czwartek, 1 września 2011

Trudne decyzje.

Nasze życie pełne jest dokonanych wyborów. Tych dobrych i tych złych. Naszych. Czasem nawet te złe wychodzą nam na dobre. Jednak najtrudniejsze są wybory pomiędzy mniejszym złem. 
Zostawić dziecko dłużej w przedszkolu i iść do drugiej pracy, żeby mieć za co go ubrać, czy może jeść chleb z wodą i więcej czasu spędzać z Młodym. Rzucić pracę, w której zaczyna się mnie rolować czy lepiej trzymać się w miarę pewnej posady. Za te pieniądze robić w szkole coś więcej czy tylko chodzić na swoje godziny.
Takich wyborów czeka mnie w tym roku wiele i proszę los, żeby oszczędził mi błędów...

środa, 10 sierpnia 2011

Inni mają gorzej...

Post ten będzie napisany pod wpływem impulsu, który postanowił mnie dotknąć w czasie czytania innego bloga, którego jednakowoż nie zareklamuję, bo wkurzyłam się jak nie wiem co. Otóż autorka zrobiła, a raczej napisała coś, co wkurza mnie za każdym razem, kiedy taką teorię słyszę: kobiety nie powinny skarżyć się na ból i trud podczas porodu, tylko powinny być wdzięczne, że je to spotkało, bo wiele jest kobiet, które o tym marzą, a nie mają szans na dziecko. 
O żesz ty... Jak ja nienawidzę takich frazesów! Proponuję biczować się za każdym razem, kiedy postanowimy coś zjeść, bo przecież dzieci w Afryce w tym samym czasie głodują. Uśmiechajmy się, kiedy złamiemy nogę, bo inni nóg nie mają. Tnijmy się, kiedy nasze dziecko ma 40 stopni gorączki i wołamy pogotowie, bo przecież jakieś inne dziecko ma raka. 
Takie gadanie jest tak absurdalne, że aż przykre. Ja rozumiem, że poród to nie koniec świata ani ból nie do przeżycia, ale każdy ocenia rzeczywistość swoją miarą. Boli i tutaj nie ma żadnych wątpliwości. Pewnie gdyby cięto mi nogę na żywca, bolałoby bardziej, ale czy z tego powodu nie mam prawa krzyczeć i narzekać, że poród boli? W takim razie przestańmy się w ogóle skarżyć, bo zawsze ktoś będzie miał gorzej od nas... Jakoś wątpię, żeby autorka bloga nigdy nie narzekała i to z pewnością na rzeczy o wiele bardziej błahe od bóli porodowych. A jednak nie widzi w tym zapewne niczego niewłaściwego.
Dlatego narzekajmy na co tylko chcemy, bo każdy w każdej sytuacji ma jakieś tam swoje problemy. I nie chodzi wcale o to, że Polacy to naród malkontentów. Każdy człowiek - Polak, Grek, Rosjanin czy Amerykanin, lubią narzekać na swój los. Tak po prostu jest. Trzeba tylko pamiętać, żeby narzekać z umiarem i wszystko będzie dobrze. 

P.S. Zostałam nominowana do pewnej nagrody, ale o tym następnym razem (zbieram się w sobie).  

czwartek, 23 czerwca 2011

Karmienie piersią.

Nie rozumiem wielu rzeczy w mojej rzeczywistości. I dobrze, nie wszystko trzeba rozumieć, kilka rzeczy można wytłumaczyć, a kilka pozostanie niezrozumianych na zawsze. I jedna z takich rzeczy jest właśnie na topie. Karmienie piersią w miejscach publicznych. Oj tak, temat ten wywołuje wielką dyskusję i niejeden wielki flejmik powstał dzięki takim wymianom zdań, dlatego też postanowiłam wyrazić swoje zdanie. Zaznaczam, że piszę jako osoba doświadczona, a nie jako kobieta, która nigdy matką nie była, piersią nie karmiła i w ogóle nie wie, jak to jest.
Rozumiem, że kobieta chce karmić piersią. Też chciałam. Udało mi się krótko, bo przez trzy miesiące, ale nie w tym rzecz. Rozumiem też, że piersi służą do karmienia, a nie są zabawkami dla mężczyzn, jak niektórym się zdaje. Tak, karmienie młodych to ich pierwotna i jedyna w rozumieniu natury funkcja. Rozumiem też, że w niektórych plemionach afrykańskich całkiem normalnym jest chodzenie z wywalonym cycem, żeby dzieć mógł się w każdej chwili do tej piersi przyssać. I jest ok. Problem w tym, że chociaż niejednokrotnie słyszę i sama mówię, że jesteśmy sto lat za murzynami (powiedzenie takie, nie jestem rasistką), to jednak w tej kwestii uważamy się za o wiele bardziej rozwiniętych i z gołymi piersiami po ulicach nie paradujemy (chociaż myśląc o niektórych młodych dziewczynach, widzianych przeze mnie na ulicy waham się, pisząc te słowa).
Jednak karmienie piersią w miejscach publicznych budzi we mnie ogromny sprzeciw. Nie mam nic do karmiących mam. Nie mam nic do widoku karmiących mam na mieście czy na placach zabaw. Nie wzrusza mnie widok piersi, zasłoniętej czy też nie. Skoro ona sama tak chce i na to się decyduje, jej wybór. Dziwi mnie to tylko. Karmienie piersią to bardzo osobista sprawa i jakoś nie wyobrażam sobie, żebym mogła siedzieć z małym przyczepionym do piersi na środku supermarketu i jeszcze się z tego cieszyć, a jednocześnie wyglądać jak gradowa chmura, bo „nikt mi nie będzie zabraniał karmić dziecka w miejscu publicznym, będę wywalać cycka, gdzie mi się żywnie podoba i nikomu nic do tego, a w ogóle to wszyscy nie zgadzający się z tym są wrednymi paskudami i mogą mnie pocałować w rzyć”. 
Takie właśnie mam podejście do matek karmiących po przeczytaniu miliona wątków na forach i tysiąca blogów karmiących matek. Ja osobiście chowałam się po kątach w trakcie karmienia (w domu normalnie, ale na zewnątrz już nie), bo uważałam, że moje piersi, moja sprawa. Nie czułabym się komfortowo, gdyby ktoś obcy na mnie patrzył w trakcie karmienia. Nie wiem, może jestem dziwna, ale karmienie w miejscach publicznych wywołuje we mnie tylko niesmak. Nie widzę niczego „słodkiego” w tym, że dziecko wcina mleko z piersi. Normalne. Nie słodkie, nie rozczulające, ale też nie obrzydliwe czy wstrętne, jak to uważają niektórzy. Normalne. Tyle że prywatnie, w domu. Ciekawe dlaczego to samo dziecko może zimą wytrzymać dłużej (bo matki jakoś nie garną się do wystawiania cycka na mróz, tylko czekają na to z powrotem do domu), a latem można już spokojnie karmić je co 20 minut „na żądanie” przez obojętnie jak długi czas na dworze, bo „to jest takie piękne, naturalne i cudowne”.
No cóż, pewnie zbiorę za to baty, ale takie właśnie jest moje zdanie.

niedziela, 12 czerwca 2011

Jasiu.

Na wstępie pragnę przeprosić wszystkich, którzy czekali na moje odpowiedzi na komentarze. Próbowałam z tym walczyć, ale do tego trzeba kogoś mądrzejszego ode mnie, a nikogo takiego nie mam akurat aktualnie pod ręką. Nie mogę dodawać komentarzy zalogowana i już. Dlatego pod ostatnim postem dodałam się jako anonimowy. Jeśli nic się nie zmieni, nadal tak właśnie będę postępować. Tyle tytułem wstępu.
Tymczasem koniec roku przynosi nam coraz więcej ciekawostek, które nadają się chyba tylko do „Mamy Cię”. Czasem tak właśnie się czuję – jakbym była w ukrytej kamerze i za chwilę ktoś miałby do mnie wyskoczyć zza winkla i krzyknąć „Mamy Cię!”. Niestety, jak dotąd nikt tego nie uczynił, więc muszę mimo wszystko założyć, że to się dzieje naprawdę.
Tym razem historia Jasia, który tak samo jak Antoś, historię ma nieciekawą. Jednak na początek muszę poczynić pewien wstęp, który dla nie – nauczycieli może okazać się dość istotny.
Otóż w szkole obowiązują następujące zasady: miesiąc przed ostatecznym wystawieniem ocen należy poinformować uczniów i ich rodziców o przewidywanych cenzurkach. Jeśli uczeń ma za dużo ocen, które nie przypadają mu do gustu, może je poprawić właśnie w ciągu tego miesiąca. Jeśli tego nie zrobi, nadchodzi Armagedon. Miesiąc po przedstawieniu wszystkich ocen przychodzi czas na wstawianie tych ostatecznych. Stawia się je w dzienniku długopisem, nieodwołalnie. Tydzień po tym wystawieniu ocen przychodzi czas na Radę Pedagogiczną, która ustala, czy wszystko gra. Na tej Radzie ustala się również egzaminy poprawkowe, przy czym uczniowi należy się poprawka, jeśli nie zdaje z dwóch przedmiotów. W przypadku większej liczby, sensowność poprawki ustalaja nauczyciele (czyli czy da radę zdać 8, czy też nie ma sensu szarpać sobie nerwów i zostanie drugi raz w tej samej klasie). Tak to wygląda od strony formalnej.
Wróćmy do Jasia. Otóż z Jasiem mam lekcje cztery razy w tygodniu – poniedziałek, środa, czwartek i piątek. W poniedziałek Jasiu oznajmia mi, że on chce się poprawić. Przyjdzie we wtorek po lekcjach, jako że do środy jest wystawianie ocen. Widzimy się we czwartek i taki oto nawiązuje się dialog:
- Mogę się poprawić?
- Chyba żartujesz? Gdzie byłeś we wtorek?
- Byłem nieobecny cały dzień.
- A w środę?
- Uciekłem.
Jeśli liczył na to, że się nad nim zlituję za szczerość, to srogo się przeliczył, ale postanowiłam zagrać w tą jego gierkę.
- I czego ty oczekujesz, chłopcze?
- To nie mogę poprawić?
- Wystawiłam wczoraj wszystkie oceny.
- Ale ja się mogę poprawiać do rady. [???sic!]
- Nie do rady, Jasiu, a w wyjątkowych przypadkach do piątku.
- To mogę?
Dałam mu sprawdzian do poprawy, po pięciu minutach dostaję go z powrotem. Jak się można łatwo domyślić, farmazony rodem z Nibylandii. Dostaje 7 punktów na 25, co oczywiście w żaden sposób nie poprawia mu oceny. Patrzę w dziennik i co widzę? Otóż Jasiu ma siedem jedynek.
- I jak ty, chłopcze, masz zamiar to poprawić?
- No poprawię pięć jedynek do rady, a z dwóch przedmiotów będę miał poprawki.
- Po pierwsze, nie do rady, tylko do wczoraj (skąd on wziął ten termin – do rady???). Po drugie, zalicz, proszę, angielski do tych dwóch poprawkowych, bo dwójki z tego nie będzie.
Jasiu rozżalony usiadł i pracował na lekcji jak nigdy dotąd, zapewne w nadziei, że jednak jakoś tą dwóję uda mu się uzyskać. Nie udało się, a Jasiu z całą pewnością nie poprawi pozostałych pięciu przedmiotów.
Zdumiewa mnie tylko fakt, że Jasiu uparcie brał sobie terminy z sufitu i wprowadzał je do swojego mózgu niczym powszechnie znane fakty.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Koniec roku szkolnego.

W przeciwieństwie do uczniów, nienawidzę końca roku szkolnego. Nie cieszy mnie perspektywa wakacji, bo wiem, jaką harówą zostanie okupiona. Owszem, dwa miesiące spokoju nie w kij dmuchał i nie będę zaprzeczać, że dobrze mieć wakacje (jeden z niewielu plusów bycia nauczycielem), ale droga do tego końca jest kręta i wyboista. W tym roku jest gorzej niż wcześniej, a podejrzewam, że w przyszłym będzie jeszcze gorzej.
Około stycznia uczniowie dowiedzieli się, z jakich przedmiotów są zagrożeni i co powinni poprawiać. Oczywiście pytali mnie o plakaty, referaty, ale nie jestem naiwna – referaty napisze im ktoś inny, a plakat to ja mogłam zadawać, ale w trzeciej klasie podstawówki. Mają poprawiać kartkówki i sprawdziany, mają się nauczyć, bo w krótkim czasie czekają ich egzaminy i matury. Obiecałam sobie, że tym razem nie popuszczę. 
No i nie popuściłam. A uczniowie w nadziei na cudowne ocalenie postanowili wystawić mnie na próbę. No i dzisiaj (w środę ostateczne wpisanie ocen do dziennika) przyszedł do mnie jeden taki, nazwijmy go Antoś. Od razu dodam, że Antoś już jakiś czas temu doszedł do wniosku, że muszę go nie lubić. Skąd ten wniosek? Wkurzył mnie niesamowicie swoim olewactwem. Na początku roku szkolnego dowiedziałam się, że dzieciak z biednej rodziny, na książki go nie stać, więc postanowiłam go poratować i podarować mu podręcznik (miałam jeden dodatkowy na stanie). Może dlatego stwierdził, że go nie lubię…? Tymczasem Antoś z podręcznika nie korzystał i w ogóle do lekcji miał podejście nieco seksualne… czyli pier*** je po całości. Zwracałam mu niejednokrotnie uwagę, ale do mnie osobiście miał dokładnie takie samo podejście.
I ten właśnie Antoś, który wiedział o zagrożeniu od stycznia i nadal to olewał przyszedł dzisiaj do mnie i spytał, co może zrobić, żeby się poprawić. I takiż wyniknął dialożek między nami.
- Co ja mogę zrobić, żeby poprawić oceny?
- Od kiedy, drogi Antosiu, wiedziałeś o zagrożeniu?
- Od dawna, w zasadzie.
- A kiedy mam konsultacje?
- W zasadzie to nie wiem.
- To w zasadzie bardzo mi przykro.
Oczywiście Antoś nie ustaje w żebraniu o ocenę dopuszczającą, a ja nie ustaję w wysiłkach, żeby mu jej nie dać (nie muszę się jakoś wyjątkowo wysilać). Antoś się kaja, obiecuje złote góry na przyszły rok i przysięga, że będzie obecny na każdych konsultacjach i będzie pracował ciężko na każdej lekcji. Jakoś mu nie wierzę…
P.S. Jakby były jakieś wątpliwości, moja książka wygląda, jakby była przeżuta i połknięta przez wielkiego trolla, po czym przez tego samego trolla zwrócona.

sobota, 21 maja 2011

Matura ustna.

Dla potomnych. Kilka słów o maturze ustnej z języka angielskiego, która okazała się być szczęśliwa dla wszystkich zdających na mojej zmianie.
Wszystko było w porządku i naprawdę wszyscy zdali, postanowiłam jednak napisać krótki poradnik dla tych, którzy zdawać będą w przyszłym roku albo w sierpniu. Ponieważ egzaminator ma wiele spostrzeżeń, ja również zauważyłam kilka strachliwych spojrzeń, rzucanych w kierunku egzaminatorów i wyrażających nieme pytanie „Co pani tam pisze? / Naśmiewa się pani ze mnie? / Dlaczego znowu zadajecie mi to samo pytanie?” i kilka innych. Otóż śpieszę wyjaśnić wszelkie meandry matury ustnej (wiem, że w przyszłym roku będzie inna, ale zasady aż tak bardzo się nie zmieniają).
Na maturze rozszerzonej (a w przyszłym roku zapewne i na podstawowej) nauczyciele mają zadawać pytania wymyślone na poczekaniu. Niejednokrotnie nauczyciel egzaminujący nie ma pomysłu, o co tak naprawdę pytać, więc prosi swojego kolegę / koleżankę o podrzucanie mu pomysłów. Właśnie to tak namiętnie notujemy na karteczkach, które potem przekazujemy współpytającym. Nie rysujemy tam uśmiechniętych buziek, nie notujemy dowcipów tylko zapisujemy pytania (banalne, ale co mogę na to poradzić). Czasami również notujemy sobie błędy, popełniane przez uczniów, żeby potem lepiej ich ocenić, ale to zdarza się stosunkowo rzadko i nie ma formy prześmiewczej.
Po opisie rysunku w maturze podstawowej pojawiają się dwa pytania, które nauczyciel musi zadać. Tymczasem nagle okazuje się, że na jedno z tych pytań uczeń udzielił odpowiedzi w swoim opisie. Co mam wtedy robić? Nie zadawać tego pytania? Nie mogę. Muszę je zadać, bo uczeń ma usłyszeć dwa pytania. I kiedy już sformułuję swoje pytanie, widzę ten przestrach w oczach, że coś źle powiedział i dlatego pytamy go o to po raz kolejny, więc wymyśla różne farmazony, żeby było lepiej. Nie musi być lepiej, wystarczy powtórzyć to, co już zostało powiedziane. Pytamy o to samo, bo musimy, a nie możemy powiedzieć, że trzeba tylko powtórzyć raz już powiedzianą rzecz.
Kolejne sprawa – milczenie egzaminatorów. To nie jest tak, że jesteśmy wredni i nie chcemy wam pomóc. Nic by mnie bardziej nie uszczęśliwiło niż podpowiedzenie jednemu czy drugiemu kilku słówek, których mu brakuje, bo się zdenerwował. Jednak nie wolno nam. Tak po prostu i zwyczajnie nie wolno. Dlatego właśnie siedzimy w milczeniu i czekamy na dalszą wypowiedź, przez co uczeń jeszcze bardziej się denerwuje i zacina. Przykro mi, że tak musi być, bo my naprawdę te nerwy rozumiemy, ale takie są procedury. 
No i na końcu coś, co jest najtrudniejsze dla zdającego jakiegokolwiek egzamin. Pamiętam, jak miałam po raz trzeci zdawać egzamin licencjacki. Ktoś mógłby stwierdzić, że trzeci raz to już bułka z masłem i chleb powszedni, a ja denerwowałam się tak, jak nigdy w życiu. Uspokoiła mnie niemal cała buteleczka Neospasminy. Oczywiście użyta niezgodnie z instrukcją dała mi przy okazji niezłego kopa (byłam spokojna i wesoła jak rzadko, ale nie był to stan narkotycznego odurzenia), jednak w końcu wyluzowałam i zdałam ten licencjat. Ledwo ledwo, ale zdałam (z pewnością nie była to zasługa leku, ale przynajmniej nie mdlałam z nerwów na sali). Innymi słowy: „Tylko spokój może nas uratować”. Ja wiem, że nerwy są i nic nie da się na to poradzić (mojego sposobu nie polecam), ale  trzeba się opanować na tyle, na ile się da. Wmówić sobie, że jest ok., i na pewno jesteśmy dobrze przygotowani i powinno pójść nieźle.
I na koniec wszystkim jeszcze-tegorocznym oraz wszystkim przyszłym maturzystom – POWODZENIA.          

niedziela, 15 maja 2011

Sfrustrowana.

Robię się coraz bardziej sfrustrowana. Szkolnie sfrustrowana. Poważnie zastanawiam się nad zmianą zawodu, bo ciężko już wytrzymać w szkole takiej, jaką się stała po tych wszystkich przedziwnych reformach i zmianach. Coraz więcej pracy, coraz mniej czasu na cokolwiek, coraz większa bezsilność i nerwy. Ja naprawdę nie wiem, jak pokolenie moje i kilka przede mną dało radę wszystkiego się nauczyć, zdać i przejść bez tych wszystkich bajerów i udoskonaleń dostępnych dzisiejszej młodzieży.
Nauczyciele mają być nowocześni, interaktywni, motywujący, kreatywni, stymulujący i w ogóle mlekiem i miodem płynący. Nie do pomyślenia jest, żeby teraz tak po prostu uczyli. Uczniowie też nie mogą się tak po prostu uczyć, oni muszą być pozytywnie zmotywowani, nauczyciel musi być na ich usługi. A w sumie to nie muszą robić nic, bo przecież kiedyś i tak go z tej szkoły wypuszczą, bo nie będą go chcieli wiecznie trzymać, a poza tym klasy są za małe, bo niż demograficzny, więc przepuszczać trzeba wszystkich.
Tak, my to wiemy i oni to wiedzą, dlatego skutki są, jakie są i nie ma co spodziewać się cudów. Jeśli uczeń widzi, że każdy przechodzi pod koniec roku, jeśli tylko zrobi jeden plakat, to widzi również, że nie ma sensu się starać (mam tu na myśli uczniów, którym nie zależy na dobrej ocenie, a jedynie na przejściu z klasy do klasy).
Ostatnio pani dyrektor zwróciła się do nas z prośbą o wypełnienie kart, w których mieliśmy zapisać, co zrobiliśmy, żeby uczeń poprawił swoje oceny. My, jako wychowawcy. Mam nieprzepartą ochotę napisać, że już poprawiłam ocenę z biologii za pana X, a z chemii za panią Y. No bo co ja mam tam pisać??? Znaczy wiem, co mam tam pisać. Że rozmawiałam z uczniem, jego rodzicem, nauczycielem, u którego ma banię i każdy z  nich ma to potwierdzić swoim podpisem (żeby nie  było, że tak sobie wymyśliłam). Tylko że stąd już tylko krok do tego, żeby poprawiać za nich oceny. To podobno bat na tych rodziców, którzy awanturują się, że ich biedne dzieci nie wiedziały, co mają zrobić i dlatego się nie poprawiały, a w ogóle to my jesteśmy nierobami i dzieci nie miały w ogóle szansy się poprawić, bo nas nigdy w pracy nie ma. Tyle że ja bym takiego rodzica posłała na drzewo, a nie produkowała dla niego kartki z wyjaśnieniami.
Bo rodzice niejednokrotnie są o wiele gorsi od dzieci. Mają oczekiwania, wymagania, pretensje, a kiedy mówi im się, że ich dziecko nie jest tak genialne, jak im się wydaje, to pomstują na nauczyciela, wytykając mu brak kompetencji i chęci. No i oczywiście twierdzą, że jestem głupia (nie do mnie osobiście, ale do innych matek i do dzieci), że nie ma się co mną przejmować i że jestem wredna i uparłam się właśnie na ich dziecko. Ręce opadają.
Prawda jest taka, że nie chcę wcale zostawiać tych uczniów na kolejny rok. Problem polega jednak na tym, że oni nie dają mi szansy na to, żeby ich przepuścić. Nie chodzi nawet o to, że czegoś nie umieją, nie rozumieją, bo to bym jeszcze zniosła (angielski naprawdę nie jest najważniejszym przedmiotem na świecie), ale o to, że oni w ogóle nie pracują. Nie uczą się w domu, nie uważają na lekcjach, nie noszą książek ani zeszytów, nie notują, nie tłumaczą sobie słówek… Innymi słowy – nie robią nic. A potem pod koniec roku wydaje im się, że będą w stanie wszystko poprawić, choćby cały rok, bo przecież tu napiszą jakiś referat, a tam jakiś plakat i po sprawie. A ja w tym roku się zaparłam i powiedziałam – NIE. Jeśli chcesz się poprawić to napisz kartkówki i sprawdziany i tylko pod tym warunkiem będziesz mógł/mogła przejść do następnej klasy. Chwilowo nikt się nie kwapi, bo przecież jest dopiero połowa maja.
A dlaczego się zaparłam? Bo od przyszłego roku wynik egzaminu gimnazjalnego z języków będzie liczył się do rekrutacji. I ja potem nie mam zamiaru wysłuchiwać od dyrektorki połajań, dlaczego nasza szkoła jest w jakiejś tam staninie albo w takim a nie innym miejscu na wykresie czy w tabelce. Wszystko sprowadza się do tego, że mamy słabe wyniki. Dlaczego? Dlatego, że przepuszczamy z litości, jak leci, a potem oczekujemy wysokich wyników i tego, że oni na egzaminach wypadną dobrze. Cudów nie ma, pani dyrektor. Ktoś, kto raz poczuje, że można go przepuścić bez żadnego wkładu własnego, nie zacznie się nagle uczyć, bo wisi nad nim egzamin gimnazjalny. 
I tak wąż zjada własny ogon.