. Jej słowo przeciwko mojemu. I co? Wystarczyłoby nagrać rozmowę pomiędzy mną a panią dyrektor, jak to subtelnie i aluzyjnie daje mi do zrozumienia, że może mnie zwolnić jeśli nie załatwię jej kasy. Są dyktafony, telefony, mp3-ki, cuda wianki.
Przykro mi, nie rozumiem tych ludzi. Nie rozumiem, dlaczego decydują się na takie kroki. Nie rozumiem, dlaczego ślepo ufają obcym sobie ludziom. Nie rozumiem, co nimi kieruje. Wiem, że jeśli biorę duże kredyty na siebie, to sama jestem sobie winna, że wydałam te pieniądze na siebie i coś z tego mam (nie ważne, czy były mi potrzebne na leczenie czy na własne przyjemności). Natomiast branie pożyczki na kogoś… w grę wchodzi chyba tylko najbliższa rodzina, której ufam, nigdy obcy. A jednak ksiądz czy pani dyrektor to ludzie dla mnie obcy…

piątek, 11 czerwca 2010

Rozwój Młodego.


Na początek krótkie wyjaśnienie dramatu ostatniego posta. Tak, załamałam się. Tak, nie przeszło mi. Tak, nadal jakoś po drodze mi ze skasowaniem tego bloga. Jednak nie, na razie nie. Przywiązałam się. I niech już czytają mnie te trzy osoby, jakoś to przeżyję.
A teraz temat właściwy. Jak każda prawdziwa matka czytuję czasem jakieś mądre gazetki, fora, rozmawiam z innymi matkami. Jak każda dobra matka porównuję swoje dziecko z innymi w jego wieku albo też w  wieku podobnym. Jak każda dobra matka martwię się, że moje dziecko czegoś tam jeszcze nie robi, chociaż ma tyle miesięcy, że powinno… Otóż nie do końca. Faktycznie tak było jeszcze jakiś czas temu. Odpuściłam, bo chyba bym zwariowała. Młody leniwym osobnikiem jest i nie za bardzo chce mu się robić cokolwiek, co „powinien”. Przez to ja do niedawna miałam palpitację przy każdym czytaniu gazet czy wypowiedzi na forum, a Młody w tym czasie śmiał się w głos. Śmiał się, po czym po jakimś czasie wyrównywał do innych dzieci. Wolniej, w swoim własnym tempie, ale wyrównywał. Zazwyczaj przełomy są ogromne. Czyli takie długo, długo nic, a potem nagle szarpnięcie rozwojowe.
Weźmy choćby trzymanie zabawek w rączkach. Do dziś Młody, a ma już 7 miesięcy, nie za bardzo ma ochotę trzymać cokolwiek. Owszem, kiedy podaję mu zabawkę, to bierze ją do rączki, ale nawet na nią nie spojrzy. Trzyma ją potem, ale jakby nieświadomie, z rozpędu. Na zasadzie: „włożyli mi w dłoń to trzymam”. Oczywiście według wszelkich mądrych książek powinien nie tylko trzymać rzeczy w ręku, ale nawet przekładać zabawki z jednej ręki do drugiej. Oczywiście czasami mu się to udaje, ale nie jest to regułą. Raz tak, raz nie. I pewnie kiedyś mu się będzie chciało. Teraz mu się nie chce.
Z drugiej strony mamy „sprężynowanie”. Polega to na tym, że kiedy ustawiamy dziecko w pozycji prawie stojącej to ono zaczyna uginać i prostować nóżki, sprężynując właśnie. Zaczyna się to około 7, 8 miesiąca. No cóż, Młody sprężynował już w 5, a teraz od miesiąca stoi już prosto i nie ma z tym żadnego problemu (oczywiście podtrzymywany, nie mam AŻ TAK genialnego dzieciaka). I oczywiście niektórzy mówią, że to niedobrze dla jego kręgosłupa, że za wcześnie. A co ja mam na to poradzić? Tak się kiedyś zabawił, spodobało mu się i staje przy każdej możliwej okazji. Ostatnio ulubioną zabawą stało się „chodzenie”. Staje na nóżkach, podtrzymywany przeze mnie, i powoli porusza nogami całkiem tak, jakby chodził. Najpierw jedna nóżka, potem druga i faktycznie się przemieszcza. Śmieje się przy tym w głos, ale i skupia na tej czynności, jak na niczym innym. Za wcześnie? Owszem, ale nic na to nie poradzę, Młodemu się podoba. Oczywiście nie robimy tego zbyt często, ale czasem nie mogę się powstrzymać, kiedy chcę zobaczyć tą radość na jego twarzy. 
Oczywiście nadal porównuję go z innymi dziećmi. Akurat tak się zdarzyło, że koleżanka ze studiów również urodziła dziecko trzy tygodnie po mnie, a mieszkamy na tym samym osiedlu to spotykamy się czasem. Jej mały jest bardziej rozwinięty, przyznam to nie bez zazdrości. Bardziej interesuje się otoczeniem, bawi się zabawkami, bierze je w rączki, ogląda, potrząsa. Młody tego nie robi, nie interesuje go to. I nie powiem, zazdroszczę jej, czasami martwię się o Młodego, ale postanowiłam dać mu fory.
To nie tak, że Młody nie rozwija się w ogóle. Po prostu nie tak, jak napisane jest w książkach. Młody nie jest więc książkowym dzieckiem, ale na to chyba nic nie mogę poradzić. Muszę więc odpuścić, dać sobie na luz, pozwolić mu dorastać po swojemu. Jestem pewna, że podgoni, że wszystko będzie tak jak powinno i tylko to się liczy.

czwartek, 3 czerwca 2010

Rozżalona.


Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że mój blog niemal osiągnął pierwszy roczek. Nie będzie tortu, nie będzie fanfar, stu lat tez mu nie odśpiewam. Dlaczego?
Idea była taka, że piszę bloga dla siebie. Taki pamiętnik, który jednak nie zahacza o najbardziej intymne sprawy. Żeby coś z siebie wyrzucić, żeby było lżej. No cóż, nie pierwszy raz się oszukiwałam…
Teraz patrzę na statystyki, czekam na komentarze, które jednak niemal się nie pojawiają albo pojawiają się sporadycznie. Statystyki są niemal żadne. W dniu opublikowania postu jakieś 15, 20 wejść. Żenada. Ja wiem, że nie potrafię się reklamować, że chociaż jestem zapisana i na blipie, i na facebook’u, to jednak nie mam zbyt wielu znajomych, nie poruszam się na tych portalach jak ryba w wodzie. Być może gdybym miała parcie to wyniki byłyby lepsze. Ale nie mam, nie umiem…
Tak, wiem, sama powinnam poprawić nieco swoje wyniki blogowe. Nie mam czasu pisać za często, a i życie nie daje zbyt wielu ciekawych tematów. Nie da się jednak ukryć, że to tylko wymówki. Znam inne blogi, w których posty pojawiają się rzadko, a komentarzy mają od zarypania. Właściciel przynajmniej wie, że ktoś go czyta, ktoś reaguje. A może ten mój blog taki nieciekawy, że nie warto…
W każdym razie wszystko wskazuje na to, że chyba zrezygnuję. Mogłabym pisac posty częściej, ale czy to coś zmieni? Raczej nie. Mam siedem osób, które mój blog obserwuje, z czego jedna z nich to mój mąż, więc się nie liczy, jeden obserwator dodał mnie na zasadzie uprzejmości, a dwie osoby to moi znajomi. Czyli w sumie mam trójkę naprawdę zdeklarowanych „czytaczy”. Coś mi się widzi, że po roku to nieco za mało.
 No i oczywiście dochodzę do sedna sprawy – już nie będę się oszukiwać, wszystko zależy od Was, moi drodzy. Wiem, że wiele wymagam, że większość z czytających ma w nosie mój blog, tyle jest ich w sieci, że zniknięcia mojego nikt nie zauważy. Wiem, że niektórzy wejdą raz i ani razu więcej. Wiem, a jednak na Waszych barkach pozostawiam decyzję czy te zapiski mają jeszcze jakiś sens. Czekam na wynik statystyk. Jeśli chodzi o komentarze to ewentualnie mile widziane będą sugestie w tematach przyszłych postów, zmianie czegoś, poprawienia albo innych pomysłów.

poniedziałek, 31 maja 2010

Miska dziegciu i kropla słodyczy.


Ostatnio jakoś bardziej ruszył mnie fakt, że nic już nie będzie tak jak dawniej. Dziecko szczelnie wypełnia mi czas i właściwie wszystko krąży wokół niego. Nie powiem, że jakoś bardzo mi to przeszkadza, bo przecież wiedziałam, na co się decyduję. Jednak pewien smutek i żal pozostaje, nie ma co ściemniać. I nie o to chodzi, że żałuję, że nie kocham, że wszystko jest be. Nie żałuję, kocham, nie wszystko jest be. Jednak żal pozostaje i nie jest to nic, czego  miałabym się wstydzić. Tak po prostu jest i tyle. Może prawdziwe matki polki uważają, że ich podstawowym obowiązkiem i powinnością jest spłodzić i wychowywać dziecko i tylko do tego są przeznaczone. W takim razie nie jestem matką polką. Jestem matką, która czasami jest zmęczona, zła, zdenerwowana, wrzeszcząca, ukrywająca się przed swoim dzieckiem (całkiem jak Chylińska). Nie jestem z tego dumna, ale też nie spędza mi to snu z powiek. Czasami sobie myślę, że za późno zdecydowałam się na dziecko. Nie pod względem wieku, ale wygody.
Kiedyś mogłam wyjść z domu kiedy tylko i gdzie tylko chciałam. Nieważna była pogoda, ograniczał mnie tylko mój nastrój. Mogłam spotykać się ze znajomymi bez ograniczeń. Mogłam godzinami czytać książki albo oglądać telewizję i nic mnie w tym czasie nie obchodziło. Mogłam się przespać, jeśli byłam zmęczona albo posprzątać, kiedy tylko miałam ochotę i natchnienie. W weekend nie wstawałam przed dziesiątą, bo po co. Od czasu do czasu miałam okazję zrobić sobie małą przyjmność. Jakiś prezent, kawa w drogiej restauracji, popołudnie na mieście, spacer do parku w poszukiwaniu słońca. Nie spieszyłam się, smakowałam życie. Może nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę, ale żyłam niemal w raju. Spokój, relaks, wolny czas.
Teraz jest inaczej. Wszystko podporządkowane jest tej małej istotce, która cały czas domaga się uwagi. Płacze, bo jest głodna, ma mokro, jest jej zimno, gorąco, źle się czuje, bolą ją dziąsła, chce iść na ręce, chce jej się pić… I tak na okrągło. I nie powiem jak inne matki, że Młody mi to wszystko wynagradza, bo tak nie jest. Są chwile, kiedy jestem wściekła, bo Młody płacze, kwęka, stęka, a ja nie wiem o co mu chodzi. Są chwile, kiedy jestem głodna, zmęczona, zła, a Młody akurat wtedy postanawia urządzić koncert. Nieeeeee, jego uśmiech nie przesłania mi świata. Brakuje mi tych beztroskich chwil, kiedy byłam panią swojego czasu, kiedy byłam sama dla siebie. Brakuje mi książek, których w tej chwili nie mogę czytać, bo nie mam kiedy skupić się na ich treści. W ciągu dnia Młody wymaga zbyt wiele uwagi, a wieczorem nie mam już na to siły. Brakuje mi spotkań ze znajomymi, bo Młody akurat nie ma nastroju albo jest za zimno, albo za gorąco, albo wczoraj już był na mieście i się zmęczył, więc dzisiaj nie chcę go ciągać… Brakuje mi spokojnego, nieraz samotnego siedzenia w kawiarni, obserwowania ludzi, czytania gazet, powolnego sączenia kawy. Teraz to wszystko wygląda inaczej.
Wierzę jednak w to, że będzie lepiej. Że Młody podrośnie i razem będziemy czytać książki, oglądać filmy, chodzić do kawiarni… Nie, nie wierzę w to, ja to wiem. Patrzę na ten mały pysiak, na uśmiech, którym mnie obdarza i jestem przekonana, że będzie mądrym i fajnym człowiekiem, z którym będzie miło spędzać czas :). I tyle.

środa, 21 kwietnia 2010

Kult czapeczki.


Nadeszła długo oczekiwana wiosna, a wraz z nią cieplejsze dni. Chociaż może akurat dzisiaj pogoda trochę się popsuła, ale to już mały szczegół. Oczywiście wychodzimy z Młodym na dłuuuuuuuuuuuuuuugie spacery, które trwają najczęściej około pięciu, sześciu godzin. W tym czasie mam okazję obserwować mnóstwo ludzi, którzy również udali się na zbawienne „świeże” powietrze. Moją uwagę przykuwają głównie matki z dziećmi, tymi mniejszymi, i tymi trochę większymi. Konkretnie chodzi o dzieci w gondolach i spacerówkach. Te drugie widać trochę wyraźniej, bo już bardziej odkryte, ale czasem udawało mi się sięgnąć moim sokolim wzrokiem i do gondoli. I jakie z tego wnioski? Nie zazdroszczę tym dzieciom.
Po pierwsze primo rodzice mają maniakalną potrzebę ciepłego ubierania dzieci, bo każdy zefirek może potencjalnie zrobić im wielką krzywdę. Tak więc widzę rodzica, który ma na sobie koszulkę z krótkim rękawem i dziecko, które popychane w wózku ubrane jest w zimową kurtkę, czapkę, szalik i rękawiczki! Dodatkowo oczywiście kocyk. Dzieciak siedzi w tym wózku i wygląda jak śnięta ryba, bo pod spodem z całą pewnością ocieka potem i mdleje z przegrzania, ale co tam, dziecku musi być ciepło. Kolejny przykład. Jakieś 18 stopni w cieniu, więc rodzice z dzieckiem na spacerze. Maluch jesczze popyla w gondoli, więc mały. Zerkam do środka, a tam maluch ubrany w zimowy kombinezon i takąż czapeczkę, dodatkowo przykryty kocem. Czy ci rodzice naprawdę nie maja litości? Mówi się, że w domu powinno być około 19-20 stopni, a na dwór powinno się ubierać dziecko w jedną warstwę więcej niż siebie (wliczając w to koc), ale rodzice widocznie wiedzą lepiej.
Po drugie primo istnieje tak cudowny wynalazek jak czapka. Ostatnio zauważyłam, że producenci czapek mają o wiele bogatszą ofertę dla dzieci niż dla dorosłych. Z czego to wynika? Być może z tego, że wszyscy rodzice czy dziadkowie uparli się, że dziecko MUSI nosić czapkę o każdej porze roku, a najlepiej i przez całą dobę. Tak więc widzę dzieci zimą ubrane w cudne czapki i to jak najbardziej rozumiem. W końcu sama zimą noszę czapkę, coby mi resztek myśli z głowy nie wywiało. Jednak nadchodzi długo wyczekiwana i upragniona wiosna, pogoda się poprawia, czapki z głów… ale dzieci to nie dotyczy. Te biedactwa nadal muszą się męczyć w czapce. Może i nie zimowej, może nieco lżejszej, ale co to za przyjemność chodzić w czapce, kiedy na dworze ciepło. Polecam taką metodę rodzicom. Najpierw samemu ubrać się w to, co zakładamy dziecku, a dopiero potem je krzywdzić.
Ja mogę zrozumieć, że jakieś dziecko często zapada na infekcje uszu i dlatego rodzice się boją i chuchają na swojego malucha. Że słońce na dziecko świeci i może dostać udaru. Że jest silny wiatr, a wózek nie ma budki. Jednak takie przypadki nie dotyczą 100% społeczeństwa, a gdzie nie spojrzę, dzieci ubrane są w czapeczki. Tylko mój Młody śmiga bez czapki, co najwyżej podciągnę mu kaptur od bluzy, a i to najczęściej nie. Tymczasem większość znajomych, a czasem i nieznajomych z przejęciem pyta: „Nie masz dla niego czapeczki?” Ano nie mam. Znaczy mam, spakowaną, gdyby jednak wydarzyło się coś niespodziewanego, na przykład jakaś nieplanowana wichura, tajfun, zabójcze promienie słońca przebijające się przez budkę wózka albo coś podobnego, ale nie będę go katować czapką, której sama nie znoszę. I być może w tym należy upatrywać tak wielkiej nienawiści dzieci do czapek… Gdzie nie spojrzę, już te większe i bardziej świadome maluchy ściągają sobie czapki z głów. Już nie wspomnę o starszych dzieciach, które nałogowo wręcz zdejmują czapkę nawet zimą, gdy tylko mama zniknie z zasięgu wzroku. Nie wiem, może istnieje inny powód, ale skatowanie małego dziecka czapką uważam za powód wielce prawdopodobny.
Ostatnio mój mąż spytał mnie: „A może to ty nie masz racji?” Może. Może moje dziecko jest krzywdzone brakiem czapeczki i zbyt lekkim ubraniem w stosunku do pogody (jedna warstwa więcej ode mnie, tej zasady się trzymam aż do upalnego lata, kiedy to Młody zacznie śmigać w samym body, czego już nie mogę się doczekać :)).  Być może to tamci rodzice maja rację, ubierając dziecko w kombinezony przy 18 stopniach w cieniu i zakładając dziecku nieśmiertelną czapeczkę na spoconą główkę. Może przez to jestem wyrodną matką. Jednak mimo wszystko, na przekór wszystkim rodzicom patrzącym na mnie z potępeniem (oj tak, często mi się takie spojrzenia zdarzają) nie będę dziecka ubierac cieplej ani zakładać mu czapki, dopóki nie zajdzie taka absolutna potrzeba (takowe potrzeby opisałam już w poprzednim akapicie).

niedziela, 28 marca 2010

Powrót nauczycielki.


Nie, nie wracam do pracy… jeszcze. Chciałam tylko przez chwilę poczuć się znowu jak pani nauczycielka i poutyskiwać na swoją biedną dolę. Przeszłą i przyszłą, bo przecież w końcu do pracy powrócę, zostawiając Młodego na pastwę pań ze żłobka, które, jak ufam, dobrze się nim zajmą. Żal mi tylko, że być może przegapię pierwszy krok, które będzie stawiać moje dziecko, ale opiekuńcze i prorodzinne państwo nie umożliwia mi spokojnego wychowywania nowego pokolenia w domowym zaciszu. Ale do rzeczy.
Kilka dni temu we wszystkich wiadomościach trąbili o uczniach, których to szkoła pozwała do sądu, bo dość miała „wybryków” „niesfornych” uczniów. Oczywiście są to uczniowie gimnazjum, a skoro ja też uczę w gimnazjum to ciekawam, jak sobie inni radzą w takich sytuacjach. Postawiono im bodajże ponad sto zarzutów, a teraz oni czują skruchę i kajają się przed wszystkimi możliwymi instytucjami, zwłaszcza telewizją. Co ja na to? Przykro mi, nie wierzę w tą nagłą skruchę. Może i poprawił taki jegomość oceny, może lepiej się zachowuje, ale szczerze wątpię, żeby to było szczere. Po mojemu taki ktoś myśli sobie: „przystopuję trochę to dadzą  mi w końcu spokój. Jakoś skończę tą szkołę i wtedy wszyscy się ode mnie odwalą.”
Być może jest to nieco smutne, że tak właśnie myślę, być może niegodne nauczycielki, która powinna wierzyć w uczniów, ale zbyt wiele już widziałam. Nie powiem, wielu moich uczniów to po prostu zwykłe dzieciaki, które chcą się czegoś nauczyć, przeżyć szkołę i być może dojść do czegoś, o czym marzą. Jednak zawsze znajdą się wyjątki, które się wybijają, bo są z nimi największe problemy. Przykład: za każdym razem, kiedy wzywałam rodziców albo były pogadanki z kuratorem na temat, powiedzmy „Henia”, Henio był nad wyraz spokojnym, wyrażającym skruchę młodym człwiekiem. Kiedy tylko się odwracaliśmy, Henio pokazywał nam języki i po kilku dniach od takiej rozmowy zaczynał wszystko od początku. Skrucha i żal tylko na pokaz.
No i ostatnia rzecz, która w pewnej wypowiedzi pewnego pana wkurzyla mnie najbardziej. Nie pamiętam dokladnych słów, ale chodzi o to, że takich „niesfornych” gimnazjalistów można w ostateczności wyrzucić ze szkoły. Otóż NIE MOŻNA!!! Gdyby było można choćby zawiesić (oczywiście mam na myśli zawieszenie na styl amerykański), byłoby mniej problemów. Wtedy może by i się bali. Tylko że w Polsce każdy ma prawo do edukacji i do końca gimnazjum nie można nikogo wyrzucić. Sytuacja zmienia się w liceum, ale mnie to nie dotyczy i nie będę o tym pisać. Takiego gimnazjalistę można co najwyżej przenieść do innej szkoły (oczywiście tą nową szkołę musi załatwić stara szkoła), ale już widzę te wszystkie placówki, zabijające się o trudnego ucznia. A potem jeden z drugim, słysząc taki komentarz mówi mi „To go wyrzućcie”. Nie da się.
W sumie bardziej od całej chorej sytuacji z trudnymi uczniami wkurzają mnie właśnie takie przekłamania w telewizji czy prasie. To stąd bierze się przekonanie, że nasza praca to bułeczka z masłem, bo przecież skoro tak łatwo jest postąpić z trudnym uczniem, po prostu go wyrzucająć, to dlaczego z tego nie korzystamy? Lubimy się użerać i umartwiać? Jesteśmy jak te żony alkoholików, które wciąż wierzą, że dzięki ich miłości mąż się zmieni i przestanie pić?
No dobra, dość tych łez. Wracam do Młodego.

niedziela, 14 marca 2010

Ja, matka 2.


Ostatnio było miło i optymistycznie. O tym, jak dobrze się ze sobą czuję i jak fajnie być matką, nie zapomninając o sobie. Dzisiaj będzie dołująco. O tym, jak na nowo odkryłam swoje ciało po ciąży. Będzie sporo niezbyt przyjemnych spraw, więc co wrażliwsi powinni się jednak powstrzymać od czytania.
No cóż. Nasłuchałam się cudownych historii, jak to w magiczny sposób stanę się szczupła, jeśli tylko będę karmić piersią. Bullshit. Powinno się karać za takie historyjki z palca wyssane. Odżywiałam się rozsądnie, chociaż niewielu rzeczy sobie odmawiałam, kiedy karmiłam piersią. Po porodzie okazało się, że jestem szczuplejsza niż przed. To znaczy zwały skóry pozostały, mój pępek wyglądał dziwnie, jak jakaś czarna dziura, ale wagowo byłam chudsza. Cóż za cudowne plany miałam! Jak to w trakcie karmienia piersią jeszcze bardziej schudnę, a potem zacznę chodzić na siłownię i zacznę wyglądać jak Kate Moss (i tak niedoczekanie moje, pomijając mały szczegół, że kobieta nie podoba mi się jak cholera).
Tymczasem karmienie piersią skończyło się dość szybko (może dlatego nie schudłam tak, jakbym chciała), a moje ciało wygląda… Nawet nie wiem jak to opisać. Piersi opadające na brzuch, bęben wielki jak u Świętego Mikołaja, waga wróciła do tej sprzed ciąży, zwały tłuszczu nagle i niespodziewanie powróciły. No i te rozstępy! Jednego dnia są jaśniejsze, mniej wyraźne, innego z kolei aż krzyczą do mnie z lustra. Wszystko jest źle. Z całą pewnością jest to moja wina, nie przeczę, ale to nie zmienia faktu, że jestem tym załamana.
Dzisiaj nienawidzę siebie, swojego ciała. Nie umiem i nie lubię o siebie dbać. Oczywiście nie chodzi mi o codzienne mycie, golenie nóg czy  używanie perfum, bo to podstawa. Chodzi tu raczej o wklepywanie tych wszystkich cudownych kremów, na które mnie nie stać, o codzienną gimnastykę, choćby 15 minut dziennie. W zasadzie mam kiedy ćwiczyć, bo moje dziecko o ósmej już smacznie śpi, ale wieczorem jestem za bardzo zmęczona. Rano budzi mnie Młody i nie ma takiej siły, która zmusi mnie do ćwiczeń z samego rana, bo najpierw muszę się umyć. A jak się już umyję to nie chce mi się ćwiczyć i pocić.
Pamiętam jak chodziłam na siłownię, jak świetnie się po tym czułam. Tylko że teraz nie mam czasu na siłownię. Nie mam z kim zostawić Młodego, a ze sobą go przecież nie wezmę. A w domu nie ma szans, nie zbiorę się w sobie i nie zacznę ćwiczyć. To nie w moim stylu. Pozostaje mi nienawiść do swojego ciała, a tym samym do siebie :(