czwartek, 16 kwietnia 2015

Urzędnik.


Ostatnio na szkoleniu koleżanka powiedziała, co demotywuje ją najbardziej w kwestii wykonywania naszego zawodu. Bo to nie tak, że tylko uczniowie są demotywowani, że tylko oni mają dość, a my sobie siedzimy jak pączki w maśle. I okazało się, że ja się z nią calkowicie zgadzam. Tą demotywacją są papiery. My już właściwie nie mamy czasu uczyć. Staliśmy się urzędnikami, którzy zamiast przygotowywać się do lekcji i wkładać w to 90 procent mojego czasu, przez te rzeczone 90% wypełniają i tworzą papiery. Mówi się, że lekarze stali się urzędnikami i właściwie tylko wypisują papierki zamiast realnie leczyć, ale nikt nie zauważa, że z nauczycielami stało się to samo.
Diagnozy i ich analizy, potwierdzenie otrzymania zagrożeń, protokoły z zebrań, dokumentowanie każdego wydarzenia z życia szkoły, analiza egzaminu, analiza tego i owego, sprawozdanie z tego czy owego, wypełnianie dzienników, arkuszy, pisanie planu pracy, potwierdzenie realizacji planu pracy i czego to sobie nie wyobrazicie. Nauczyciel oficjalnie stał się urzędnikiem. Na pisaniu papierków schodzi mi większa część czasu mojej pracy (i nie, nie jest to 18, a właśnie dobrze ponad 40h tygodniowo), a i tak tonę w nich po sam czubek głowy. Tam gdzie skończę jeden okazuje się, że już trzeba pisać kilka kolejnych. Przestaję ogarniać rzeczywistość.
I po co to? Po to, żeby jeden z drugim z kuratorium miał co sobie poczytać zamiast dać mi robić swoje? Weźmy choćby diagnozy i ich analizę. Robimy diagnozy, bo tak trzeba. Potem kilka godzin zabiera nam ich analiza, bo trzeba naprodukować tabelek, wykresów, żeby ładnie i profesjonalnie wyglądało. Na końcu wnioski, które wynikają z tych wykresów i tabelek. Jaki jest tego skutek? Jak dla mnie kilka godzin wyjętych z życiorysu. Bo wszystko to, co produkuję w te kilka godzin mogłabym powiedzieć w kilka minut nawet bez produkowania tej diagnozy. Dlaczego? BO JA TE DZIECI UCZĘ. Widzę, jak im idzie, co umieją, a czego nie i zupełnie nie potrzeba mi do tego kolejnego papierka. Jeszcze nie zdarzyło się, żeby moje obserwacje powiedziały coś innego niż te diagnozy i ich analiza.
Dygresja: jest diagnoza na wejściu i tą jedyną uważam za uzasadnioną, bo dzieciaków jeszcze nie znam, ale potrzebna mi ona li i tylko w celu określenia poziomu i tak powinna być traktowana, a nie jak coś, co trzeba koniecznie rozłożyć na czynniki pierwsze (bo i po co).
Weźmy inny przykład - wydarzenia w szkole. Coś planujemy, coś robimy, coś kończymy, wyciągamy wnioski i albo robimy to ponownie, albo nie. Z każdego z tych etapów musimy wyprodukować papierek, bo a nuż przyjdzie ktoś z kuratorium i zobaczy, że skoro nie mamy papierków to znaczy, że nic nie robimy. Zgroza! Dlatego odechciewa się robić cokolwiek, bo zamiast zajmować się pracą, siedzę nad karteluszkami.
Nie twierdzę, że wszystkie papiery są złe i niepotrzebne. Sama lubię mieć wszystko jasno i na papierze, ale to są papiery robocze, które krążą gdzieś między nami i na tym ich rola się kończy. Nie musimy wtłaczać ich w jakieś ramy, tabelki, wykresy. Niestety, dopóki papierologia będzie się mnożyć, dopóty ta praca będzie katorgą. Bo śmiem twierdzić, że o wiele gorsza od najgorszego ucznia jest ta biurokracja.

czwartek, 26 marca 2015

Realizacja podstawy programowej.


Do polskiej szkoły weszło coś, co nazywa się podstawa programowa. Nie powiem, założenia są słuszne i piękne, przeczytałam i zgadzam się w 100%. No ale jak można coś schrzanić to trzeba to zrobić.
Jak według mnie powinno być:
Bierzemy założenia podstawy, realizujemy ją sobie we własnym tempie i we własnych możliwościach (a technicznie to w tempie i możliwościach naszych dzieci). Mogę zrobić więcej, mogę zrobić mniej, byle bym zmieściła się w minimum. Jeśli klasa trudna, to robię miliony ćwiczeń i przechodzę z nimi tylko przez podstawę. Jeśli klasa zdolna, to przelatuję podstawę i poszerzam wiadomości według chęci i potrzeb.
Jak jest:
Minimum programowe trzeba przerobić i nie ma tu dyskusji. Ale na "przerobienie" nie składają się treści, a ilość godzin. Czyli jeśli mam wyrobić 220 godzin przez  trzy lata (tyle mniej więcej wychodzi, ale to też zależy jak się podzieli godziny pomiędzy języki) to tyle ma być. Ni mniej, ni więcej. Czyli jeśli mam klasę lotną i materiał przerobię w 150 godzin to nie ważne, podstawę mam niewyrobioną (i to jest ważne, bo nie mówimy tu o poszerzaniu, ale o podstawie, czyli o tym minimum). Jeśli zaś potrzebuję na wyrobienie minimum 300 godzin, to też ich nie dostanę, bo 220 ma mi wystarczyć. 
I teraz nauczyciele i dyrektorzy szaleją, bo jakiś przedmiot ma za mało godzin i trzeba na gwałt organizować uzupełnienia (które czasami w ogóle nie są potrzebne w kontekście materiału). Z kolei na przykład godzina wychowawcza (która na trzy lata ma przewidziane 90 godzin) z reguły już w drugiej klasie ma około 120 (wszelkie wyjścia, klasowe wigilie i inne imprezy się w to wlicza). Ale nie można "wymienić" jakiegoś przedmiotu na inny, więc wychowawcza ma sporą nadprodukcję, podczas gdy angielski leży i kwiczy. 
Tak to właśnie realizuje się w polskiej szkole.

niedziela, 1 marca 2015

Darmowy podręcznik w gimnazjum.


I oto stało się - darmowy podręcznik wchodzi do gimnazjum. Już kiedy myślałam, że większych bzdur nie da się wyprodukować, ministerstwo udowodniło mi, jak małej wiary człowieczkiem jestem. Niby wiedziałam, że kiedyś to nastąpi, ale jednak wierzyć mi się nie chciało. Teraz przyszła koza do woza i darmowy podręcznik puka i do moich drzwi.
Żeby być dokładnym i nie wprowadzić czytelnika w błąd - darmowy podręcznik nie wygląda bynajmniej tak samo, jak w podstawówce. Nie dostaniemy ministerialnego gotowca. Dostaniemy dotację. Czyli nadal będziemy mogli wybierać swoje własne podręczniki według własnego widzimisię, ale w ramach dotacji rządowej. Zanim jednak przejdę do samej dotacji, która sprawila, że mózg mi uszami wypłynął i zapłakałam w kąciku nad rządową hojnością, napiszę co zmienia się w podręcznikach (z racji posiadanych sprawdzonych informacji odniosę się tylko do podręczników z angielskiego).
Po pierwsze primo nie można po podręczniku pisać. To dosyć jasne, jako że ma on być wieloletni. Starczyć ma ni mniej ni więcej jak na trzy lata. Czyli każda kolejna klasa pierwsza będzie dostawać ten sam podręcznik w latach 2015/16, 2016/17, 2017/18. We wrześniu podręcznik jest wypożyczany, w czerwcu oddawany. Sprawa jasna i przejrzysta jak dzisiejsze słońce. Tylko jak tu rozwiązywać ćwiczenia choćby ze słuchu, skoro w książce pisać nie można? Ano w zeszycie. Przepisać i rozwiązać. Każde kolejne ćwiczenie. No tak, to przecież oczywiste. Potem taki uczeń zeszyt otwiera, a tam jakże wiele mówiące:
ćwiczenie pierwsze: A, G, H, B, C, F, E, D.
A w książce, którą oczywiście się podpiera, patrzy rozbieganymi oczyma, gdzie te literki mają pasować. No ale dobra, nie pastwmy się nad tym, najwyżej uczeń dostanie na pracę domową przepisanie książki, a ćwiczenia robić będziemy na lekcji. Małostkowa jestem jakaś.
Po drugie primo nie może być w książce żadnych odniesień do egzaminu gimnazjalnego. Dzięki temu można go będzie zmieniać co roku, a w podręcznikach wszystko będzie aktualne. Pięknie i zacnie. Wydawnictwa, w ramach zabawy w kotka i myszkę, zmieniły dotychczasowe podręczniki według wytycznych. "Wskazówka do egzaminu" stała się teraz "wskazówką". "Zadanie egzaminacyjne ze słuchu" cudownie przemieniło się w "zadanie ze słuchu".  No supcio. Cud, miód i orzeszki.
No i po trzecie primo dotacja. Na szkoleniu przeczytałam sobie, że na podręcznik mam 250 zł. Sama radość. Toż za taką kwotę to można taki podręcznik napisać, że się nie śniło (pomyślała, nieco zdezorientowana hojnością państwa polskiego). Ależ, ależ, pani na szkoleniu ukróciła mój entuzjazm, gdyż jest to wprawdzie 250 zł, ale na WSZYSTKIE podręczniki. Tak, nie ma błędu. Wszystkie podręczniki muszą zmieścić się w sumie 250 zł. No dobra, ale pozostają jeszcze ćwiczenia, gdzie dotacja przyznawana jest corocznie (bo po nich można pisać). I tutaj szoczek - bo dotacja to całe 25 zł na ćwiczenia ze WSZYSTKICH przedmiotów. Nie, nie pomyliło mi się, DWADZIEŚCIA PIĘĆ ZŁOTYCH (ja już pominę kwestię, że 1% idzie na jakieś tam opłaty manipulacyjne, przyjmijmy, że jest 25). Oszalałam ze szczęścia.
Wydawnictwa już dwoją się i troją, żeby ze wszystkim wyrobić, ale to też ich problem, mnie nic do tego. Jak chcą zarobić, to one muszą, ja nie. Odniosę się jeszcze tylko do jednej kwestii. Podręcznik ma być rozpoczęty i zakończony w ciągu jednego roku. I tak we wszystkich szkołach. Teraz proszę sobie wyobrazić szkołę A i szkołę B.
Szkoła A: uczniowie zdolni jak brzytwy, wygrywają olimpiady i wykraczają daleko poza minimum programowe. Żyć nie umierać. Rozpoczynają naukę powiedzmy że z drugą częścią podręcznika we wrześniu i idą jak burza, bo informacje przyswajają szybko i sprawnie. Mają trzy godziny języka, więc materiał kończy się powiedzmy około marca.
Szkoła B: uczniowie potrzebują wielu powtórek i ćwiczeń, mają wyraźne problemy, a angielskiego nienawidzą jak nie wiem co. Rozpoczynamy częścią pierwszą i mamy trzy godziny w tygodniu. Żeby uczniów nauczyć, a nie odwalić pańszczyznę, nauczyciel robi minimum programowe, ale rzetelnie dzieciaki uczy. W czerwcu jest na rozdziale 8 z 10.
Co mają zrobić podani nauczyciele? Nikt tego nie wie, bo ministerstwo nie odpowiada na tak skomplikowane pytania, bo nie wzięło takiej sytuacji pod uwagę (i wiem to od pani, która z ministerstwem ma kontakt). Każdy ma zacząć i skończyć podręcznik na czas i nie ma że boli. Jak się pospieszy albo wlecze to jego wina i nieudolny jakiś widocznie jest. 
Dygresja: Już pominę kwestię tego, że u nas w szkole na poziomie podstawowym jest jedna godzina w tygodniu, przez co NIE MA OPCJI żebym przerobiła podręcznik w rok. Kiedyś mogłam mieć jeden na dwa lata, teraz nie wiem co zrobię, nie mam koncepcji. Ale to może tylko w mojej szkole...  Koniec dygresji.
Jest jeszcze kwestia tego, że w ramach szerokiej oferty (żeby złowić uczniów w tych trudnych demograficznie czasach) niektóre szkoły oferują języki obce dość interesujące, niestandardowe, jak na przykład hiszpański czy chiński. Podręczniki do takich języków są drogie, a jak nauczyciel ma powiedzieć, że jego książka "zabiera" połowę dotacji, bo jego wydawnictwo nie pójdzie nikomu na rękę i cen nie obniży. No i nie wspomnę, że miejsca na wypełnianie ćwiczeń w książce też nie zamaże. Ministerstwo nie przewidziało takiej sytuacji.  I nie, nie można powiedzieć rodzicom, że jak sobie wybrali taką szkołę to mają płacić - mają zagwarantowane darmowe podręczniki i nie można od nich niczego wymagać. I sytuacja patowa, bo taki nauczyciel nie ma pojęcia, co go czeka. Niby można (chyba, o ile dobrze pamiętam) prosić o większą dotację, ale jak znam życie to się ją dostanie na święty nigdy.
Ten pomysł odbije się czkawką albo nam (nauczycielom i uczniom), bo tańsze to gorsze i wydawnictwa będą równały w dół i cięły koszty (ale wtedy ministerstwo będzie "zadowolone", a nam biada, bo w szkołach będą się działy cuda, jakich świat nie widział), albo ministerstwu, bo na poziomie gimnazjum trzeba będzie wpakować tyle kasy, że nagle okaże się, że takie rzeczy to jednak tylko w podstawówce. I to tylko na poziomie 1-3. Zobaczymy, co nastąpi szybciej.

sobota, 10 stycznia 2015

Matka niepokorna.


I kolejna burza w temacie rodzicielskim rozpętana przez jakąś panią, której wypowiedzi wprawdzie nie czytałam (znajduję tylko fragmenty, a oryginału nie chce mi się szukać), ale znam na tyle, żeby się wypowiedzieć. Wprawdzie nie mam zamiaru ustosunkowywać się do wypowiedzi tej pani, bo nie mam zdania w tej kwestii, ale napiszę co nieco w podobnym temacie niegdyś bardzo popularnym, czyli zakaz wstępu do restauracji rodzicom z dziećmi.
Głośno całkiem niedawno było, że właściciel jakiegoś baru czy restauracji zabronił przekraczać jej progi rodzicom z dziećmi. Ileż gromów się na niego posypało, ileż obrońców rodziców wystąpiło to nie zliczę. A ja, jako matka, jestem w stu procentach za. I to nie tak, że za a nawet przeciw. Całkiem za. Po prostu uważam, że skoro jest zapotrzebowanie (a czasami sama mam zapotrzebowanie pobyć bez swojego czy cudzych dzieci w okolicy) to jest i odpowiedź na owo zapotrzebowanie. I ja je popieram. Rozumiem ludzi, którzy nie chcą mieć w pobliżu dziecka, bez względu na to, czy ono będzie grzeczne czy nie. A biorąc pod uwagę doświadczenia własne raczej to drugie. Rozumiem ludzi, którzy chcą kontemplować posiłek czy zimne piwko bez słuchania ciągłych upomnień swojego potomka ze strony rodzica (i tak, zazdroszczę tym, których dzieci są taaaaaaaaaaaaaaaaakie grzeczne w restauracjach, ale siadając obok rodziny nie jestem w stanie tego przewidzieć, bo nawet mega grzeczne dziecko potrafi dać w kość - vide moja własne). Także dajmy tym ludziom możliwość poprzebywać we własnym towarzystwie, bo mają do tego prawo. Tak samo jak rodzice mają prawo wybywać na miasto ze swoimi dziećmi i tu przechodzimy do drugiej kwestii.
Jestem również za tym, aby restauracje czy kawiarnie, których ambicją jest lokal "przyjazny rodzicom z dziećmi" faktycznie takim był. To nie jest przymus, nikt nie musi mi przygotowywać atrakcji dla mojego dziecka tylko dlatego, że pojawiłam się w progach akurat tego lokalu. Jednak jeśli już ktoś wmawia mi, że fajnie jest tam przyjść z dzieckiem, bo nie wynudzi się ono jak mops, podczas gdy ja będę delektować się kawą to niech to będzie prawda. Nie wymagam niczego ponad kącik do rysowania, choć pewnie przez chwilę każdy pomyślał, że żądam co najmniej małpiego gaju, ale niech ten kącik będzie zadbany i wyposażony. Niech nie będzie tam tysiąca (tylko) połamanych kredek i pokolorowanych kolorowanek czy jedynie zużytych kartek. Niech to dziecko ma szansę coś pokolorować, pomalować. Niech ten właściciel zadba o to, żeby to miejsce realnie czemuś służyło, a nie było tylko stolikiem, przy którym dziecko sobie posiedzi. Bo skoro już obiecują, to niech tej obietnicy w minimalnym zakresie dotrzymają. A skoro jednak okazuje się, że to się nie opłaca, niech to miejsce zlikwiduje i niech rodzice mają jasną sytuację.
Także lokalom zakazującym wstępu rodzicom z dziećmi mówimy stanowcze i zdecydowane TAK!!!

czwartek, 1 stycznia 2015

Ateizm po polsku.


Ostatnio w TV obejrzałam reportaż pod tym właśnie tytułem. Wynikało z niego, że polski ateista jest konformistycznym i niezdecydowanym małym człowieczkiem, bo chociaż sam zdradza niechęć do religii i żadnych stosunków z kościołem nie utrzymuje to mimo wszystko dziecko i ochrzci, i na religię pośle, i komunię mu nawet wyprawi. Ci, którzy są nieco bardziej ekstremalni nawet tego nie robią i konsekwentnie trzymają swoje dzieci w religijnej niewiedzy.
No i teraz nadchodzi to, na co wszyscy czekają z zapartym tchem, czyli co myślę o tym JA, zapalona ateistka (choć nie apostatka, nie składa się, a powinnam to w końcu zrobić). Otóż zupełnie nie rozumiem takiego trwania w rozkroku pomiędzy byciem ateistą a chrzczeniem dzieci dla świętego spokoju. Dupa a nie ateista. To tylko ktoś, kto nie ma ochoty praktykować, ale zasady katolickie zakorzenione są w nim tak głęboko, że nie może przestać być katolikiem. Jak dla mnie taki człowiek nie może w pełni nazywać się ateistą, a jedynie kimś, komu z kościołem nie po drodze. I nie trafiają do mnie tłumaczenia, że jest ciężko, że nic nie jest czarno-białe. Nie jest, to prawda, ale mimo wszystko minimum konsekwencji by się przydało. Jak takie dziecko będzie wychowywane? Przez rodziców "ateistów" w wierze katolickiej? (bo do tego się zobowiązują na chrzcie rodzice chrzestni, a pośrednio i rodzice) Przykro mi, ale nie rozumiem.
Jest i taki pogląd, jaki zdarza mi się słyszeć wielokrotnie i jakiego doprawdy nie rozumiem. "Poślij dziecko na religię, co ci zależy, niech ma wybór." Jaki wybór ja się pytam? Między religią katolicką a katolicką? Nie pojmuję tej logiki. Gdyby jeszcze w naszym kraju uczono wiedzy o religiach to rozumiem - pozna dziecko, zrozumie, wybierze. Ale nauczanie jedynie słusznej religii i nazywanie tego wyborem to już przerasta moje granice pojmowania. Zaś chrzczenie dziecka dla spokoju babć i cioć to już doprawdy hipokryzja, która jest szeroko praktykowana według mojej wiedzy. No bądźmy poważni...
I na koniec taka mała dygresyjka. Moje dziecko na religię nie chodzi. Nie pozwalam. W tym czasie (dwa razy w tygodniu - sic!) wychodzi z paniami do innej sali albo na dwór. Nie żyje w zamknięciu, więc o religii wie, bo mówią o niej inne dzieci i jest wszechobecna wokół nas, ale specjalnie mu jej nie brakuje. Dziecko będzie się stykać z religią i wiarą choćby w czasie świąt, tego nie da się uniknąć, ale to nie znaczy, że powinnam zrezygnować z własnych przekonań. I nie, nie obrzydzam mu ani kościołów, ani księży, po prostu ignorujemy kwestie religii jak tylko się da, a w razie pytań tłumaczymy racjonalnie.
Tymczasem i nam zdarza się popełniać błędy. Otóż w ostatnim czasie i szale na Jasełka daliśmy się przekonać, żeby nasze dziecko również się w przygotowania włączyło. Biernie wprawdzie, ale też nie do końca mieliśmy wybór, bo próby i nauka kolęd odbywały się na zajęciach przedszkolnych, a nie tylko w czasie religii. I tak chcąc nie chcąc nasze dziecko śpiewa kolędy, a nawet było w Jasełkach tłem (pastuszkiem śpiewającym kolędy). Teraz wiemy, że to był błąd i nawet na to nie powinniśmy byli się zgadzać, ale stało się, za rok będziemy mądrzejsi.

wtorek, 23 grudnia 2014

Mało liczne (albo i nie) klasy.


Ktoś kiedyś wmówił rodzicom, że klasy składające się z 25 dzieci (6 czy 7 latków, to nie ma znaczenia) to mało liczne grupy. Ok, mogę pogodzić się ze stwierdzeniem, że to lepiej niż 35 czy nawet 40, ale na pewno nie jest to optymalna ilość dzieci, z którymi można efektywnie pracować. Ba, to nawet nie jest optymalna i efektywna ilość dorosłych, z którymi można pracować na raz. Gdybyśmy chcieli iśc na kurs do prywatnej szkoły językowej i zaproponowano by nam grupę 25 osobową pewnie byśmy się roześmiali i pokiwali z politowaniem głową, że czego można nauczyć się w tak dużej grupie, gdzie lektor nie ma czasu poświęcić mi odpowiedniej ilości czasu i uwagi. W takiej szkole dąży się do grup co najwyżej 15 osobowych. Tymczasem wychodzi na to, że coś, czego w prywatnej szkole językowej nie da się nauczyć w grupach 25 osobowych jest jak najbardziej prawdopodobne do nauczania, jeśli mówimy o szkole. Absurd.
Wyobraźmy sobie salę w szkole. Nie wiem, ile taka sala mierzy sobie metrów kwadratowych, ale pewnie nie są to ilości imponujące swoją wielkością. W takiej klasie ma się zmieścić 13 ławek (po 2 uczniów w każdej ławce), miejsce dla nauczyciela (choćby to biureczko mu dajmy, żeby miał gdzie temat zapisać) i miejsce zabaw dla młodych uczniów (niekoniecznie szafki pełne zabawek, ale przynajmniej dywanik). I pamiętajmy, że dywanik ma zmieścić 25 małych osóbek (bo nauczyciel usiądzie na podłodze). 13 ławek na trzy rzędy to około pięć ławek w rzędzie (no może cztery, jak da radę). Ostatnio jak byłam w swojej sali i próbowałam ustawić tak ławki z tyłu zostało mi miejsca niewiele. No ale ok, dla małych dzieci ławki są mniejsze to i miejsca więcej zostaje. Tylko o ile więcej? Czy wystarczy na dywanik?
No dobrze, przestanę dywagować i przejdę do rzeczy. Wspaniałe założenia naszego wspaniałego i miłościwie panującego nam rządu są niemożliwe do zrealizowania, chyba że mamy do czynienia z super nową szkołą, w której sale budowane są już na nieco innych warunkach, czyli są po prostu większe. W starej szkole dzieci będą kisić się w ławkach, bo miejsca na "dywanik" zostanie co najwyżej tyle, żeby sobie matę łazienkową położyć. Można stwarzać pozory, kłaść wykładzinę i udawać, że a jakże, czemu nie, 25 dzieci to się tu zmieści jak nie wiem co, a właściwie to przecież nie wszystkie odpoczywają w tym samym czasie, więc o co ta afera. Zostawmy więc dywanik, przejdźmy do nauki.
Dzieci w pierwszej klasie mają się uczyć.
"w zakresie umiejętności czytania i pisania (uczeń kończący pierwszą klasę):
a)  rozumie sens kodowania oraz dekodowania informacji; odczytuje uproszczone rysunki, piktogramy, znaki informacyjne i napisy,
b)  zna wszystkie litery alfabetu, czyta i rozumie proste, krótkie teksty,
c)  pisze proste, krótkie zdania: przepisuje, pisze z pamięci; dba o estetykę i poprawność graficzną pisma (przestrzega zasad kaligrafii),
d)  posługuje się ze zrozumieniem określeniami: wyraz, głoska, litera, sylaba, zdanie,
e)  interesuje się książką i czytaniem; słucha w skupieniu czytanych utworów (np. baśni, opowiadań, wierszy), w miarę swoich możliwości czyta lektury wskazane przez nauczyciela,
f)  korzysta z pakietów edukacyjnych (np. zeszytów ćwiczeń i innych pomocy dydaktycznych) pod kierunkiem nauczyciela;" (pogrubienia moje)
To tylko maluteńki fragment z podstawy programowej dla pierwszej klasy szkoły podstawowej (tylko edukacja polonistyczna i tylko fragment z tejże). Ten, kto wmówił nam, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie i dzieci będą się bawić całkiem jak w przedszkolu i zerówce chyba nie czytał podstawy programowej. I to jest założenie, że dziecko wszystkiego ma nauczyć się w klasie pierwszej, bo ani w zerówce (aktualnie oddziale przedszkolnym bodaj), ani w starszakach w przedszkolu panie nie mają prawa uczyć dzieci czegokolwiek. Dzieciaki zdane są na rodziców i choć moje dziecko interesuje się literkami i pisze, i czyta, to nie każde dziecko tak musi mieć. 
Dygresja: z drugiej strony niekonsekwencja poraża. Ostatnio moje pięcioletnie dziecko miało diagnozę gotowości szkolnej. I według tej diagnozy powinien poprawnie literować i sylabizować wyrazy. Czyli uczyć się czytać i pisać nie, a umieć literować i sylabizować już tak. No cóż... Koniec dygresji.
No i na koniec  w tym wszystkim mamy nauczyciela. Jednego nauczyciela na 25 dzieci. Jednego nauczyciela, który musi znaleźć czas na każde dziecko z osobna, bo inaczej nie będą one dobrze się rozwijały i z pewnością będą niedowartościowane. Indywidualizacja i podmiotowość to słowa klucze. Mamy więc tego nauczyciela, który w jakimś tam czasie (bo czas lekcji i przerw nie obowiązuje w pierwszej klasie) podejdzie i pochyli się nad każdym dzieckiem z osobna. Reszta dzieci w czasie, kiedy on się pochyla jest oczywiście mega zorganizowana, grzeczna, no i siedzi sobie na tym dywaniku cichutko (bo ten, nad którym się  pochyla musi się skupić). Jest pięknie.
A teraz rzeczywistość zgrzyta. Pracuję aktualnie w społecznej szkole podstawowej, w której mogę pochylić sie nad każdym uczniem, na każdego zwrócić uwagę i które rzeczywiście mają dywanik, a nawet pufy, na których mogą odpocząć. Mogę się z nimi bawić, wyszaleć się, zapewnić im i ruch, i trochę bezruchu. Tych uczniów w jednej klasie mam.... pięcioro. Tak, tak, nie pomyliła mi się klawiatura. PIĘCIORO. A i tak czasami ledwo wyrabiam. Każdy ma swoje pięć minut i z każdym mogę popracować, ale tak się dzieje przy pięciu, a nie dwudziestu pięciu dzieciakach. Nawet wyobrażać sobie nie chcę, że pracuję w dwudziestopięcioosobowej klasie sześcio czy siedmiolatków. Jeszcze nie miałam tej "przyjemności". Jeszcze 15 to rozumiem, 25 już nie.
Dlatego bardzo proszę nie ściemniać mi tu, że klasy 25 osobowe są mało liczne i optymalne przy sześciolatkach czy nawet siedmiolatkach. Proszę nie wmawiać mi, że rząd robi mi przysługę. I proszę nie próbować robić ze mnie idiotki, wmawiając, że moje dziecko będzie miało za rok kącik do zabawy, bo zabiję śmiechem. Nie przyjmuję też tłumaczenia, że kiedyś było gorzej, a dzieci się uczyły i żyją do dziś. Albo równamy w górę, albo w dół, a ambicje przeważają teoretycznie w tą pierwszą stronę. I ja wiem, że ta porażka to nie wina nauczyciela, dyrektora czy nawet kuratorium, o czym niektórzy zdają się zapominać. Tylko rządzącym możemy podziękować za to, że jest jak jest i że system kuleje. I nie mam tu na myśli rządu PO, choć pewnie wtedy byłabym modna, plując jadem na rząd Tuska. Chodzi mi o KAŻDY rząd, JAKIKOLWIEK rząd. Każdy popełnia te same błędy, nie słucha, wydaje się być ślepy, głuchy i głupi, kiedy przychodzi do rozmowy o edukacji (i tak, wiem, że tak samo jest choćby ze służbą zdrowia). I wiem też, że utopia nie istnieje, ale można zrobić lepiej. 

niedziela, 21 grudnia 2014

Wielkie korzyści.


Jak było kiedyś.
Jeśli decydowałam się na daną książkę dostawałam do niej zestaw nauczycielski, a czasem nawet jakiś gratis w postaci kubka termicznego z reklamą innego podręcznika (na przykład takiego z wróżką - dziś mój znak rozpoznawczy). Mogłam też poszczycić się otrzymaniem podręcznika do gramatyki albo innej książki do nauki języka angielskiego, która ułatwiała mi, a czasem nawet ratowała życie (dodatkowe ćwiczenia gramatyczne). Raz w roku miałam szansę dostać paczkę z nagrodami dla uczniów. Strasznie się wtedy mogłam wzbogacić, bo paczka pełna była książek albo gadżetów z logiem wydawnictwa (na przykład smycze, jakaś torba też się trafiła). Doprawdy, w d... mi się poprzewracało od tych wszystkich bogactw.Uczniom też, bo w końcu to do nich trafiały nagrody. Doprawdy, miałam wszelkie powody, aby wybrać wydawnictwo A, a nie B, bo to drugie nie dawało mi kubka z wróżką, a tylko książkę nauczyciela. 

Jak jest teraz.
Wydawnictwa nie dają NICZEGO. Gdybym chciała zdecydować się na nowy podręcznik wszystkie pomoce musiałabym kupić sama. Książka dla nauczyciela to wydatek rzędu 100 zł. (księgarnie w ramach dni litości dla nauczycieli wprowadziły w tym roku szalone promocje, ale co będzie potem to nie wiem...). Na nagrody nie mam co liczyć, a że szkoła pieniędzy też nie ma to już w ogóle mogę zapomnieć o nagradzaniu swoich uczniów. Oczywiście rząd nie pomyślał o niczym w zamian. Nie dostaliśmy pieniędzy na pomoce naukowe czy nagrody, nie dostaliśmy pieniędzy ani sprzętu w postaci choćby tablic multimedialnych czy projektorów. Oczywiście w teorii dyrektor musi zapewnić, ale żeby zapewnić to temu dyrektorowi też musi ktoś zapewnić, a tego nie wzięto pod uwagę. Żadnej alternatywy.

Ale teraz jest lepiej. W końcu ci wstrętni nauczyciele nie będą jeździli na Hawaje, nie będą pławić się w tych wstrętnych tablicach mutimedialnych, nie w głowie im będzie drink z palemką czy najnowsze technologie w nauczaniu. Doprawdy, cofnijmy się do czasów, kiedy jedyną pomocą dla nauczycieli była tablica i rysik. Wtedy na pewno będziemy nadążać za uczniami. I niech mi rząd nie gada, że to obowiązek szkoły zakupić dla nauczycieli pomoce naukowe, bo szkoła z pustego nie naleje. Jak pieniędzy brak to brak i żadnych pomocy mi szkoła nie stworzy (ani mnie, ani żadnemu innemu nauczycielowi, żeby nie było, że tylko angliści tacy biedni). Najpierw niech dofinansują edukację, niech dadzą pieniądze szkole na pomoce naukowe, a potem niech się wymądrzają, że nauczyciele doją wydawnictwa.
I tak, wiem, że wybieranie danego podręcznika czasami odbywa się na zasadzie- "ci proponują nam tablicę multimedialną za złotówkę, to wybierzmy ich podręcznik". I zastanawiam się, czy to naprawdę jest takie złe? Podręczniki nie różnią się aż tak bardzo. WSZYSTKIE dostosowane są do nowej postawy programowej i zatwierdzone przez ministerstwo, więc z założenia nie mogą być złe. Jedyna różnica (jeśli możemy w ogóle mówić o różnicy, biorąc pod uwagę małe zmienne w słownictwie) obejmuje poziom trudności. W różnych książkach nie mogą znaleźć się różne tematy czy różne zagadnienia gramatyczne, bo są one regulowane podstawą programową i żadne wydawnictwo, żaden autor niczego nowego tu nie wymyśli. A przynajmniej szkoła miała tablicę multimedialną, rzutnik czy co tam jeszcze innego. Dlatego uważam, że rząd wylał dziecko z kąpielą.