wtorek, 10 czerwca 2014

Quo vadis, lekarzu?


Jakiś czas temu w telewizji był tylko jeden temat (teraz wyparty przez dzieci jeżdżące na quadzie), a mianowicie deklaracja wiary lekarzy. Więc ja dziś o tym. 
Nie mam innych słów na to, jak tylko: chyba się tu ktoś na głowy pozamieniał... Nie rozumiem zupełnie tego cyrku, który rozgrywa się na moich oczach i trwa w najlepsze. Oto początkowe słowa tegoż wyznania: "ciało ludzkie i życie, będąc darem Boga, jest święte i nietykalne". W takim razie proszę nie leczyć w ogóle. Ingerencją jest nawet podanie antybiotyku, a skoro ciało jest nietykalne, to gdzie tu miejsce na operacje czy jakiekolwiek inne leczenie. No tak, ale najwygodniejsze w tym wszystkim jest to, że to deklaracja dotycząca li tylko i wyłącznie lekarzy działających w "przedmiocie płciowości i płodności ludzkiej". Co w takim razie z cesarskim cięciem, skoro i ono jest ingerencją w ciało ludzkie? Znaczy jak mi wygodnie to mogę tykać, a jak niewygodnie to zasłaniam się nietykalnością?
I jeszcze końcówka, która dodaje smaczku: "UWAŻAM, że- nie narzucając nikomu swoich poglądów, przekonań– lekarze katoliccy mają prawo oczekiwać i wymagać szacunku dla swoich poglądów i wolności w wykonywaniu czynności zawodowych zgodnie ze swoim sumieniem." Tymczasem przez nie przepisanie mi tabletek antykoncepcyjnych taki lekarz narzuca mi swoje poglądy, których ja nie podzielam. I ja szanuję poglądy tego lekarza, naprawdę, ale ja go w ogóle o te poglądy nie pytam i tu jest pies pogrzebany. Zupełnie nie interesuje mnie, czy on jest katolikiem, Żydem, czy muzułmaninem. Ma zapewnić mi poradę lekarską zgodnie z aktualną WIEDZĄ MEDYCZNĄ. Czy katolicy uczą się innej medycyny? Lekarz nie ma mnie nawracać, może jedynie poinformować o szkodliwości tych pigułek, a ja mam prawo takie ostrzeżenie zignorować.
I niby można iść do innego lekarza, a tamten jest parszywym bezbożnikiem i przepisze, ale nie o to chodzi. Ja mieszkam w wielkim mieście i możliwości mam niemal nieskończone, ale co z dziewczyną, która żyje w jakiejś wiosce, gdzie jest jeden ginekolog, a do innego musi jeździć ileś tam kilometrów? Przez jednego idiotę (przykro mi, nie umiem tego inaczej nazwać) musi się dostosować poświęcając swój czas, pieniądze i wygodę. 
A teraz przenieśmy takie oświadczenie na grunt szkolny (jeśli ktoś jest odporny na absurd, proszę nie czytać). Pani od biologii odmawia nauczania o teorii Darwina, przerabiamy Biblię. Ja, pani od angielskiego, przestaję w ogóle istnieć, bo jak to tak uczyć języka, gdzie panuje przeklęty anglikanizm zamiast słusznego katolicyzmu??? Zapewne jeszcze kilka przykładów by się znalazło, ale już szukać mi się nie chce.
Ludzie, obudźmy się!!! Ja szanuję katolików i naprawdę staram się zrozumieć ich wiarę (sama oczywiście jestem straszną ateistką). Nie próbuję nikogo "nawracać" i przekonywać, że ateizm jest lepszy i że czegoś mi nie pozwala albo coś nakazuje, dlatego też ten drugi człowiek też ma tak postępować. Dlaczego w takim razie mam być skazana na rzekomą "poradę" od kogoś, kto ma inne poglądy i, w związku z tym, te poglądy mi narzuca? 

wtorek, 13 maja 2014

Co nieco o Eurowizji.


Oczywiście nie oglądałam to się wypowiem. A wszystko przez tą awanturę, która wykwitła we wszystkich mediach i którą żyje cała Polska, z niejakim Donatanem na czele. Oczywiście chodzi o faceta w makijażu. Z premedytacją nie używam tutaj określenia kobieta z brodą, bo to nie jest kobieta i do tego miana (o ile wiem) nie pretenduje. Conchita Wurst to jedynie alter ego mężczyzny i jakkolwiek dobrze by się z tym alter ego nie czuł, Thomas Neuwirth nadal jest mężczyzną z krwi i kości.
Dwie rzeczy mnie tutaj nurtują i tylko jedna z nich jest przewidywalna nad podziw.
1. Dlaczego pani Kiełbasa (swoją drogą, cóż za swojsko brzmiące nazwisko) wygrała Eurowizję?
2. Dlaczego tak bardzo oburzają się ludzie, którym się wydaje, że pokazywanie cycków na scenie (Donatan i Cleo) powinno doprowadzić do wygranej, a pokazywanie kobiety z brodą już nie?
Słuchałam występu pani Wurst. I występu Cleo też. Nie słuchałam całej reszty. I mogę powiedzieć tylko jedno - jeśli to naprawdę były występy na poziomie pierwszego i piątego (czy tam czwartego, mam na myśli głosowanie) miejsca to ja bardzo przepraszam, ale reszty nie chcę słuchać. 
Po pierwsze, pani Wurst mnie nie zachwyciła. Owszem, źle nie było, ale żeby od razu pierwsze miejsce? Może była lepsza od reszty, jak już mówiłam, nie słuchałam. Jeśli była lepsza, przykro. Bo ogólnie znaczy to tylko tyle, że konkurs, w którym miały być odkrywane gwiazdy, głosy, piosenki już się zdewaluował. Jeśli nie była najlepsza - dlaczego wygrała? Znaczyłoby to, że polityczna poprawność jest ważniejsza niż rzeczywiste zdolności i założenia konkursu. A to źle. Jaka bym nie była tolerancyjna (a Conchita sama w sobie zupełnie mi nie przeszkadza), to nie jest konkurs osobliwości ani osobowości, a konkurs muzyczny (chociaż może się mylę, w końcu w nazwie ma "wizja").
Po drugie (z zupełnie innej beczki), w końcu zrozumiałam, co nasza reprezentantka wyśpiewuje, bo do tej pory były to li i tylko pienia. Bynajmniej nie anielskie. Słyszałam jęki, stęki, okrzyki (chyba skądinąd powinnam już rozumieć, skąd ten teledysk i pomysł na promocję), ale słów ni cholery. Na Eurowizji w końcu zrozumiałam przynajmniej część słów. A teraz do meritum. Pewnie niektórzy mnie znienawidzą, ale o wiele bardziej zniesmaczył mnie widok cycków i tego całego rzekomego ubijania masła niż widok pani Kiełbasy. To nie było ani seksowne, ani ładne, a zwyczajnie prostackie i prymitywne. Przykro mi, jestem stara i mam za złe, ale tak właśnie to widzę. Kto wie, czy głosy, z których nasi przedstawiciele i rodacy są tak dumni, nie przyszły przez biusty zamiast przez wokalne popisy piosenkarki. A to już żenujące. 
Dlatego też zabieram swoje zabawki i idę do domu. To kolejny konkurs (zaraz za Oskarami i wyborami miss świata), który dla mnie jest skończony. Nie wnosi nic oprócz kolejnych skandali, pokazówek, poprawności politycznej, a przecież miał mi przybliżać świat muzyki (o ja nawina!). I coraz częściej myślę, że tak samo jest w każdej dziedzinie życia. Że już nic nie jest takie, jak powinno, a wszystko stało się cyrkiem, farsą, tragikomedią w zasadzie.
I smutno mi z tego powodu.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Darmowy podręcznik.


Pomysł jedynie słuszny, cudowny i zbawienny. Oraz taki, który wywołał wojnę u mnie w domu. DARMOWY PODRĘCZNIK. Oczywiście chwilowo jedynie dla klasy I szkoły podstawowej, ale to przecież dopiero początek, dajmy sobie czas na rozkręcenie się. Szczegółów wprawdzie nikt nie zna, ale co tam, ZROBI SIĘ. Oczywiście idea jest szlachetna, nie uważam tego pomysłu za zbytnio krzywdzący, zwłaszcza że niegdyś już dzieci uczyły się z jednego elementarza i jakoś nie widzę, żeby było im jakoś szczególnie źle. Problem leży gdzie indziej. A raczej problemy leżą gdzie indziej.
Otóż pierwszym problemem jest kwestia czasu. W cztery miesiące trzeba napisać podręcznik. Dlaczego w cztery? Dlatego, że już w czerwcu nauczyciele muszą się zadeklarować z jakim podręcznikiem będą pracować na przyszły rok. Już samo to jest głupie. Wybieram podręcznik dla grupy dzieci, których w ogóle nie znam. Nie wiem, na jakim są poziomie, czy poradzą sobie z wybranym przeze mnie podręcznikiem czy też może będą się nudzić, porażeni jego łatwością (a uwierzcie mi, rozrzut trudności jest duży), ale możemy lekko przyjąć, że trudność podręcznika w przypadku dzieci sześcio- czy siemioletnich nie ma aż takiego znaczenia. Chodzi jednak o czas pisania podręcznika. Skoro w czerwcu nauczyciele mają zadeklarować, z jakim podręcznikiem przyjdzie im pracować, muszą znać jego dane - tytuł, autorów, wydawnictwo, etc. Tymczasem z tego, co wiem, oprócz określenia wykonawcy zlecenia, którym okazał się Ośrodek Rozwoju Edukacji, który de facto zajmuje się raczej szkoleniem nauczycieli (chociaż projekt e-podręcznik też się tam załapał), nie ma żadnych ustaleń. Nie wybrano konsultantów merytorycznych, nie wybrano autorów, a gdzie pisanie, a gdzie korekta, a gdzie ocena podręcznika? Czyżby zamierzano skrócić drogę prawną i czas dopuszczenia podręcznika do obiegu? Oj, słabo to widzę.
Druga sprawa to kwestia używania podręcznika oraz dokupowania ćwiczeń do tegoż. Podręczniki mają być dostępne w szkole przez okres kolejnych trzech lat. Czy ktoś zastanowił się, co będzie, jeśli podręczniki zostaną karygodnie zniszczone już przez pierwszy rocznik? Nie mało jest dzieci, które nie są nauczone szacunku do rzeczy, zwłaszcza jeśli te rzeczy do nich nie należą. Czy drugi rocznik ma dostać niekompletną sztukę lub podręcznik wyglądający, jakby go ktoś przeżuł i wydalił? Ja, jako matka i jako nauczyciel ostro się temu sprzeciwiam. Oczywiście prawdopodobnie podręczniki będą dostępne w regularnej sprzedaży i takie francuskie pieski jak ja będą mogły sobie kupić nówkę sztukę, nieśmiganą. Problem polega na tym, że jak darmowy to darmowy. No ale dobrze, pal sześć wygląd. Co jeśli ktoś rzeczywiście wyrwie strony? Kupujemy nowe podręczniki w szkole? Każe się rodzicom kolejnych roczników kupić nowy na własny koszt, bo jakiś dzieciak nie uszanował? Skąd brać na to pieniądze i jak niby szkoła ma być rozliczana ze zużycia tych podręczników? Bo przecież nie ma takiej opcji, aby podręczniki zostawiać w szkole, a w domu uczyć się "na czuja". No i ćwiczenia. Skoro podręcznik ma służyć tylko do czytania (brak naklejek, ćwiczeń) to trzeba sprokurować jakieś dodatkowe elementy. Ile one będą kosztować? Jak wyglądać? Czy tutaj będą jakieś wytyczne, czy też po prostu zabroni się korzystania z ćwiczeń i pozostanie podręcznik i zeszyt? I co z książkami choćby do języka? Też w ramach jednego słusznego podręcznika? Czy damy się dalej wyzyskiwać tym wstrętnym wydawcom, którzy chcą zarobić i zarabiają krocie? A przypominam, że język jest już obowiązkowy od pierwszej klasy, nie ma więc możliwości zignorowania tej kwestii.
No i w końcu ostatnia sprawa, najmniej ważna, więc na końcu. Wybór nauczyciela. Pan premier cudownie to podsumował na którejś tam konferencji - że wybór podręcznika przez nauczycieli jest fikcją i nie powinien mieć miejsca, bo przecież co tam taki nauczyciel może wiedzieć, on tylko bierze łapówki i jeździ na Hawaje, gdzie raczy się drinkami z palemką (no dobra, może pojechałam, to nie był cytat).
I jeden tylko wniosek się nasuwa - jeśli tak bardzo zależy rządowi na zmniejszeniu kosztów i odciążeniu rodziców, niech to zrobią z głową. Wystarczy nakazać wydawcom druk na papierze niższej jakości, zmniejszenie liczby rysunków czy zdjęć całkiem nikomu niepotrzebnych (w aż takiej ilości), zracjonalizowanie kosztów i prawdopodobnie problem byłby rozwiązany. Można by oczywiście pomyśleć o jakichś innych rozwiązaniach, na jakie ja niekoniecznie muszę wpaść ot tak, na poczekaniu. Ale doprawdy, ludzie, jeśli chcemy obniżyć ceny podręczników, droga do tego celu powinna być całkiem inna.

sobota, 25 stycznia 2014

Wojna o gender.


Zacznę od tego, że do języka polskiego wkradła się kolejna angielszczyzna, czego nienawidzę. Rozumiem jednak, że pojęcie "płeć kulturowa" jest nieco za długie i kłopotliwe, dlatego też z braku laku używam tego jakże mądrego słowa. A teraz ad rem.
Otóż wojna o gender trwa w najlepsze, jakbyśmy nie mieli innych, bardziej realnych problemów. Dlatego też postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze. A to za sprawą pytania, które padło ostatnio - czy nasza szkoła uczy gender? Nie ważne jest, kto to pytanie zadał. Ważne, że odpowiedź brzmi "NIE". I teraz, prawdę mówiąc, zastanawiam się - dlaczego nie? Polecę za Wikipedią:
Gender to "suma cech, zachowań, stereotypów i ról płciowych przyjmowanych przez kobiety i mężczyzn w ramach danej kultury w drodze socjalizacji, nie wynikających bezpośrednio z biologicznych różnic w budowie ciała pomiędzy płciami, czyli dymorfizmu płciowego. Gender, czyli kulturowy komponent tożsamości płciowej, przekazywany jest poszczególnym jednostkom w sposób performatywny, czyli poprzez uczenie się, odgrywanie i powtarzanie zachowań innych osób tej samej płci. Na płeć społeczną składać się może np. sposób ubierania się, sposób zachowania, oczekiwane funkcje w ramach społeczeństwa, sprawowana władza itp." (podkreślenie moje)
Od dawna widzę dokładnie, że Polska jest państwem mocno patriarchalnym i każde odstępstwo od normy nie jest tu mile widziane. Jeśli kobieta bierze się za robienie kariery, a mężczyzna zostaje z dziećmi w domu to ona okazuje się być bezduszną, złą matką, a on spantoflałą karykaturą mężczyzny. Na półkach z zabawkami mamy oczywisty podział na chłopców i dziewczynki, który to podział widoczny jest nie tylko w kolorach (rurz, rurz, rurz :)), ale także w rodzaju zabawek. Bo przecież tylko dziewczynka może sprzątać pięknym, różowym odkurzaczem i gotować na różowo - żółtej kuchence. Chłopiec zaś zasuwa samochodzikami i strzela z jakże zaawansowanej broni, ewentualnie buduje. Dziewczynka też może sobie zbudować - różowy zamek... Jakoś nie widziałam, żeby ktoś wyprodukował stylowy, czarny odkurzacz z dodatkową miotełką, żeby pokazać chłopcom, że on też może ruszyć zadek i machnąć szczotą.
Oczywiście zmienia się to powoli, choć przynajmniej na lepsze. Wśród dorosłych jest moda na równy podział obowiązków w związku. Panowie coraz częściej podejmują się prac domowych i to niekoniecznie tych w zakresie przykręcenia śrubki. Paniom natomiast zdarza się odpocząć po męczącym dniu pracy. Problem polega na tym, że te zmiany następują baaaaaaaaaaaaaaaardzo powoli i w bólach, a przede wszystkim w konkretnych środowiskach. Podejrzewam, że nadal w większej części kraju zmywający czy robiący pranie mężczyzna jest jak Yeti.
I o tym mówi gender. Nie o przebieraniu chłopców w dziewczynki i vice versa. Nie o tym, że chłopcy mają stać się zniewieściali i ubierać spódniczki albo nosić biżuterię. Nie mówi też o tym, że mężczyźni nie mogą tego robić. Nie twierdzi, że dziewczynki mają stać się nagle owłosionymi prymitywami, które będą pierdzieć, palić i żłopać piwo przed telewizorem (przepraszam za stereotyp). Chodzi najzwyczajniej w świecie o to, żeby uświadamiać już od dziecka, że sprzątanie, pranie, opiekowanie się dzieckiem, praca zawodowa to coś, co powinno nas łączyć, a nie sprawiać, że chcąc nie chcąc przyjmujemy podział na role - pan i władca robi karierę, a kobieta sprząta, pierze, opiekuje się pociechą/ami, a w wolnym czasie machnie trzydaniowy obiadek. Oczywiście w tenże czas wliczona jest JEJ praca, bo ciężko wyżyć z jednej pensji. 
Stąd zostało ukute pojęcie "urlop macierzyński", który wprawdzie od pracy zawodowej urlopem w technicznym tego słowa znaczeniu jest, ale niektórzy wypierają ze świadomości fakt, że na tym "urlopie" kobieta zasuwa jak potłuczona, bo ma na głowie cały dom i nowo narodzone dziecko (pół biedy, jeśli tylko jedno i pierwsze, bo wtedy łatwiej). Stąd biorą się przekonania, że za tą samą pracę kobiety powinny dostawać mniejszą pensję, bo zawsze jest ryzyko, że zaciąży i zostawi firmę na lodzie. Innymi słowy - rola kobiety w społeczeństwie jest niedoceniana, bo przecież od zawsze było wiadomo, że bycie kurą domową to nie praca, a przyjemność (SARKAZM). I o tym traktuje gender. I tego boją się... właściwie kto się tego boi?
I tu chyba dojdę do sedna tego problemu. Bo przecież tak naprawdę to najgłośniej krzyczy kościół. Zdarza mi się oglądać jakieś tam wiadomości od czasu do czasu i właściwie jedyne osoby, które nader aktywnie angażują się w walkę z gender i które szukają w niej diabła to właśnie przedstawiciele kościoła. W mniejszym stopniu politycy. Oczywiście w pierwszym rzędzie broniących gender są feministki. I to też źle się kojarzy (nie bez powodu, wiem, ale to materiał na całkiem nowy post). Bo taka zagorzała feministka to samo zło - i aborcję przeprowadza, i stanikami gardzi, i męska jest bardziej niż sam Steven Seagal i Jean Claude Van Damme razem wzięci. No toż tak się nie godzi! Kobieta powinna być zwiewna  niczym łania, ładnie wyglądać i pachnieć, a ust lepiej nie otwierać, bo i tak nic mądrego nie ma do powiedzenia.
Czuję się feministką. Taką, która siedzi spokojnie na tyłku, nie pali staników, nie przeprowadza aborcji, ale swoje zdanie ma. I wyraża je - mniej lub bardziej głośno, zależy od okoliczności. I fakt, że nie ze wszystkimi akcjami feministek się zgadzam i popieram nie zmienia faktu, że uważam, że zmiany są potrzebne. I jeśli jedynymi osobami, które mają odwagę o nie zabiegać są te skrajne feministki, to ja się pod tym po cichutku podpisuję.
Dlatego właśnie uważam, że gender w swojej PRAWDZIWEJ, nie spaczonej ideologii powinien być wprowadzany w szkołach, przedszkolach, na studiach i wszędzie tam, gdzie ktoś ma szansę nauczyć się, że chwycenie w łapę odkurzacza nie jest kompromitacją, a kobieta tak samo pracuje i powinna tyle samo zarabiać co każdy inny CZŁOWIEK. Bo koniec końców wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi.

wtorek, 10 grudnia 2013

Co robi nauczyciel?


Myliłby się ten, który zawód łączyłby z jego etymologicznym znaczeniem. Dziś ten zawód powinien nazywać się "kursobieg" albo "szkoleniokurcgalopek" (no dobra, trochę za długo). Bo tym właśnie dzisiaj jesteśmy. W tym roku pobiłam chyba jakiś rekord. W przeciągu tych kilku miesięcy byłam na sześciu szkoleniach, kursach doskonalących czy jak tam zwał. I to nie takich dwu- czy trzygodzinnych, część trwała po 20 godzin, część z nich wciąż trwa. Oczywiście kilka tych wielogodzinnych odbywało się w weekendy, co skutecznie zabiło moje życie rodzinne.
Niby nic takiego, nauczyciel ma obowiązek się doszkalać i doskonalić swój warsztat pracy. I wszystko byłoby dobrze, gdybym ja ten warsztat rzeczywiście doskonaliła. Tymczasem w ciągu tych kilkunastu (no dobra, w sumie dwunastu, ale dziesięciu brzmi mało dumnie :)), jakby nie było, latach pracy były dokładnie CZTERY szkolenia, które realnie mi coś dały. Jedno traktowało o pracy wychowawcy i podsunęło mi dużo pomysłów na pracę z wychowankami, drugie uczyło o zapobieganiu szeroko pojętej dyskryminacji, trzecie dotyczyło awansu zawodowego, a czwarte trwa teraz i odsłania mi kulisy Worda i Excela, którego nienawidzę i muszę ujarzmić.
Cztery na dziesiątki, bo przesadziłabym pewnie mówiąc o setce (chociaż kto wie, kto wie...). I nie ma tu znaczenia, czy szkolenie wybrałam sama, bo miało ciekawy i fascynujący opis i założenia, a okazało się totalną klapą, czy też wysłała mnie na nie Pani Dyrektor. Nie miało też znaczenia, czy zapłaciłam za nie z własnej kieszeni, zapłaciła szkoła czy też było to szkolenie darmowe. Nic tu nie ma znaczenia, nie ma żadnej regularności, żadnych zasad i powtarzalności. Czyli lecimy na chybił trafił.
Nie jest też tak, że jestem okropną malkontentką i nic mi się nie podoba, a moi znajomi są zachwyceni. Większość osób uważa te szkolenia, które nam się oferuje za stratę czasu i energii, bo o pieniądzach już nie wspomnę. Niby próbuje się ofertę do nas dostosować, niby wychodzi się nam naprzeciw, ale efektów nie widać żadnych. Ciągle to samo, ciągle mało praktycznie.
No i tutaj oczywiście pada pytanie - jak w takim razie rozwiązać problem szkoleń, które zapewne być powinny, tak żeby każdy (albo niemal każdy, bo przecież jeszcze się taki  nei urodził...) byl zadowolony. Prowadzący - bo zarobi, a na szkoleniach na przykład unijnych zarobić się da niemało (wiem, bo koleżanka prowadziła i albo miała wyjątkowego fuksa, albo kaska spływa strumieniami), nauczyciel - bo ma realne korzyści dotyczące jego warsztatu pracy.
Otóż po pierwsze - nie zmuszać nikogo do niczego. Nie posyłać na szkolenie, bo miasto zapłaciło, bo się miastu wydawało, a jak przyszło co do czego to się nasłuchałam rzeczy, które już dawno wiedziałam. Jeśli będę czuła potrzebę, szkolenie znajdę sama. Po drugie - pisać to, co się naprawdę zamierza robić, ewentualnie modyfikować pod potrzeby uczestników w trakcie. Nie ściemniać, że dowiem się tego czy tamtego, a jak idę na szkolenie to się mnie zmusza do zalogowania na pewnej stronie bez żadnej chęci i przede wszystkim podstawowej wiedzy po co (bo tak).
I w końcu po trzecie - realia. Jeśli pani na szkoleniu zapobiegania agresji nie jest w stanie powiedzieć mi jak poradzić sobie z agresją tylko podaje wyświechtane schematy, które już przerobiliśmy to jest to dla mnie pomyłka. Ewentualnie niech powie - "nic już nie mogą państwo zrobić, ewentualnie proszę poczekać aż kogoś zabije to się nim nawet media zainteresują". A nie wciskać cały czas ten sam kit i jeszcze twierdzić, że gdzieś coś chyba jednak zrobiliśmy źle, bo to powinno zadziałać.
Ogólnie rzecz biorąc ciężko dzisiaj znaleźć szkolenie, które faktycznie coś by ze sobą niosło, czemuś służyło (albo ja na takie nie trafiam, co też jest możliwe, nie powiem...). I mam tylko nadzieję, że tak nie będzie do końca mojej kariery.

wtorek, 19 listopada 2013

Zmieniony punkt siedzenia.


Kiedyś myślałam, że nauczyciele i w ogóle dorośli chcą nam zrobić na złość. Nie wypuszczają wcześniej z zajęć, bo mają taki kaprys. Wymyślają jakieś głupie nakazy i zakazy, bo w ogóle młodych nie rozumieją i nie wiedzą, co my przeżywamy. I zapewne po części tak było. Nie przewidziałam jednak tego, czego nie przewiduje żaden młody człowiek - że ja też któregoś dnia dorosnę i stanę po drugiej stronie barykady. I niekoniecznie muszę być nauczycielem, żeby to zauważyć. Wystarczy, że jestem dorosła, że stanę się rodzicem, a jeśli do tego jestem nauczycielem, to już w ogóle pozamiatane.
Dopiero teraz dostrzegam, że odpowiedzialność karna na takim nauczycielu, który wypuszcza z lekcji ciąży ogromna. I że może to jednak nie był jego kaprys, a strach przed naszymi odpałowymi pomysłami (chodź, pójdziemy środkiem jezdni, przecież nic się nie stanie...). I że może te wszystkie zakazy i nakazy miały w sobie jednak ziarnko sensu i nauczyły mnie czegoś, czego niektóre dzisiejsze dzieci (choć umówmy się, nie tylko dzieci) nie mają za grosz - szacunku do drugiego człowieka. 
Jestem już w takim momencie swojego życia, że od czasu do czasu (coraz częściej, zauważam) powtarzam słynne "a za moich czasów...". Bo wtedy było inaczej. Zawsze jest inaczej. Nasi rodzice mieli inaczej od nas, bo nie mieli kolorowych telewizorów, jeśli w ogóle mieli szczęście mieć telewizor. Ich rodzice mieli inaczej od naszych, bo była wojna. I w końcu my mamy inaczej od naszych dzieci, bo za naszych czasów nie było internetu i tych wszystkich czających się na nas niebezpieczeństw. Ciekawe, co takiego powiedzą ci młodzi ludzie, którym staramy się coś wbić do głowy za kilkanaście lat, kiedy to na nich przyjdzie pora powiedzieć swoje pierwsze "a za moich czasów...".
Za każdym razem kiedy odchodzi kolejna klasa, nie ważne czy "lepsza" czy "gorsza", zastanawiam się, jacy z nich wyrosną dorośli. Czy czegoś się tu nauczyli - i wcale nie mam na myśli jakże wspaniałej wiedzy książkowej - czy coś zrozumieją, tak jak ja zrozumiałam, czy podziękują kiedyś choć w myślach, jeśli nie na żywo. I tylko od czasu do czasu dręczą mnie takie wątpliwości - czy rację mają ci, którzy opowiadają się za zniesieniem obowiązku szkolnego, bo instytucja tylko tłamsi, czy jednak coś w tej szkole jest takiego, że powinna być obowiązkowa? Nie mam gotowej odpowiedzi na to pytanie, bo nie wszyscy są tacy sami. Jedno wiem - nie taki diabeł straszny, jak go malują.
Mimo że dziś uważam, że wielu rzeczy uczyłam się bez sensu i wiele zmieniłabym w dzisiejszej szkole (może nie tak, jak robi to dzisiejsza władza, ale jednak), to uważam, że szkoła czegoś mnie nauczyła i mogę być jej wdzięczna. Stamtąd mam przyjaciół, tam przecież odkryłam swoją pasję i chociaż również tam byłam przezywana i wyśmiewana, to gdybym miała zdecydować, czy uczyć się w domu, czy w szkole, wybrałabym to drugie.
Jak widać - punkt widzenia zmienia się wraz z punktem siedzenia. Kiedyś znienawidzona, dziś chętnie bym do niej wróciła (chociaż wolałabym z takich charakterem i pewnością siebie, które mam dzisiaj). Kiedyś obiecywałam sobie "nigdy nie będę taka jak moi nauczyciele", teraz mam w sobie więcej pokory (choć nie powiem, taką jak moja polonistka z liceum rzeczywiście być nie zamierzam). I pewnie kiedyś na naszych uczniów też przyjdzie czas, że zrozumieją, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia - oby mieli na tyle autorefleksji, żeby umieć to przyznać.


sobota, 2 listopada 2013

Zlikwidujmy pracę domową.


Ha, ha, ha, ale mi się tytuł udał :) Doprawdy, nie mogę przejść obok problemu obojętnie.
Ostatnio strasznie wpadają mi w oczy artykuły o tematyce wiadomej. A to sześciolatki w szkołach, a to o przedszkolu za złotówkę, a to w jeszcze jakimś tam innym temacie. Oczywiście się oburzam i zieję prawdziwym ogniem (nauczyciele tak mają). I, jak zwykle, mam własne zdanie.
Po pierwsze - przeładowany program. Chyba nie wiemy, o czym mówimy. "Za moich czasów" (i żeby nie było, że tak strasznie mi żal i tęsknię) materiału było więcej, a  źródeł wiedzy o wiele mniej. Drogie dzieci, nie otwierało się laptopka i nie wchodziło na wiecznie żywą Wikipedię, bo ich po prostu nie było (przynajmniej nie w Polsce, bo rozszerzonej historii internetu nie znam). Ani laptopa, ani Wikipedii, a jak ktoś miał komputerek z SuperMarioBros to był szał ciał i klękajcie narody. Ja nie miałam, a pewnie jakbym miała to bym nie zdawała z klasy do klasy, bo gierkę uwielbiałam z uporem wartym większej sprawy.
Trzeba było iść do biblioteki albo posłużyć się podręcznikiem, a potem jeszcze zdobytą wiedzę utrwalić długopisem na papierze, bo nie było szans postukać w klawiaturę, że o drukowaniu nie wspomnę. Żadne prezentacje też nie wchodziły w rachubę... no, chyba już wicie, rozumicie.
Pracy było o wiele więcej, a jednak nie czułam się przesadnie ciemiężona. Odrabiałam lekcje (tak, nawet po kilka stron zadań z matematyki), a potem szłam na dwór szaleć z koleżankami albo w razie wyjątkowo niesprzyjających warunków atmosferycznych - siedziałyśmy u którejś z nas, uskuteczniając dokładnie takie same wariactwa i ploteczki.
Dzisiaj biedne dzieci się nie wyrabiają i w związku z tym rodzice chcą im zafundować kolejną rewolucję - czyli po drugie - zlikwidujmy pracę domową, bo jest zua, nie poczebna, gupia i w ogóle bezurzyteczna. Fajnie się czyta? No i super! Zwija mi się wszystko w supełek jak czytam radosną tfórczość tych, co zapewne nie odrabiali pracy domowej, jeśli w ogóle mieli czas i ochotę zawitać do szkoły, bo fejsbuś i słit focia stoją nieco wyżej w hierarchii. A takiej twórczości w komentarzach, na forach, a nawet w przestrzeni publicznej coraz więcej.
I coraz częściej słyszę opinie moich kolegów i koleżanek z pracy, że ja głupia jestem i po co czytam te wszystkie niepoważne wypociny i babram się w tym syfie. Otóż po to, żeby w przeciwieństwie do nich wiedzieć czym żyją uczniowie. Już i tak niejednokrotnie nie nadążam, bo nie oglądam Szpitali, Wawy non stop, Pamiętników z wakacji czy innych ambitnych programów, ale przynajmniej choć trochę wiem, o czym mówią uczniowie na przerwach.
Swoją drogą ciekawe, że ta jakże przeładowana młodzież nie ma doprawdy czasu usiąść nad dwoma czy trzema zadaniami, a ostatni odcinek Szpitala są w stanie streścić z precyzją godną cięcia chirurga z dwudziestoletnim stażem. Może to i jakieś rozwiązanie - każmy im pisać streszczenia i charakterystyki postaci z serialików zamiast jakichś tam "Kamieni na szaniec" czy innych bzdurnych książek. Bo któż dziś czyta jakieś tam książki, skoro dzisiaj wszystko można dostać w skróconej, zzipowanej formie.
I tylko na koniec malutki pozytyw i kaganek oświaty - są jeszcze dzieci, które nie do końca oszalały i chociaż oglądają Pamiętniki... to pracę domową też odrabiają, a nawet się jej domagają. I jeszcze jedna scenka rodzajowa, pokazująca, że jednak w narodzie drzemie potencjał. W dobie Justinów Bieberów przebija się taka piosenka, która (tu cytat moich dzieci) "ma jakiś taki tekst o dzieciach i nauczycielach, coś z kids i teachers". Tak, chodziło o "Another brick in the wall", którąś gdzieś kiedyś słyszeli i która im się spodobała. Jest więc nadzieja...