piątek, 24 sierpnia 2012

Kim mam być dla swoich uczniów?


Pod ostatnią notką pojawił się wpis od niejakiego Rémo. Ucznia. Nie mojego :) I dzięki niemu będzie dzisiaj ten wpis.
Kiedy nadchodzi czas, że przychodzi nam stanąć po drugiej stronie biurka, oprócz masy papierkowej roboty czeka nas jeszcze jeden (a właściwie jeden z wielu) problemów do rozwiązania. Kim mam być dla swoich uczniów? Srogą harpią, która tylko czeka na jego najmniejsze potknięcia i wytyka każdy błąd? Poganiaczem niewolników, który uważa, że jego i tylko jego przedmiot jest najważniejszy? Wielką Panią Profesor, która wszędzie już była, wszystko widziała i w końcu jest starsza, więc należy ją szanować? Spokojną i nawet trochę pierdołowatą panią od angielskiego, której można założyć kosz na głowę? Przyjacielem, który uśmiecha się życzliwie i twierdzi, że zawsze jakoś tam będzie?
Wiem, że wszystkie te postaci przedstawiłam dość tendencyjnie i właściwie żadna nie ma pokrycia w rzeczywistości (chociaż harpię i poganiaczy niewolników spotkałam osobiście, spuśćmy zasłonę milczenia). Jednak chodzi tu o ogólny zarys, a nie o naukowe przedstawianie nauczycielskich charakterów. Charaktery są różne, jak różni są ludzie, ale jednak w jakąś rolę musimy się wpisać. Nie ma siły, nie da się być wszystkim na raz.
Można jednak być wszystkim po trochu. Nie zamierzam być ani harpią (nie mam predyspozycji, wyraz twarzy nie pasuje, jakoś tak za miłą minę mam i jak robię groźną to się dzieciaki śmieją, a nie boją), ani poganiaczem niewolników. Z całą pewnością nie będę Wielką Panią Profesor, bo ani nie wszędzie byłam, ani nie wszystko widziałam, a szacunek zdobywa się innymi sposobami niż wiekiem. Nie dam sobie powiesić kosza na głowie. Ale przyjaciółką uczniów również nie będę.
Zaskoczeni? Być może. Jednak nie ma się co specjalnie dziwić. Nie da się być przyjacielem, kiedy przyszło nam pełnić całkiem inną rolę. Mam być nauczycielem. Po prostu. Ani przyjaciółką, ani popychadłem, ani osobą, która leczy sobie kompleksy wyimaginowanym poczuciem władzy (chociaż trochę jednak tej władzy tam jest...). I wiem, że ten termin jest nieco wyświechtany, ale mam być przede wszystkim mentorem. Mam dawać przykład, ale nie zapominać o swoim człowieczeństwie, o swoich słabościach. Nie mogę być dla uczniów alfą i omegą, bo nie jestem nią naprawdę. A jak mit runie? Co im pozostanie? Lepiej pozostać kimś, kto wskazuje drogę, pokazuje rozwiązania, ale pozwala też podejmować własne decyzje i ponosić za nie konsekwencje.
I to staram się robić. Nie zawsze wychodzi. Ja też popełniam błędy. Unoszę się, buntuję, czasami przestaje mi zależeć. Jestem tylko człowiekiem. Ale jednak wiem więcej niż oni, moi uczniowie. I czasem zdarza mi się mądrze mówić ludzkim głosem. A chcę wierzyć, że dzięki temu, że nie jestem wszystkowiedzącą wyrocznią, oni mnie słuchają.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

I kolejny nowy rok szkolny...


Coraz większymi krokami nadchodzi nowy rok szkolny. Najważniejszy moment w pracy nauczyciela. Trzeba w końcu zacząć się do niego przygotowywać. O tak. Dla tych, co to myśleli, że nauczyciele nie muszą nic robić przez cały rok, a na pewno nie przez wakacje to z pewnością jest zaskoczenie. Jednak prawda jest taka, że jeśli ktoś ma odpowiednią motywację (na przykład lubi swoją pracę), musi zacząć się starać nieco przed pierwszym września. Nie ma mowy o leniuchowaniu przez bite dwa miesiące.
No ale do rzeczy. Po pierwsze primo, zmienia nam się pani dyrektor. Wprawdzie stara zostaje na stanowisku wicedyrektor, ale jednak co nowa twarz to nowa twarz. Tym samym nowe wymagania. Jakie, nie wiem. Dowiemy się pewnie na początku współpracy. Po drugie primo, jest to drugi rok mojego awansu zawodowego. A jak wiadomo, przy trzyletnim cyklu drugi rok jest najgorszy. Najbardziej pracowity, najbardziej zajęty. W pierwszym roku człowiek się wdraża, w trzecim przygotowuje do egzaminu, a w drugim zapiernicza. Takoż i ja mam zamiar zapierniczać. Po trzecie primo, muszę w końcu przystąpić do projektu edukacyjnego. Na jaki brandzel ktoś to wymyślił, tego nigdy pewnie się nie dowiem, ale jest i trzeba w tym cyrku udział wziąć.
I właśnie dlatego teraz siedzę i wymyślam wygląd gazetek klasowych, dumam sobie nad konkursami szkolnymi, próbuję wymyślić temat projektu (jeszcze do uzgodnienia z dzieciakami), debatuję nad pomocami naukowymi, planuję lekcje otwarte, etc. Pod koniec minionego roku szkolnego aktualna (jeszcze) pani dyrektor zarzuciła mi, że za mało robię „na zewnątrz”. Owszem, spełniam się we wszystkich inicjatywach, które nie wymagają pokazywania się w szkole/poza szkołą, a pozostają w zaciszu klasowym (ewentualnie jakieś wyjście z klasą na pokaz/projekcję), ale w ogóle nie pokazuję szkoły na zewnątrz. Dlatego też w tym roku zamierzam się rozdwoić i poświęcić wszystkie moje nerwy na wszelkiego rodzaju inicjatywy, i te wewnątrz, i te na zewnątrz.
Dlatego trzymajcie za mnie kciuki, bo ten rok będzie doprawdy pracowity.

niedziela, 15 lipca 2012

Każdemu po równo?


Pisałam już kiedyś o tym, że szkoła to najbardziej „sprawiedliwe” miejsce płacy na świecie. Każdy zarabia tyle samo (z podziałem na stopnie zawodowe) bez względu na to, czy jest hetero – czy homoseksualistą, wierzącym czy ateistą, szczęśliwą czy nieszczęśliwą osobą, a nawet nie patrząc na to, czy jest nauczycielem „dobrym” czy „złym”. Ostatnio zdarzyło mi się przeczytać artykuł w Gazecie Wyborczej, którego autor/ka litościwie zniknął/ęła w mrokach mojej niepamięci. Dla potrzeb posta powiedzmy, że był to pan (żebym nie musiała co chwila „slashować”). 
I tenże pan stwierdził, że płacenie wszystkim jak leci tyle samo to przeżytek i powinno się te płace zróżnicować. I chwała mu, temu panu, tyle że pomysł, w jaki sposób je zróżnicować, miał taki, że jakbym go złapała to by mu się bardzo szybko oczka otworzyły. Otóż jaśnie pan stwierdził, że ci wypuszczający spod swoich skrzydeł olimpijczyków i laureatów konkursów powinni zarabiać więcej niż ci, którzy takowych nie mają.
Na pierwszy rzut oka wszystko gra. Przecież ci, których uczniowie odnoszą sukcesy zasłużyli sobie na to przez pracę z tymi uczniami, rozwijanie ich zdolności i osiągnięć. Sukcesy w konkursach, zawodach, olimpiadach to zasługa przede wszystkim uczniów, ale i po części ich nauczycieli. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie dwa małe „ale”.
Pierwsze „ale” dotyczy tego, że niektórzy uczniowie nie są dobrzy DZIĘKI nauczycielom, ale POMIMO nim. Są tacy nauczyciele, którzy starają się uczniów do nauki zniechęcić, którzy w żaden sposób nie pomagają im rozwijać ich talentów, a jedynie na nich żerują, podczas gdy uczeń sam, w domu, w pocie czoła, zdobywa potrzebną mu wiedzę. Za co wtedy taki nauczyciel miałby dostać gratyfikację? Za nieprzeszkadzanie uczniowi w dążeniu do sukcesu? Za nie swoją pracę? 
Drugie „ale” dotyczy szkół, które w zasadzie nie mają szans na jakiekolwiek sukcesy w dziedzinie konkursów, bo ich uczniowie są... no cóż, nie dość utalentowani. Albo mają za małe szanse w starciach z gigantami. Weźmy tu przykład mojego przedmiotu. Regularnie zgłaszam zdolnych uczniów do konkursów. Spędzamy czas, przygotowując się do nich, a na końcu i tak wśród laureatów widzę uczniów szkół dwujęzycznych. I to jest demotywujące, bo moi uczniowie mają niewielkie (jeśli jakiekolwiek) szanse na dorównanie komuś, kto uczy się w szkole z wykładowym językiem angielskim albo kto ma 10 godzin angielskiego w tygodniu. 
Dlatego właśnie uważam, że rozliczanie nauczycieli według sukcesów ich uczniów jest pomysłem co najmniej nietrafionym, żeby nie określić tego bardziej brutalnie. Nie mam jednak równocześnie rozwiązania tego problemu. Dlaczego więc tak mocno przyczepiłam się do pomysłu pana redaktora? Bo jako dziennikarz powinien był przeprowadzić jakieś elementarne przynajmniej śledztwo albo coś na kształt badań. Od razu by mu wyszło, że jego pomysł to bzdura i być może zastanowiłby się dwa razy zanim by coś takiego napisał. Tymczasem szanowny pan nie był łaskaw nawet dwa razy pomyśleć, cóż dopiero zebrać jakieś rzetelne materiały. I dlatego jest mi przykro, bo potem jesteśmy oceniani na podstawie takich właśnie beznadziejnych tekstów, których autorowi nie zależy na rzetelności, a jedynie na zapełnieniu miejsca i dostaniu za to kasy.

wtorek, 10 lipca 2012

REKORDZISTA ZARABIA PONAD 30 TYSIĘCY ZŁOTYCH!


REKORDZISTA ZARABIA PONAD 30 TYSIĘCY ZŁOTYCH!

Okazało się, że jeśli nauczyciel nie będzie spał, tylko weźmie sobie cztery etaty i 12 godzin dziennie korepetycji (które przecież i tak wliczają się do jego pensji, więc co tam...) to może zarobić nawet do 30 tysięcy złotych! Czy to nie jest oburzające?! W związku z tym Karta Nauczyciela powinna zostać zniesiona, bo jest dokumentem patogennym i skłaniającym do nieróbstwa!
Wyobraźmy sobie nauczyciela, który w ogóle nie śpi i tylko uczy. Przy tablicy spędza TYLKO skromne 18 godzin tygodniowo, ale za to na czterech etatach, więc jego pensja sama w sobie sięga chmur. Do tego ma około 12 godzin dziennie korepetycji (bo tyle mu zostaje po JEDYNIE 3 godzinach przy tablicy razy cztery etaty dziennie), więc już w ogóle full wypas, skoro za każdą godzinę dostaje 40 złotych. Wprawdzie pani Kunegunda, nauczycielka w niewielkiej szkole pod Pcimiem Dolnym zarabia niewiele ponad 10 tysięcy, ale przynajmniej ma nawet kilka godzin na sen.
W związku z tym to skandal, że ta najbardziej narzekająca grupa zawodowa ma czelność jeszcze czegoś żądać. Dlatego postuluję, żeby zmienić Kartę Nauczyciela tak, żeby już żadna pani Kunegunda nie miała szansy się obijać, a ponadto nauczyciel to zawód z powołania, więc te konowały w ogóle powinny przestać dostawać pensję za to, że łaskawie dajemy im swoje dzieci (kochane skarby, nasze rodzone jedyne) pod opiekę.
A oto jak przedstawiają się zarobki innych nauczycieli:
Pani Dobrosława: 4 lata w zawodzie, nauczycielka zupełnie niepotrzebnych rzeczy, pięć etatów i 5 godzin korepetycji, 12 tysięcy.
Pan Dobromir: 12 lat w zawodzie (to on jeszcze żyje???), nauczyciel bardzo potrzebnych rzeczy, trzy etaty, 20 godzin korepetycji, 25 tysięcy.

P.S. W trakcie pisania tego artykułu pan nauczyciel zarabiający 30 tysięcy zmarł z braku snu, dlatego nei uwzględniamy go już w naszym wspaniałym rankingu.

P.S. 2 Tak, post został zainspirowany wspaniałym artykułem w GazecieWyborczej. Tak, wspaniały tytuł jest bardzo do niego podobny, bo to tytuł ma przyciągać uwagę, a przecież w artykule wspomniałam o pani Kunegundzie, więc się wszyscy gońcie, bo ja piszę prawdę i tylko prawdę.


piątek, 22 czerwca 2012

Dobre serce.


Jak długo można mieć dobre serce i przepuszczać uczniów z klasy do klasy? Długo. Wiem to na swoim własnym przypadku. Co roku mój mąż słyszy tą samą mantrę i co roku ma jej dość: „A co, jak komuś z nich zrobię prawdziwą krzywdę?”.
W tym roku zdałam sobie sprawę z jednej rzeczy i, z braku innej, lepszej, tej właśnie zamierzam się trzymać – nie uratuję świata. Mogę próbować, ale nie jestem w stanie zbawić wszystkich i wszystkim zrobić dobrze. Zawsze musi być coś za coś. Do tej pory wysoką cenę płacili ci, którzy uczyli się cały rok, a mimo to nie dawali rady uzyskać więcej niż minimum. Stawali w tym samym rzędzie z tymi, którzy cały rok nie robili nic, a pod koniec przypominało im się, że przydałoby się zdać.
KONIEC. Nie mam już siły kombinować. Zwłaszcza, że widzę podejście tej większości, która niskim kosztem próbuje kupić sobie miejsce w kolejnej klasie. Nie uciekają z moich lekcji (ale z innych to już stadnie), stawiają się karnie na większość zaplanowanych przeze mnie konsultacji. Problem w tym, że robią ze mnie durnia. Ich wiedza oscyluje w okolicy zera, przynoszą wypracowania zerżnięte z internetu albo skopiowane z tłumacza, tłumaczą się problemami rodzinnymi czy też osobistymi. Bo granie na emocjach jest najwspanialszym sposobem na przejście z klasy do klasy. My wierzymy we wszystko, bo ciężko jest wziąć odpowiedzialność za czyjeś życie. Jeśli choćby jedna historia z tych wszystkich okazałaby się być prawdą, przynajmniej mogę spać spokojnie.
Problem w tym, że jestem już zmęczona. Historia się powtarza i nie jest to bynajmniej historia chwalebna. Przepuszczamy, bo nam żal, bo nie chcemy mnóstwa repetujących, bo wierzymy w ich obietnice i zapewnienia, że w przyszłym roku będzie lepiej. A w następnym roku nie jest lepiej. Jest gorzej. Bo upewnieni w tym, że mogą dostać promocję za nic pozwalają sobie na coraz więcej. My znowu zapominamy, a pod koniec roku słyszymy tą samą śpiewkę. I tak w kółko.
Tak nie powinno być. Tak nie może być. Dlatego właśnie zamierzam walnąć w stół. Nie, nie zbuntuję się całkowicie. Zrobię całoroczny rachunek i zastanowię się, kto na ile zasługuje. A potem przeprowadzę hiszpańską inkwizycję, której nikt się nie spodziewa (nie jestem fanką Monty Pythona, ale kilka cytatów się zna :), w końcu bycie anglistką zobowiązuje). Na tyle mnie stać i tyle zamierzam wprowadzić w życie. Nie będę wyjaśniać i tłumaczyć. Jeśli ktoś nie rozumie, że uczyć ma się cały rok, jeśli ktoś nie ma na tyle przyzwoitości, żeby przeprowadzić solidną retrospekcję, nie potrzebuje moich wyjaśnień. W ich oczach zawsze będę tą wredną małpą (no wiem, inaczej będą mnie nazywać, ale jednak trzymam poziom), która nie przepuściła ich w którejś tam klasie.
So be it. Godzę się z tym, bo nie mam innej opcji. Albo będę tą frajerką, której można wcisnąć każdą historyjkę i wywinąć się zawsze z każdego zagrożenia albo tą małpą, która nie przepuszcza. Z dwojga złego zaczyna mi się podobać ta druga opcja. Wdrożenie jej w życie to zupełnie inna kwestia. Mój brak asertywności i problemy z pewnością siebie powodują, że wyrzuty sumienia dręczyć mnie będą pewnie jeszcze przez jakiś czas, ale trzeba się kiedyś wziąć w garść. Jak  nie teraz, to kiedy?

sobota, 16 czerwca 2012

Bal absolwentów.


Bardzo, bardzo dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma lasami odbył się bal absolwentów. Ach, co to był za bal – można by zakrzyknąć! Stoły uginały się od wszelkiego rodzaju jadła i napitku, młodzież wywijała hołubce przez cały czas trwania. Jednak bal nie byłby balem, gdyby nie zaczął się polonezem. Bardzo pięknym, z pannami ubranymi w najpiękniejsze suknie oraz panami w najbardziej stylowych szatach. Doprawdy, było pięknie i wzruszająco. Na koniec tańca były róże czerwone i zaczerwienione lica dam.
Po polonezie muzyka wszelaka do tańca przygrywała. Wprawdzie autorka tych słów z większością tej muzyki nie miała nigdy do czynienia i ciężko jej było bawić się przy jej dźwiękach, jednakże bal ten nie dla autorki był przeznaczony. Póki młodzież bawiła się chętnie, póty zabawę przednią można nazwać. Był też poczęstunek. Wszystko na bogato, ale bez przesady i bez kiczu. Ze smakiem, z gustem i bez awantur. Doprawdy, w takiej młodzieży leży nadzieja. 
I ja tam byłam, miód i ... kawę piłam. I wróciłam, żeby o tej wspaniałej imprezie donieść gawiedzi (tylko zdjęcia kiepskie zrobiłam, więc nie zamieszczę).

piątek, 8 czerwca 2012

Geje i lesbijki.


Któregoś dnia (jak ten czas leci...) oglądałam program w TVN24 (Fakty po faktach) z niejakim panem Stanisławem Piętą. W sumie jego opinie nie zbulwersowały mnie aż tak bardzo, bo prezentuje swoją postawą ten sam pogląd, jaki prezentuje PiS, ale tym razem zamierzam jednak się do tego odnieść.
Wiele hałasu było ostatnio wokół pana posła. Nie za bardzo wiem, dlaczego, bo nie mówi niczego nowego. Może dlatego, że mówi to w odniesieniu do „nowej” propozycji ustawy, która powinna zostać poprawnie sformułowana i uchwalona już bardzo dawno temu. Nie ważne. Ważne jest to, co ten poseł głosi. I już sama nie wiem, czy płakać nad taką postawą, czy pozostaje mi się tylko śmiać. Bo pan poseł prezentuje postawę godną papugi, przynajmniej w programie telewizyjnym. „Polskie prawo powinno na ten temat milczeć”, „Nie będę się wypowiadał na ten temat”, „Polskie prawo chronić powinno tylko rodzinę” czy jakoś tak, powtarzane po tysiąckroć wcale nie staje się mądrzejsze ani nie nabiera większego znaczenia. 
Pan poseł, jak i wielu innym mu podobnym, twierdzi, że nie istnieje coś takiego jak „język nienawiści”, że nie ma potrzeby chronić osób homoseksualnych przed prześladowaniami, bo jest to zamach na wolność słowa. Pytam więc, dlaczego w takim razie można ścigać za obrazę uczuć religijnych, co jest jeszcze bardziej przedziwne i niejasne niż słowne, konkretne groźby. Chronione są osoby innego wyznania, innej rasy, więc dlaczego nie mogą być chronione osoby o innej orientacji seksualnej?
A jeśli ten sam pan poseł ma wątpliwości, czy istnieje coś takiego, jak język nienawiści, niech wpadnie na kilka dni do mojej szkoły. Przeraża mnie to, ile nietolerancji i nienawiści się tam tłamsi. Jakiś czas temu słyszałam hasła „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści” wykrzykiwane przez osoby, które nie miały pojęcia, kim byli komuniści i dlaczego niby mieliby zawisnąć na drzewach. Tak śpiewają, bo wszyscy tak śpiewają, bo to taka przyśpiewka kibica. Ci sami młodzi ludzie podczas wizyty osób o azjatyckich rysach twarzy w naszej szkole wołali za nimi „Chinole” i „Żółtki”, a jedyne pytania, które byli w stanie z siebie wyartykułować, to czy w Wietnamie jedzą psy. „Pedały do gazu” czy inne hasła typu „Ty pedale je***ny, zaraz ci prz****lę” też nie są wyjątkiem.
Nie wiem, skąd ta nienawiść. Nie wiem, po co ani dlaczego, nie wiem, dlaczego tym ludziom tak bardzo przeszkadzają inni. Wiem jedynie, że tak nie powinno być. Niech sobie polskie państwo chroni rodzinę, ile wlezie (ale pokażcie mi, gdzie ono tak naprawdę ją chroni, to konia z rzędem), ale niech nie pozwala na takie wypowiedzi, które przerażają. Nawet mnie, choć według pana posła jestem modelowym przykładem rodziny i teoretycznie nic ze strony takich ludzi mi nie grozi. Boję się, bo nie wiem, co im wpadnie do głowy jutro. Od czegoś się to wszystko zaczyna i nie wiadomo, do czego może doprowadzić.
Co wam przeszkadzają homoseksualiści? Rozumiem, że można nie lubić parady równości. Ja też za nią nie przepadam, chociaż gejów i lesbijki popieram w stu procentach. Parada to po prostu nieco zbyt obsceniczne i bardzo udziwnione przedstawienie, które ma na celu pokazanie nie wiadomo czego. Jednak mają oni prawo tak protestować, tak jak pan prezes ma prawo robić pielgrzymki pod pałac prezydencki dziesiątego co miesiąc i chociaż to też mi się nie podoba, nie zamierzam kruszyć o to kopii. Nie widzę przecież, żeby tak ubrani ludzie (homoseksualiści, transseksualiści, transwestyci czy inni) chodzili w ten sposób ubrani (albo rozebrani) cały rok. To zwyczajni ludzie, którzy chcą mieć takie same prawa, jak inni.
Dlatego też nie rozumiem, jak można aż tak bardzo nienawidzić ludzi, żeby odmówić im prawa do czucia się bezpiecznie.